G.K. Chesterton: Dlaczego nie jestem socjalistą („The New Age”, 4 I 1908)

[Ilustracja: Philip James de Loutherbourg (1740–1812), „Coalbrookdale w nocy”, 1801]

[Tekst jest elementem dłuższej polemiki, jaka odbyła się na łamach The New Age na przełomie roku 1907 i 1908, i w której uczestniczyli Chesterton i Belloc po jednej, a Shaw i Wells po drugiej stronie. Żeby było śmieszniej, to Shaw i Wells przejawiali nastawienie znacznie bardziej koncyliacyjne. Belloc wszakże, w swoim stylu, zdecydował się nie odpowiadać w duchu (mówiąc ze Steinerowska) Positivitaet, tylko ruszył na bezbożników z mieczem w dłoni, a Chesterton – niczym wierny giermek – choć starał się to nieco moderować temperaturę sporu, podążył za nim. Z tego też powodu – o ile mogę sobie pozwolić (a mogę) na taką osobistą opinię – tekst nie należy do najlepszych w dorobku GKC, tym niemniej na pewno warto go znać, aby zrozumieć zarówno mocne, jak i słabe strony propozycji dystrybucjonistycznej. – Tłumacz]

Poproszono mnie niedawno, abym wyjaśnił krótko, jak to jest, że ktoś, kto nie tylko gorąco wierzy w demokrację, ale żywi także autentyczną cześć i szacunek dla tradycji rewolucyjnej, może nie utożsamiać się z tym, co zazwyczaj nazywa się u nas ruchem socjalistycznym. Jeśli mam to zrobić, muszę wpierw poczynić dwie uwagi wstępne. Pierwsza to truizm; druga – cokolwiek rozwlekły wtręt osobisty. Tym niemniej – i jednej, i drugiej musimy poświęcić trochę czasu, zanim przejdziemy do rozważenia w ścisłym sensie tego słowa teorii, bez wątpienia najważniejszych rzeczy na świecie.

Truizm, który chcę tutaj przywołać, jest taki sam, jak ten, do którego odwołał się w swym artykule dla niniejszej gazety pan Hilaire Belloc, a sprowadza się do następującego stwierdzenia: że każdy normalny człowiek brzydzi się systemem przemysłowym. Nie podoba mi się obecny stosunek bogactwa i nędzy – z tego prostego powodu, że nie jestem diabłem w ludzkiej skórze. Bo, zaiste, podobać by się on mógł tylko Szatanom i Belzebubom. Druga sprawa ma jednak, jak powiedziałem, naturę osobistą, i z tej przyczyny należy poświęcić jej trochę więcej miejsca; wydaje mi się wszakże, iż zrozumienie jej ułatwi analizę problemu. Zanim przejdę do treści idei kolektywistycznej, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat jej ogólnych implikacji oraz atmosfery, w jakiej się ją zazwyczaj promuje. Krótko mówiąc: zanim powiem cokolwiek o socjalizmie, chciałbym powiedzieć coś o socjalistach.

Przyznam się, że dla mnie teoria ma znacznie większe znaczenie, niż praktyka. Lub, jak kto woli” znacznie ważniejsze jest dla mnie to, co się mówi, niż to, co się robi; to pierwsze przynosi bowiem zazwyczaj trwalsze skutki i stąd też wywiera większy wpływ na rzeczywistość. Nie umiem wyobrazić sobie gorszej zmiany społecznej, niż ta, którą promuje obecnie kilku zblazowanych snobów, jak to się mówi: „zwiększenia wymiaru praktycznego w debacie publicznej”. Dobór argumentów pokazuje, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni. Dopóki nie usłyszeliśmy uzasadnienia jakiegoś projektu politycznego, nie wiemy właściwie, czego w istocie dotyczy. Tak na przykład, jeśli ktoś mówi mi: „Proszę spróbować tej pysznej, bezalkoholowej alternatywy dla piwa”, może i robi mi się trochę niedobrze, ale w sensie fundamentalnym wciąż się waham. Jeśli dorzuci jednak: „Dalej, smacznego, pana żona wyglądałaby pięknie w żałobie” – oto mam już dość informacji, aby podjąć decyzję. Albo – inny przykład – wyobraźmy sobie, że jakiś kupiec, składając Brytyjskiej Marynarce Wojennej ofertę zakupu nowych dział okrętowych, zakończyłby swoje reklamiarskie popisy słowami: „No bo przecież ostatecznie nieważne, czy Francuzi wygrają następną wojnę”. Znów: właśnie dzięki tej końcowej uwadze dowiedziałem się czegoś, co pozwala mi zdecydować o dalszym toku działania – o tym, choćby, czy nie załadować delikwenta do jednego z dział, którymi handluje, i nie wystrzelić gdzieś hen!, daleko ode mnie, o ile rzecz jasna mam takie możliwości. Krótko mówiąc: tym, co pchnęłoby mnie do działania byłyby w tym wypadku nie praktyczne projekty działań bezpośrednich, ale dodatkowa, przypadkowa właściwie aluzja do teoretycznej podstawy, na której się opierają. Uwagi marginalne pomogły mi rozstrzygnąć w życiu wiele dylematów.

Idąc dalej – tym, co chcę powiedzieć na początku jest, iż socjalistyczny idealizm sam w sobie już bardzo mi się nie podoba. Gdy słucham tego, co socjaliści mówią na temat przyszłego szczęścia ludzkości, robię się bardzo nie-szczęśliwy. Bo owo przyszłe szczęście ludzkości w niczym, przynajmniej według mnie, nie przypomina teraźniejszego szczęścia ludzkości, czy też jednego choćby szczęśliwszego dnia, jaki przeżyłem. Oczywiście, wielu socjalistów ma na ten temat podobne odczucia i odpowiedzą mi na ten zarzut w ten sposób, że problem ten to kwestia uboczna, pozbawiona związku z właściwą treścią socjalistycznych ideałów. Chodzi mi jednak dokładnie o to, że dla mnie podobnie sugestywne szczegóły mają bardzo duże znaczenie, gdy przychodzi do podejmowania decyzji. Wezmę jeden przykład, aby wytłumaczyć, co mam na myśli. We wszystkich socjalistycznych utopiach, przyjemność z życia, czy przynajmniej altruistyczna przyjemność z życia, zasadza się przede wszystkim na radości z dzielenia, czy dzielenia się – tak jak dzielimy ze sobą wspólny park miejski, czy się musztardą w hotelowej restauracji. To, powiadam, najpowszechniejszy chyba sentyment wśród socjalistów. Socjalizm praktyczny ma naturę kolektywistyczną. Ale socjalizm idealistyczny to wciąż po prostu komunizm. Otóż, trzeba przyznać, że z dzielenia się można niemałą przyjemność. Nie jest to wszakże jedyna, ani (moim zdaniem przynajmniej) największa przyjemność życia. Ja, na przykład, znacznie bardziej wolę przyjemność, jaką czerpać możemy z dawania i brania. Dawanie zaś, to nie to samo, co dzielenie się – ba!, w pewnym sensie możemy nawet powiedzieć, że to wręcz przeciwieństwo dzielenia się. Dzielenie się bowiem, zakłada brak własności, a na pewno własności indywidualnej. Dzielić się można tylko tym, co przynajmniej w jakimś sensie wspólne. Ale dać coś komuś możemy tylko wtedy, kiedy to najpierw mamy. I gdyby nawet w jakimś nieprzewidzianym, powszechnym paroksyzmie hojności wszyscy Anglicy zaczęli wymieniać się kapeluszami, cała operacja i tak opierałaby się na indywidualnej własności kapeluszy.

Gdy zaś mówię, że wolałbym społeczeństwo funkcjonujące na zasadzie nieustannej wymiany kapeluszy od jakiejkolwiek socjalistycznej utopii, o której zdarzyło mi się przeczytać, to robię to zupełnie poważnie. To i tak znacznie lepszy projekt, niż dzielenie kapelusza z trójką innych mężczyzn. Pamiętaj, czytelniku, że nie rozmawiamy w tej chwili o problemie współczesnym i jego możliwym rozwiązaniu, ale o ideale – o tym, co chcielibyśmy mieć, gdybyśmy mogli mieć wszystko, co tylko byśmy chcieli. I gdybym ja przynajmniej stał się poetą opisującym utopię, czarodziejem z magiczną różdżką w dłoni, bogiem tworzącym jakąś własną planetę – otóż ja przynajmniej na pewno uczyniłbym mój mały świat światem dawania i brania. Nie chcę, aby panowie James i Brown mieli wspólne pudełko na cygara; to nie jest mój ideał; nawet nie bardzo odległy ideał; po prostu tego nie chcę – i już. Bo mój ideał jest taki, aby każdego dnia, pan Jones, w mistycznym i boskim niemal geście hojności obdarowywał cygarem pana Browna; pan Brown zaś, w równie mistycznym i boskim geście wdzięczności, rewanżował się tym samym. Uważam bowiem, że zamiast jednego, „założycielskiego” aktu solidarności społecznej, o którym wszyscy by ostatecznie zapomnieli, powinna trwać w społeczeństwie bezustanna gra przysług, energetyczna wymiana coraz to nowych aktów solidarności, stanowiąca swoisty krwiobieg życia wspólnego. Muszę powiedzieć, że choć przeczytałem w życiu tony, czy może raczej: kilometry kwadratowe, socjalistycznych artykułów, niekiedy świetnie napisanych, to nigdy nie trafiłem w nich na jakiekolwiek znaki świadomości czy zrozumienia owego twórczego altruizmu dawania. Na przykład: spośród wszystkich obrazów braterskiej uczty równych towarzyszy, których pełne są socjalistyczne książki, nie przypominam sobie ani jednego, który mówiłby cokolwiek na temat gościnności, owej mistycznej różnicy, jaka zachodzi między gościem a gospodarzem, jednym domem, a drugim. Nikt nie otwiera nikomu drzwi, które wyciosał jeszcze jego ojciec; nikt nie chwali się, jak pięknie obrodziły gruszki w jego rodzinnym ogrodzie. Prawda, mieszkańcy utopii mniej nonkonformistycznej proweniencji [„Nonkonformizm” to w Anglii określenie zbiorcze bardziej radykalnych ruchów protestanckich nieuznających zwierzchności Kościoła Anglikańskiego – Tłumacz.] wykazują czasem nieco zrozumienia dla prastarej i głęboko ludzkiej tradycji produkcji i spożycia napojów wyskokowych; nie chodzi tutaj jednak o piwo, ale o rzecz jeszcze poważniejszą – o to, aby dało się je postawić czasem przyjacielowi.

Pamiętaj, proszę, drogi Czytelniku, jaki cel ma ten przydługi już nieco mój wywód. Nie twierdzę, że nie zdarzałyby się w państwie kolektywistycznym gesty gościnności. Ale tylko, że brakuje ich w literackich wizjach tego państwa, że przeczą one – jak moglibyśmy rzecz – kolektywistycznemu instynktowi. Nie twierdzę, że nie zdarzałyby się w socjalizmie. Ale tylko, że rzadko kiedy można o nich usłyszeć od socjalistów. I wiem, co usłyszę za moment w odpowiedzi: „Ależ, nie ma w socjalizmie niczego, co sprzeciwiałoby się ideałowi osobistej gościnności!”. Z tego też właśnie względu wyjaśniłem na początku, że mniejszą wagę przykłada do projektów politycznych jako takich, niż do ducha, w jakim się je opracowuje. Wielkie rewolucje rzadko kiedy stanowią konsekwentne urzeczywistnienie idei, z których wzięły one swój początek – ale niemal zawsze ucieleśnia się podczas nich towarzyszący owym ideom impuls emocjonalny, swoiste poczucie i wizja życia. Ciągle mówi się dzisiaj o „jałowości” ideałów. Ale ideały niemal nigdy nie są jałowe – choćby z tego powodu, że pozwalają odzyskać energię ducha. Biznesplany są jałowe. Tak też Wielka Rewolucja nie przyniosła we Francji urzeczywistnienia żadnego z owych szczegółowych projektów, które inspirowały jej uczestników; przyniosła jednak dużo więcej. Bo to ona tchnęła w ojczyznę Woltera demokratycznego ducha wieku osiemnastego, z jego chłodnym rozsądkiem, mieszczańską godnością, względną równością bardzo prywatnych majątków i minimum dobrych manier. Na tej samej zasadzie, zwycięstwo socjalizmu nie przyniesie ze sobą najprawdopodobniej wiernej realizacji socjalistycznych programów – ale na pewno doprowadzi do urzeczywistnienia stojącej za nimi, idealnej wizji. I moim zdaniem, jeżeli, drodzy socjaliści, zapominacie o pewnych może i drobnych, ale jakże ważnych z ludzkiego punktu widzenia potrzebach nawet wtedy, gdy piszecie bajki dla dorosłych, to tym bardziej nie będziecie pamiętać o nich, gdy zacznie się prawdziwa, rewolucyjna robota. Krótko mówiąc: w waszych książkach brakuje czegoś bardzo ważnego dla normalnego człowieka. Jak mam wierzyć, że nie będzie brakować tego w waszej republice?

Jeśli zaś o mnie chodzi, to wyznaję w tej kwestii pewien stary, zapomniany pogląd, nieznany zarówno socjalistom i anarchistom, jak konserwatystom i liberałom.

Oto bowiem – ja wierzę w masy, w zwykłych, szarych ludzi. I bynajmniej nie w, jak to się teraz mówi, ich „potencjał”; ale w nich, po prostu – w ich twarze, obyczaje, ich wspaniałą mowę. Złapani w potrzask nieludzkiej maszynerii przemysłu, wystawieni na haniebne ekonomiczne okrucieństwo, otoczeni brzydotą i skazani na samotność nieznaną dotąd rodzajowi ludzkiemu, ogłupieni przez wąską i prowincjonalną religię albo jeszcze węższy i bardziej prowincjonalny ateizm, pozostają nasi ubodzy ciągle najzdrowszą, najpogodniejszą i najsolidniejszą częścią angielskiej wspólnoty. Czy popierają oni socjalizm w wąskim sensie pewnej propozycji politycznej – trudno orzec. Głosują, owszem, czasami na socjalistów, tak jak głosowali i będą głosować na torysów i liberałów – z tego powodu, że pewnych rzeczy chcą, a innych nie chcą. Jedno wszakże wiem na pewno – to, mianowicie, że ideałem socjalizmu, jego sentymentem, czy wręcz „zapachem”, zwyczajnie się brzydzą. Żadna inna klasa społeczna nie trwa równie wiernie przy wszystkich owych urządzeniach i uczuciach, które stanowią proste przeciwieństwo socjalistycznego ducha: domowej prywatności, prawa do wychowania własnych dzieci i pilnowania własnego nosa. Spoglądam oto przez okno mego domu na spokojną, ciemną taflę Battersea, i rodzi się w mojej duszy przekonanie graniczące z pewnością, że mógłbym, w tym momencie, niemalże od reki, sporządzić krótką listę czy katalog wartości i maksym moralnych, uznawanych przez większość mężczyzn i kobiet, zamieszkujących nasza angielską ziemię jak okiem sięgnąć. Na przykład, że dom Anglika to twierdza, do której wstęp może mieć tylko wąskie grono wybranych; albo że małżeństwo to prawdziwa unia dwojga ludzi, wobec powagi której zazdrość i pragnienie zemsty stają się afektami moralnie przynajmniej usprawiedliwionymi; że wegetarianizm i przeciwstawianie praw zwierząt prawom człowieka to idiotyczna fanaberia snobów; że – z drugiej strony – oszczędzać na własny pogrzeb to nie fanaberia, ale wyraz starożytnego szacunku do zmarłych; że dając prezenty przyjaciołom i dzieciom, powinniśmy dawać im to, co lubią, a nie to, co dla nich dobre; że nie ma niczego nielogicznego w tym, by najpierw wściekać się na nauczycielkę, że ta potraktowała naszego ukochanego Tomcia linijką, a potem samemu rzucać w niego patelniami. Ubodzy, powiadam, wierzą w te wszystkie rzeczy; tylko oni w nie wierzą; i mają w każdym wypadku i na wieki wieków absolutną rację. Bo te właśnie przekonania, to prastare zdrowie i siła ludzkości; to dziesięć przykazań człowieka.

Otóż pragnę w tym momencie zauważyć, że jeśli – drodzy socjaliści – spróbujecie narzucić tym ludziom swoje socjalistyczne rozwiązania, w sensie moralnym będzie to akt tyranii, dokładnie taki, jak Manchesterska rewolucja przemysłowa. Prości ludzie nie wierzą ani w socjalizm, ani w Manchesteryzm; są na to zbyt normalni. Ale choć normalni, są oni także zagubieni, powolni, oszołomieni sytuacją i nienawykli (niestety!) do realiów wojny domowej. Indywidualizm narzuciła im garstka wędrownych handlarzy; socjalizm narzuci im garstka artystów, profesorów z Oksfordu i hrabianek z misją. Czy schowa się ten humbug, podobnie jak wszystkie oligarchiczne humbugi historii najnowszej, za ową barwną fasada, jaką są „demokratyczne wybory”, w tej chwili mnie nie interesuje. Chodzi mi tylko o to, że choć demokracja angielska nie przepada (delikatnie mówiąc) za waszą ulubioną, socjalistyczną filozofią, może chwilowo pogodzić się z jej implementacją, tak jak pogodziła się na implementację wielu już innych i z dokładnie tego samego powodu – braku woli walki.

Myśląc w ten sposób, nie da się być socjalistą. Dlatego też nim nie jestem. Nie – oczy me zwracam na coś zgoła innego, na uśpionego giganta, który – istotnie – może się nigdy nie obudzić; jeżeli jednak kiedyś się obudzi, zmiażdży socjalizm jednym swym ramieniem, a obszarnictwo drugim. Obszarnictwo – nie dlatego, że opiera się ono na prawie własności, ale właśnie, że przeczy temu prawu. Bo to wbrew prawu własności, by całe ulicy i skwery Londynu należały do hrabiego Westminsteru, podobnie jak przeczyłoby to idei małżeństwa, by zgromadził on w osobistym haremie wszystkie zamieszkujące Londyn kobiety. Jeżeli kiedykolwiek angielscy ubodzy zdecydują się przeciwstawić temu złu, zrobią to nie celem uspołecznienia własności, ale dystrybucji własności – przede wszystkim własności prywatnej; prawdopodobnie, posuną się w tej walce za daleko; ale to naturalne, jeśli walczy się o coś, co stanowi humor i poezję naszego własnego życia. Bo Rewolucja – ich Rewolucja – dokona się w imię tego, co kochają – i co ja kocham: specyficznie angielskiego poczucia przytulności, instynktu święta i celebracji, różnicy między godnością kobiety a godnością mężczyzny, odpowiedzialności każdego za swe własne życie i swój własny dom. Rewolucja socjalistyczna – wasza rewolucja – dokona się zaś w imię wszystkiego, czego oni nienawidzą, i czego ja nienawidzę z nimi: gadaniny o „nieuniknionym”, umiłowania statystyk, materialistycznej teorii historii, socjologicznych banałów oraz rozwrzeszczanej głupoty eugeniki. Wiem, co odpowiecie; wiem, że wiele ryzykuję. Być może, że wielka demokracja Anglii nie obudzi się nigdy. Być może Anglicy, jeśli tylko zapewnić im stałe dostawy piwa, zgodzą się nawet i na eugenikę. W tym momencie wystarczy, że powiem, iż najzwyczajniej w świecie w to nie wierzę. Nie wierzę, by ubodzy, mając w tak ewidentny sposób rację nigdy nie zdecydowali się bronić jej przed ofensywą snobów z waszej czy mojej partii. Tak czy inaczej, oto moja odpowiedź. Nie jestem socjalistą z tego samego powodu, dla którego nie jestem torysem – ponieważ nie straciłem wiary w demokrację.

Przeł. Maciej Sobiech

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s