G.K. Chesterton: Nowy humanizm i demokracja („Illustrated London news”, 09 XI 1935)

(Ilustracja: George Caleb Bingham (1811–1879), „Przemowa polityczna”)

Mówi się, że demokracja jako pewien dogmat mierzyć musi się obecnie ze znaczną falą reakcji, nawet ze strony tych, których w żadnym wypadku nie można nazwać reakcjonistami. Znaki tego stanu rzeczy widać nawet w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie demokracja naprawdę była czynem, a nie tylko słowem. W Anglii rzecz jasna, jak i w innych krajach Europy, żyło wielu ludzi, którzy również starali się wprowadzić ją w czyn; jednak w ich wypadku była to raczej kwestia ideałów, niż instynktów. Porównajcie choćby Shelleya i Whitmana, i natychmiast pojmiecie, co mam na myśli mówiąc, że nawet najpiękniejszy demokratyczny ideał może zostać spaczony przez instynkt urodzonego arystokraty. Niemniej, niektórzy intelektualiści amerykańscy, przede wszystkim liderzy ruchu humanistycznego, poszli w swojej reakcji troszeczkę za daleko; i nawet jeśli niekoniecznie pewne rzeczy mówią, to przynajmniej niektórzy z ich uczniów tak je właśnie słyszą. I jeden z błędów, w które humaniści mogą popaść, wydaje mi się szczególnie istotny. Wartość ich myśli ujawnia się najlepiej w tym, że jako jedni z nielicznych dostrzegli, że problemem z russowskimi rewolucjonistami nie był przesadny rewolucjonizm – ale raczej przesadny optymizm. Że przypomnieli ludzkości fakty upadku i grzechu pierworodnego, niezależenie, czy wyjaśniają je teologicznie, czy nie. Natury ludzkiej nie da się zreformować tak łatwo, jak mniemali o tym różni reformatorzy. Prawda; ale prawda obosieczna. Nie da się jej na przykład użyć, jak sobie niektórzy wyobrażają, jako argumentu za arystokracją przeciw demokracji. Bo skoro wszyscy jesteśmy grzesznikami, arystokraci grzeszą przynajmniej tyle samo, co demokraci; i nie brak na poparcie tej tezy dowodów historycznych. Arystokraci ducha nie są zaś wyjątkiem. Grzech pierworodny albo jest powszechny albo go nie ma. Niektórzy wydają się niemalże wierzyć w niepokalane poczęcie intelektualistów takich jak Platon czy Tomasz Morus. Nie ma jednak żadnej pewności, że Platon rządziłby lepiej niż Perykles, a profesorowie niż prezydenci. Myśl Jeffersona jest słuszna; błąd Jeffersona polegał na tym, że widział wyłącznie jej jasne strony. Wszyscy ludzie mają równe prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia; i wszyscy po równo znają grozę śmierci, pokusę anarchii i używania swojej wolności na sposoby, które przynoszą im nie szczęście, a rozpacz. Ale grzechy wyjątkowych ludzi zrobiły w historii znacznie więcej złego, niż grzechy zwykłych ludzi; i historia nasza zna aż za dobrze nie tylko pychę lepszych, ale i głupotę mędrców.

W poprzednim akapicie, nawiasem mówiąc, musiałem posłużyć się dla jasności terminem technicznym z aparatu pojęciowego nauki, której nie będę tutaj teraz w szczegółach omawiał; niemniej może okazać się konieczne, również dla jasności, poświęcić jej tutaj kilka słów w przelocie, aby uprzedzić pewien częsty dzisiaj błąd. Z niekłamanym rozbawieniem mogłem się nie raz i nie dwa przekonać, że owi wszyscy bezwzględni detektywi nauki, tropiący zabobon aż do samego zatrutego źródła, ci trzeźwi realiści, na strzępy rozrywający zasłony religijnych legend, ci uczeni sceptycy, adepci wyższej szkoły krytycznej zdolni zawsze powiedzieć, ile z Ewangelii według św. Mateusza napisał św. Marek albo ktoś jeszcze inny o takim samym imieniu – nie raz, powiadam, z niemałym rozbawieniem mogłem przekonać się, jak wielu z tych wszystkich ludzi nieuleczalnie uroiło sobie w głowach, że niepokalane poczęcie oznacza to samo, co Wcielenie. Stąd też mój ogólny sceptycyzm do naszych uczonych sceptyków. Są oni dla mnie niepokojąco podobni do pewnego typu uczonego historyka, który twierdzi, że król Jan podpisał Magna Carta pod naciskiem czartystów; lub podejrzewa, że reforma wyborcza i reformacja to jedno i to samo. Używam tutaj tego wyrażenie wyłącznie jako praktycznego porównania; wyjaśnię może jednak lepiej uczonym sceptykom, że niepokalane poczęcie oznacza tyle, że Maryja Dziewica urodziła się bez grzechu pierworodnego. Napotykamy zatem interesujący paradoks; bo oto człowiek współczesny (negujący istnienie grzechu pierworodnego) twierdząc, że nie wierzy w niepokalane poczęcie Maryi miałby najprawdopodobniej na myśli ni mniej ni więcej, niż że wierzy w niepokalane poczęcie wszystkich.

Tutaj jednak chodzi mi wyłącznie o politykę; a nie paralele teologiczne. O to, że niektórzy humaniści, nie uznający żadnej teologii, o własnych siłach powrócili jednak do starej idei, że jest w naturze ludzkiej jakaś dziedziczna słabość, którą wierzący w ludzką zdolność samodoskonalenia w większości wypadków zlekceważyli. I niezależnie, czy popadają wobec tej obserwacji w nadmierny pesymizm, czy nie, wydaje mi się ważne uświadomić im, że nie zmusza ich ona bynajmniej do przyjęcia poglądów arystokratycznych czy porzucenia demokracji jako poglądu politycznego. Jeśli ludzie są niedoskonali, ich arystokracje również będą niedoskonałe, podobnie jak demokracje zresztą. Jeśli są moralnie słabi, to zawsze istnieć będą słabi królowie, słabi żołnierze, słabi magnaci ziemscy i przemysłowi – dokładnie tak samo, jak zdarzają się słabi obywatele. Prawda ta działa zaś w wypadku każdego przypadkowego podziału ludzkości: nie tylko cenzusu urodzenia czy cenzusu majątkowego, ale i znacznie bardziej wątpliwego i niejasnego cenzusu inteligencji. Nie ma żadnej gwarancji, że genialni przewodnicy ludzkości generalnie nie wiedli jej ku przepaści. Łatwo powtarzać, że tłum przeciętniaków nigdy nie sprosta trudnemu zadaniu rządzenia; prawda również, że podobny tłum nigdy w pełni nie zastąpi prawdziwego przywództwa. Ale w żaden sposób nie wynika stąd, że należy tych, którzy zazwyczaj chcą piastować stanowiska przywódcze, darzyć bezgranicznym zaufaniem.

Jak napisałem, polityczni przewodnicy mogą prowadzić lud w kierunku dobrym i złym. Nie jest również tak, że złe rozwiązania to wyłącznie dzieło cynicznych kłamców, pełnych złej woli. Nie mam wcale pewności, czy najstaranniej nawet dobrana rada najlepszych nie okazałaby się w kwestii rządów światowych instrumentem równie nieudanym, jak wszelkie nasze nowoczesne zgromadzenia, które niejednokrotnie wydają się starannie dobranymi radami najgorszych. A przede wszystkim, czy najgorszymi politykami nie okażą się przypadkiem najlepsi pisarze. Wątpliwość ta dręczy mnie przede wszystkim dlatego, że wiem, iż z natury rzeczy pisarz to człowiek, który wyolbrzymia znaczenie jednej, odkrytej przez siebie prawdy; władza zaś, to sztuka dostrzegania wielu różnych prawd, które mogą się wzajemnie równoważyć. Arystokrata ducha natomiast, jest kuszony do wąskości horyzontów znacznie bardziej, niż arystokrata standardowy. Nawet on jednak powinien być demokratą – nie tylko w sensie uznania równości wszystkich ludzi, ale i wszystkich prawd.

Spotkałem kiedyś pewnego ekscentrycznego arystokratę z Rosji, człowieka wielkiej inteligencji, świetnego pisarza – przypisującego zresztą pisaniu nieco zbyt wielkie znaczenie. Z pasją wyjaśnił mi, że nie popiera ani cara, ani Dumy, ani Sowietów. Według niego, narodowi powinni przewodzić najlepsi jego literaci. Czy z nieznajomości literatury angielskiej wybaczalnej u cudzoziemca, czy to z żądzy przymilenia się, niewybaczalnej u nikogo, zaoferował mi następnie koronę Anglii. Prawdziwe problemy zaczęły się jednak, gdy rzucił mimochodem, że Francją rządził będzie rzecz jasna Anatol France1, a Włochami d’Annunzio2. Nieśmiało zgłosiłem uwagę, że to niezbyt sprawiedliwe, by w tym samym czasie waleczny naród francuski był rządzony przez pacyfistę, a Włosi przez militarystę. Powstała tutaj trudność ma jednak symboliczne znaczenie dla ogólniejszego problemu intelektualistów, którzy kierują się w życiu naprawdę własnymi poglądami. To często najlepsi intelektualiści ze wszystkich; nie jest jednak bynajmniej takie pewne, że ktoś, kto kieruje się w życiu taką choćby ideą, jak wyżej, powinien kierować również losami zwykłych ludzi, czy szczerze powiedziawszy czymkolwiek innym. Od światłego zatem przywództwa France’a czy d’Annunzia, ja przynajmniej zdecydowanie wolałbym starą, wysłużoną demokrację.

Tłm. Maciej Sobiech

1 Anatol France (1844-1924) – francuski poeta, powieściopisarz, historyk, intelektualnie racjonalista, sceptyk. Pacyfista.

2 Gabriele d’Annunzio (1863-1938) – włoski polityk, literat, żołnierz. Zwolennik odbudowy Imperium Rzymskiego przez zjednoczone Włochy. Wielki przeciwnik sojuszu z III Rzeszą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s