G.K. Chesterton: Zalety posiadania jednej nogi („Tremendous Trifles”, 1909)

Jedna z moich znajomych, odwiedzając pewnego dnia kobietę w żałobie, chciała znaleźć dla niej jakieś słowa pocieszenia, które nie byłyby wszakże ani bezczelne, ani naiwne. Ostatecznie odezwała się następująco: „Wydaje mi się, że człowiek może przejść przez te wielkie próby i to jeszcze z korzyścią dla siebie. To małe problemy są dla nas najgorsze”. „Ależ tak, proszę pani”, odparła starsza kobieta z naciskiem, „i jak akurat wiem, co mówię, bo to już mój dziesiąty”. W tym sensie właśnie być może istotnie, małe problemy są najgorsze. Jeśli rozumieć je w sposób mniej precyzyjny, sformułowanie to, choć częściowo prawdziwe, otwiera także znaczne możliwości błędu i samooszustwa. Ci z nas, którzy doświadczyli problemów zarówno dużych jak i małych, zgodnie z prawdą mogą powiedzieć, że to te małe są dla nich najbardziej dokuczliwe; to oczywiste, że dla pleców zgiętych pod jarzmem ciężarów nie do uniesienia udźwignięcie ziarenka piasku jest ogromnym wyzwaniem; olbrzym podtrzymujący nad swych barkach sklepienie kosmosu może runąć w dół, gdy siądzie mu na ramieniu mucha albo pasikonik. Obawiam się jednak, że maksymy owej – „najmniejsze problemy to najgorsze problemy” – bardzo często się dzisiaj nadużywa, a nadużywają jej dokładnie ci ludzie, którzy nie mają żadnych innych problemów, jak tylko bardzo małe. Wytworna dama, gdy ją przechodzą dreszcze obrzydzenia na widok źle przyciętych krzewów róży1, może później rozrzewniać się melancholijnie nad tym, z jaką godnością nosiłaby koronę z cieni, tylko że niestety Opatrzność poskąpiła jej tej łaski. Szacowny gentleman, obsobaczywszy służbę za niesmaczny obiad, może potem uspokajać swe sumienie tłumacząc sobie, że w czasie głodu zachowałby się bardziej kulturalnie. Nie twierdzimy bynajmniej, że pasikonik nic nie waży; nie musimy jednak darzyć przesadnym szacunkiem bogatego snoba, który za każdym razem, gdy rzeczone stworzonko usiądzie mu na ramieniu woła: „Dajcie mi słonia!”, mając przy tym pełną świadomość, że w Anglii nie ma słoni. To prawda, że kropla może przelać czarę goryczy; nim jednak zaczniemy się litować, wolelibyśmy mieć pewność, że chodzi o ostatnią, a nie pierwszą kroplę.

W pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że ci, którzy zmagają się w życiu z ciężkimi problemami, mają również pełne prawo do narzekania – pod warunkiem, że narzekają na wszystko inne. I w praktyce, paradoksalnie, wszyscy naprawdę doświadczeni przez los naprawdę narzekają na wszystko inne. Rozmawiać o prawdziwych problemach to najkrótsza droga do pomieszania zmysłów. Dlatego też ci, którzy mają prawdziwe problemy, zazwyczaj o nich nie rozmawiają. Rozmawiają o błahostkach – i ktoś, kogo dziwnie głęboko rażą źle przycięte róże, zazwyczaj naprawdę nosi pod kapeluszem koronę z cierni. Jeśli jednak mówimy o człowieku wiodącym normalne, spokojne i względnie szczęśliwe życie, to wydaje mi się, że możemy bez niesprawiedliwości domagać się od niego przynajmniej, by raczył nie robić z igły wideł. Nie zaprzeczam, że igła, na przykład w oku, może być uciążliwa. Drobne kłopoty mają do siebie to niebezpieczeństwo, że są gorzej widoczne; nie rzucają cienia, nie mają atmosfery. Nikt nigdy jeszcze w historii ludzkości nie miał mistycznego przeczucia, że potknie się o podnóżek. William III2 umarł, bo wdepnął w kretowisko; nie sądzę, że, nawet biorąc pod wrodzone talenty Williama III, ktokolwiek zdołałby wdepnąć w górę. Wszystko to wiem i rozumiem. Z tym większym naciskiem powtarzam jednak, że mamy od przeciętnego, szczęśliwego człowieka (czyli nie Williama III) rozumne prawo domagać się, aby sobie ze swoimi trywialnymi kłopotami radził, a nawet więcej: aby nauczył się dostrzegać także jakieś ich jasne strony. I nie mówię tutaj rzecz jasna o autentycznym bólu czy biedzie. Ale o tych niepoliczalnych, przygodnych trudnościach, które co i rusz pojawiają się na naszej drodze: złej pogodzie, mieszkaniu nie takim, jak by się to marzyło, nieudanych znajomościach i niedotrzymanych umowach, konieczności czekania na pociąg, listonoszu, który przychodzi zawsze, gdy nas nie ma, notorycznym spóźnianiu się na ważne spotkania albo – co gorsza – niespóźnianiu się na nieważne spotkania. I o tej dziwnej, poetyckiej przyjemności, jaką można z nich czerpać, tu śpiewam – a śpiewam z mocą, bo z siebie; bo sam od kilku dni prowadzę śmiały eksperyment polegający na tym, że próbuje się czerpać poetycką przyjemność z życia siedząc cały dzień w fotelu ze skręconą nogą, ewentualnie stojąc obok niego w pozycji bociana (bocian to tutaj, rzecz jasna, symbol poetycki); rezultaty póki co są nader obiecujące.

Aby móc właściwie docenić jakąkolwiek rzecz, musimy ją wpierw mentalnie wyizolować, nawet jeśli jej konotacje symboliczne nie za bardzo na to pozwalają. Jeśli chcemy na przykład docenić dom, musimy wyobrazić sobie, że stoi w kompletnej głuszy. Jeśli chcemy przekonać się, jaki ktoś naprawdę jest, musimy wyobrazić go sobie, jak stoi na pustyni, ewentualnie ciemnych piaskach jakiejś opustoszałej plaży. Jak długo jest sam, jest także człowiekiem, częścią naszego gatunku; jak długo jest sam, zasługuje na przyjaźń i towarzystwo. Domalujmy na tym obrazku jeszcze jedną osobę, a nasz bohater natychmiast staje się mniej, nie bardziej ludzki. Jeden człowiek to dobra kompania, dwóch ludzi to żadna kompania. Jeśli chcielibyśmy symbolicznie przedstawić istotę prawdziwie ludzkiej architektury, powinniśmy namalować jedną, ciemną wieżą, wzbijającą się samotnie nad linię horyzontu; jeśli chcemy pokazać komuś światło, nie malujmy gwiazd! Istotnie, przez całą ową osobliwą porę naszego życia, którą nazywamy dniem, na niebie lśni ledwie jedna gwiazda – wielka, straszliwa gwiazda, zwana przez nas słońcem. Jedno słońce to coś wspaniałego; sześć słońc obok siebie to byłby kicz. Jedna dzwonnica Giotta jest piękna; rząd dzwonnic Giotta przypominałby rząd nieproporcjonalnie dużych skrzynek na listy. Poezja sztuki to umiejętność zachwycenia się jedną, samotną wieżą; poezja natury – jednym, samotnym drzewem; poezja miłosna to wierność jednej kobiecie; poezja religijna – to kult oddawany jednej spośród miliardów gwiazd na niebie. Na tej samej zasadzie z naukową pewnością możemy stwierdzić, że poezja ludzkiego życia polega na staniu na jednej nodze. Aby móc wyrażać doskonałą i kompletną nogowatość, noga ludzka musi być rozważana w zupełnej izolacji, niczym strzelista wieża pośrodku nieprzebytej puszczy. Według jakże trafnych słów Ibsena: ta noga jest najsilniejszą, co sama przeciw wszystkim stoi3.

Owa samotna noga, na której się wspieram, ma do siebie całą prostotę doryckiej kolumny. Znawcy architektury mówią nam, że jedyną racją dostateczną istnienia kolumn jest podtrzymywanie sklepienia. Moja kolumna spełnia swą naturalną funkcję z rozmachem. Podtrzymuje rozległe sklepienie. Mając do tego charakter organiczny, może się również w trakcie tego procesu samodoskonalić, aby przez owe kilka dni, kiedy mój ciężar może rozkładać się ledwie tak bardzo nierówno, bezradność i bezużyteczność jednej nogi znalazła swą kosmiczną kompensację w zadziwiającej mocy i klasycznym pięknie drugiej nogi. Pani Mountstuart Jenkinson z powieści George’a Mereditha4, widząc mnie, jak stoję obok fotela wyprężony niczym bocian, nie pozostałoby nic innego, jak tylko z podziwem i zadziwiającą w tym wypadku trafnością wykrzyknąć: „Patrzcie, on ma nogę!” Zwróć uwagę, Czytelniku, jak ściśle głęboki sens owej słynnej literackiej frazy koresponduje tutaj z tym, co nazwałem wcześniej w niniejszym eseju metodą mentalnej izolacji rozważanych przedmiotów. Pani Mountstuart Jenkinson, pragnąc znaleźć adekwatny sposób wyrażenia doskonałej harmonii ludzkiego piękna, powiedziała po prostu, że pan Willoughby ma nogę. Z wielkim wyczuciem przemilczała przy tym ów nieprzyjemny i wstydliwy fakt, że tak naprawdę miał dwie. Dwie nogi to o jedną za dużo – to nadmiar, iluzja i zamęt. Dla pani Mountstuart Jenkinson dwie nogi byłyby czymś równie niezrozumiałym, jak dwa pomniki w Londynie5. Wobec faktu, że ktoś ma jedną, piękną, silną, zdrową nogę przydawać mu jeszcze drugą – wszak to byłby pleonazm, zwyczajne wielomówstwo! Czyż i poganie tego nie czynią? Dwunożny pan Willoughby byłby dla krystalicznie logicznej umysłowości pani Jenkinson czymś równie zadziwiającym, jak człowiek-stonoga.

Każdy pesymizm skrywa w swym wnętrzu utajoną nadzieję. Wszelkie wyrzeczenie się świata i jego przyjemności, wszelkie ciemności ducha, samotność, opuszczenie – wszystko to ma w istocie ledwie jeden cel: odseparowanie, a w konsekwencji indywidualizację jakiegoś określonego przedmiotu po to, abyśmy mogli się nim pełniej i prawdziwiej cieszyć. Odczuwam więc niekłamaną wdzięczność za moją niedawną kontuzję, która pozwoliła mi dostrzec ową fascynującą, metafizyczną przepaść, jaka zieje między jedną moją stopą a drugą. Aby coś naprawdę pokochać, musimy wpierw zdać sobie sprawę, że możemy to stracić. Dzięki zdrowej stopie, czuję i pojmuję z całą mocą jak to cudownie mieć stopę; dzięki chorej – że zupełnie realnie mógłbym jej nie mieć. Morał tej opowieści jest po prostu fantastyczny. Świat, w którym żyjemy, i siły, które w nim działają, to sprawy znacznie bardziej niezwykłe, niż zazwyczaj umiemy sobie uświadomić, chyba że przypomni nam o tym jakiś nieszczęśliwy wypadek. Jeśli chcesz doświadczyć bezgranicznego szczęścia – ogranicz się. Jeśli chcesz się przekonać, jak straszliwie i cudownie Pan nas stworzył –postój jeden dzień na jednej nodze. Jeśli chcesz ujrzeć splendor widzialnego wszechświata – popatrz na życie z przymrużeniem oka.

Maciej Sobiech

1Oryg. Crumpled rose-leaf, jest to prawdopodobnie aluzja do jednoaktowej komedii z 1890 roku o tym właśnie tytule. Po polsku zmieniam, żeby brzmiało lepiej, bo „wymięty listek róży” jest coś nie tego.

2Orański (1650-1702) – książę Oranii, namiestnik Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów, król Anglii i Szkocji (jako William II). Faktycznie zginął dlatego, że jego koń (nie on) potknął się o kopiec kreta i zrzucił go z siodła. William złamał obojczyk, potem zachorował na zapalenie płuc i tak to się skończyło.

3Henrik Ibsen (1828-1906) – dramaturg norweski. Cytat to oczywiście parodia słynnego cytatu ze sztuki „Wróg ludu” (1882): „Najsilniejszy człowiek to taki, który jest (dosłownie: stoi) zupełnie sam”, czy coś w tym rodzaju.

4George Meredith (1828-1909) – angielski powieściopisarz i poeta doby wiktoriańskiej, nominowany pięciokrotnie (1902-1907) do Nagrody Nobla. Politycznie radykał. Chesterton czyni tu aluzję do powieści „Egoista” (1879), tragikomicznie portretującej trudny los kobiet epoki rządów królowej Wiktorii, głównie w kontekście małżeństwa.

5Znów aluzja do treści książki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s