G.K. Chesterton: W sprawie nowej pruderii („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: „Proces w Salem” za: William A. Craf, „Pioneers in the settlement of America: from Florida in 1510 to California in 1849”]

Odkryłem niedawno, że tzw. nowa pruderia jest znacznie bardziej ograniczona i pruderyjna od starej pruderii; nawet tej z najbardziej ponurych i przygnębiających (czyli najbardziej niedawnych) dni purytanizmu. Odkrycie to jest dla mnie niemało interesujące; jako iż zawsze sądziłem, że pałam do zwyczajnej formy purytanizmu nienawiścią czystą, doskonałą i nieskazitelną. Tym niemniej, okazuje się, że pełnokrwisty purytanin nie jest nawet w połowie tak ponury, negatywnie nastawiony do życia i skłonny do represji, jak progresywista. Nowa pruderia to nie hobby skostniałych sekt, relikt podobny do starych, sfatygowanych kapliczek angielskiej wsi; to najnowsza moda wszystkich naszych nowych klubów, nowych lig, nowych gildii artystycznych i kulturalnych, nowych zielonych szkół nauki i filantropii, które ostatnio wszędzie się rozpleniły. A zatem, jak to się dziś mówi – melodia Przyszłości (takiej przez duże P); czy może raczej futurystów, którym wydaje się, że futurumbędzie należeć do nich. Ba! – widać przecież, że panuje ona przeważnie w młodym pokolenia i, co jeszcze bardziej osobliwe, zwłaszcza wśród tej jego części, która nazywa siebie także „wolnym” pokoleniem. I chrześcijańskie Dziesięć Przykazań, a nawet purytańskie Tysiąc Przykazań, w porównaniu z terroryzmem i surowością tego nowych tabu, to istna apoteoza wolności.

Aby dowieść, że mówię prawdę i tylko prawdę, posłużę się tutaj jednym praktycznym przykładem. Pewna dama, opiekując się akurat dzieckiem pewnej młodszej damy, odkryła niespodzianie, że maleństwo owo przejawiało cokolwiek mroczne i niezdrowe zainteresowanie historią świętej Joanny z Arc. Młodsza z tych kobiet należała zaś do tej spośród naszych szkół filozoficznych, która chlubi się z tego, że jest młoda; i to nie w tym sensie, w którym pewien poeta pisze o „sączeniu piwa w krainie młodości”, ale raczej w związku z ową osobliwszą poniekąd krainą młodości, w której nikomu nie wolno sączyć piwa, ale wyłącznie koktajle lub zimną wodę – co niepokojąco często kończy się zabawami z arszenikiem. Krótko mówiąc, wyznawała ona wszystkie najważniejsze idee filozofii postępu i zdecydowała się, jako matka, przedstawić owej działającej in loco parentis opiekunce listę zasad, których powinno się od tej pory ściśle przestrzegać, zarówno ucząc, jak i (czy może przede wszystkim?) bawiąc jej dziecko. A zatem: (1) Dziecku nie może wolno żadnych bajek ani nawet wspominać o jakiejkolwiek bajkowej postaci. (2) Nie wolno uświadamiać mu istnienia jakiegokolwiek rodzaju przemocy. (3) I, przede wszystkim, należy je ściśle zabezpieczyć przed potencjalnym wpływem gorszących plotek o istnieniu czegoś takiego, jak wierzenia religijne. Rzeczonej opiekunce pozwolę sobie zostawić problem tego, jak opowiedzieć historię św. Joanny z Arc bez przekraczania powyższych ograniczeń. Dziecko nie może usłyszeć, jak św. Joanna bawiła się w ganianie wróżek wokół drzewa; nie może usłyszeć o żadnej ze stoczonych przez Joannę bitew, bo w bitwie używa się przecież przemocy (sprawa tym kłopotliwsza, że, jak się obawiam, to całkiem spora część życia tej świętej); nie może usłyszeć o tym, jak św. Joanna zginęła – bo tu również nie obyło się bez przemocy, a dodatkowo sprawa ma pewien związek ze wstydliwym zagadnieniem wiary religijnej; wreszcie: o tym, za co Joanna zginęła – i za co walczyła. Naprawdę, chciałbym zobaczyć kiedyś podobnie oczyszczoną i ocenzurowaną biografię tej piętnastowiecznej heroiny.

Oczywiście, kompletnym nonsensem jest twierdzić, że coś takiego to kwestia liberalizmu i emancypacji; nonsensem udawać, że filozofia ta, to nie rzecz bardziej ograniczona i obskurancka niż najczarniejszy nawet pesymizm najgorszych czasów purytanizmu. Nie porównuję jej przy tym nawet w tym momencie do moich bardziej osobistych przekonań religijnych; tylko do tych przekonań religijnych, których osobiście najbardziej nie lubię; i powtarzam, że purytanizm – w tej wersji, której naprawdę najbardziej nie lubię – stanowił w porównaniu z tym cudacznym tworem intelektu prawdziwy poryw wolności, raj rozkoszy i swobody. Nie przepadam za „szkockim szabatem”, za rzędami ciemnych domów z pozamykanymi okiennicami, za długim dniem upływającym na lekturze nudnych książek religijnych czy na niczym zgoła. Ale jednak, w starym purytanizmie było znacznie więcej radości, niż tutaj; znacznie więcej wolności, niż tutaj. Na przykład – weźmy nie tyle jakiś argument za purytanizmem, co jeden z obiegowych argumentów przeciw tej doktrynie, mówiący, iż pozwala on swoim wyznawcom czytać właściwie tylko Biblię – szczególnie w niedzielę. Tym niemniej, Biblia to księga tysiąca i jednej nocy romantycznych i pasjonujących opowieści w porównaniu do tego, co pozwalają czytać swoim dzieciom współcześni oświeceni. Biblia to Encyclopaedia Britannica mnóstwa tematów i niepoliczonych ludzkich historii, w porównaniu do tego, czego się te nieszczęsne dzieci uczą. Nikt nie może czytać Biblii, nie dowiadując się przy tym wspaniałej masy rzeczy na temat wojen, wiary, prawdziwych i fałszywych religii, mistycznych czy magicznych bytów, fruwających wokół człowieka we wszystkich legendach i całej literaturze świata. Mali chłopcy, wychowujący się w ciemnych, kalwińskich domach naszych dziadków, dorastali, w jak najbardziej realnym sensie, z głowami pełnymi szlachetnego zgiełku konfliktu i kryzysu; mężnych i mocnych działań opisywanych w najwspanialszej angielszczyźnie, jaką kiedykolwiek znała historia naszego narodu; wśród jazgotu krzyków i wojskowych rozkazów; rydwanów Izraela i jeźdźców jego; w towarzystwie człowieka, który naciągnął łuk i przypadkiem ugodził króla między spojenia pancerza1; i tego, którego jazdę rozpoznawano z daleka, ponieważ jeździł szaleńczo2. To właśnie, przy wszystkich swoich wadach, jest to, co nazywam pewnym poziomem wykształcenia; a na pewno wykształceniem lepszym, niż to, jakie odbiera biedny, przyszły namaszczeniec, który nigdy nie dowie się nawet, czym jest sztandar i przeżyje swoje dzieciństwo w przekonaniu, że Joanna d’Arc nosiła parasolkę.

Póki co, ograniczanie dzieciom dostępu literatury wojennej to po prostu ograniczanie im dostępu do literatury – i sama tylko Biblia stanowiłaby lepszy kurs literacki, niż owe głupkowate i pruderyjne curricula układane przez ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o koni, którego szyję przystrojono gromem3, czy owej dzikiej zwierzynie, co śmiać się będzie ze świstającego oszczepu4. Jeszcze dziwniej robi się wszakże, jeśli wspomnieć, że nawet w owych ciemnych, purytańskich domostwach, o których wspomniałem, dopuszczano jeden, przysłowiowy niemal wyjątek i dzieciom, nawet w niedzielę, wolno było czytać Wędrówkę pielgrzyma5. To znaczy: wolno im było czytać opowieść, która z dużym prawdopodobieństwem może być bajką; która zaś z całą pewnością zawiera sporo opisów walki – i która, według niezliczonej ilości świadectw, stanowiła wcale niezły substytut innych powieści i romansów dla najmłodszych. Tak czy inaczej, obdarzone wolnym duchem dziecko może znaleźć w niej coś w rodzaju ducha walki; i nigdy nie zapomnieć już owego momentu, w którym Apollon zastawił całą szerokość drogi; czy tego, w którym umierający Greatheart oddał swój miecz – i trąby zagrzmiały na jego cześć już po drugiej stronie. I wolałbym być posępnym, wiecznie zdziwionym, zamroczonym, zakurzonym, siedemnastowiecznym kalwińskim majstrem-klepką, niż nie usłyszeć nigdy w tej łez dolinie dźwięku podobnej trąby.

W sensie intelektualnym zaś, przesłanie powyższych wywodów sprowadza się do prostej obserwacji: że nowe filozofie, nowe religie i nowe systemy społeczne nie potrafią opracować takiego planu emancypacji ludzkości, który by jeszcze owej ludzkości bardziej nie zniewalał. Nie potrafią przeprowadzić tego, co uznają za zwyczajne reformy bez narzucania społeczeństwu najbardziej nadzwyczajnych restrykcji. Powinniśmy żyć w warunkach stanu wojennego – bylebyśmy tylko nigdy nie usłyszeli o żadnej wojnie. Nasze dzieci powinny pozostawać pod nadzorem najgderliwszych spośród guwernantek – byle tylko nie usłyszały nigdy niczego na temat wróżek czy walki z rzezimieszkami. Każdego powinno się ćwiczyć według nowej, antymilitarystycznej dyscypliny prawie tak sztywnej i ścisłej jak najgorszymilitaryzm. Wszystkie bajki dla dzieci mają być oceniane przez cenzora, który zabroni ich publikacji, jeśli okażą się zbyt ładne – na podobnej zasadzie, na jakiej w dawnych czasach wiktoriańskich nudni filistrzy zakazywali ich publikacji gdy okazały się zbyt brzydkie. Powstanie wśród nas nowa pani Grundy6, która będzie rumienić się nie wobec naturalnych faktów, ale pozanaturalnych fantazji. Zaraz znajdzie się jakiś nowy Paul Pry7, posłany, aby węszył ludziom pod domach lub zaglądał w dziurki od klucza i sprawdzał, czy przypadkiem (w jakiejś jaskini nikczemności) dzieci nie uczy się podziwu dla odważnych ludzi. Cokolwiek myślelibyśmy o pokrewnych roszczeniach tych dwóch religii, jeden fakt z logicznego punktu widzenia pozostaje pewny: że nowa religia, w dokładnie takim samym stopniu, jak stara, będzie agresywna i nietolerancyjna. Bo, z samej swojej natury, wypowie wojnę wszystkim najnormalniejszym tendencjom natury ludzkiej; w dokładnie takim samym stopniu, jak mówiło się to dawno temu o dowolnym systemie religijnej ascezy czy wyrzeczenia. Jest to z całą pewnością wypadek, w którym przeciwności się spotykają; choć, prawdę mówiąc, przeciwności owe częstokroć spotykają się dlatego, że są znacznie mniej przeciwne, niż się ludziom wydaje. Współczesny pacyfista w naprawdę dużej mierze przypomina zamierzchłego purytanina; ten typ człowieka, który ma w naszych czasach wstręt do wszelkiej teologii w dużej mierze przypomina inny typ człowieka, który w tamtych czasach miał wstręt do wszystkiego poza teologią. I za dowód służy tutaj dokładnie ten praktyczny przykład, któremu się przyjrzeliśmy. Staromodny kalwinista, tak samo jak nowoczesny komunista, również zabraniał dzieciom czytać bajki. Staromodny purytanin, zupełnie jak nowoczesny pacyfista, również zabraniał młodym chłopakom kupować groszową tandetę o piratach. Ba! „Młody idealista” nowego świata nie jest nawet bynajmniej tak młody, jak się zazwyczaj mówi. Gdy mu się bliżej przyjrzeć, okazuje się, że to po prostu nasz własny, pradziadek-protestant, który w jakiś przerażający sposób powstał niedawno z grobu.

Tłm. Maciej Sobiech

1Aluzja do I Księgi Królewskiej 22, 34…

2… i II Księgi Królewskiej 9, 20.

3Aluzja do Księgi Hioba 39, 19; w Biblii Tysiąclecia przekład jest bardziej prozaiczny.

4Aluzja do Hi 42,20.

5Autorstwa Johna Bunyana, wydaną w roku 1678.

6Pierwotnie mało istotna postać w sztuce Speed the Plough Thomasa Mortona z 1798 roku, z czasem zogromniała do roli postaci przysłowiowej; określenie to oznacza człowieka pruderyjnego i konwencjonalnego.

7Główny bohater trzyaktowej farsy Johna Poole’a pod takim właśnie tytułem (wydanej w 1825) – młody człowiek, niepotrafiący powściągnąć swojej ciekawości i z lubością podsłuchujący i podglądający innych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s