G.K. Chesterton: Zdrowy rozsądek, marksizm, psychoanaliza (ILN 22 I 1921)

[Ilustracja: trzech tenorów]

Miałem ostatnio okazję przeczytać książkę traktującą o najnowszej bodaj z naszych nowych mód: psychoanalizie; i cóż, pierwszy wniosek, jaki mogę sformułować po tej lekturze, jest taki, że psychoanaliza to nie analiza. Psychoanaliza może być sugestią – czasami bardzo sugestywną, nie przeczę; choć jej zwolennicy zdają się nie łapać owej subtelnej różnicy jaka zachodzi między sugestią a dowodem. Nie jest jednak na pewno analizą: analiza bowiem, to rozbiór czegoś na elementy pierwsze. I to jest właśnie coś, czego współczesne mody naukowe nigdy nie robią. Czasami udaje mi się wyabstrahować jeden, wybrany element jakiegoś zjawiska; w najlepszych wypadkach – element naprawdę ważny i naprawdę dotąd niedoceniany. Widziałem już kilka takich mód w tym czasie, jak żyję; to zaś, co powiem o tej, prawdziwe będzie o każdej z nich i w każdym czasie. Tendencją psychoanalizy jest sprowadzać wszystkie ludzkie zjawiska do elementu seksualnego. Ale tak samo było kiedyś choćby z socjalizmem typu marksistowskiego, który sprowadzał je do elementu ekonomicznego. Mówię: „było”, a nie „jest”; bo modę na marksizm zostawiliśmy już dawno za sobą, nieważne, ile by statui Karola Marksa postawiono w Rosji. W Europie wschodniej filozofia marksizmu wywołała rewolucję dokładnie wtedy, kiedy w Europie zachodniej zaczęła wywoływać tylko śmiech. Czasami śmiech dość szyderczy. Tak czy inaczej, koncepcja, wedle której całą przeszłość da się wytłumaczyć przez pryzmat rywalizacji o żywność czy bogactwo, nie jest już uznawana nawet przez socjalistów, przynajmniej najlepszych i najinteligentniejszych socjalistów; na przykład przez tego wielkiego i sympatycznego człowieka, jakim jest pan H.M. Hyndman1. Niezależnie od tego jednak, posłuży jako dobry przykład roboczy tego, co mam na myśli,gdy mówię o analitykach, którzy niczego nie analizują.

Pewien dobry i porządny socjalista perswadował mi kiedyś na przykład, z dogmatyzmem nieprzystającym człowiekowi współczesnemu, że w każdym wielkim wydarzeniu historycznym ostatecznie chodziło o pieniądze. Chcąc zacząć od czegoś łatwego, odparłem na to: „A krucjaty? Czy w krucjatach też?” Przerwał, zatapiając się w myślach, po minucie zaś odrzekł, głosem głębokim i poważnym: „Tak. Przyczyną krucjat było prawo primogenitury w relacjach własnościowych”. Młodsi synowie, jak mniemam, trochę się nudzili; no to zorganizowali sobie krucjatę. Ale skoro młodsi synowie i dzisiaj dosyć często się w życiu nudzą, to czemu i dzisiaj nie zwołują krucjat? Wciąż mamy primogeniturę – czemu nie mamy krzyżowców? Oczywista odpowiedź brzmi: bo brakuje kilku innych elementów; elementów, których nasz analityk w sensie ścisłym nie przeanalizował, zadowalając się wskazaniem na możliwą obecność w sprawie jednego z nich. Inną, równie oczywistą, metodą sformułowania tej prawdy byłoby powiedzieć, że wszystko byłoby inne gdyby wszystko inne było inne. Gdyby nie istniał na świecie symbol krzyża, zapewne nie istnieliby również rycerze krzyża. Gdyby nie istniało coś takiego, jak religia Mahometa, prawdopodobnie nikt nie zaatakowałby nigdy wyznawców religii Mahometa. Najprawdopodobniej nikt by nie zrobił nic; a gdyby ktoś zrobił coś, prawdopodobnie byłoby to coś zupełnie innego, niż to, co faktycznie zrobiono. Co zaś by to było dokładnie, żadna ekonomiczna teoria dziejów nie może pomóc nam choćby i domniemywać. I o żadnej ekonomicznej teorii dziejów nie można powiedzieć, że cokolwiek wyjaśnia, skoro to, co próbuje wyjaśnić, wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby czynnik ekonomiczny działał w innych warunkach.

Tym, o co pytamy, jest: co zrobi ze sobą młodszy brat bez zajęcia; i jasne chyba, że musimy poznać gigantyczną liczbę faktów, aby ustalić z pewnym prawdopodobieństwem choćby tyle, czy pojedzie do Jerozolimy czy do Johannesburga. Zdrowy rozsądek podpowiada, rzecz jasna, że nawet kiedy młody rycerz miał pewną motywację natury ekonomicznej, była to ledwie jedne z wielu motywacji; i to zazwyczaj te inne, nie-ekonomiczne, motywacje decydowały, czy zostawał krzyżowcem, czy bandytą, mnichem czy mordercą.

Prawda jest taka, że ekonomiczna teoria marksistów wyjątkowo nie nadaje się do wyjaśniania historii, choć być może ma pewną wartość w wyjaśniania biologii. Historia jest historią ludzi, a właściwie różnic między ludźmi. Biologię, z tego punktu widzenia, możemy zaś określić jako historię zwierząt, a właściwie: podobieństw między zwierzętami. To oczywiste, że wszystkie zwierzęta zdobywają pożywienie, i człowiek, jako pod tym względem zwierzę, również zdobywa pożywienie. Gdyby wszakże człowiek nie zajmował się w życiu niczym innym, jak tylko zdobywaniem pożywienia, byłby jak ów fortunny ale fikcyjny naród bez historii. Stado krów zasadniczo przeżuwa trawę (tym się zajmuje); ale krowy nie piszą kronik, choćby z tego względu, że byłyby one raczej nieciekawe. Gdyby ludzkość miała być stadem krów, byłoby to stado krów, w którym jedne miałyby w zwyczaju stawać na głowie z fantastycznego poczucia humoru, inne zaś wspinałyby się na drzewo, aby się powiesić. Musielibyśmy wyobrazić sobie krowę nie tylko rodzącą naturalne cielaczki, ale zdolną wykonać i podobiznę złotego cielca, czy ułożyć przypowieść o cielcu utoczonym.

Historia w sensie ścisłym składa się właśnie z podobnie fantastycznych odchyleń od najbardziej podstawowych tendencji wyznaczanych przez fizyczne przetrwanie – czy nawet fizyczną przyjemność. Bo nawet przyjemności człowiek nie doświadcza w sposób czysty. Istnieje na przykład coś takiego, jak patos, który można nazwać przyjemnością z bólu. Nasze dziwaczne krowy nieustannie igrają z niebezpieczną pokusą rozkoszowania się choćby muzyką przypominającą, w jaki sposób zginęły inne, stare przedstawicielki ich gatunku. Istnieje fikcja: przyjemność wypływająca ze świadomości, że coś jest nieprawdziwe. Uwielbiamy wprost najbardziej szczegółowe pod względem astronomicznym i zoologicznym opowieści, jak krowa przeskoczyła księżyc2. Te i inne tego typu paradoksy (a są ich tysiące) tak bardzo wikłają, a wręcz wypaczają bardziej racjonalne pragnienia człowieka, jak np. pragnienie zysku, że bez ich uwzględnienia kwestia motywacji ekonomicznych staje się po prostu niezrozumiała. I, podobnie, kwestia motywacji seksualnych, których rolę tak podkreśla psychoanaliza, sama w sobie jest niezrozumiała. Marksizm pracowicie próbuje uświadomić nam, że jeśli mamy dwóch ludzi, z których jeden decyduje się zamieszkać w Monte Carlo, a drugi ginie podczas wyprawy na Biegun Północny, to obydwaj działają w pewnym sensie z pobudek ekonomicznych, to znaczy: od czasu do czasu muszą coś zjeść. Freud, ze swoją teorią podświadomych popędów: że tak sułtan w swoim haramie, jak i rzeźbiarz wykuwający posąg Ateny Nike, mogą w jakiś niejasny sposób kojarzyć piękno z seksualnością. Pytanie: i? Tym, czego chcielibyśmy się dowiedzieć, jest dlaczego jeden z tych ludzi, mających takie same skojarzenia, został artystą, a drugi ledwie sensualistą; albo, co zasadniczo sprowadza się do tego samego, dlaczego posąg Ateny Zwycięskiej stoi w Atenach, a nie w Bagdadzie. I tego właśnie nikt nam nie tłumaczy.

Czasami, istotnie, nowi psychologowie wydają się sporo fantazjować nawet kiedy przychodzi do sfery faktów, którymi zawodowo się zajmują. W rzeczonej pracy, na przykład, wszelkie dzieła sztuki tłumaczy się jako skutki wpływu podświadomości, choć są one podświadome mniej więcej w takim stopniu, jak most czy rysunek geometryczny. Czytamy, że Leonardo da Vinci ukazał nam w całej głębi mrok i podświadomą tajemnicę, z których wypływa nasze poczucia piękna, gdy zauważył (dość rozsądnie zresztą), że artysta umie dostrzec fascynujące kształty nawet na starej ścianie. Nie ma w tym nic, co byłoby choć trochę podświadome – i na pewno nic, co byłoby choćby w minimalnym stopniu seksualne. Jeżeli istniał kiedyś na ziemi umysł świadomy raczej, niż nieświadomy, człowiek, który naprawdę wiedział, co robi, powiedziałby, że był to właśnie Leonardo da Vinci. I istotnie, mistycyzm nowoczesnej psychologii budziłby u renesansowych racjonalistów wyłącznie wstręt. Nie piszę przy tym bynajmniej jako skrajny racjonalista, czy przeciwnik wszelkiej mistyki in toto, bynajmniej. Nie przeczę, że istnieje coś takiego, jak sfera nieświadomości, czy że popęd seksualny prawdopodobnie odgrywa w niej pewną rolę. Powtarzam, po prostu, że wskazać na możliwą obecność jednego psychologicznego elementu w jakimś zjawisku, to nie jest żadna „psycho-analiza”. To tak, jak gdyby wyciągnąć jedną nitkę z gobelinu – coś, co i dziecko zrobić potrafi; są jednak znacznie piękniejsze barwy i kształty wyszyte na zasłonach tabernakulum.

Tłm. Maciej Sobiech

1 Henry Mayers Hyndman(1842-1921) – angielski socjalista, założyciel Federacji Demokratycznej.

2 Nawiązanie do przysłowia angielskiego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s