G.K. Chesterton: Krótka historia republikanizmu („The Ressurection of Rome”, 1930)

[Ilustracja: Claude Lorrain (1604/1605–1682), Capriccio z ruinami forum rzymskiego]

[Tekst jest na dzisiejsze czasy wysoce kontrowersyjny; pamiętajmy jednak, że były to czasy, gdy Duce był popularny nie tylko wśród radykalnie prawicowych dziennikarzy i nikt nie wiedział dokładnie, w którą stronę pójdzie jego dyktatura. W wypadku Chestertona wszakże, należy pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Otóż środowisko tworzące tak GK’s Weekly jak Ligę Dystrybucjonistyczną było od początku bardzo zróżnicowane i działali w nim zarówno ludzie poglądów radykalnie demokratycznych, jak Maurice Reckitt, jak i zwolennicy daleko posuniętej reakcji, którym z czasem zaczął przewodzić Belloc. Dla nich, Rzym Mussoliniego był niemalże trąbą zwiastującą przyjście mesjasza (nie bez przyczyny mówiło się o nich jako o „latynofilach”). Zaczęły się tarcia i wewnętrzne konflikty. GKC, pragnący utrzymać i tak wątły wpływ dystrybucjonizmu na społeczeństwo angielskie, wił się jak piskorz i, nieraz kosztem włożenia dzioba w kubeł, heroicznie łagodził spory i utrzymywał jedność (choć jego kontakty z panem B., na przykład, stawały się i tak coraz mniej sielankowe). Pochwalne uwagi o Duce, o którym potem, wraz z powstaniem Osi, zaczął wypowiadać się bardziej jednoznacznie negatywnie, należy interpretować, jak mi się wydaje (a skądinąd coś o sprawie wiem) w tym kontekście. Nie zmienia to faktu, że wszystkie one stanowią po prostu sprytny manewr polegający na wykazaniu, że jeśli Mussolini coś robi dobrze, to dlatego, że jest bliski starym, osiemnastowiecznym demokratom. Inna rzecz, czy tak naprawdę było, czy Chesterton podchodził do sprawy ciut zbyt optymistycznie, niemniej widać chyba wyraźnie, co jest tutaj, po pierwsze, ideałem, do którego się wraca, a po drugie: że Gilbert próbował przekonać do czegoś nie tylko swoich kolegów anarchosyndykalistów, ale także i latynofilów, licząc, być może, na pewne opamiętanie. Pomijając, że nawet tutaj jednak po łyżce miodku przychodzi i łyżka dziegciu. – M.S.]

Zanim przejdę do najbardziej choćby ogólnikowej próby opisu ruchu faszystowskiego (która nieuważnemu czytelnikowi może wydać się próbą jego obrony), sądzę, że dobrze będzie, jeśli zaznaczę, iż szczerze wątpię, czy u zarania włoskiego konfliktu wewnętrznego opowiedziałbym się po stronie faszystów. Partią, z którą sympatyzowałbym w sposób naturalny, byłaby ta nazywana Partią Ludową [chodzi o włoskich Popolari, radykalnych katolickich agrarystów księdza Sturzo (1871-1959) — tłumacz] — partia katolickich demokratów. Słyszałem pod jej adresem wiele głosów krytycznych, wychodzących z ust nieraz bardzo rozsądnych krytyków; i jedyne, co mogę na ten temat powiedzieć, to że dumą napawa mnie fakt, iż katolickich demokratów krytykuje się zazwyczaj za to, że byli za bardzo demokratyczni. Pamiętam szczególnie rozmowę, jaką odbyłem z pewnym mym włoskim przyjacielem, umiarkowanym i krytycznym zwolennikiem rządu Mussoliniego, który z całą pewnością nie atakowałby ludowców za to, że szukali poparcia wśród ludu. Powiedział mi w mocnych słowach, że Popolari to po prostu bolszewia ubrana na biało, zamiast na czerwono; że to komunizm udający katolicyzm. Może i to nieco z mojej strony perwersyjne, tym niemniej tym, co poczułem słysząc te słowa, była głęboka duma; duma, jaką napawała mnie działalność partii, do której nie miałem szczęścia należeć. Jeśli ta krytyka była fałszywa, stanowiła po prostu kolejny z niezliczonej ilości sprzecznych zarzutów, z jakimi katolicy muszą radzić sobie każdego dnia; gdy nazywają nas niewolnikami, jeśli dochowujemy lojalności królowi, a rewolucjonistami, gdy trzymamy z ludem. Jeśli zaś prawdziwa, sama w sobie wystarczy, aby wyprostować całkiem sporo innych rzeczy. Kiedy zatem znów usłyszymy, jak ktoś nazwie katolicyzm opium dla ludu albo oskarży kler o trzymanie mas w poddaństwie wobec klas posiadających mocą oszustwa bądź swoistej społecznej hipnozy, nie zapomnimy, że oto w straszliwej godzinie próby i podziału katolickich księży oskarżono o przesadny antykapitalizm; i jedyną rzeczą, jakiej okazali się winni (jeśli faktycznie czegokolwiek) było to, że nie potrafili powściągnąć swego gniewu na ucisk ubogich. Jeśli faktycznie, to właśnie stanowiło przyczynę porażki Partii Ludowej, była to najbardziej chwalebna i godna chrześcijan porażka w historii; porażka z gatunku tych, które w dłuższej perspektywie mogą zamienić się w tryumf. Na ten moment, poniesiono klęskę; i wielu rozsądnych ludzi uznało ją — nie bez bólu — za mniejsze zło. Ale niech na zawsze pamiętane będzie, że włoskich ludowców nie zatrzymały władze kościelne, choć wielu czekało tylko tego dnia, w którym się to stało; ale bardzo nowoczesne, racjonalne, ba! — racjonalistyczne, władze świeckie; nie Kościół, ale Państwo, działające samo, mocą własnego autorytetu. Partia księdza okazała się zbyt rewolucjonistyczna dla partii syndykalisty. I, prawdę mówiąc, wydaje się, że trochę taka była, na dobre czy na złe; i wiele z tego, co stało się podczas strajków i akcji agrarnych, jak się zdaje nawet mojego przyjaciela, Conrada Noela [(1869-1942), anglikański duchowny, sympatyzujący z ruchem socjalistycznym — tłumacz], wymachującego czerwoną flagą z wieży swego kościoła w Thaxted, wprawiłoby w osłupienie. Do tego dołożę tutaj jeszcze od siebie ledwie jedną uwagę, bo nie mogę myśleć o klęsce Partii Ludowej inaczej jak z ogromnym szacunkiem — i dojmującym uczuciem bólu. Ale w mojej prywatnej opinii, przyczyną, dla której Popolari przegrali z faszystami — którzy podzielali wiele z ich ideałów sprawiedliwości społecznej — było to, iż nie dość mocno akcentowali element patriotyczny. W pewnym sensie, każdy katolik musi być internacjonalistą; ale biada mu, jeśli nie będzie przy tym także i nacjonalistą. Prosta próba wepchnięcia pospolitego internacjonalizmu w gardła katolickich narodów zawsze kończy się brutalną i szybką reakcją; tak stało się wtedy, kiedy angielscy socjaliści usiłowali uczynić to podczas strajku dublińskiego, i tak też stanie się jeszcze nie jeden raz, jeśli kosmopolityczna dyplomacja Europy nie przestanie próbować uśpić wiecznej czujności Polski. Bo katolicy w samych swoich kościach czują, że ludzie są obywatelami ojczyzny, a nie tylko świata; i że ognisko domowe to rzecz tak samo święta, jak ołtarz. Tak czy inaczej, to właśnie owa jedna wątpliwość, którą żywiłbym, być może, co do Partii Ludowej, kiedy ta jeszcze istniała; co do faszystów, miałbym ich znacznie więcej; i, jako żywo, tyle właśnie ich mam.

[…]

Co do mnie, to zawsze określałem się jako liberał, choć zawsze wolałem także termin „radykał”, ponieważ daje on pewność, że nie wyjdzie się w towarzystwie na człowieka szacownego. W sumie nie miałbym też nic przeciwko „republikaninowi” – może za wyjątkiem Ameryki, gdzie słowo to również przywodzi na myśl obrzydliwe skojarzenia z szacownością. Pod pojęciem republikanizmu rozumiem jednakże coś, co mało ma wspólnego z istnieniem bądź nieistnieniem tego, co nazywa się we współczesnym świecie monarchią konstytucyjną. Mnie chodzi po prostu o to, co miał na myśli św. Tomasz z Akwinu, gdy pisał, że celem jest zamienić państwo w tłum wolnych ludzi; obywateli – równych wobec prawa, stanowiącego symbol ich równej godności. I sądzę, że ten polityczny ideał może czasami realizować się w warunkach monarchii – choć już nie arystokracji. Tłum, który jest jednością osób, może wybrać sobie króla, który jest jedną osobą – i który potrafi dzięki temu wyrażać nie tylko jedność, ale poniekąd także i równość, wszystkich tych, którymi rządzi. Ale to zupełnie co innego, wydaje mi się, niż idea, wedle której obywatele z definicji powinni dzielić się na dwie osobne kategorie, na przykład: panów i niewolników. I gdy nazywałem się w różnych dyskusjach na temat polityki angielskiej liberałem czy radykałem, miałem na myśli dokładnie to: że sprzeciwiam się duchowi oligarchii, królującemu w naszym społeczeństwie; wielkim latyfundystom, blokującym odbudowę drobnych gospodarstw; wielkim pracodawcom, z łatwością dominującym i podporządkowującym sobie pracowników; wielkim sklepom, pożerającym małe sklepy – i tak dalej. Czy termin „liberalizm” miał takie właśnie znaczenie w ustach wielu innych liberałów, i czy jakichkolwiek innych liberałów, tego nie wiem; i doświadczam ostatnio w związku z tym melancholii wątpienia. Wiem jednak, że wojna demokracji z oligarchią, jak ją opisuję, naprawdę ma znaczenie – czy raczej: miałaby, gdyby ktoś zdecydował się ją wypowiedzieć. Bo przechodząc od liberalnej teorii do praktyki liberałów, zaczynamy zauważać w tym zakresie pewne interesujące fakty; fakty, których liberałowie zauważać nie chcą.

Otóż ruch republikański, mówię tu o republikanizmie takim, jaki narodził się pod koniec wieku osiemnastego i znalazł kontynuację w radykalnych i liberalnych ruchach następnego stulecia, dotknięty został straszną chorobą; i nie chce nawet iść do doktora. Taki jest właśnie naczelny problem ze współczesnym rządem przedstawicielskim; nikt nie chce przyznać, że cokolwiek jest nie tak. Wszystkie prośby ludzi względnie mu życzliwych, francuskich nacjonalistów i bonapartystów, irlandzkich fenian, angielskich czartystów najprzeróżniejszych rodzajów, aby zadbał wreszcie o siebie i pojechał do szpitala, były konsekwentnie ignorowane; aż wreszcie przyszli faszyści włoscy, którzy go z furią pobili, a potem zamknęli w zakładzie dla umysłowo chorych. Największe i najważniejsze wydarzenia w historii Europy nigdy nie przebijają się do gazet i z rzadka tylko (zapewne) do oficjalnych raportów; i istotnie, mało znajdzie się w transkrypcjach debat parlamentarnych wzmianek o owym wielkim zjawisku dziejowym dziejowym, jakim był Upadek Parlamentów. A jednak, upadek ten był czymś równie realnym, jak Wielka Wojna czy Rewolucja Francuska; pytanie zostaje otwarte, czy lokalizując przyczyny choroby, zdołamy znaleźć także na nią jakieś lekarstwo.

Ideał republikański nie tyle zginął, co raczej – jak wiele podobnych rzeczy – popełnił samobójstwo; intelektualnie po prostu poderżnął sobie gardło, to znaczy: sam sobie zaprzeczył. W tym wszakże wypadku, sprzeczność ta osiągnęła wymiary doprawdy niespotykane. Jest to szczególnie prawdziwe w kontekście interesującej nas tutaj faszystowskiej reakcji, i da się streścić w dwóch zdaniach. Na początku, republika oznaczała po prostu rzecz publiczną. By na końcu zmienić się w tajne stowarzyszenie. Prawdopodobnie najmniej publiczną formę ustrojową. System, w którym instytucje publiczne, podlegające publicznej kontroli, znaczą mniej, niż prywatne kółka, których nie kontroluje i nie może kontrolować nikt z zewnątrz; czasem dlatego, że nikt nie wierzy w ich istnienie – i zawsze dlatego, że mało kto wierzy, że naprawdę robią to, co robią. Błędem jest mniemać, że to swoiste odwrócenie idei republikańskiej to kwestia czysto zewnętrzna, gra słów i form. Pierwsi republikanie na serio pragnęli, by ich rządy były tak publiczne, jak to tylko możliwe. Najlepsi mężowie Rewolucji Francuskiej naprawdę byli ludźmi forum i rynku; ludźmi pędzącymi swój żywot pod otwartym niebem; ludźmi na kształt statui niemalże mieszkającymi na ulicach. Jefferson i inni amerykańscy demokraci naprawdę nie tyle chcieli mieć dach nad głową – co szklany dach nad głową; dach domu ze szkła, w którym prezydent mógłby regularnie doświadczać owego największego politycznego zaszczytu, jakim jest zostać obrzuconym przez tłum kamieniami. Dziś został nam z tego demokratycznego żaru co najwyżej żar-gon, podobnie jak po wielu zresztą dobrych rzeczach; i w powszechnym przekonaniu, obowiązkiem kulturalnego człowieka jest się z niego wyśmiewać. A jednak, w tej sprawie przynajmniej pozostaję jeffersonistą – i wolę starą Amerykę od nowej. Starą definicję popularnego charakteru władzy od nowej definicji popularnego charakteru władzy. Dawniej rząd był popularny, gdy ludzie znali wszystkie najgorsze fakty z życia swoich rządzących i elit. Dzisiaj jest popularny, gdy ludzie znają to, co w życiu ich rządzących i elit najlepsze, to znaczy: to, co bogaci sami zechcą objawić.

Tak czy inaczej, tak właśnie przedstawia się ów raj popularności, jak wyobrażali go sobie pierwsi idealiści republikanizmu. Z wejściem na scenę tajnej organizacji zaś, odgrywającej w tym dramacie rolę węża, zaczął się upadek. Zdaję sobie sprawę, że według niektórych współczesnych manichejczyków to wąż stworzył wszystko, łącznie z ogrodem; czy też, innymi słowy, że to tajne stowarzyszenia wymyśliły demokrację. Uważam to twierdzenie za czysty nonsens, mija się ono bowiem kompletnie z faktycznym wydźwiękiem demokratycznych ideałów. Jestem demokratą całe moje życie; i nigdy nie należałem do żadnego tajnego stowarzyszenia. Jakkolwiek jednak układać się mogą niskie przepychanki o date i detale, wyższa prawda o sprawie jest taka, że oto tysiące naprawdę uwierzyło, że budują powszechne braterstwo ludzkości; potem zaś, cała władza przeszła w ręce ekskluzywnego bractwa konspiratorów. Rola odgrywana przez masonerię w polityce każdego europejskiego państwa zawsze była rzeczą doskonale znaną każdemu człowiekowi, mającemu styczność z polityczną praktyką; a jednak, nigdy nie rozmawiano o niej w parlamentach; na pewno zaś: nigdy nie rozmawiali o niej parlamentaryści jako o potencjalnym zagrożeniu dla parlamentaryzmu. Nie musimy tutaj omawiać wszystkich nonsensów, które obie strony powiedziały dotąd na temat wolnomularzy. Fakty są bardzo proste. Po pierwsze: nigdy nie byli to żadni „mularze”; po drugie: nigdy nie byli wolni; i w najważniejszych kwestiach nie wolno im było nawet powiedzieć, że tacy nie są.

Był jednak w starym ideale republikańskim jeszcze jeden element, w naszych czasach spektakularnie i skutecznie zrównany z ziemią. Mianowicie: atak na luksus jako największego wroga wolności. Bez wątpienia wywoła to istny napad śmiechu wśród współczesnych parlamentarzystów powiedzieć im, że pierwsi i najlepsi spośród jakobinów naprawdę wyznawali ideał dobrowolnego ubóstwa, zupełnie jak franciszkanie. A jednak tak było. Dowód na uczciwość danego polityka miał stanowić fakt, że godził się on żyć skromnie; i miało to wiele wspólnego z tym, co niektórzy obecnie nazywają „prostym życiem” – oni zaś nazywali republikańską prostotą. Niewielu ledwie zdaje sobie sprawę z tego, że Napoleon okrył się chwałą nie tylko na drodze zwycięstw militarnych, ale również dlatego, że cieszył się opinią człowieka prostych potrzeb, który zawsze sam płacił swoje rachunki. Nie muszę chyba próbować opisać tutaj jak monstrualnie zmieniło się to w czasach obecnych; gdy wielu liberałów liberalizuje przede wszystkim własne nawyki życiowe. Luksus stał się niemal drugim imieniem polityki; nie ma innej dziedziny życia, w którym pieniądz równie naturalnie szybko przepuszczano by na równie szybkie przyjemności. Jak pisał poeta:

Zepsucie, co się pasło przywilejem panów,

zepsucie niecnych kobiet, brydża i szampanów,

starte. I Demokracji złoty wiek się zbliża:

demokratycznych kobiet, szampana i brydża.1

Nie jestem w tych sprawach purytański; nie mam nic przeciwko, jeśli polityk chodzi do tawerny czy lubi wypić sobie kufelek piwa. Uważam jednak, że polityka zawodowa naprawdę zafascynowała się plutokratyczną orgią w stopniu stanowiącym całkowite zaprzeczenie jej pierwotnych ideałów. To właśnie nieokiełznany, niebotyczny, nieprzyzwoity luksus stanowi przyczynę trzech-czwartych politycznej zarazy, która toczy obecnie debatę parlamentarną. I jeśli kiedyś w przyszłości po raz kolejny usłyszymy, jak ten lub ów wyśmiewa się z poczciwego Robespierre’a czy innego pretensjonalnego skądinąd republikanina, jako z sentymentalnego prostaka, któremu wymyśliło się, że republika opiera się na cnocie, i że nie może przetrwać bez prostego i wytrwałego zaangażowania naprawdę cnotliwych ludzi – popatrzmy na to, co nastąpiło później i złóżmy biedakowi hołd; przyznając chociażby, że nie pomylił się tak wiele.

Teraz, nie udając bynajmniej, że Mussolini jest idealnym republikaninem i nie przecząc, że jest srogim reakcjonistą, uważam, że to niemało interesujące, że istotnie sprzeciwił się on dwóm współczesnym republikańskim grzechom w imię dwóch starych republikańskich cnót. Powrócił do pierwotnego przeświadczenia, że życie publiczne powinno być publiczne; i uświadomił to wszystkim z ogromnie dramatycznym gestem, niszcząc tajne organizacje, jak gdyby były jaskinią wężów. I podchodzi równie poważnie, mógłbym rzec: równie nabożnie, do kwestii cnót obywatelskich, jak sam Robespierre. To znaczy (dla tych, którzy nie przepadają za klasyczną terminologią): czuje równie wyraźnie zależność życia społecznego od owej stoickiej i męskiej moralności, którą niektórzy nazywają dzisiaj moralnością negatywną. Wielu młodych ludzi w fazie produkcji prawdopodobnie by się z niego śmiało, Jefferson wszakże rozumiałby go doskonale. Tak też wydaje mi się czymś więcej, iż zbiegiem okoliczności, że to wielki faszysta właśnie ocalił dwa zatracone i lekceważone ideały dawno zmarłych przyjaciół wolności. Liberałowie wieku dziewiętnastego nie muszą się z nim koniecznie we wszystkim zgadzać; wystarczy, jeśli się zawstydzą. I chętnie będę wstydził się z nimi, jestem przecież jednym z nich. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić wąskim kółkom z tajemnymi pozdrowieniami i rytuałami skompromitować idealnej przejrzystości naszej republiki. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić, aby spekulacyjne skarby, łupy finansowego piractwa, fortuny wykręcane z powietrza, z całą towarzyszącą im wulgarnością i wypaczeniem, kiedykolwiek zaczęły odgrywać jakąkolwiek rolę w procesie wyboru tych, których słusznie nazwać można herosami demokracji. Żaden republikanin nie powinien nigdy zgodzić się na istnienie tajnych organizacji. Nigdy nie powinien przejść do porządku dziennego nad niejawnym finansowaniem partii politycznych. Każdy prawdziwy radykał powinien z całych sił wołać przeciw trójgłowej hydrze niegospodarności, niesłowności i niejawności; i jeśli chcą mieć do kogokolwiek pretensje, to niech mają je do siebie, gdy nagle pojawił się ktoś inny, który ściął jej głowy.

Niemniej, to hipokryzja w kwestii tajnych stowarzyszeń zadała śmiertelny cios sprawie liberalnej w Europie. Teraz, na sposób lepszy lub gorszy, zwalcza je faszyści. Ale to liberałowie powinni byli je zwalczyć. To republikanie, i po tysiąckroć oni, powinni byli stawić im czoła. Stanowią one, z całej swej istoty, dokładne przeciwieństwo republiki. To właśnie ta tajność, i to tajność samej tajności, to milczenie o samym milczeniu, przygotowało grunt pod – jeśli nie słuszny, to na pewno zrozumiały – brutalny i bezwzględny poryw reakcji. Zbrojna mniejszość terroryzująca inne mniejszości nie gra fair w tę grę, którą nazywamy demokracją. Ależ oczywiście; ale tajne postanowienia podejmowane wbrew wynikom głosowań, to równie jawne zaprzeczenie reguł tej gry. I nie dziw, jeśli po osiemdziesięciu latach bezustannego oszustwa, innym znudzi się w nią grać. Ba, znudziła się ona nawet Anglikom; którzy nigdy nie grali w nią dość intensywnie, by się choć względnie zmęczyć. Stąd też, na przykład, masoneria jest w Anglii bardzo potulna; bo w kraju, w którym nikt nie bierze polityki na poważnie, tajnej polityki również nie bierze się na poważnie. Wystarczy wszakże wybrać się na krótki rejs do Irlandii, aby przekonać się, że wszystkie loże są pomarańczowe i równie antykatolickie, jak Wielki Wschód. Co jednak poczułaby większość Anglików w kwestii prostych faktów polityki zagranicznej, gdyby tylko kiedykolwiek pozwolono jej się o nich dowiedzieć? Wspomnijmy tylko jeden z takich faktów; załóżmy, że nagle okazałoby się, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Racjonalistycznych było w stanie zablokować nominację dowolnego angielskiego oficera na dowódcę pułku czy regimentu, gdyby okazało się, w trakcie weryfikacji, że ma on zwyczaj regularnie uczestniczyć w porannej Mszy świętej w swojej parafii, którą odprawia się o godzinie jedenastej. Załóżmy, że nikt nie otrzymywałby awansów oficerskich, poza ateistami i agnostykami; i istniały dokumenty, potwierdzające dyskryminację wszystkich religijnie praktykujących szeregowców. Tak oto przedstawia się sytuacja w armii francuskiej, zarządzanej przez masoński rząd. Jeśli to jest demokracja, to uwaga, bo pęknę ze śmiechu. Jeśli wolność, to pęknę szybciej. Jeśli liberalizm, jako liberał zaczynam się poważnie niepokoić.

Stwierdzam niniejszym, że to nie jest tak, że faszyzm nie ma wad, ale że liberalizm stracił prawo, aby faszystów za nie atakować. Nie chodzi jednak o to, by liberalizm oczyścił się na tyle, by móc atakować faszystów. Ale o to, że zawsze powinien był pozostać dostatecznie czysty, by atakować korupcję, konspirację, a przede wszystkim plutokrację; i, z różnych praktycznych powodów, nigdy tego nie zrobił. Gdyby republikański ideał dochował wierności sam sobie, nigdy nie zaistniałaby potrzeba zorganizowania przeciw niemu jakiejkolwiek faszystowskiej reakcji; ani promocji dyktatury jako alternatywy dla demokracji. Ja w każdym razie na pewno sto razy wolałbym, aby oczyszczenia naszej plutokratycznej polityki dokonali radykałowie i republikanie. Tylko że oni nigdy nie chcieli go dokonać.

Dusze nie umierają od grzechu, ale od zatwardziałości w grzechu. Ludzkie instytucje, wszystkie co do jednej uczynione na obraz i podobieństwo ludzkiej duszy, podobnie: niszczeją nie dlatego, że zgrzeszyły, ale dlatego, że nie podjęły pokuty. To stara historia, przerobiona doskonale przez stare tyranie; jak wtedy, gdy mówiło się, że Burbonowie niczego się nie uczą i niczego nie zapominają. W tym samym procesie, w jakim ideały Rewolucji Francuskiej obaliły francuską monarchię, one same zostały dzisiaj obalone. Ale nie dlatego, że liberalni politycy robili rzeczy, za które nie ma przebaczenia, bynajmniej; ale dlatego, że nigdy nie poprosili o przebaczenie – ani nawet o pozwolenie! Nie dlatego, że dusze ich były tak czarne, jak je malowano; ale że nigdy nie były tak białe, jak je wybielano; i pracowicie je wybielano. Problem z parlamentaryzmem polega na tym, że nikt nie dostrzega, że jest jakiś problem z parlamentaryzmem. Na pewno nie parlamentarzyści. Takie nastawienie w każdym wypadku w historii prowokowało bunt; we Włoszech wieku dwudziestego, buntownicy stworzyli rząd.

Powiedziawszy to wszystko trzeba powiedzieć jeszcze to, że jeśli stwierdzę, że nie podoba mi się reakcjonistyczna postawa Mussoliniego, zgodzi się ze mną natychmiast z tysiąc osób; ale ja nie zgodzę się z żadną z nich. Bo mówiąc „reakcja” można mieć na myśli coś, czym Mussolini na pewno nie był i nie jest; albo coś, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Co do pierwszego, wielu ludzi twierdzi na przykład, że Mussolini to torys; co stanowi prostą odwrotność prawdy – szczególnie jeśli opowiadają to torysi. Duce nie jest torysem ani w połowie tak bardzo, jak na przykład ja; ani nie w połowie takim reakcjonistą, jak bym sobie tego życzył. Uważam, że zbyt wielką nadzieję pokłada w nowości: w nauce, w maszynerii, w eksperymencie. Z drugiej strony, w tym sensie, w którym jest on nie torysem, a podświadomie przynajmniej tradycjonalistą, uważam, że po prostu ma rację. Jeśli reakcjonizmem jest wierzyć, że godność ludzka to sprawa większa od swego rodzaju humanitarystycznej bezczelności, że obywatele, którzy nie chcą bronić własnej ojczyzny nie są godni nią rządzić, że kobiety powinno się szanować jako matki, a nie klaskać im, kiedy wspinają się w górę zwinnie jak małpy, że pobożność i szacunek dla zmarłych powinny stanowić, jak stanowiły dla pogan, wieczystą religię żywych – jeśli, powiadam, to wszystko reakcja, to ja również jestem reakcjonistą i cieszę się, że Mussolini jest reakcjonistą. A jednak, żałuję niezmiernie, że naprawdę jest reakcjonistą; i w mojej opinii, ten przesadny reakcjonizm to jego fundamentalny błąd.

[…]

Tłm. Maciej Sobiech

1GKC cytuje tutaj chyba, żeby było śmieszniej, siebie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s