Blog: O szeroki front zdroworozsądkowy

Ponieważ rok akademicki formalnie już się rozpoczął, a zajęcia zaczną się (przynajmniej na moim uniwersytecie) już za chwilę, ostatnie dni upływają mi głównie na przygotowaniu – na ile takie rzeczy można w ogóle przygotować – planów nauczania. I jak zwykle, podczas lektury niektórych książek, nie mogę się ze zdumienia (parafrazując pewne obiegowe powiedzonko mojej rodziny) powstrzymać. Literaturoznawstwo to specyficzny wszechświat, rządzący się bardzo własnymi prawami – i w tym cudownym i magicznym miejscu po prostu nie ma czasu na nudę i rutynę. Tak też na przykład, wczoraj właśnie przeczytałem, nie pierwszy już zresztą raz, bo do tej książki często wracam, zanotowane przez Petera Washingtona (niedoścignionego sceptyka — niedoścignionego, bo racjonalnego) zdanie niejakiej pani Catherine Beasley, że przeświadczenie o tym, iż dzieło literackie ma autora, który je stworzył z pewną mniej lub bardziej konkretną intencją, stanowi przejaw „nieuzasadnionego a priori naiwnego realizmu” i nie powinno być akceptowane w nauce. Czytałem to już, powiadam, kilka razy wcześniej, ale wrażenie zawsze pozostaje bezbłędne. Zrobiło mi się śmieszno, a potem straszno, a potem trochę zimno, a potem znowu ciepło – i, nie wiedzieć czemu, na to ciepło postanowiłem zrobić sobie małą czarną. Do książki już tego dnia nie wróciłem.

No i właściwie tyle, komentarz wydaje się zbędny. W owym akcie strzelistym pani Catherine Beasley zawierają się bowiem, w sensie wirtualno-tendencyjnym wszakże, ale z jakąż mocą, wszystkie najważniejsze elementy owego sposobu myślenia, który stanowi istotę współczesnego świata, a które zbiorczo określić moglibyśmy jako kompletne odrzucenie zdrowego rozsądku.

Zdrowy rozsądek, jak wiadomo, to pojęcie cokolwiek niejasne (jak większość zresztą ludzkich pojęć – konia z rzędem temu, kto „jasno i wyraźnie” zdefiniuje choćby ciało), tym niemniej można je sprowadzić do dwóch podstawowych i skorelowanych ze sobą znaczeń. W sensie praktycznym zatem (i chyba bardziej rozpowszechnionym), to swoiste „czucie intelektualne”, pozwalające odróżnić prawdopodobieństwo od nieprawdopodobieństwa. Czucie owo jednak, jak wszystkie funkcje praktyczne, opiera się w pewien sposób na jakiejś teorii – i tak też zdrowy rozsądek to również pewien sposób widzenia świata, czy może raczej: zbiór pewnych podstawowych prawd o świecie, na których opiera się zdrowe myślenie. Prawdy te nietrudno scharakteryzować: obiektywizm istnienia świata, realność własnej jaźni, istnienie Absolutu (Boga, po prostu) – jakoś tam określonego, jakoś (choćby metaforycznie) ujęta nieśmiertelność duszy, adekwatność ludzkiego poznania, realność dobra i zła, no i pewne podstawowe prawa: tożsamości, racji dostatecznej, przyczynowości, celowości, na gruncie logiki: niesprzeczności, oczywiście ujęte zarodkowo. To tylko pewien szkic wstępny, który zapewne można by wydłużać, tym niemniej wydaje mi się, że dość dobrze uchwyciłem istotę sprawy.

Prawdy te, absolutnie rudymentarne, przez długi czas stanowiły punkt wyjścia całej zachodniej filozofii. Jak trafnie zauważył Gilson w swojej „Jedności doświadczenia filozoficznego”, wszyscy filozofowie starożytności byli realistami, to znaczy: uznawali właśnie za punkt wyjścia te prawdy, na które wskazałem wyżej. Hylozoizm presokratyków, monizm eleatów, pluralizm Anaksagorasa, pre-ewolucjonizm Empedoklesa, idealizm Platona, reizm Arystotelesa, wreszcie wszystkie szkoły hellenistyczne i neoplatońskie, więcej – nawet te filozofie, które uznajemy dzisiaj często (i kompletnie anachronicznie) za przejawy „relatywizmu” (jak nihilizm Gorgiasza, sofizm czy sceptycyzm) wychodziły z pewnych wspólnych założeń, których prawdziwości nie podważano. Absolut rozumiano różnie, tym niemniej praktycznie nikomu nie przyszłoby do głowy twierdzić, że go nie ma. Czasami twierdzono, że dobro i zło zależą od ludzkiej inwencji – nigdy jednak nie odmawiano im realności. Często nie wierzono w nieśmiertelność indywidualną, tym niemniej zawsze zachowywano poczucie, że człowiek jest tylko „momentem” pewnego większego procesu, czyli – krótko mówiąc – że należy tak do Immanencji, jak i do Transcendencji. Negowano możliwość poznania niezmiennych istot (jak Gorgiasz) – ale nigdy, na Boga najwyższego, nie przyszłoby nikomu do głowy, aby twierdzić, że poznanie jako takie w ogóle nie zachodzi, czy że jest fikcyjnym konstruktem ludzkiego umysłu!

Sytuacja ta (podążajmy dalej za Gilsonem) zaczęła zmieniać się dopiero w średniowieczu, wraz z pojawieniem się wokalizmu Roscelina, który jako pierwszy zaczął burzyć ów most łączący umysł z kosmosem, jakim właśnie jest zdrowy rozsądek. Zaczęło się od ataku na związek języka (a zatem myśli, bo język to nie narzędzie, a sposób/modus myślenia) z rzeczywistością. Wokalizm, jak wiadomo negował wartość poznawczą ludzkich słów, redukując je do zwykłych, fizycznych dźwięków (z łaciny właśnie voces). Później proces ten podjął dalej Piotr Abelard, zwieńczył go zaś William Ockham, od krytyki języka/poznania przeszedł dalej, aż do odrzucenia zasady racji dostatecznej i przyczynowości. I to właśnie z myślą Ockhama, jak stwierdza to wybitny katolicki konserwatysta, narodziło się zjawisko endemiczne dla kultury zachodniej – tak zwany idealizm współczesny, niemający wiele wspólnego z idealizmem Platona, ale nazywany tak dlatego, że w jego perspektywie pojęcia (idee) poprzedzają świat. Innymi słowy: to rzeczywistość jest wytworem myśli, a nie na odwrót. Zdrowy rozsądek został unicestwiony całkowicie, jako antropomorficzne złudzenie, poznawcza naiwność. Pogląd ten najwybitniejszego reprezentanta znalazł, rzecz jasna, w Kancie, i – mimo pewnych sprzeciwów, niekiedy (jak w przypadku Rousseau czy później Bergsona) znajdujących w kulturze znaczny oddźwięk – od osiemnastego stulecia, głównie za sprawą powstania tzw. „nowej fizyki” z jej specyficznym (i pozbawionym zasięgu uniwersalnego, ale bezzasadnie uniwersalizowanym) modusem poznania, uzyskał w kulturze europejskiej niekwestionowaną hegemonię.

Problem z idealizmem subiektywnym (jak go można nazwać) polega jednak na tym, że ostatecznie kończy się absurdem. On już jest absurdalny, u samego swego zarania. Nie da się przecież z zupełną powagą utrzymywać, że jaźń ludzka WYTWARZA rzeczywistość w sensie dosłownym (niezła byłaby to robota, stworzyć świat, który może cię zabić albo w którym można być do tego stopnia nieszczęśliwym). Tym niemniej (i dlatego też właśnie), zazwyczaj poprzez różne sprytne sztuczki intelektualne (np. kompletne pominięcie problemu istnienia), idealiści swoją myśl na różne sposoby „urealniali”, tak aby nie wyciągać z niej ostatecznych konsekwencji. Konsekwencje te – zgodnie zresztą z prawem myśli, obserwowanym przez Gilsona – zostały wyciągnięte dopiero współcześnie. A ich ostatecznym zwieńczeniem jest pseudonaukowy bełkot pani Catherine Beasley, no i cały poststrukturalizm, który ona reprezentuje.

Znaczy, ostatecznym. Niekoniecznie ostatecznym. Istnieje bowiem jeszcze jedna sfera życia, w której nie wyprowadzono do końca konsekwencji idealizmu subiektywnego. Jest nią, rzecz jasna, etyka. Oczywiście, poststrukturaliści nie mają żadnych zgoła skrupułów przed werbalną przynajmniej negacją obiektywizmu pojęć dobra i zła, wręcz przeciwnie: to ich niemal zawołanie rodowe (zaraz obok „nie ma prawdy!”). Przecież jeżeli nic nie jest związane z niczym i nie ma żadnych przesłanek, aby uznawać związek działającego z działaniem (analogicznie jak nie ma związku artysty z dziełem, które stworzył), sąd moralny staje się rzeczą po prostu niemożliwą. Tym niemniej, w praktyce jeszcze stosownie do jej logicznych konsekwencji nie działają, a raczej wręcz przeciwnie. Efektem jest skądinąd paradoksalna sytuacja, w której moralny relatywizm splata się w jakiś trudny do wytłumaczenia sposób z niespotykanym dotychczas chyba (i niespotykanie naiwnym) moralnym wzmożeniem i oburzeniem na właściwie wszystko, co się dotychczas w kulturze europejskiej wydarzyło. Tym niemniej, jak zwróciłem uwagę, słusznie mówi Gilson, gdy stwierdza, że prawa myśli są równie obiektywne, jak prawa przyrody – i konsekwencje przyjętych założeń zawsze się ostatecznie ujawnią, jeśli nie w tym, to w następnym pokoleniu. I, tak się obawiam, doczekamy się kiedyś świata, w którym ludzie NAPRAWDĘ nie będą odróżniali dobra od zła. Czy muszę wyjaśniać, jaki to byłby świat?

Tak też, choć skłonności do paniki raczej nie mam i nie żyję w ustawicznym poczuciu zagrożenia, to w tym wypadku jednak, zaczynam się bać. I rozumieć powagę obecnej sytuacji. Spór z postrukturalizmem bowiem, to nie jest ledwie jeden z wielu sporów ideowych między jednym sposobem myślenia a drugim. Granica nie przebiega między jednym pomysłem na życie a drugim, ale między normalnością i nienormalnością. Zwycięstwo nienormalności będzie zaś miało poważne konsekwencje – takie, o których wolę tutaj nie myśleć.

W tym momencie dochodzę do punktu zasadniczego tego małego tekstu. Niewątpliwie bowiem, poststrukturaliści wojnę ze swoimi przeciwnikami póki co miażdżąco wygrywają. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby było ich więcej, niż ich przeciwników? Nie sądzę. W moim przekonaniu, prawdziwych poststrukturalistów jest bardzo niewielu, bo – istotnie – niewielu tylko jest w stanie wyznawać podobnie absurdalne poglądy na serio i z pełnią konsekwencji. Czy więc może dlatego, że są lepiej finansowani, czy mają większe wsparcie? Znów: raczej nie sądzę, bo skoro jest ich mniej, to i dysproporcje finansowe nie powinny być tak duże. Nie – problem polega na czymś innym. Na tym mianowicie, że poststrukturalizm, choć stanowi niepoliczalną mnogość sprzecznych poglądów, w praktyce potrafi się skonsolidować i iść na przeciwnika ławą. Jego oponenci natomiast, tego nie potrafią. Grzęzną bez ustanku w starych, anachronicznych sporach, które uniemożliwiają im porozumienie – więcej nawet, zazwyczaj starają się zrobić z siebie JEDYNYCH zgoła prawdziwych przeciwników nowej cywilizacji (czy antycywilizacji), swoich potencjalnych konkurentów zwalczając jeszcze gorliwiej, niż właściwego wroga, i zawłaszczając dla siebie wszystkie problemy, w których mogliby mówić z innymi jednym głosem.

Przykładem modelowym są na gruncie polskim choćby spory bioetyczne, obecnie całkowicie zmonopolizowane przez Kościół Rzymskokatolicki. Kwestia dopuszczalności aborcji i eutanazji, na przykład, nie jest, bynajmniej, w sposób konieczny związana z religią – to problem moralny, który można rozwiązać na bazie czysto filozoficznej, nawet gdyby zawiesić zupełnie kwestię objawienia. A jednak, wszystkie inicjatywy tzw. pro-life mają w naszym pięknym kraju podtekst katolicki, kończą się bądź zaczynają mszami, a aktywiści w nich uczestniczący usiłują wszystkich nawracać. Trudno się zatem dziwić, że niekatolicy się z tymi inicjatywami nie utożsamiają i w tym sporze nie uczestniczą. Problem polega na tym, że Kościół jest już w Polsce mniejszością, a nie większością, i sam się współczesnemu relatywizmowi przeciwstawić nie potrafi. W konsekwencji: przegrywa. Innym przykładem, jeśli jakiegoś potrzeba (no i jeśli chcemy pozostać w kręgach wewnątrzkościelnych, w których pozostaję, bo je trochę znam – niestety, każdy pracuje na pewnym materiale), może być choćby postawa filozofów tomistycznych wobec innych prądów myślowych. Realizm przecież, na przykład, nie jest zarezerwowany wyłącznie dla tomizmu i można by znaleźć na jego gruncie porozumienie z wieloma innymi filozofiami. Tymczasem, tomiści zazwyczaj skupiają się nie na tym, co ich z innymi filozofami łączy, ale na tym, co dzieli. Efekt jest analogiczny, jak w kwestii bioetyki, i tak też realizm filozoficzny ponosi w świecie akademii bezustanną klęskę. To są pewne egzempla, które podejmuję, bo są duże i dobrze widoczne, ale problem jest, rzecz jasna, szerszy, i nie dotyczy tylko katolików. Sądzę, że jest wielu ludzi, którzy w wyżej wymienionych sprawach mogliby mówić dużo rozsądniej, a nie chcą, żeby tylko nie wyszło, że zgadzają się w czymś z katolicyzmem. Generalnie mówiąc, jak już zaznaczyłem, to właśnie stanowi problem zwolenników bardziej tradycyjnego poglądu na świat: podział; fakt, że nie potrafią stworzyć wspólnego frontu.

Dlaczego? Bo brak nam wszystkim wspólnej podstawy, która mogłaby nas połączyć, a nie podzielić. Ale przecież w tym wypadku ta podstawa sama się nasuwa! Bo skoro postmodernizm stanowi, jak powiedzieliśmy, przede wszystkim atak na zdrowy rozsądek, to tym, co powinno łączyć jego przeciwników, jest zdrowy rozsądek właśnie. Do tego, jest to po prostu banalnie proste. Nie musimy zgadzać się co do natury Absolutu, wystarczy, że przyjmiemy jego istnienie. Nie musimy mieć identycznych pojęć dobra i zła, wystarczy, że uznamy ich obiektywizm w najbardziej ogólnym i intuicyjnym sensie. Nie musimy mieć takich samych poglądów na istotę ludzkiej godności, wystarczy, że przyjmiemy, że ta godność (ponad-światowa) istnieje. Wreszcie: nie musimy uznawać takiej samej epistemologii, wystarczy wspólne przekonanie o tym, że w ogóle MOŻNA mieć jakąś epistemologię, bo człowiek może poznać świat i go opisać. I tak dalej, i tak dalej. Wracamy do absolutnych podstaw – ale nie ma innej drogi w sytuacji, w której same owe podstawy są atakowane. Do spraw bardziej szczegółowych możemy przejść później – wpierw jednak, należy zadbać, aby w ogóle można było do nich przejść, czyli, innymi słowy, aby pozostały sensowne. Sensowne pozostaną zaś wyłącznie wtedy, jeśli ocalimy źródło wszelkiej sensowności. I nie damy zwyciężyć w cywilizacji jawnemu absurdowi. Tym zatem, czego potrzeba nam najbardziej, jest wspólny front – szeroki, inkluzywny front obrońców zdrowego rozsądku, działający w imię zdroworozsądkowej filozofii (czy raczej pre-filozofii).

Jeśli zaś chodzi o wzór takiej postawy, trudno wyobrazić mi sobie człowieka lepiej nadającego się do pełnienia tej roli, niż Gilbert Keith Chesterton. Od dawna nie mogę wprost nadziwić się temu, dlaczego jego imię biorą na sztandary małe, ekskluzywne grupy, mające mentalność oblężonej twierdzy, skoro ona sam miał horyzonty tak szerokie jak chyba cały kosmos. Wyznawał pewne konkretne przekonania, z którymi można się zgadzać albo i nie zgadzać. Tym niemniej, jego żarliwy katolicyzm nie przeszkadzał mu bynajmniej współpracować z anglikanami, protestantami, anarchosyndykalistami (znany jest w Anglii fakt jego gorącego poparcia dla młodej Partii Pracy, zanim ta obrała kierunek etatystyczny), deistami czy kimkolwiek jeszcze, z którym – w swojej opinii – łączył go wspólny cel obrony normalnej, ludzkiej cywilizacji, opartej na obiektywizmie poznania i działania. Co zaś stanowiło fundament tej łączności? Zdrowy rozsądek, common sense właśnie, na który się przecież tak często powoływał. Sądzę zatem, że jeśli ktoś chciałby zrozumieć, na czym polega owa „filozofia zdrowego rozsądku”, którą trzeba nam stworzyć, aby mówić wspólnym językiem w sprawach najbardziej kluczowych, oraz jak mniej-więcej się w niej poruszać, nie znajdzie lepszej inspiracji, niż dzieła naszego Gilberta. A przynajmniej, na pewno nikomu nie zaszkodzi, jeśli poczyta je sobie w tym właśnie kluczu.

Maciej Sobiech

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s