G.K. Chesterton: W sprawie nowej pruderii („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: „Proces w Salem” za: William A. Craf, „Pioneers in the settlement of America: from Florida in 1510 to California in 1849”]

Odkryłem niedawno, że tzw. nowa pruderia jest znacznie bardziej ograniczona i pruderyjna od starej pruderii; nawet tej z najbardziej ponurych i przygnębiających (czyli najbardziej niedawnych) dni purytanizmu. Odkrycie to jest dla mnie niemało interesujące; jako iż zawsze sądziłem, że pałam do zwyczajnej formy purytanizmu nienawiścią czystą, doskonałą i nieskazitelną. Tym niemniej, okazuje się, że pełnokrwisty purytanin nie jest nawet w połowie tak ponury, negatywnie nastawiony do życia i skłonny do represji, jak progresywista. Nowa pruderia to nie hobby skostniałych sekt, relikt podobny do starych, sfatygowanych kapliczek angielskiej wsi; to najnowsza moda wszystkich naszych nowych klubów, nowych lig, nowych gildii artystycznych i kulturalnych, nowych zielonych szkół nauki i filantropii, które ostatnio wszędzie się rozpleniły. A zatem, jak to się dziś mówi – melodia Przyszłości (takiej przez duże P); czy może raczej futurystów, którym wydaje się, że futurumbędzie należeć do nich. Ba! – widać przecież, że panuje ona przeważnie w młodym pokolenia i, co jeszcze bardziej osobliwe, zwłaszcza wśród tej jego części, która nazywa siebie także „wolnym” pokoleniem. I chrześcijańskie Dziesięć Przykazań, a nawet purytańskie Tysiąc Przykazań, w porównaniu z terroryzmem i surowością tego nowych tabu, to istna apoteoza wolności.

Aby dowieść, że mówię prawdę i tylko prawdę, posłużę się tutaj jednym praktycznym przykładem. Pewna dama, opiekując się akurat dzieckiem pewnej młodszej damy, odkryła niespodzianie, że maleństwo owo przejawiało cokolwiek mroczne i niezdrowe zainteresowanie historią świętej Joanny z Arc. Młodsza z tych kobiet należała zaś do tej spośród naszych szkół filozoficznych, która chlubi się z tego, że jest młoda; i to nie w tym sensie, w którym pewien poeta pisze o „sączeniu piwa w krainie młodości”, ale raczej w związku z ową osobliwszą poniekąd krainą młodości, w której nikomu nie wolno sączyć piwa, ale wyłącznie koktajle lub zimną wodę – co niepokojąco często kończy się zabawami z arszenikiem. Krótko mówiąc, wyznawała ona wszystkie najważniejsze idee filozofii postępu i zdecydowała się, jako matka, przedstawić owej działającej in loco parentis opiekunce listę zasad, których powinno się od tej pory ściśle przestrzegać, zarówno ucząc, jak i (czy może przede wszystkim?) bawiąc jej dziecko. A zatem: (1) Dziecku nie może wolno żadnych bajek ani nawet wspominać o jakiejkolwiek bajkowej postaci. (2) Nie wolno uświadamiać mu istnienia jakiegokolwiek rodzaju przemocy. (3) I, przede wszystkim, należy je ściśle zabezpieczyć przed potencjalnym wpływem gorszących plotek o istnieniu czegoś takiego, jak wierzenia religijne. Rzeczonej opiekunce pozwolę sobie zostawić problem tego, jak opowiedzieć historię św. Joanny z Arc bez przekraczania powyższych ograniczeń. Dziecko nie może usłyszeć, jak św. Joanna bawiła się w ganianie wróżek wokół drzewa; nie może usłyszeć o żadnej ze stoczonych przez Joannę bitew, bo w bitwie używa się przecież przemocy (sprawa tym kłopotliwsza, że, jak się obawiam, to całkiem spora część życia tej świętej); nie może usłyszeć o tym, jak św. Joanna zginęła – bo tu również nie obyło się bez przemocy, a dodatkowo sprawa ma pewien związek ze wstydliwym zagadnieniem wiary religijnej; wreszcie: o tym, za co Joanna zginęła – i za co walczyła. Naprawdę, chciałbym zobaczyć kiedyś podobnie oczyszczoną i ocenzurowaną biografię tej piętnastowiecznej heroiny.

Oczywiście, kompletnym nonsensem jest twierdzić, że coś takiego to kwestia liberalizmu i emancypacji; nonsensem udawać, że filozofia ta, to nie rzecz bardziej ograniczona i obskurancka niż najczarniejszy nawet pesymizm najgorszych czasów purytanizmu. Nie porównuję jej przy tym nawet w tym momencie do moich bardziej osobistych przekonań religijnych; tylko do tych przekonań religijnych, których osobiście najbardziej nie lubię; i powtarzam, że purytanizm – w tej wersji, której naprawdę najbardziej nie lubię – stanowił w porównaniu z tym cudacznym tworem intelektu prawdziwy poryw wolności, raj rozkoszy i swobody. Nie przepadam za „szkockim szabatem”, za rzędami ciemnych domów z pozamykanymi okiennicami, za długim dniem upływającym na lekturze nudnych książek religijnych czy na niczym zgoła. Ale jednak, w starym purytanizmie było znacznie więcej radości, niż tutaj; znacznie więcej wolności, niż tutaj. Na przykład – weźmy nie tyle jakiś argument za purytanizmem, co jeden z obiegowych argumentów przeciw tej doktrynie, mówiący, iż pozwala on swoim wyznawcom czytać właściwie tylko Biblię – szczególnie w niedzielę. Tym niemniej, Biblia to księga tysiąca i jednej nocy romantycznych i pasjonujących opowieści w porównaniu do tego, co pozwalają czytać swoim dzieciom współcześni oświeceni. Biblia to Encyclopaedia Britannica mnóstwa tematów i niepoliczonych ludzkich historii, w porównaniu do tego, czego się te nieszczęsne dzieci uczą. Nikt nie może czytać Biblii, nie dowiadując się przy tym wspaniałej masy rzeczy na temat wojen, wiary, prawdziwych i fałszywych religii, mistycznych czy magicznych bytów, fruwających wokół człowieka we wszystkich legendach i całej literaturze świata. Mali chłopcy, wychowujący się w ciemnych, kalwińskich domach naszych dziadków, dorastali, w jak najbardziej realnym sensie, z głowami pełnymi szlachetnego zgiełku konfliktu i kryzysu; mężnych i mocnych działań opisywanych w najwspanialszej angielszczyźnie, jaką kiedykolwiek znała historia naszego narodu; wśród jazgotu krzyków i wojskowych rozkazów; rydwanów Izraela i jeźdźców jego; w towarzystwie człowieka, który naciągnął łuk i przypadkiem ugodził króla między spojenia pancerza1; i tego, którego jazdę rozpoznawano z daleka, ponieważ jeździł szaleńczo2. To właśnie, przy wszystkich swoich wadach, jest to, co nazywam pewnym poziomem wykształcenia; a na pewno wykształceniem lepszym, niż to, jakie odbiera biedny, przyszły namaszczeniec, który nigdy nie dowie się nawet, czym jest sztandar i przeżyje swoje dzieciństwo w przekonaniu, że Joanna d’Arc nosiła parasolkę.

Póki co, ograniczanie dzieciom dostępu literatury wojennej to po prostu ograniczanie im dostępu do literatury – i sama tylko Biblia stanowiłaby lepszy kurs literacki, niż owe głupkowate i pruderyjne curricula układane przez ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o koni, którego szyję przystrojono gromem3, czy owej dzikiej zwierzynie, co śmiać się będzie ze świstającego oszczepu4. Jeszcze dziwniej robi się wszakże, jeśli wspomnieć, że nawet w owych ciemnych, purytańskich domostwach, o których wspomniałem, dopuszczano jeden, przysłowiowy niemal wyjątek i dzieciom, nawet w niedzielę, wolno było czytać Wędrówkę pielgrzyma5. To znaczy: wolno im było czytać opowieść, która z dużym prawdopodobieństwem może być bajką; która zaś z całą pewnością zawiera sporo opisów walki – i która, według niezliczonej ilości świadectw, stanowiła wcale niezły substytut innych powieści i romansów dla najmłodszych. Tak czy inaczej, obdarzone wolnym duchem dziecko może znaleźć w niej coś w rodzaju ducha walki; i nigdy nie zapomnieć już owego momentu, w którym Apollon zastawił całą szerokość drogi; czy tego, w którym umierający Greatheart oddał swój miecz – i trąby zagrzmiały na jego cześć już po drugiej stronie. I wolałbym być posępnym, wiecznie zdziwionym, zamroczonym, zakurzonym, siedemnastowiecznym kalwińskim majstrem-klepką, niż nie usłyszeć nigdy w tej łez dolinie dźwięku podobnej trąby.

W sensie intelektualnym zaś, przesłanie powyższych wywodów sprowadza się do prostej obserwacji: że nowe filozofie, nowe religie i nowe systemy społeczne nie potrafią opracować takiego planu emancypacji ludzkości, który by jeszcze owej ludzkości bardziej nie zniewalał. Nie potrafią przeprowadzić tego, co uznają za zwyczajne reformy bez narzucania społeczeństwu najbardziej nadzwyczajnych restrykcji. Powinniśmy żyć w warunkach stanu wojennego – bylebyśmy tylko nigdy nie usłyszeli o żadnej wojnie. Nasze dzieci powinny pozostawać pod nadzorem najgderliwszych spośród guwernantek – byle tylko nie usłyszały nigdy niczego na temat wróżek czy walki z rzezimieszkami. Każdego powinno się ćwiczyć według nowej, antymilitarystycznej dyscypliny prawie tak sztywnej i ścisłej jak najgorszymilitaryzm. Wszystkie bajki dla dzieci mają być oceniane przez cenzora, który zabroni ich publikacji, jeśli okażą się zbyt ładne – na podobnej zasadzie, na jakiej w dawnych czasach wiktoriańskich nudni filistrzy zakazywali ich publikacji gdy okazały się zbyt brzydkie. Powstanie wśród nas nowa pani Grundy6, która będzie rumienić się nie wobec naturalnych faktów, ale pozanaturalnych fantazji. Zaraz znajdzie się jakiś nowy Paul Pry7, posłany, aby węszył ludziom pod domach lub zaglądał w dziurki od klucza i sprawdzał, czy przypadkiem (w jakiejś jaskini nikczemności) dzieci nie uczy się podziwu dla odważnych ludzi. Cokolwiek myślelibyśmy o pokrewnych roszczeniach tych dwóch religii, jeden fakt z logicznego punktu widzenia pozostaje pewny: że nowa religia, w dokładnie takim samym stopniu, jak stara, będzie agresywna i nietolerancyjna. Bo, z samej swojej natury, wypowie wojnę wszystkim najnormalniejszym tendencjom natury ludzkiej; w dokładnie takim samym stopniu, jak mówiło się to dawno temu o dowolnym systemie religijnej ascezy czy wyrzeczenia. Jest to z całą pewnością wypadek, w którym przeciwności się spotykają; choć, prawdę mówiąc, przeciwności owe częstokroć spotykają się dlatego, że są znacznie mniej przeciwne, niż się ludziom wydaje. Współczesny pacyfista w naprawdę dużej mierze przypomina zamierzchłego purytanina; ten typ człowieka, który ma w naszych czasach wstręt do wszelkiej teologii w dużej mierze przypomina inny typ człowieka, który w tamtych czasach miał wstręt do wszystkiego poza teologią. I za dowód służy tutaj dokładnie ten praktyczny przykład, któremu się przyjrzeliśmy. Staromodny kalwinista, tak samo jak nowoczesny komunista, również zabraniał dzieciom czytać bajki. Staromodny purytanin, zupełnie jak nowoczesny pacyfista, również zabraniał młodym chłopakom kupować groszową tandetę o piratach. Ba! „Młody idealista” nowego świata nie jest nawet bynajmniej tak młody, jak się zazwyczaj mówi. Gdy mu się bliżej przyjrzeć, okazuje się, że to po prostu nasz własny, pradziadek-protestant, który w jakiś przerażający sposób powstał niedawno z grobu.

Tłm. Maciej Sobiech

1Aluzja do I Księgi Królewskiej 22, 34…

2… i II Księgi Królewskiej 9, 20.

3Aluzja do Księgi Hioba 39, 19; w Biblii Tysiąclecia przekład jest bardziej prozaiczny.

4Aluzja do Hi 42,20.

5Autorstwa Johna Bunyana, wydaną w roku 1678.

6Pierwotnie mało istotna postać w sztuce Speed the Plough Thomasa Mortona z 1798 roku, z czasem zogromniała do roli postaci przysłowiowej; określenie to oznacza człowieka pruderyjnego i konwencjonalnego.

7Główny bohater trzyaktowej farsy Johna Poole’a pod takim właśnie tytułem (wydanej w 1825) – młody człowiek, niepotrafiący powściągnąć swojej ciekawości i z lubością podsłuchujący i podglądający innych.

G.K. Chesterton: W sprawie kobiet, które głosują („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: Flora Lion, „Pracownice fabryki w Leeds”, 1918]

List pewnej damy, wydrukowany w dziale korespondencji News Chronicle, wyróżnił niżej podpisanego w iście miażdżącym stylu; postawił go w centrum uwagi – po to, by w swoim czasie być może zamienić je na centrum penitencjarne. Panna Florence Underwood, sekretarz Ligi Wolności Kobiet1, narzekała właśnie na obecny stan rzeczy, w którym „coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy”. Jak się okazuje, pomimo tego wszystkiego, w pisarstwie większości mężczyzn, w tym najważniejszych autorów gazet liberalnych, wciąż dominuje ton bezdusznej beztroski. Ten zaś, przywodzi pannie Underwood na myśl kilka mroczniejszych fragmentów, jakie zdarzyło mi się popełnić w przeszłości; przypomina je zatem w następujący sposób:

„W dniach przed równouprawnieniem politycznym pan G.K. Chesterton zapytał swą matkę, żonę i sprzątaczkę czy którakolwiek z nich chciałaby głosować. Na co każda z nich odpowiedziała: ‘nie’ – a pan Chesterton nabrał większego niż kiedykolwiek przekonania, że kobietom prawa wyborcze są niepotrzebne”.

Powyższe słowa, to poniekąd uproszczona wersja tego, co pan Chesterton naprawdę powiedział; prawda wszakże, że zasada tego, co powiedział, była bardzo prosta. Tym jednak, co najbardziej go teraz interesuje, jest fakt, że druga część jego godnego pogardy obstrukcjonizmu powinna być jeszcze prostsza do rozmontowania. Pomimo jego desperacki spisek, zawiązany wespół ze sprzątaczkami, matkami i innym tego typu chamstwem, kobiety zyskały prawa wyborcze – i mają je już od grubo ponad dekady. Jeżeli to rzecz tak cenna, że warta owych wszystkich obłąkańczych wysiłków tych lat, przez które się o nią walczyło – moglibyśmy chyba zasadnie spodziewać się, że drogocenność jej okazała się także w owym długim czasie, który minął, odkąd się ją otrzymało. Cały sens stanowiska sufrażystek i Ligi Wolności Kobiet sprowadzał się do stwierdzenia, że prawa wyborcze determinowały dystrybucję siły politycznej, bez której kobiety są bezsilne – a z którą nagle staną się silne. Tak też, skoro kobiety otrzymały już ową wielką, polityczną moc, możemy przypuszczać, że wrzaski się skończyły; wrzaski szczęśliwych i zwycięskich Amazonek, rządzących światem w majestacie prawa. Wszystko jest tak, jak być powinno. „Jak dobrze nam ze sobą”, jak powiedział pewien dziennikarz po zebraniu anglikańskich biskupów w wyrazie poparcia dla ruchu oksfordzkiego2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, jak zauważyła pewna pani domu, gdy jakiś czarujący raconteur został trapistą. „Jedziemy dalej”, jak zakrzyknął bagażowy po przeczytaniu książki panny Gertrudy Stein3. Kobieta otrzymała prawo rządzenia; i rządzi.

Ale zaraz – cóż to znaczy, cóż to za przedziwne słowa? „…coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy…” Jakże to może być, że coraz więcej i więcej kobiet popada w coraz większe i większe zgorzknienie, nie mogąc wcale usunąć przyczyn swej goryczy? Dlaczego nie skorzystają po prostu ze swego skarbu, ze swych praw wyborczych, i nie zmiotą tych problemów z powierzchni ziemi? W jaki konkretny sposób jakiś nędzny zastępca naczelnego z News Chronicle, członek pożałowania godnej męskiej mniejszości, mógłby stanąć na drodze samej pannie Underwood? Dlaczegóż nie porazi go ona z wysoka swym straszliwym Prawem i nie powali na ziemię? Ewidentnie, jest z tą sytuacją coś bardzo nie w porządku; i zastanawiam się, ze zwyczajną dla mnie perwersyjnością, czy przypadkiem moja sprzątaczka i moja matka nie wykazały się po prostu zdrową, kobiecą intuicją co do pewnych faktów. Nigdy nie twierdziłem, że sprzątaczka nie ma realnych problemów. Z całą pewnością nigdy nie powiedziałem, że kobiety pracujące nie padają ofiarą różnych form wyzysku gospodarczego. Przeciwnie, nieustająco utrzymywałem, że wszyscy ludzie pracy padają ofiarą wyzysku gospodarczego – i utrzymywałem to w czasach, gdy było to znacznie mniej modne, niż obecnie. Nie sądziłem po prostu, i nie sądziłem, że one tak sądziły, że to gospodarcze zło można usunąć dając kobietom jako kobietom prawo głosu jako prawo głosu. I powierzchowna lektura mrocznych i tajemniczych narzekań panny Underwood może łatwo wprawić kogoś w bałamutne mniemanie, że miałem słuszność.

Mówiąc wprost, czy ta szanowna pani sufrażystka byłaby łaskawa powiedzieć mi dokładnie jak wykorzystuje swoje równouprawnienie albo (1) po to by uniknąć eksploatacji ze strony pracodawcy; albo (2) po to by uniknąć wykluczenia ze związku zawodowego? Jakiekolwiek byłyby wady i zalety dyskryminacji kobiet w organizacjach gospodarczych, czy to kapitalistycznych czy proletariackich, czy istnieje w ogóle ktokolwiek, kto potrafiłby dzisiaj zmniejszyć naciski ze strony organizacji gospodarczych przy pomocy wyborów do parlamentu? Czy można to osiągnąć przypierając do ściany jakiegoś samotnego, miejscowego posła, prawdopodobnie całkowicie bezradnego szeregowca, i zmuszając go do składania różnych obietnic, których i tak jego własna partia nie pozwoli mu dotrzymać? Czy komukolwiek wydaje się, że można osiągnąć to głosując na oficjalnych przedstawicieli Partii Pracy, prawdopodobnie dowodzonych przez socjalistów równie płomiennych i skorych do działania jak pan Ramsay MacDonald4? A może powinno się ich w rozpaczy porzucić – i głosować na komunistów? A jednak, niekoniecznie wcale trzeba się zgadzać z komunistami, aby podzielać troskę panny Underwood o równość płci, czy też moją osobistą troskę o większą równość ekonomiczną. W każdym wypadku, w sprawie osiągania jakiegokolwiek poziomu równości ekonomicznej, głosowania zdały się nam mniej więcej na nic. To chyba „pani generał” Flora Drummond5, najbardziej militarna spośród militarystów, gdy rozpoczął się właśnie jakiś kolejny wielki strajk w kopalniach czy na kolei, zaczęła w wielkim wzburzeniu krzyczeć, że to nieliczący się kompletnie z wielkimi sukcesami sufrażystek w polityce przejaw męskiego szowinizmu w przemyśle. Wydaje mi się, że naprawdę nazwała go ona obelgą dla wywalczonych przez siebie parlamentarnych prerogatyw, które teraz obnosiła z tak wielką dumą, niczym jeden ze swych orderów. W rzeczywistości, po raz pierwszy zorientowała się, że prawo głosu, które sobie wywalczyła, było dokładnie tak daremne, jak powiedzielibyśmy jej to ja czy moja nieszczęsna sprzątaczka. Innymi słowy: pani sprzątaczka miała rację; ja zaś miałem rację właśnie dzięki tej sprzątaczce.

Nie widzę wielkiej szansy, abym zaczął łudzić się jakąś fantastyczną nadzieją, że panna Underwood zgodzi się kiedyś ze mną co do tego, że moja sprzątaczka miała rację – czy tym mniej, że ja miałem rację; kusi mnie jednak, żeby dodać tutaj jeszcze słówko komentarza – specjalnie dla każdego, kto byłby w stanie przyjąć, że naprawdę miałem wtedy rację – i że mogę mieć ją także i teraz. Kusi mnie, aby nadmienić, że nawet obecne pretensje panny Underwood, choć znacznie bardziej praktyczne i realistyczne niż mętna romantyka głosowania, również są bardzo wątpliwe – ponieważ opierają się na fałszywych założeniach. Bardzo rozsądnie jest twierdzić, że skoro kobieta i mężczyzna są w takim samym sensie proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, powinni być traktowani w taki sam sposób. To wszakże, czy oboje rzeczywiście tak samo nadają się do bycia proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, to rzecz daleka od oczywistości. I, przede wszystkim, dalekie od oczywistości jest samo to, czy w ogóle którekolwiek z nich powinno być proletariuszem na przemysłowym rynku pracy. Panna Underwood i jej przyjaciółki zawsze wypowiadają się w taki sposób, jakby bycie kontraktowym niewolnikiem w zepsutym i niszczejącym systemie kapitalizmu stanowiło coś w rodzaju błogiego błogosławieństwa, którym najpierw – w duchu podłęgo faworytyzmu – obdarowano samych mężczyzn, by potem (o, perfidio!; o, dyskryminacjo!) odmawiać go kobietom. I nawet wspaniała tudzież radosna sytuacja współczesnego handlu i interesów nie przekona mnie do przyjęcia tego poglądu jako pierwszej zasady.

Innymi słowy, dzieli nas jeden, malutki szczegół: że to, co ona nazywa niezależnością ekonomiczną, ja przypadkowo nazywam zależnością ekonomiczną. Zależność to rzecz wpisana w zatrudnienie; szczególnie teraz, wobec straszliwego, współczesnego widma braku zatrudnienia. Nie jest to złośliwość obliczona specjalnie na upokorzenie kobiet; to niepewność i niesprawiedliwość przynależna do całej ostatniej epoki rządów człowieka nad człowiekiem. Zbudować społeczeństwo zdrowsze, takie, w którym mężczyźni i kobiety pracować będą na swoim, a nie tylko u bogatych, to bardzo trudny i ryzykowny projekt. Nigdy jednak nie żałowałem słów, że więcej głosów wyborczych na nic się nie przyda w jego realizacji; i nie sądzę, że sufrażystki przydałyby się na cokolwiek w jego realizacji – nawet gdyby udało im się przemienić wszystkie matki i żony w dobrze opłacane służące wielkich trustów.

Przeł. Maciej Sobiech

1Organizacja polityczna, założona w 1907 roku przez grono zacnych feministek angielskich, działająca na rzecz równouprawnienia. Po uzyskaniu praw politycznych, zaczęła domagać się równości wynagrodzeń i „równości moralnej”. W 1918 roku sprzeciwiała się zaangażowaniu wojennemu Wielkiej Brytanii. Liga przestała istnieć w 1961.

2Dziewiętnastowieczny ruch we wspólnocie anglikańskiej, zorientowany prokatolicko (domagano się choćby powrotu do kultu świętych patronów). Należał do niego np. niejaki Jan Henryk Newman.

3Gerturda Stein (1874-1946) – amerykańska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, feministka.

4Ramsay MacDonald (1866-1937) – szkocki laburzysta, premier Wielkiej Brytanii w latach 1924 i 1929-35. Zwolennik łagodnego obchodzenia się z Niemcami po I WŚ. Drugi raz pełnił funkcję premiera w tzw. rządzie narodowym, w porozumieniu z konserwatystami i liberałami, starając się za wszelką ceną utrzymać brytyjskie status quo wobec Wielkiej Depresji (stąd zapewne Chestertonowskie ironizowanie).

5Flora „Generał” Drummond (1878-1949) – angielska sufrażystka i działaczka polityczna, znana ze swego zwyczaju noszenia stroju generalskiego.

H. Robbins: Wielkie opóźnienie („The Last of the Realists”, 1946)

[Ilustracja: słynna].

Jeśli ktoś wszakże, obojętne w jakim kraju, nie zna intelektualnych i literackich fundamentów cywilizacji, i nimi pogardza, blisko mu do stanu kompletnego barbarzyństwa, tak też pytać trzeba nie tylko o to, na ile rozumie, co to znaczyć być człowiekiem, ale na ile jest człowiekiem.

Dom Pierre-Celestine Lou Tseng-Tsiang OSB

Gilbert Chesterton zmarł, można by wręcz napisać, wydzielając woń świętości, 14 czerwca 1936 roku. Dobrze pamiętam, jak spytawszy George’a MacDonalda1 – musiało to być około roku 1935 – czy Staruszek napisze jeszcze książkę na pewien temat, który nam obu wydawał się istotny. „Nie”, odpowiedział, „Staruszek poszedł prosto do nieba”. Wciąż pisał jeszcze o sprawach bieżących, lecz serce jego i uwaga znajdowały się już gdzie indziej.

„Dał się przybić do swych myśli jak do krzyża”, powiedział ojciec Vincent [McNabb], który jak mało kto wiedział chyba, co mówi. Kilka razy, gdzieś między jednym dowcipem a drugim, z których był tak słynny, ojciec zajrzał mu głęboko w oczy, i nie dostrzegł w nich spojrzenia szczęśliwego człowieka. Nie tryskał humorem, i nie zawsze był w dobrym nastroju, choć tego właśnie wielu od niego oczekiwało.

Zawsze byłem przekonany, że nie umykał mu niemal żaden istotny element rzeczywistości, niezależnie, jak wyglądała i jak miała wyglądać. Wiedząc to wszystko – jak mógł być szczęśliwy? Zapewne zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, gdzie polityczna i gospodarcza ślepota prowadziły powoli jego ojczyznę, nie mówiąc już nawet o Lidze [Dystrybucjonistycznej] i czasopiśmie, które stworzył.

Spory, które miały podzielić Anglię od końca do końca, omal nie rozerwały ich na strzępy. Anglia nie mogła uniknąć tego losu, ponieważ naród musiał zdecydować w którą stronę chce iść. Natomiast sama natura tych sporów pozostawała w sprzeczności z dystrybucjonizmem, i sam akt decyzji prowadził do zniszczenia ruchu, choćby tylko ubocznie.

Pani Sheed [Masie Ward], technicznie mówiąc, słusznie napisała, że G.K.’s Weekly umarł wraz ze swym założycielem. Pismo ukazywało się jeszcze jakieś dwa lata, dopóki nie przekształciło się – pod redakcją mojego drogiego przyjaciela, Reginalda Jebba2, z którym nie bez bólu, lecz wielokrotnie musiałem się nie zgodzić – w The Weekly Review. Natomiast faktycznie, powiadam, pani Sheed ma rację, ponieważ od czasu śmierci Chestertona zamieniło się ono właściwie w organ politycznej prawicy, tym samym sprzeniewierzając się zasadom dystrubucjonizmu, odrzucającego ten idiotyczny podział ludzkości. Wciąż pamiętam szok, jakiego doznałem w lecie 1938, gdy wchodząc do redakcji ujrzałem na wszystkich oknach wielkie plakaty reklamujące Klub książki prawicowej.

Trzeba mi dać tutaj ogólny zarys tych wszystkich wydarzeń, które a długo zahamowały rozwój ruchu dystrybucjonistycznego.

Jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych rozdziałów, pierwsze ostrzeżenia pojawiły się już podczas słynnego lockoutu w przemyśle węglowym, w roku 1926, gdy należało dołożyć wszelkich starań, aby nie zajmować żadnego stanowiska w sprawach niedotyczących bezpośrednio programu ruchu. Za życia Staruszka, miało miejsce jeszcze ledwie jedno takie wydarzenie. W 1935, gdy Włochy przypuściły inwazję na Abisynię, spora grupa naprawdę szczerych dystrybucjonistów uważała, że G.K.’s Weekly nie publikuje wystarczająco jednoznacznych opinii negatywnych. Chesterton odpowiadał niechętnie, i mało zdecydowanie, twierdząc, że wie pewne rzeczy, które pozwoliłyby zobaczyć problem w innym świetle. Bez wątpienia chodziło o niezaprzeczalny fakt, że wszystkie działania Anglii, łącznie z sankcjami i operacjami floty morskiej, sterowane były przez grupę „złotych magnatów”, którzy prowadzili w Abisynii spore interesy i nie bardzo chcieli pogodzić się z perspektywą, że odtąd to Włochy będą korzystać z jej surowców, a nie oni. A jednak, choć istotnie fakt ten był niezaprzeczalny, trudno porównać go nawet do wskrzeszenia niegodnego imperializmu, z którym wszelkie cywilizowane narody – jak mniemano – zdążyły się już pożegnać. Ze względu na te wydarzenia, z Ligą i gazetą pożegnał się pan A.M. Currie3, ja zaś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to on miał w tej sprawie zupełną rację. Ilu jeszcze odpadło, nie sposób odgadnąć.

Naprawdę istotne podziały wszakże, zaczęły pojawiać się już po śmierci Staruszka, która niemal dokładnie zbiegła się w czasie z początkiem buntu Franco w Hiszpanii. Pamiętam, że przy pewnej okazji, Chesterton bronił wolności dystrybucjonistów słowami: „Prawdziwe to, choć i bolesne, że dystrybucjonista może pozostać całkowitym abstynentem”. W kwestii hiszpańskiej przynajmniej, zasada ta obowiązywała z pełną mocą. Hiszpańską wojnę domową każdy osądzić musiał we własnym sumieniu. Sprawa ta nie miała najmniejszego związku z dystrybucjonizmem, choć prawica zachowywała się tak, jak gdyby chodziło o być albo nie być całej cywilizacji, a Credo in Franconem na dniach włączone zostać miało do artykułów nicejskiego wyznania wiary.

Jak podszedłby do rzeczy sam Staruszek pozostaje w sferze domysłów. Na pewno jednak nie wpadłby w pułapkę bezkrytycznego uwielbienia dla generała Franco, które tak często cechowało jego nominalnych następców. Osobiście mniemam, że odzyskałby dawną formę docierając aż do sedna problemu; i że koncepcja, jakoby Hiszpanię katolicką ocalić mieli „mauretańscy piraci” z Afryki Północnej wywoływałaby u niego tylko salwy śmiechu. I śmiech ten, jakże ciepły, usunąłby raz na zawsze wszelkie złudzenia.

G.K.’s Weekly opowiedział się całkowicie i bez zastrzeżeń po stronie generała, i ta błędna decyzja poskutkowała głębokimi podziałami wśród jego czytelników.

Wiele periodyków, rzecz jasna, nie tylko że popierało Franco w czasie trwania konfliktu, ale i biło tę pianę jeszcze siedem lat później. Przyjemny skutek tego taki, że nikt już nie zwraca najmniejszej uwagi, co mówią one na temat innych problemów.

I znów, po raz kolejny muszę przytoczyć tutaj osobiste świadectwo. Senor Jose Antiono de Aguirre, de jure prezydent narodu baskijskiego, to człowiek nie tylko wielkiej odwagi, ale i wielkiej uczciwości. Samo to nie przesądza o prawdziwości jego opinii: ale na pewno zapewnia mu wiarygodność, gdy mówi o tym, co zna z pierwszej ręki. W roku 1945 opublikował książkę Wolność to ciało i krew. Dwukrotnie także próbowano, pierwszy raz w roku 1931, wyciągnąć z niego choć słowo poparcia dla antyrepublikańskiej rewolty.

Stwierdza także: „Kategorycznie mogę stwierdzić, że ofiary reżimu generała Franco są wielokrotnie liczniejsze, niż ofiary małej grupy pro-republikańskich oportunistów”.

Cytatem wszakże zapewne jeszcze bardziej istotnym, bo rozbijającym w puch wszelkie perory, jakoby prawica kierowała się bardziej wiarą religijną niż interesem politycznym, jest ten: „Do roku 1935 sprawy nie dało się rozwiązać. W tymże roku papież mianował monsignora Tedeschiniego (w tamtym czasie nuncjusza apostolskiego a Hiszpanii) kardynałem, i nadał przywilej przekazania mu kapelusza prezydentowi Republiki, Alcali Zamorze. Ceremonia odbyła się, z zachowaniem wszelkich honorów, w pałacu prezydenckim. Prawica odmówiła uczestnictwa, mając w głębokiej pogardzie szczere wysiłki monsignora Tedeschiniego dążące do skłonienia jej do współpracy z rządem republikańskim. Lewica odmówiła uczestnictwa ze względu na strach przed oskarżeniem o tendencje klerykalne”.

Prawica jest niezmiernie katolicka, jeśli Kościół tańczy ja mu zagra. Jeśli nie, przestaje być tak miło. Nie zapominajmy, że to duchowi spadkobiercy Karola V dokonali sacco di Roma w 1527, i że to Filip II wypowiedział w 1556 wojnę papiestwu. Tego wilka przynajmniej, natura naprawdę ciągnie do lasu.

Polityka Stolicy Apostolskiej była najzupełniej właściwa. W trakcie konfliktu, choćby najdelikatniejsze wyrazy wsparcia dla rządu Franco nigdy się nie pojawiły. Nie należy zapominać, że Kościół normalnie uznaje każdy rząd de facto uznawany za legalny. Jest tak zawsze, z oczywistych przyczyn, i tak też było w tym wypadku. Jedyny dokument, który uważa się (całkowicie błędnie) za dowód rzekomego papieskiego poparcia dla generała Franco to list polecający, który napisał dla nuncjusza delegowanego do nowego rządu po tym, jak rebelia odniosła zwycięstwo. Ukazuje on prawdziwe intencje ojca świętego mniej więcej w takim samym stopniu, jak wszystkie listy tego typu. Można opublikować je wszystkie – bez wątpienia ukaże się naszym oczom nie jeden, a stu zbawców cywilizacji. Niemniej ludzie rozumni wiedzą, czym one tak naprawdę są – zbiorkiem kurtuazyjnych formułek przedstawiających politykom nowego ambasadora, i niczym więcej.

Pan Belloc często zwykł mówić (i słusznie), że w sprawach europejskich „probierzem jest kwestia polska”.

W sprawach hiszpańskich, możemy z równą słusznością dodać, „probierzem jest kwestia baskijska”.

Gwoździem do trumny okazała się, pod koniec roku 1936, paskudna sprawa abdykacji Edwarda VIII.

To kolejny przypadek, w którym każdy powinien wydać osąd we własnym sumieniu. Dla dystrybucjonizmu, historia ta nie miała żadnego znaczenia. Kryzysy owe, jak powiedział to zgrabnie pewien mój przyjaciel, pozostawiły kraj w stanie „załamania emocjonalnego”.

Czytelnicy G.K.’s Weekly i działacze Ligi również się załamali. Gdy wybuchała wojna 1939-45, po dystrybucjonizmie nie było już śladu.

Przeł. Maciej Sobiech

1George MacDonald (?) – jeden z najbardziej wpływowych działaczy ruchu dystrybucjonistycznego, współpracownik Belloca, latynofil, zwolennik skrajnej prawicy, acz ze względów taktycznych (tropiciel bolszewickich jaczejek).

2Reginald Jebb (?-1977) – dystrybucjonista, dziennikarz, zięć Belloca. Redaktor naczelny The Weekly Review (tytułu, który zastąpił G.K.’s Weekly). Publicysta o proweniencji skrajnie prawicowej.

3(?) – dystrybucjonista, publicysta G.K.’s Weekly, zwolennik utworzenia Partii Dystrybucjonistycznej.

[Tekst jest fragmentem większej całości, którą można nabyć np. tutaj: https://www.amazon.com/Last-Realists-Distributist-Biography-Chesterton/dp/1932528016; zachęcam do lektury]

H.Shove: Wzrost i upadek industrializmu

[Ilustracja: Jules Breton (1827–1906), „Koniec pracy”, 1859]

[Podczas I Wojny Światowej Herbert Shove był w Królewskiej Marynarce Wojennej kapitanem łodzi podwodnych o numerach: C-2 (1915-1916) oraz E-29 (1915-1922); podczas II Wojny Światowej został powtórnie powołany do służby. Odznaczono go zarówno Distinguished Service Order, jak i Orderem Imperium Brytyjskiego. W okresie międzywojennym, żył na farmie Halletta w Ditchling, gdzie pracował wspólnie z innymi członkami wspólnoty i był szczególnie znany z… pędzenia bimbru! Stanowiąc poniekąd ideał dystrybucjonisty, Shove uważany był za autorytet w kwestiach takich, jak złotnictwo, bartnictwo, rolnictwo i produkcja alkoholu. Wiele swojej intelektualnej energii poświęcał teorii ekonomii. Jego poglądy ekonomiczne znalazły najlepszy wyraz w książce The Fairy Ring of Commerce, opublikowanej w 1930 roku przez filię Ligi Dystrybucjonistów w Birmingham. Piastował funkcję przewodniczącego południowego okręgu Katolickiego Stowarzyszenia Agrarnego. Ojciec Brocard Swell powiedział kiedyś, że – ze względu na swoją bujną brodę – Shove przypominał bardzo Williama Morrisa (wstęp wydawcy)]. 

Mylenie industrializmu z nowoczesną technologia naukową to często spotykany błąd. Mniema się, że chęć likwidacji systemu przemysłowego w sposób konieczny związana jest z pragnieniem odrzucenia wszystkich wytworzonych przez człowieka w ciągu dwóch ostatnich wieków, dodatkowych środków panowania nad siłami przyrody. Mówi się nam, zupełnie zresztą słusznie, że, z logicznego punktu widzenia, nieuniknioną konsekwencję podobnych propozycji stanowi powrót do stanu prymitywnego niewolnictwa. W dzisiejszych czasach, wielu ludzi, którzy zdają sobie sprawę z konieczności odrodzenia gospodarki rolnej, wzbrania się przed udzieleniem poparcia pionierom Ruchu Agrarnego, ponieważ ma nas za irracjonalnych fanatyków, potępiających, choćby, wynalazek pługu ciągnikowego. Lub też ponieważ kluczowym punktem naszego projektu jest to, by nowi osadnicy produkowali jak najwięcej bezpośrednio na własny użytek raczej, niż na sprzedaż. Podobne nieporozumienia biorą się z niemożności uświadomienia sobie faktu, że industrializm to nie ledwie niedoskonały system, który trzeba naprawić, a nawet nie zły system, który trzeba zlikwidować, ale system nietrwały, który, z samej swojej natury, w relatywnie krótkim czasie musi odejść w niebyt. 

Industrializm to nie przede wszystkim kwestia technologii. To system, w którym życie społecznego kształtowane jest podług jednej zasady: przynoszącej zyski wymiany handlowej. Suwerenami są w nim pośrednicy, oceniający wszystko według kryterium: „czy się to opłaca?”; to znaczy: „czy zwiększy to naszą zdolność do przyszłych wymian handlowych?” Wymiana handlowa może mieć zaś inne cele. „Wymiana dóbr może być dwojaka”, pisze św. Tomasz z Akwinu, „po pierwsze: naturalna niejako i konieczna, w której jeden towar wymienia się na inny albo płaci się zań jakąś sumę pieniędzy w celu zaspokojenia potrzeb życiowych. Tego rodzaju handlem, ściśle rzecz ujmując, nie zajmują się pośrednicy, ale raczej gospodarze czy urzędnicy państwowi, których zadaniem jest zapewnić gospodarstwu lub państwu to, co niezbędne do życia. Drugi rodzaj stanowi wymiana pieniędzy na pieniądze lub też pieniędzy na towary, przeprowadzona nie w celu zaspokojenia potrzeb życiowych, ale dla zysku – i takim rodzajem wymiany, ściśle biorąc, zajmuje się pośrednik. Pierwszy rodzaj wymiany jest godny pochwały, ponieważ zaspokaja naturalne potrzeby. Drugi słusznie należy potępić, ponieważ, wzięty sam w sobie, zaspokaja żądzę zysku, która nie zna granic i dąży do nieskończoności. Stąd też handel, wzięty sam w sobie, cechuje się pewną nikczemnością – na tyle, na ile, z samej swojej natury, nie zakłada żadnego cnotliwego lub koniecznego celu”. 

Trzeba zauważyć – istotnie, sam św. Tomasz mówi to w dalszej części swojego wywodu – że z przywołanego wyżej fragmentu nie wynika bynajmniej, że być pośrednikiem albo handlować dla zysku to zajęcia grzeszne. Wynika jednak zeń to, że taki sposób życia, sam w sobie, nie zasługuje na najwyższy możliwy szacunek. Musi podlegać kontroli – po pierwsze: sumienia samego kupca, który powinien zdać sobie sprawę, że para się zajęciem bardzo niebezpiecznym, które może łatwo stać się anty-społeczne, a zatem grzeszne, po drugie zaś: czujności polityków, którzy sami nie są tak bardzo wystawieni na jego pokusy i, w związku z tym, potrafią zająć co do niego bezstronne stanowisko. 

Polityk zaś, jest nikim bez możliwości egzekwowania swoich decyzji. Sprawiedliwość pozbawiona miecza staje się dla kryminalisty zwykłym pośmiewiskiem. Zanikowi moralnych ograniczeń, nakładanych na merkantylną umysłowość przez wiarę, towarzyszyła bardzo często, szczególnie w krajach, w których najpełniej odrzucono autorytet Kościoła, tendencja do negowania również autorytetu „księcia” (w średniowiecznym tego słowa znaczeniu). Angielska historia to w znacznej mierze zapis podejmowanych przez królów, mniej lub bardziej udanych, prób ograniczenia potęgi niepohamowanych w swej ambicji arystokratów. Po pojawieniu się ziemiaństwa, w którego stronę równowaga sił przechyliła się dzięki zniszczeniu Kościoła, to właśnie ta klasa stała się głównym przeciwnikiem Korony. I osiągnęła w swych działaniach całkowity sukces. 

Feudalna teoria posiadania ziemi stanowiła wielopoziomowy porządek osobistej odpowiedzialności za zarządzanie, na którego szczycie znajdował się król, będący, jako „Najwyższy Suweren”, powiernikiem – wobec Boga – dziedzictwa narodowego. Niezależnie od tego, jak bardzo praktyka różniłaby się od owego ideału, zawsze go uznawano i często oficjalnie domagano się jego realizacji. Wynosił on wielką własność ziemską na inny – i wyższy – poziom, niż komercjalizm. Został zniszczony wraz ze wzrostem potęgi ziemiaństwa i ostatnie jego ślady – nie licząc żargonu aktów prawnych – zmiotło z powierzchni ziemi Prawo o lennach1 – wprowadzone za czasów Cromwella i przywrócone za Restauracji – mocą którego ziemia stała się, praktycznie rzecz biorąc, towarem i przedmiotem własności ściśle indywidualnej. 

Po tym zabiegu nie pozostało właściwie nic, co pozwalałoby posiadaczowi ziemskiemu uważać się za kogoś ważniejszego od handlowca. Pomimo to, prestiż społeczny związany z posiadaniem ziemi przetrwał aż do dziś dnia, nieustannie się jednak zmniejszając. A zatem, wielką niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że wszyscy ziemianie zapomnieli zupełnie o obowiązkach, wynikających z faktu, że ich majątki powierzono im dla dobra wspólnego. Większość z nas mogłaby przecież wymienić przynajmniej kilku żyjących jeszcze reprezentantów prawdziwej tradycji feudalnej. Choć można obawiać się, że w większej części wypadków jedyny motyw „utrzymania” majątku stanowi duma rodowa; lub też, w najlepszym razie, „miłosierdzie” względem „gorszych”, którzy nie potrafią zatroszczyć się o własne sprawy. Ta koncepcja biedy jako koniecznego skutku niższości naturalnej stanowi dziedzictwo teorii „ekonomii politycznej”, stworzonej celem uspokojenia sumień bogaczy w czasie budowania systemu opartego na dominacji handlu. 

Zobaczyliśmy już, w jaki sposób majątek ziemski stał się czymś równym majątkowi kupca. Lecz przez całą historię, członkowie ziemiaństwa rekrutowali się przede wszystkich spośród klas kupieckich, których bogactwo brało się przede wszystkim z eksploatacji męstwa i umiejętności angielskich żeglarzy. Na początku, w czasach elżbietańskich, owi poszukiwacze przygód nie różnili się prawie niczym od zwykłych piratów. Jeden z najsławniejszych z nich wymyślił zresztą ową wielce lukratywną profesję, jaką bycie handlarzem niewolników. Następnie, zaczął się handel z Indiami, którego pionierzy, Portugalczycy, szybko zorientowali się, że jedyne, co udało im się tak naprawdę osiągnąć, to przetrzeć szlaki dla swoich rywali z Francji, Holandii i Anglii. Lewant, a nawet Moskwa, również domagały się zainteresowania. We wszystkich tych trzech wypadkach, chodziło jednak przede wszystkim o handel towarami luksusowymi. Nie importowano właściwie niczego, co można było wyprodukować w kraju; produkowana zaś w nim wszystko, co było niezbędne dla życia i kultury narodu. Lecz w takiej mierze, w jakiej handel ów różnił się od zwyczajnego piractwa, trzeba było zacząć coś w zamian eksportować. 

Przez kilka wieków kwestia owego eksportu miała wielką wagę. Anglia to kraj dobrze przystosowany do produkcji ogromnych ilości dobrej jakościowo wełny. Pokusa właścicieli ziemskich, by zmienić sposób użytkowania gruntów z rolnictwa na wypas owiec, dla wielu z nich okazała się zbyt silna już w XIV wieku. Niemniej, tak długo, jak obowiązywała średniowieczna koncepcja odpowiedzialności, podejmowano próby – mniej lub bardziej udane – kontrolowania tych zapędów w imię interesów ludności wiejskiej oraz samowystarczalności narodu. 

W cechowej organizacji przemysłu, zniechęcano także do korzystania z nowych wynalazków, których użycie prowadziłoby do zwiększenia bezrobocia lub pozbawiało wykwalifikowanego pracownika tego atutu, jaki stanowiła biegłość w zawodzie. Średniowieczne autorytety, polityczne czy gospodarcze, miały pełną świadomość tego, jak wielką niesprawiedliwością jest niszczyć owo bogactwo klas biedniejszych, które posiadają one właśnie w niematerialnej formie osobistych umiejętności, i nieraz interweniowały celem ograniczenia użycia maszyn takich, jak choćby draparka bębnowa czy folusz. 

Pan R.H. Tawney2 w swojej wspaniałej książce Religia a powstanie kapitalizmu, dużo miejsca poświęcił analizie wpływu, jaki ciężka teologia kalwińskich purytanów wywarła na mentalność kupiecką. Wiele różnych czynników przyczyniło się do tego, że w wieku siedemnastym Anglia stała się przesiąknięta tym właśnie duchem. Dotknęliśmy już tutaj problemu rozwoju handlu zamorskiego, w który przekształciło się szesnastowieczne korsarstwo. Równolegle do tego, idee kalwinizmu przenikały do Anglii ze Szkocji, Holandii, a później także, po odwołaniu Edyktu Nantejskiego, z francuskiej wspólnoty hugenotów. Wpływy te przyczyniały się do wzmożenia rodzimego rozwoju ducha merkantylizmu i ekonomicznej eksploatacji krajów zamorskich. 

Kiedy tylko duch ten przejmie w jakimś społeczeństwie kontrolę nad mieczem sprawiedliwości, koniec chłopstwa – a także „arystokracji ziemi” – jest przypieczętowany. Tak samo, co mamy nadzieję pokazać w pozostałej części tego krótkiego szkicu, jak trwała wielkość narodu. Bierze się to z interakcji dwóch naturalnych czynników ekonomicznych, zapomnienie o których doprowadziło wielu współczesnych ludzi do błędów i fałszywych teorii. Po pierwsze, z różnicy w tym, co musimy nazwać „brakiem elastyczności czynnika czasowego” w rolnictwie i produkcji przemysłowej. Po drugie, z różnicy w znaczeniu, jakie mają dla ludzkiego bytu substancje organiczne i nieorganiczne; rzeczy, które rosną i rzeczy „wytwarzane” z materiałów, które nie rosną. Ściśle łączy się z tym kwestia rozróżnienia pomiędzy produktami, które konsumuje się przy użytkowaniu (fungibile) i tymi, których się nie konsumuje (non-fungibile). Na początek rozważymy udział czynnika czasowego w umożliwieniu niekontrolowanemu komercjalizmowi zniszczenia narodowego rolnictwa. 

Wskazaliśmy już trudność, z którą zaczyna mierzyć się poszukiwacz przygód w momencie, w którym przestaje być zwykłym piratem, a staje się kupcem. Za import można zapłacić wyłącznie eksportem. 

Oczywiście, nie jest czymś wyjątkowym sytuacja, że z początku cenne towary importuje się za cenę praktycznie bezwartościowego eksportu. Tym niemniej, faza ta nie trwa długo. W Indiach oraz innych krajach, w których Anglia zbudowała większą część swojej handlowej wielkości, miejscowa ludność, nawet na początku, nie była zbiorem nieokrzesanych dzikusów. Niezależnie od tego, jak wielkie zyski osiągano w podobnym handlu, w każdym wypadku wiązał się on z koniecznością uiszczenia sowitej zapłaty. System trybutów, na którym opierało się, na przykład, hiszpańskie imperium kolonialne, zależy od wstępnego podporządkowania sobie eksploatowanego terytorium w sposób militarny. Poza nielicznymi i niekonsekwentnymi przypadkami z późniejszego czasu, nie była to nigdy angielska metoda postępowania. Rzecz jasna, nie dało się płacić w w pieniądzu kruszcowym, jako iż metale szlachetne nie należą do gamy produktów angielskich, ale raczej pozostałych stron transakcji. Na tradycyjnie angielską wełnę i zboże zaś, eksportowane we wcześniejszym okresie, nie było zapotrzebowania. 

Na potrzeby eksportu należało zatem wejść w posiadanie dóbr manufakturowych. Istnieją dwie metody osiągnięcia tego celu. Pierwsza, która stała się udziałem miast Hanzy, Wenecji oraz rywalizujących z nią miast włoskich, nad którymi ostatecznie zatryumfowała, to metoda tak zwanego „emporium”, zasadzająca się na różnicy między cenami kupna i sprzedaży określonych produktów na dwóch niezależnych od siebie obszarach, połączonych przez zorganizowany transport morski, lecz pozostających poza kontrolą państwa. Stała się ona, z samej natury rzeczy, ulubioną metodą Holendrów i bardzo rozwinęła się w Londynie. Wszakże wyspiarskie położenie tego miasta sprawia, że w porównaniu do portów Holandii wypada ono niekorzystnie. W związku z tym, angielscy kupcy szukali możliwości produkcji dóbr eksportowych we własnym kraju. 

Ten właśnie stan rzeczy doprowadził do rewolucji przemysłowej i uczynił Anglię jej centrum. Potężna już wtedy finansowo – i teraz, ze względu na zmianę w okolicznościach prowadzenia wojny, także militarnie – klasa kupiecka, „lordowie wymiany”, zaczęli samemu urządzać i kontrolować produkcję, bez żadnego odniesienia do potrzeb lokalnych czy nawet narodowych, ale wyłącznie pod kątem „wartości wymiennej”. Stali się kapitalistycznymi „fabrykantami”. 

Że rewolucja przemysłowa dysponowała surowym zasobem ludzkim wynikało w znacznej mierze z faktu, że ziemiaństwo było w całości przesiąknięte ideami merkantylizmu i właściciele ziemscy z całych sił próbowali konkurować z rosnącym bogactwem kupców. Powodem, dla którego w ogóle podjęli oni taką próbę, była ich ignorancja dotycząca różnicy zachodzącej między czynnikami czasowymi, regulującymi produkcję rolną i handel. Jako iż szybkość obrotów zainwestowanego w rolnictwo kapitału wynika niezmiennie z rytmu pór roku. W handlu, ograniczenie to nie istnieje. Zyski można czerpać z każdej zakończonej transakcji, im zaś lepiej zorganizowany handel – ze względu choćby na różne formy kredytu, szybki transport itd. – tym częściej da się takich transakcji dokonywać. Dlatego też można powiedzieć, że podczas gdy producent rolny może bogacić się wyłącznie dzięki „odsetkom prostym”, kupiec – kiedy tylko organizacja handlu osiągnie określony poziom rozwoju – może bogacić się dzięki „odsetkom łącznym”. Nie ma więc sensu, by pierwszy stawał z drugim do wyścigu o bogactwo. 

Mimo to, żądni pieniędzy ziemianie właśnie to uczynili. Wprowadzili oni w życie projekty „modernizacji rolnictwa”, przygotowane po to, aby umożliwić podwyżkę czynszów. Taki był właśnie prawdziwy zamysł dotyczący wszystkich wynalazków typu tzw. „grodzenia”, które wiązało się z rugowaniem starego, drobnorolnego gospodarza i wspieraniem późniejszej instytucji wielkiego farmera-dzierżawcy. Niektóre z nowych metod uprawy naprawdę, z punktu widzenia produkcji najważniejszych artykułów żywnościowych, stanowiły postęp – a nawet czasem, choć rzadziej, także z perspektywy wzrostu zatrudnienia. Niemniej – nie taki był tutaj cel. Nie mamy miejsca, aby zagłębiać się w szczegóły. Niemniej powszechnie wiadomym faktem jest to, że ostatecznie, na skutek polityki rolnej właścicieli ziemskich wieku osiemnastego, całe tłumy ludności wiejskiej, dotychczas cieszące się umiarkowaną niezależnością, musiały zasilić szeregi pracowników dziennych, którzy, o ile dalej żyli na wsi, zarabiali psie pieniądze, czasami niewystarczające nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb; o ile zaś – by użyć tutaj słów jednego bezdusznego ziemianina – „raczyli się wynieść”, to tylko po to, aby tworzyć nieszczęsny proletariat miast przemysłowych. 

Piętrzenie się tych gnijących z przeludnienia miast przez głupszych – „postępowych” – ziemian, witane było z otwartymi ramionami. Nie tylko zapewniały one wentyl dla wysiedlonych pracowników wiejskich, lecz także ich populacja zwiększała się zawrotnie ze względu na działanie innego jeszcze czynnika, całkowicie przeczącego obowiązującym wtedy teoriom. Sformułowane niedawno „Prawo Doubledaya”, mówiące, że ludzka płodność jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu komfortu fizycznego, hulało po pierwszych slumsach bez najmniejszych ograniczeń. W związku z tym, zapotrzebowanie na żywność wymusiło wzrost cen produktów rolnych i umożliwiło właścicielom ziemskim kolejną podwyżkę czynszów. 

Wytworzenie się przemysłowych mrówczych kopców wiązało się z tym, że przemysłowi handlowcy zdali sobie sprawę, jaką wartość stanowi dla nich tak zwana „oszczędność czasu”, czyli zwiększenie szybkości obrotów. Nawet w systemie rękodzielniczym lub przy wykorzystywaniu niedużych narzędzi przez pracujących w domu rzemieślników – jak w wypadku tak zwanego „undertaker system”3 angielskiego przemysłu tekstylnego – czas traci się już na wstępie, przy dystrybucji surowców, a także później, przy zbieraniu wyprodukowanych dóbr. Tylko tak długo, jak surowiec również produkuje się lokalnie, podobne przedsiębiorstwa mogą opierać się koncentracji, wiążącej się ze skomercjalizowaną produkcją na odległe rynki. 

W Anglii, awangardę industrialnego szturmu na pozycje starego porządku stanowił, niestety, jeden konkretny materiał – bawełna. Nie tylko znajdował on łatwy zbyt w krajach, w których można było ubić na nim najbardziej lukratywny interes, lecz także jego produkcja w stanie surowym odbywała się w nader sprzyjających okolicznościach; uprawiali ją niewolnicy, należący do brytyjskich panów, w kraju, którego klimat umożliwiał obniżenie standardu bytu materialnego pracowników do bardzo niskiego poziomu. Kiedy, z angielskiej strony, dołączył się do tego fakt dysponowania portem takim, jak Liverpool, w okręgu, którego klimat jest niemal idealny dla procesu przetwórstwa, rozwój skoncentrowanej produkcji fabrycznej w wypadku tego towaru był, biorąc pod uwagę warunku ekonomiczne epoki, praktycznie nieunikniony. To z Lancashire przemysłowy rak zaczął rozrastać się i zatruwać życie ojczyzny. 

Pierwotny powód szaleńczego przyśpieszenia współczesnego przemysłu również wynika z konkretnych uwarunkowań produkcji wyrobów włókienniczych. Gdy celem jest szybkość produkcji, zachodzi nieunikniony konflikt między dwoma zajęciami: przędzalnictwem i tkactwem. W starych warunkach czystego rękodzielnictwa, tkanie to proces od przędzenia znacznie szybszy, choć bardziej dokuczliwy i wymagający większych umiejętności. Dlatego też, przędzenie generalnie uważało się za zajęcie domowe, przeznaczone dla kobiet, podczas gdy tkanie było normalną, wymagającą specjalizacji pracą zawodową dla mężczyzn. Wynalazek pierwszego, znacznie zwiększającego szybkość produkcji przyrządu – „machiny latającej” Johna Keya4 – podkreślił tylko dobitniej tę różnicę i dał początek serii wynalazków przędzarskich, które, w ciągu całego wieku osiemnastego, odwróciły stary porządek w taki sposób, że problemem stało się wytworzenie możliwości tkania w tempie tak szybkim, by wrzeciona zawsze pozostawały w ruchu. Bezpośredni skutek tego wszystkiego, jak dobrze wiemy, stanowi nowoczesne krosno mechaniczne – jak i zagadnienie, ile tych maszyn będzie musiał obsługiwać naraz jeden pracownik. 

Choć system fabryczny, zwłaszcza w Lancashire, został stworzony przed wprowadzeniem jej do technologii produkcji, wykorzystanie pary w przemyśle dopomogło do jego scalenia i upowszechnienia. Rozwinięte miasto przemysłowe w istocie rzeczy nie było niczym innym, niż małą grupą silników parowych, wokół których musieli tłoczyć się ci, których utrzymanie zależało od obsługi tych maszyn. Powszechnie obowiązujący sposób patrzenia na początek wykorzystywania w przemyśle maszyny napędzanej energią parową stanowi pogląd, że pomnaża ona produktywność pracownika. Pomijając kwestię wpływu moralnego, jaki nań wywiera – problem, którym zajmie się inny z uczestników tej konferencji – należy stwierdzić, że to pogląd bardzo wybiórczy. Po pierwsze, nie zwiększa ona ilości surowca, w związku z czym nie może wyprodukować więcej, niż mogłoby to uczynić wystarczająco wielu rzemieślników w tym samym czasie, lub też mniejsza liczba rzemieślników w dłuższym czasie. Po drugie, wpływ, jaki wywiera ona na jakoś produktów, jest, delikatnie rzecz ujmując, zgubny. Prawdziwy skutek ekonomiczny używania jej w przemyśle, stanowi zwiększenie szybkości obrotów i – za tym – zmniejszenie kosztów produkcji przez zaoszczędzenie na bycie materialnym dodatkowych lub, – jeżeli popyt nie zwiększa się proporcjonalnie do zwiększonego tempa podaży, – zwolnionych pracowników

Kiedy przeciętnego pracownika zredukuje się już do stanu przypominającego w przybliżeniu minimum egzystencji, istotność tego faktu dla fabrykanta staje się pierwszorzędna. Redukcja „funduszu płac” stosownie do cen sprzedaży produkowanych towarów to prosta droga do fortuny. A jednak, jako iż minimalne zapotrzebowanie na jedzenie, paliwo, ubrania i schronienie w danym klimacie to rzecz pozbawiona elastyczności, a szybkość zaopatrywania się w żywność ogranicza czynnik czasowy związany ze zmianą pór roku, udoskonalone metody uprawy zaś mogą je zwiększać wyłącznie w – stale zmniejszającym się – tempie arytmetycznym, ceny artykułów żywnościowych, w stosunku do dóbr wprowadzanych na rynek w tempie geometrycznym – ze względu na skrócenie cyklu produkcji fabrycznej – nieustannie muszą wzrastać. W związku z tym, tak zwany fundusz płacowy w naturalny sposób dąży do wzrostu, co tym bardziej sprzyja mechanizacji. O ile nie da się utrzymać ciągłego rozwoju rynku – co, rzecz jasna, staje się coraz trudniejsze w miarę upływu czasu – sytuacja taka musi oznaczać bezrobocie i, w konsekwencji, nędzę, której zaradzić można wyłącznie tworząc nowe gałęzie przemysłu, zdolne wchłonąć zwolnionych robotników. 

To oklepane rozwiązanie klasycznych ekonomistów opiera się na założeniu, że pracownik potrafi przekwalifikowywać się z elastycznością, możliwą wyłącznie w sytuacji, w której praktyczna biegłość nie miałaby żadnego znaczenia, a praca zostałaby zredukowana do martwego poziomu niewymagającej żadnych umiejętności obsługi maszyn. Naturalną konsekwencję tego stanu rzeczy musi stanowić tendencja do wyrównywania pensji do najniższego możliwego poziomu. W późniejszych fazach rozwoju, takich, jakie widzimy choćby i dzisiaj, biegłość techniczna zaczyna sprowadzać się zaledwie do umiejętności projektowania i obsługi maszyn – stających się coraz bardziej „niezawodnymi” – i nawet to traci na wartości na skutek spadku popytu, w miarę, jak produkcja maszyn sama staje się coraz bardziej maszynowa. Współczesny industrializm szuka swoich „kokosów” w „działach sprzedaży” i reklamie raczej, niż w technicznych dziedzinach produkcji. Sytuacja, w której jakiś „rekin biznesu” rzeczywiście kieruje pracą w jednej ze swoich fabryk, należy do dosyć rzadkich wyjątków. 

Wszystko to uderza w rolników; a nawet w bogatego ziemianina. Skutki tego stanu rzeczy, z przyczyn, o których zdążyliśmy już tutaj wspomnieć, z początku przesłonięte są przez pozorny bodziec gospodarczy w postaci wzrostu popytu na produkty rolne, potrzebne do wyżywienia miast przemysłowych. Pozwala on właścicielowi ziemskiemu osiągać większe wpływy z czynszu i – do pewnego stopnia – osiągnąć większe zyski dzierżawiącemu ziemię farmerowi. W takiej społeczności jednak, jaka wytworzyła się w Anglii na skutek ustalania czynszów za dzierżawę według zasady konkurencji rynkowej, pierwszy pożera drugiego w bardzo krótkim czasie; system ów stanowi naturalny owoc komercjalizacji własności ziemi. 

Podobnie ździercze oczynszowanie znajduje dodatkowe wsparcie w koncepcji „inwestycji”. System pracy na pożyczonym kapitale, mający swoje źródło w handlowych wynalazkach zwiększających szybkość obrotów, w trakcie rozwoju industrializmu osiąga swój ostateczny kształt. Jemu właśnie zawdzięczamy nowoczesne „firmy”, początkowo jeden z wielu typów spółek akcyjnych, obecnie jednak, po wynalezieniu „ograniczonej odpowiedzialności”, stanowiące instytucje, których racją istnienia jest pożyczanie pieniędzy na procent – stały lub zmienny – a czasami zwykły hazard. Stąd zaś bierze się koncepcja, że „pieniądz rodzi pieniądz”; wobec której stare rozróżnienie pomiędzy inwestycją w coś owocnego, na przykład ziemię lub pracę wykwalifikowanego pracownika, dającą prawo do uczestnictwa w zyskach, a zwykłą, nieproduktywną pożyczką, w wypadku której ma żadnych zysków, w których można by uczestniczyć, przestaje obowiązywać. Ekonomiści, piszący w czasach gwałtownej ekspansji przemysłu i wzrostu możliwości produktywnego inwestowania, opracowali z czasem koncepcję „zysków z kapitału”, standardowy poziom procentu, wrodzony inwestycji jako takiej. Żądny pieniądza właściciel ziemski, zdeterminowany utrzymać swoją pozycję w rywalizacji z przemysłowcem, zaczął patrzeć na swoją ziemię jako na podlegającą takim samym regułom, a zatem: sprawiedliwie przynoszącą mu „zyski z kapitału”, równe tym, które wiążą się z innymi inwestycjami. 

Ten właśnie punkt widzenia staje się dla posiadaczy ziemskich przyczyną ich ostatecznej porażki. Uzależniony od pór roku „prosty” procent zysków z ziemi musi, w miarę, jak proces przyśpieszania wchodzi w coraz dalsze fazy, wlec się coraz bardziej w tyle za „składanym” procentem cyklicznych zysków z handlu lub produkcji fabrycznej. W angielskim systemie, dzierżawca, na równi z ziemianinem, musi być traktowany jak „inwestor”. 

Istotnie, obydwaj, ziemianin i dłużnik hipoteczny – dzierżawca (jako ten, który pożyczył kapitał) – bardzo często spłacają odsetki według miar wziętych z handlu. Wszystkie konieczne koszta, podatki itp., skorelowane z zajęciem tak jednego, jak i drugiego, ustala się na podobnych zasadach. To zatem, co w społeczności industrialnej zawsze stanowiło „nieadekwatny” zysk z inwestycji, w bardzo łatwy sposób zamienia się w zwykłą stratę. Nie dość, że właściciel ziemski zaczyna funkcjonować w świadomości społecznej jako ździerca, bardzo często osiąga on także mniejsze zyski ze swojej ziemi, a nawet z modernizacji, które na niej przeprowadził, niż miałoby to miejsce w wypadku, gdyby zainwestował w obligacje rządowe, o akcjach jakiejś dobrze prosperującej fabryki nawet nie wspominając. Z drugiej strony, przemysłowcy coraz głośniej protestują przeciwko cenie, jaką trzeba płacić za artykuły spożywcze, jeżeli dzierżawca ma w ogóle zarobić na życie. Bo jeśli płace mają być podnoszone pari-passu ze wzrostem cen żywności, cały zysk przynoszony cyklicznie przez „procent składany” zaczyna czerpać rolnictwo i industrializm przestaje się opłacać. 

Miejski arystokrata, pobierający od fabryk regularne myto, w znacznej mierze był dzięki temu w stanie przełożyć przynoszone przez nie zyski do własnej kieszeni. Podjęta przez arystokratów wiejskich próba zrobienia tego samego w krótkim czasie doprowadziła do agitacji przeciwko ustawom zbożowym. Ostatecznie, wespół z całą teorią „wolnego handlu”, opracowaną celem urządzenia świata w taki sposób, aby „zbiry mogły na nim wygodnie żyć”, odniosła ona sukces ze względu na przyznanie praw politycznych „przedsiębiorczej” klasie średniej oraz zagrożenie ze strony oszukanego ludu, doprowadzonego do rozpaczy przez głód i nędzę wywołaną przez rewolucję przemysłową i domagającego się zmian, którego roszczenia zostały jednak w krótkim czasie z wielką biegłością naprowadzone na zły trop. Warto zauważyć, że wszyscy ideologowie wolnego handlu, Cobden5, Bright6, Peel7 i tak dalej, byli magnatami przemysłu bawełny. 

Koncepcja Anglii jako „warsztatu całego świata” z konieczności zawiera w sobie koncepcję zrujnowania rodzimego rolnictwa. Bo ostatecznie, koncepcja ta sprowadza się do zarabiania na eksporcie wyrobów fabrycznych i odbieraniu zapłaty w surowcach i żywności. Słyszy się czasem polityków, którzy wypowiadają się w taki sposób, jakby dało się żyć z eksportu, ograniczając import wyłącznie do surowców albo, w każdym razie, importując, w stanie wykończonym, jedynie te produkty, których nie da się wytworzyć w kraju. To zwykły błąd. Oczywiste jest, że nie da się czerpać zysków z eksportu, powiedzmy, wyrobów bawełnianych, wobec cen, które płaci się za bawełnę w stanie surowym. Jeżeli ktoś spróbuje to zrobić, nie będzie miał za co żyć. Jeżeli czerpie się dochód ze sprzedaży rzeczy, których nie da się wyprodukować w kraju, z konieczności muszą one stanowić produkty drugiej potrzeby – towary luksusowe. Prawdą jest, że wiele z podobnych towarów, jak herbata, kawa, kakao, pomarańcze, rodzynki, pieprz, tytoń itd., stały się do teraz niemalże produktami pierwszej potrzeby. Będziemy musieli zająć się później niektórymi aspektami owego „wzrostu stopy życiowej”. W tym momencie chodzi tylko o to, że te niekonieczne do życia „fungibile”, podobnie jak inne artykuły bardziej luksusowego charakteru, jak choćby wina, jedwabie i egzotyczne przyprawy, nie mogą, na dłuższą metę, stanowić podstawy dochodowego importu, jeżeli wziąć po uwagę zapłatę za surowce. Jako iż „koszta utrzymania”, determinujące minimalną wysokość funduszu płacowego, z konieczności muszą zależeć głównie od podstawowych dla lokalnej ludności artykułów żywnościowych, które stały się takie dokładnie z tego względu, że produkuje się je lokalnie. 

Z początku, swobodny import żywności nie zrujnował angielskich rolników. Stało się to ze względu na dwa czynniki, wpływowi których przemysłowcy nieustannie próbują przeciwdziałać; dystansu oraz niewielkiej liczby ludności odległych, „nierozwiniętych” krajów. Zwiększenie tempa obrotów dzięki przyśpieszeniu transportu i komunikacji – na przykład przez wykorzystanie telegrafu, radia itp. – to rzecz dla ambitnego handlowca w oczywisty sposób kluczowa. Zależy zaś ona od nieustannej ekspansji rynku, która musi się dokonywać, jeśli handlowiec ów ma czerpać ze swojej stale zwiększającej się produkcji w ogóle jakikolwiek zysk. Bez ekspansji rynku, rozwój „machinofaktur” nieuchronnie wywoła przesyt. Wynika stąd nieustanne dążenie do wychodzenia poza granice „machinofakturowego” centrum – pierwotnie mieszczącego się w Anglii – ku krajom dotychczas czysto „wiejskim” (samowystarczalnym), przez otwieranie nowych szlaków handlowych, a także ku żyznej dziczy, na której osiedla się „nadwyżkę” populacji, eksmitowaną z (lub hodowaną w) tłocznych, przemysłowych regionów kraju. Od pewnego momentu, niskie koszta produkcji artykułów żywnościowych na tych dziewiczych ziemiach więcej niż równoważą nieustannie zmniejszające się koszta transportu i „stary kraj” nie jest już w stanie z nimi konkurować; ponieważ ziemię uprawia się zgodnie z podstawowym prawem gospodarki rolnej, mówiącym, że żywiec – ludzi nie wyłączając – musi zwrócić ziemi to, co zabrał z niej w formie plonów, w nawozie. Dokłada się do tego jeszcze, oczywiście, angielski system czynszowy, w którym występują dwie klasy kapitalistów, posiadacz ziemski i dzierżawca, a także klasa proletariackich robotników, próbujących utrzymać się ze sprzedaży towarów rolnych. Podczas gdy zamieszkujący dziewiczą puszczę lub prerię osadnik zazwyczaj „sam jest sobie panem”. 

Czynnik odległości pozwolił jednak brytyjskiemu rolnictwu zachować coś w rodzaju jego przeszłego znaczenia przez całe pokolenie po uchyleniu ustaw zbożowych. Ostatecznie upadło ono „w latach osiemdziesiątych”, po tym, jak otwarto w Ameryce wielkie, transkontynentalne trasy kolejowe. Od tego momentu niszczało już ono – wyjąwszy przejściowe ożywienie w czasie wojny – praktycznie bez przerwy. Po roku 1900, głównie w związku z, niezupełną wtedy jeszcze, mechanizacją rolnictwa na preriach, pojawiło się coś w rodzaju nowej energii. Wysokie pensje – które, ze względu na niewielką liczbę ludności, trzeba było płacić – nie pozwalały Amerykanom zmniejszyć kosztów żniw. „Samotny” farmer „złotego zachodu” – jak zwykło się wtedy nazywać tę krainę – był w stanie zasiać znacznie więcej, niż potem mógł zebrać, nawet z pomocą swojej rodziny lub opłacanych pracowników. W miarę upływu czasu, skutki tego stanu rzeczy równoważono zastępując ludzi maszynami – tak w rolnictwie, jak w produkcji fabrycznej. Jedyną funkcją mechanizacji rolnictwa, z jego wiążącymi się rytmem pór roku, ograniczeniami czasowymi, stanowi likwidacja konieczności zatrudniania nowych pracowników. Lub też – tam, gdzie podaż pracowników utrzymuje się na dostosowanym do potrzeb poziomie – starych pracowników. Od czasu, gdy rozwinęła się ona na prerii, w desperackiej próbie sprawienia, by prowadzenie małego, rodzinnego gospodarstwa zaczęło się opłacać, przeprowadzono ją siłą także na wyludnionej już przecież do tego czasu angielskiej wsi. W efekcie, większa niż kiedykolwiek wcześniej liczba naszych rodaków, musiała migrować do miast. 

Żyzność prerii i innych ziem dziewiczych nie jest wiecznotrwała. Prędzej czy później, odpowiednia rotacja i zwracanie owej żyzności w nawozie staje się koniecznością. Tak długo, jak istnieje dostęp do ziem dziewiczych, stare, zużyte, ziemie, traktuje się podobnie, jak wyczerpane kopalnie. Po prostu się je opuszcza. Ogromne połacie gruntów Środkowego Wschodu Ameryki – o zrujnowanym rolnictwie Nowej Anglii nawet nie wspominając – zostały potraktowane dokładnie tak samo brutalnie, jak grunta brytyjskie. Ostatecznym skutkiem industrializmu jest zatem narastająca dewastacja urodzajnej ziemi. To system oparty na życiu z kapitału, próba żęcia tam, gdzie się nie siało, mająca zaspokoić „żądzę zysku, które nie zna granic i dąży do nieskończoności”. Jako taka, musi ona ponieść klęskę w każdym miejscu świata. W tym momencie koniecznie jednak należy podkreślić, że nie stanowi ona owocu badań naukowych, lub dodatkowych środków panowania nad przyrodą, ale ducha chciwości, który kierował zastosowaniem wyżej wymienionych w porządku społecznym, w którym przyszło nam żyć. Nie niszczą ludzi maszyny, ale nikczemna głupota tych, którzy wypaczyli użycie maszyn i zamienili je właśnie w narzędzia niszczenia swych bliźnich. 

Ciągle jednak jesteśmy dosyć daleko od tego powszechnego upadku. Obecna depresja światowa w wyjęty z oper Gilberta i Sullivana sposób nawołuje do wywołania powszechnej klęski głodu, bo „nie opłaca się” uprawiać pszenicy – lub innych roślin jadalnych. To stanowisko ogólnego przesytu wynika z innego jeszcze aspektu nieograniczonej żądzy zysku. Próbowało ono, przez ostatnich kilka lat, zasiać we współczesnym umyśle zamęt co do tego, jak naprawdę działa industrializm. Jego przyczynę stanowi, rzecz jasna, piętrzenie długów na procent. Na temat szczegółów tego procesu, związanych głównie z szaleńczą ideą, że można „mieć ciastko i zjeść ciastko”, jeśli tylko zapłaci się za marnotrawstwo surowców w wielkich wojnach o wyjście z długów, i że na skutek tak wielkiego zniszczenia nikt nie stanie się w ostatecznym rachunku uboższy, nie ma miejsca, by tutaj mówić. Lecz nawet gdyby rzeczywiście zacząć wszystko od nowa – co też stopniowo się teraz zresztą dokonuje – nie rozwiąże to i tak problemu industrializmu. Pozostanie kwestia wyposażenia technicznego oraz błędnie ukierunkowanej organizacji produkcyjnej współczesnego świata. Zmieni się tyle, że kontrola nad tymi rzeczami w znacznej mierze przejdzie w inne – choć wcale nie bardziej biegłe – ręce. 

Niemniej, system oparty an próbie uczynienia własnego kraju „warsztatem całego świata” i zbyt głębokim „terytorialnym podziale pracy”, generowanym przez komercjalistyczne ideały życia z wymiany i zwiększania ogólnej ilości wymian przez ogólny proces przyspieszania, logicznie prowadzi sam siebie do upadku zanim cały świat padnie ofiarą wyzysku. Bierze się to z interakcji faktów relatywnego znaczenia produktów organicznych i nieorganicznych dla ludzkiego bytu materialnego oraz lichwiarskich profitów, osiąganych przy próbie życia „z kapitału”. 

Powszechnym prawem natury jest, że królestwo zwierząt żywi się warzywami – albo bezpośrednio, albo, w wypadku zwierząt drapieżnych, pośrednio. Fakt ten oznacza, że zasoby pokarmu dla zwierząt – a zatem, co oczywiste, także dla człowieka – zależą od wegetacji, a w związku z tym: od rytmu pór roku. Jeżeli od jedzenia, czystego fungibila, przejdziemy do kolejnych niezbędnych rzeczy: ubrań i paliwa, zorientujemy się, że to również produkty praktycznie czysto organiczne. Co więcej, ubranie, które nie jest czystym fugibilem, wymaga bardziej skomplikowanego przygotowania zarówno niż jedzenie, jak i paliwo, i ma ograniczoną trwałość, podczas gdy budynki, dostarczające czwartej rzeczy niezbędnej: schronienia, wymagają jeszcze bardziej skomplikowanego przygotowania i trwają proporcjonalnie dłużej. Istotnie, w stopniu, w jakim buduje się je – co jest trudniejsze – z nieorganicznego kamienia lub cegły, stają się one, w porównaniu z tymi, budowanymi z łatwiejszym w obróbce, organicznym sitowiem, drewnem itd., czymś praktycznie niezniszczalnym. 

Ta ogólna reguła postępującej niezbędności i „fungibilnego” charakteru dóbr w ludzkim życiu, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy od produktów nieorganicznych do organicznych, i postępującego skomplikowania oraz trwałości, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy z powrotem od istotniejszych i bardziej „fungibilnych” produktów organicznych do mniej istotnych i nieorganicznych non-fungibilów, wydaje się przenikać całe życie człowieka. Nie ma tu miejsca, by się nad nią rozwodzić. Tym niemniej, czytelnik z łatwością może przeanalizować ją samemu i rozpoznać jej prawdziwość – pod warunkiem, że będzie pamiętał o kluczowym rozróżnieniu pomiędzy użytkowaniem a konsumpcją oraz o tym, że pierwsza z tych rzeczy w sposób bezwzględny podporządkowana jest drugiej. Pewien krytyk zaprzeczył kiedyś, by podstawową potrzebę człowieka na bezludnej wyspie stanowiło jedzenie. Utrzymywał, że w pierwszej kolejności chciałby mieć nóż, aby mógł je pokroić! Wynikało to z faktu, że nie potrafił on zdać sobie sprawy z tego rozróżnienia. Jako iż użytkowanie noża podporządkowane jest konsumpcji jedzenia i nie dysponując nim, umierający z głodu człowiek generalnie znalazłby sposób, aby poradzić sobie w swojej sytuacji. Gdyby stało się inaczej, i tak umarłby on z głodu, a nie pragnienia posiadania noża. 

Ten sposób myślenia o względnie zbędnym produkcie, który się użytkuje, jako równie ważnym, co niezbędny produkt, który się konsumuje, sam w sobie stanowi owoc komercjalistyczno-industrialnego świata, w którym ów krytyk żył. Dominuje on nad dużą częścią tego, co pisało się na temat ekonomii w wieku dziewiętnastym i być może większą jeszcze częścią tego, co pisze się na temat ekonomii dzisiaj. Słyszy się o „przemyśle rolniczym”, jak gdyby rolnictwo miało dokładnie takie samo znaczenie dla ludzkiego dobrobytu, jak „przemysł gramofonowy”. Kiedy ów stan umysłu trwa, w konieczny sposób prowadzi on do rozbudowywania mniej istotnych gałęzi przemysłu kosztem bardziej istotnych, na przykład: produkcja odbiorników radiowych zaczyna zastępować tkactwo, na podobnej zasadzie, na jakiej samo tkactwo rozwinęło się kosztem rolnictwa. 

W miarę, jak różne gałęzie przemysłu wytwarzają rzeczy coraz bardziej zbędne, surowiec przemysłu w coraz mniejszym stopniu stanowią produkty zbożowe, zależne od sztywnego czynnika czasowego pór roku. W związku z tym, produkty stają się coraz bardziej podatne na przyśpieszanie, któremu towarzyszy eksploatacja i marnotrawstwo nieodnawialnych surowców naturalnych, minerałów i tym podobnych, zamiast ciągle, lecz w zależności od następstwa pór roku, odnawianej urodzajności prawidłowo uprawianej ziemi. Dlatego też owe sektory przemysłu, tak szybko, jak uda się wytworzyć zapotrzebowanie na ich produkty, generalnie przynoszą większe zyski, niż starsze, podstawowe gałęzie gospodarki. W krótkim czasie wywołają one na rynku przesyt, o ile nieorganiczne non-fungibile nie upodobnią się w jakimś stopniu organicznych fungibili. Stąd właśnie bierze się tendencja, by upowszechnianiu rzeczy takich, jak rowery czy samochody, towarzyszył także niekończący się proces zmian mody – modele na „nowy sezon” stanowią nieodłączny element wszystkich targów motoryzacyjnych itp. – wespół z tanią produkcją towarów zaprojektowanych w taki sposób, aby szybko się zużywały, dostosowując się w ten sposób do ciągłego zapotrzebowania na odnowę. Nie produkuje się dzisiaj żadnego modelu auta, które mogłoby służyć tak, jak stary pięciokonny De Dion8. Cała polityka zasadza się na marnotrawstwie, mającym sprawić, mocą produkcji, stawiającej coraz bardziej na ilość kosztem jakości, by „biznes się kręcił”. 

Owo tanie, tandetne wytwórstwo rzeczy zbędnych, które nie tylko upodabnia się tak bardzo, jak to tylko możliwe, do artykułów pierwszej potrzeby – przy pomocy reklamy i organizacji życia w taki sposób, który zmusza do ich użytkowania – ale w coraz większym stopniu stanowiących zwykłe fungibile, to system krwionośny późnego industrializmu, jaki widzimy dzisiaj. Naturalnie zmierza on coraz bardziej zdecydowanie do obniżania osobistych umiejętności pracowników, zastępując trwałe wyroby mistrzów rzemiosła produkowanym masowo śmieciem. W ten sposób, nieuchronnie wiedzie on „warsztat całego świata” do bankructwa, zrównując nieokrzesanego, japońskiego robola z brytyjskim robotnikiem, tak, że „konkurencja zagraniczna”, kiedyś możliwa do zahamowania dzięki mniej lub bardziej zasłużonej opinii o jakości brytyjskich produktów, staje się niepowstrzymana. 

Konkurencja zagraniczna w naturalny sposób zwiększa się przy mniejszej odległości od zagranicznego rynku, w związku z czym dystans zawsze w ostatecznym rozrachunku jej sprzyja. Po drugie, nowsze obszary przemysłowe w naturalny sposób zaczynają produkować lokalne artykuły pierwszej potrzeby raczej niż drugiej, do czego też są znacznie lepiej przygotowane pod względem dostępności surowca. Po trzecie, są one w stanie czerpać korzyści z doświadczeń zdobytych w starych fabrykach i zacząć działać bez balastu przestarzałych instalacji i dawno zaciągniętych długów, blokujących konta bankowe i naliczających procenty. Po czwarte, dysponują pracownikami, których stopa życiowa nie wzrosła na skutek wcześniejszego zalewu śmiecia.  

Pod rządami „lordów wymiany” nawet rynek krajowy nie będzie mógł nigdy rozwinąć realnej produkcji. Bierze się to z faktu, że zagranicznego konkurenta napędza w znacznej mierze nadwyżka kapitału, inwestowana przez obywateli wcześniej uprzemysłowionych krajów. Owa nadwyżka kapitału w istocie oznacza papierowe poświadczenie pożyczki prawdziwego kapitału – ziemi, roślin, umiejętności i „dobrej woli” – jaką reszta społeczeństwa zaciągnęła u swych handlowych nadzorców; finansistów i rentierów. Pożyczkę ową spłacają produkcyjne sektory przemysłu, wytwarzające rzeczy takie jak koleje, maszyny itp. – stając się w efekcie „fabrykami narzędzi” – przygotowując w ten sposób wszystko, co niezbędne do eksportu, bez żadnej prawdziwej zapłaty, finansiści zaś liczą na zysk z późniejszego importu dóbr wyprodukowanych przy użyciu eksportowanych narzędzi bez żadnego odpowiadającego mu eksportu, w formie „dywidend” z inwestycji. W taki sposób dochodzimy do sytuacji „ujemnego bilansu handlowego”, co do którego starzy, klasyczni ekonomiści z taką lubością zapewniali nas, że stanowi on tak naprawdę znak wzrastającego dobrobytu. 

Za bilans ten trzeba płacić głównie w fungibilach – zwłaszcza jedzeniu – ponieważ one właśnie stanowią naturalne wyroby krajów przedtem nierozwiniętych, a także (i głównie z tego powodu), ponieważ jedynie non-fungibile, takie jak kolej, maszyny itp., mogą zapewnić trwałe „bezpieczeństwo” inwestycjom w krajach zagranicznych. (Na tej samej zasadzie, na jakiej właściciel lombardu nie może pożyczyć pieniędzy pod zastaw znajdującej się w misce owsianki, może jednak zrobić to pod zastaw samej miski). W związku z tym, współcześnie żaden angielski rząd, tak długo, jak utrzyma się obowiązujący obecnie system władzy sprawowanej przez i w interesie żądnych zysku kupców, nie ośmieli się nigdy zrobić niczego poza gadaniem w kwestii prawdziwej ochrony podstawowych produktów krajowych. Podczas gdy, z drugiej strony, wiele zrobiono już do tej pory, i więcej jeszcze można się spodziewać, w kwestii rozbudowy drugorzędnych gałęzi przemysłu marnujących na ogół surowce naturalne, produkujących rzeczy takie, jak gramofony, odbiorniki radiowe i tysiące podobnych „gadżetów”, które zawalają współczesne domy i dają fałszywe poczucie „wysokiej stopy życiowej” ludziom, którzy nie wiedzą nawet jak smakuje dobre jedzenie lub jak powinny wyglądać dobre ubrania. 

Tak też, na późniejszych etapach, które ten kraj właśnie osiągnął, produkcja przemysłowa zmierza wyłącznie do wytwarzania w coraz większym i większym stopniu tandetnych dodatków do życia. W momencie, w którym jakiś człowiek zaczyna polegać gospodarczo na wymienianiu ich z obcymi krajami na produkty zaspokajające jego najważniejsze potrzeby życiowe, tym samym pozbawia się coraz bardziej i bardziej jakiegokolwiek realnego znaczenia w gospodarce światowej. W każdej z następujących po sobie światowych depresji, taki ktoś zazwyczaj jako pierwszy zaczyna ponosić straty – jako iż dobra, które produkuje, są pierwszymi, na których zbiedniali ludzie zaczynają oszczędzać, oraz jako ostatni się z niej podnosi – ponieważ dobra te są ostatnimi, które bogate społeczeństwa dodają do zestawu swoich życiowych wygód. 

Prawdą jest to, że „nieokrzesany dzikus” bardzo często kupuje sobie Forda zanim sprawi sobie jakiś komplet ubrań. Ale zarówno Ford, jak i ubrania, to dla niego towary luksusowe. Kiedy nauczy się już go traktować ubranie jako produkt niezbędny – co zazwyczaj stanowi pierwszy krok w procesie „cywilizowania go” – zaczyna mieć takie samo pojęcie o ich roli w większym planie świata, jak jego nauczyciel. „Podniosła się” jego „stopa życiowa” i mocą tego właśnie procesu zrobiono zeń potencjalnego nabywcę nowych gadżetów, które kupi, gdy będzie go na nie stać – ale i potencjalnego i potężnego konkurenta w sferze produktów pierwszej potrzeby, co do których czuje teraz, że musi je mieć i uczy się, w związku z tym, samemu je wytwarzać. W miarę, jak „wzrost stopy życiowej” – który, w sensie materialnym, oznacza zazwyczaj mierzenie jej według miary komercjalistów – rozszerza się po świecie, automatycznie obwieszcza to zagładę „warsztatu całego świata”. 

Coraz więcej krajów świata zaczyna zdawać sobie, mniej lub bardziej jasno, sprawę z zagrożeń, jakie niesienie ze sobą międzynarodowa dominacja finansistów, wiążąca się z nieumiarkowanym komercjalizmem. Od początku obecnego wieku, podjęto także konkretne kroki zmierzające do decentralizacji europejskich rządów zgodnie z prawdziwymi wymaganiami narodowości i kultury narodowej, przeciwstawiając się w ten sposób starszemu imperializmowi i zasadzie podboju niższych ras. W Anglii nie rozpoznano wagi tej tendencji. Fakt, że stanowi ona ruch ku decentralizacji, został skrzętnie ukryty pod jałowym, papierowym internacjonalizmem instytucji podobnych dogorywającej Lidze Narodów, niekończącym się ciągom różnych „konferencji” itp., nieodmiennie bezowocnym, oraz chorowitym beczeniem nieskutecznych, sentymentalnych pacyfistów, przy czym wszystkie te rzeczy wpisane są, bez własnej świadomości, w plan międzynarodowej finansjery. Ale jedno spojrzenie na mapę Europy z roku 1900 i z dnia dzisiejszego wystarczy, by dowieść, że ten ruch naprawdę się dokonuje. Przed Wojną, w Europie było czterech władców, przyznających sobie tytuł „cesarza”. Dzisiaj – jest jeden, nasz własny król, który przyjmuje ów tytuł od jednego z naszych azjatyckich dominiów. Nominalnie decentralizacja została przeprowadzona nawet w Związku Radzieckim, nie wspominając już o tych wszystkich nowych krajach, które powstały z kawałków starego Cesarstwa Rosyjskiego. W rzeczywistości, rzecz jasna, jedność Związku Radzieckiego utrzymuje wysoce scentralizowany rząd moskiewski, dzierżący oręż niepowstrzymanej siły militarnej. Niemniej, trzydzieści czy czterdzieści wchodzących w skład Związku republik naprawdę zostało już zorganizowanych na papierze i nieunikniony koniec, który nastanie gdy beznadziejna gospodarka oraz – dla katolika jeszcze bardziej oczywiste – zepsucie moralne komunizmu przyniosą wreszcie owoce, będzie musiał stanowić katastrofę, która pozwoli im osiągnąć prawdziwą niepodległość. 

Inna wielka siła polityczna naszych czasów, faszyzm, stanowi już ruch o otwarcie nacjonalistycznym nastawieniu. Fakt, że domaga się on narodowej solidarności, w Niemczech zaś: fuzji różnorodnych i do tej pory częściowo autonomicznych krajów, również zakrywa obecną w nim, zasadniczo decentralistyczną tendencję. Niemniej – tendencja ta naprawdę działa w świecie, wróżąc koniec ery komercjalistycznej i wytwarzając we wszystkich krajach konieczność powrotu do zasady organizowania produkcji podstawowych towarów tam, gdzie ma ona właściwe sobie miejsce w organizmie społecznym. 

Dla Anglii takiej, jaką jest dzisiaj, to straszna perspektywa. Dlatego, że, abstrahując zupełnie od faktu, że w kwestii artykułów podstawowych zależy ona całkowicie od handlu zagranicznego, to zaś, co zwykła eksportować, gwałtownie traci na znaczeniu, cała angielska metoda produkcji stanowi owoc fałszywego ideału komercjalizmu – ideału przyśpieszania i mechanizacji jako celów samych w sobie oraz ideału ograniczania zatrudnienia wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Tak, że nawet nad ruchem ku odrodzeniu gospodarki rolnej ciąży niebezpieczeństwo przekształcenia się w zwykłą próbę zwiększenia domowej produkcji artykułów spożywczych dzięki zastosowaniu „nowoczesnych”, maszynowych metod uprawy. Metody te, doprowadziłyby do zatrudnienia mniejszej, a nie większej ilości naszej siły roboczej w produkcji artykułów pierwszej potrzeby. 

Jeżeli je zastosujemy, nie zaczniemy nawet tak naprawdę rozwiązywać problemu. Bo nawet, jeśli założymy, że nasza obecna populacja wiejska – stanowiąca, powiedzmy, biorąc pod uwagę wszelkie dodatkowe zajęcia, jakieś dziesięć procent całości – byłaby w stanie, dzięki mechanizacji pracy, wykarmić resztę, i tak nie zdołałaby zapewnić owej reszcie wystarczająco rozbudowanego rynku zbytu dla produkowanych przez nią artykułów drugiej potrzeby, o ile nie dysponowałaby nieproporcjonalnie wielką częścią narodowej siły nabywczej. Jako iż, na dłuższą metę, „dochód narodowy”, z którego wszyscy muszą się utrzymać, to wpływy zbożowe, ograniczone przez czynnik czasowy rytmu pór roku. 

O tą właśnie skałę propozycje różnych „nowych” szkół ekonomicznych – projekty „państwa dobrobytu” – zmierzające do zwiększenia narodowej siły nabywczej dzięki systemowi „dywidend narodowych”, powszechnego wzrostu płac i tak dalej, ostatecznie się rozbijają. Nie mamy miejsca, aby je tutaj rozważyć, warto jednak zauważyć, że ta spośród nich, która – jak się zdaje – najbliższa jest prawdy, to również ta, która cieszy się najmniejszym społecznym zainteresowaniem. Mówię o koncepcjach, które opracował profesor Soddy9. Gdyby jednak rolnictwo miało stać się tak lukratywne, jak stałoby się przy jakimkolwiek samowystarczalnym systemie zmechanizowanego świata, musiałby zaraz pojawić się inny problem, dokładna antyteza tego, o czym do tej pory mówiliśmy. Problem wiejskiego wyzysku miast, sukcesu próby, która nie powiodła się w wieku dziewiętnastym: sprawienia, aby producenci, zarabiający dzięki „odsetkom prostym” zbierali owoce pracy producentów zarabiających dzięki „odsetkom łącznym”. 

To się nie stanie; jako iż bezrobocie i nędza, jakie musiałyby się pojawić w miastach wskutek działań prowadzących do podobnej sytuacji, z konieczności musiałyby także skończyć się rewolucją polityczną i chaosem, który prawdopodobnie doprowadziłby całą naszą cywilizację do upadku. To, co bezwzględnie należy zrobić, to znaleźć równowagę między tą częścią populacji, która utrzymuje się z produkcji artykułów pierwszej potrzeby, przynoszącej „prosty” procent zysków, klasami zajmującymi się produkcją drugorzędną, przynoszącą „złożony” procent zysków, a trzecią klasą „twórców kultury”, którzy materialnie w ogóle nic nie produkują. Ta trzecia klasa ostatnimi laty została skomercjalizowana w sposób tak radykalny, że jej istnienie jako realnego czynnika ekonomicznego zazwyczaj się dziś ignoruje. 

Jakie powinny być prawidłowe proporcje tych klas w społeczeństwie na określonym poziomie rozwoju naukowego, nie może stać się przedmiotem sztywnej definicji. Jeżeli przyswoi się zasady, praktyka sama się ułoży. Niemniej, należy pamiętać, że właśnie tych trzech klas dotyczyć musi każda debata i legislacja, i że to właśnie je należy chronić, i że to każdej z nich z osobna należy uniemożliwić zniszczenie równowagi ekonomicznej, którego może dokonać dominując nad dwiema pozostałymi. 

Dokładnie dlatego, że w dobie obecnego kryzysu niezwykle istotną rzeczą jest zwiększyć nie tylko zdolność produkcyjną, ale przede wszystkim – tak bardzo, jak to tylko możliwe – liczbę angielskich producentów artykułów pierwszej potrzeby, opowiadamy się przeciw wizji wielkiej, zmechanizowanej farmy. Nie będę się tutaj wypowiadał na temat zastosowania podobnych wynalazków w fabryce. W przemyśle – gdzie produkcja przynosi „łączny” procent zysków – problem ten jest bardziej skomplikowany i, pod wieloma względami, mniej pilny. W wypadku rolnictwa wszakże, dosyć oczywisty wydaje się fakt, że musimy jak najprędzej wykreować trend nie tylko „powrotu do życia z ziemi”, ale i „z pracy własnych rąk”. W jaki sposób odnajdzie się tutaj równowagę, to nie kwestia dogmatów. W oczywisty sposób nie powrócimy do poziomu prymitywnego jaskiniowca, drapiącego ziemie zaostrzonym kijkiem. Taki model nigdy nie byłby w stanie służyć za fundament prawdziwej kultury. Podobnie jak w równie oczywisty sposób nie da się zapewnić dużej społeczności trwałej wolności i szczęścia, jeżeli uzależni się zaspokajanie jej najbardziej podstawowych potrzeb od sześciu ludzi, którzy, ze względu na to, że posiadaliby sześć maszyn, rwących na sztuki wyludnione obszary wiejskie, byliby w stanie kontrolować każde jej działanie dysponując argumentem możliwości wywołania klęski głodowej. Taki jest właśnie jednak stan rzeczy, do którego zmierza współczesna mechanizacja. Przy czym ludzie ci niekoniecznie wcale muszą okazać się w przyszłości „farmerami” – mogą być także „kapitalistami” lub przedstawicielami „służby publicznej”. 

Równowaga to sekret ludzkiej organizacji. Jest ona jednak zawsze niestabilna i zadanie publicysty stanowi zmiana rozłożenia ciężarów w taki sposób, by dało się ją utrzymać. Dominacja idei komercjalistycznych ją zniszczyła. My, członkowie Ruchu Agrarnego, zrozumieliśmy, że kluczową rzecz, którą należy uczynić dla jej przywrócenia, stanowi przesunięcie większej liczby ludzi na obszary wiejskie i dopilnowanie, aby nie zostali oni „pożarci” przez maszyny na tej samej zasadzie, na jakiej ich poprzednicy, według słów błogosławionego Tomasza Morusa, zostali onegdaj „pożarci” przez owce. 

[Esej pochodzi z książki pt. Flee to the Fields: The Faith and Works of the Catholic Land Movement (Norfolk: IHS Press, 2003). Zachęcamy do lektury!] 🙂 

1Oryg. Statute of Tenures – właściwie The Tenures Abolition Act, uchwalony przez angielski parlament w 1660 (przypis tłumacza). 

2Richard Henry Tawney (1880-1962) – jeden z najbardziej uznanych brytyjskich historyków ekonomii. Studiował na Baliol College w Oksfordzie, gdzie został członkiem Chrześcijańskiego Związku Społecznego. W 1912 roku podjął pracę w Szkole Ekonomicznej w Londynie jako profesor historii ekonomii; spędził w niej całe życie zawodowe, nie licząc krótkiego okresu, w którym prowadził wykłady na Uniwersytecie w Glasgow (1908-14). Z poglądów był chrześcijańskim socjalistą. W 1905 roku zaangażował się w działalność Stowarzyszenia na Rzecz Edukacji Robotników, w którym w latach 1928-44 pełnił funkcję przewodniczącego. Pisał na ogromną liczbę tematów społecznych, a jego krytyka zawsze cechowała się nadzwyczajną wnikliwością, co zapewniło mu powszechne uznanie w środowisku pracowników naukowych. Do jego najważniejszych dzieł należą: The Argarian Problem in Sixteenth Century (1912), The Acquisitive Society (1926), Religia a powstanie kapitalizmu (1926) oraz Equality (1931). 

3System polegający na tym, że przedsiębiorca dostarczał współpracującym z nim rękodzielnikom surowca, który przetwarzali go własną pracą i narzędziami, przez pośrednika nazywanego „undertaker”. Brak polskiego odpowiednika i tej rzeczywistości – i tego terminu (przypis tłumacza).  

4Przyrząd przędzarski, wynaleziony przez Johna Keya (1704-64) w 1733 roku. Przed jego wynalezieniem, maksymalna szerokość na jaką dało się prząść jeden kawałek materiału, równała się szerokości ciała człowieka (przy rozłożonych ramionach), jako iż prządka musiała mieć możliwość przekładać czółenko z jednej ręki do drugiej. Czółenko zaprojektowane przez Kaya poruszało się na kółkach i kierowało się nim przy użyciu kijka, dzięki czemu umożliwiało ono przędzenie znacznie większych kawałków materiału w znacznie krótszym czasie. 

5Richard Cobden (1804-89) – angielski reformator, kapitalista i ideolog wolnego handlu, którego udana krucjata na rzecz uchylenia protekcjonistycznych ustaw zbożowych zapewniła mu miano obrońcy liberalnego pojęcia nieograniczonego handlu i interesów jako klucza do narodowego i międzynarodowego dobrobytu. Jego poglądy były bardzo podobne do tych, które głosił na kontynencie Frederic Bastiat. Wspólnie z Archibaldem Prenticem założył w Manchesterze, w 1838 roku, Ligę Na rzecz Zniesienia Ustaw Zbożowych, następczynię podobnej organizacji, założonej przez Josepha Hume’a, Francisa Place’a i Johna Roebucka w październiku 1837 roku w Londynie. Przemysłowcy i kupcy największych miast Anglii oraz Irlandii Północnej w pełni poparli Cobdenowskie inicjatywy, skierowane przeciwko protekcjonistycznym przepisom, faworyzującym arystokratycznych posiadaczy ziemskich kosztem klasy kupieckiej. Zapoczątkowany przez Cobdena ruch intelektualny stał się fundamentem liberalnych poglądów ekonomicznych szkoły z Manchesteru.  

6John Bright (1811-89) – syn producenta wyrobów bawełnianych, Jacoba Brighta, kwakier, oddany sprawie równości politycznej i religijnej. Wsparł Cobdenowskie starania o uchylenie ustaw zbożowych i objeżdżał Anglię w calu przekonania do nich ludności. Okazał się sprawnym mówcą i jego wystąpienia przyciągały tłumy. Dostał się do parlamentu w 1843 roku jako „radykał” z Partii Liberalnej i forsował projekt uchylenia ustaw zbożowych, wprowadzony w życie ostatecznie w 1846 roku. Obrońca koncepcji reformy parlamentu, powszechnych praw politycznych i delegalizacji niewolnictwa. W roku 1868 objął funkcję ministra handlu w rządzie premiera Gladstone’a. 

7Robert Peel (1788-1850) – syn producenta wyrobów bawełnianych, sir Roberta Peela, który w 1809 dostał się do parlamentu jako kandydat stronnictwa torysów i okazał się nader przekonującym mówcą. W latach 1812-14 pełnił funkcję Pierwszego Sekretarza Irlandii i zdecydowanie sprzeciwiał się projektom emancypacji katolików. W 1822 roku objął w rządzie Lorda Liverpoola funkcję ministra spraw wewnętrznych i przeprowadził reformę systemu prawnego. W 1829 wykonał volte-face i zaproponował emancypację katolików, aby zapobiec irlandzkiemu powstaniu narodowemu. Odpowiadał za utworzenie londyńskiej służby policyjnej, znanej jako „peelers” lub „bobbies”. W latach 1834-35 pełnił funkcje premiera. 

8Aluzja do samochodu marki De Dion-Bouton, zaprojektowanego przez Alberta hrabiego de Dion (1856-1946) i Georgesa Boutona (1847-1938). Model ten wygrał pierwszy Światowy Wyścig Samochodowy w 1888 roku, przemierzając trasę z Paryża do Wersalu z przeciętną szybkością 21 km/h. W 1895 roku, De Dion zaprojektował nowy model cylindra, trzy razy szybszy o jakiegokolwiek innego z ówczesnych silników. W 1923 dostał się do francuskiego senatu.  

9Profesor Frederick Soddy (1877-1956) – światowej sławy badacz struktury chemicznej metali radioaktywnych. Autor naukowego terminu „izotop”. W 1922 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii, całe życie wszakże niepokoił się, czy jego wynalazki nie zostaną wykorzystane w złym celu przez nikczemnych ludzi. Po tym, jak zainteresował się ekonomią, poświęcił swój naukowy umysł i metody badaniu oddziaływań ekonomicznych, co zaowocowało napisaniem w 1926 roku wysoce oryginalnej książki Wealth, Virtual Wealth and Debt. Wywołała one negatywne reakcje nie tylko ortodoksyjnych ekonomistów pokroju Johna Keynesa, ale również majora C.H. Douglasa z ruchu na rzecz kredytu społecznego. Soddy ogłosił: „Grożąca nam zagłada cywilizacji Zachodu nie ma nic wspólnego z politycznymi sporami kapitalizmu i komunizmu, ale stanowi konsekwencję fałszywego systemu monetarnego”. 

[Tekst pochodzi z książki „Flee to the Fields: The Founding Fathers of the Catholic Land Movement”, pod redakcją dra Tobiasa Lanza (IHS Press , 2003), którą można nabyć choćby na amazon.com: https://www.amazon.com/Flee-Fields-Founding-Catholic-Movement/dp/0971828601%5D

G.K. Chesterton: W sprawie potworów i logiki („Za i przeciw”, 1935)

Ilustracja: „Wielki Wąż Morski”, z dzieła: „The great sea-serpent. An historical and critical treatise. With the reports of 187 appearances…the suppositions and suggestions of scientific and non-scientific persons, and the author’s conclusions. With 82 illustrations” aurostwa A.C. Oudemansa, (1858-1943), źródło: https://www.flickr.com/photos/biodivlibrary/15410650530

Kiedy piszę te słowa, w prasie wszystko wprost kotłuje się i kipi w związku z niespodzianym wynurzeniem się i pojawieniem, względnie też zanurzeniem się i zniknięciem, tajemniczego Potwora, który – jak plotka głosi – z sobie tylko znanych przyczyn żyje na dnie jeziora Loch Ness. Nie muszę chyba mówić, że taki Potwór, niezależnie od tego, czy rzeczywiście zamieszkuje jezioro Loch Ness, od dawna jest bardzo popularnym mieszkańcem Fleet Street. Bez wątpienia, jest on bardzo przyjaznym i pomocnym stworzeniem; pomógł bowiem, na przykład, wielu ubogim dziennikarzom opublikować jakiś akapit w tym lub innym miejscu. W porywającej wizji z Księgi Hioba z kolei, czyni on głębię morza wrzącą jak garniec; i w wielu wypadkach służył też jako znakomity pretekst do podgrzewania atmosfery. Wszystko to jednak, to ledwie regularny i fortunny nawet zbieg okoliczności, bez większego wpływu na istotę rzeczy. Tym, co mnie tutaj interesuje, jest sam spór – jako spór; którego osobliwie zygzakowaty rozwój jako taki stanowi zapewne symboliczne nawiązanie do legendarnie zygzakowatych ruchów wielkiego Węża Morskiego. Niespecjalnie podnieca mnie temat tych rzekomo istniejących zwierząt; i nie rozumiem, jak ktokolwiek miałby się nimi tak osobliwie podniecać. Nie wiem, i średnio mnie to obchodzi, czy w jeziorach mieszkają potwory, a w morzu jakieś węże. Bardzo wszakże interesuje mnie inny zgoła potwór; potwór znacznie bardziej potworny; potwór tak fantastyczny, że rzeczywiście może być czystą fantazją. Potwór ów nazywa się „Człowiek”; i zamiast łusek, rogów i wijącego się ogona, nosi na sobie nienormalną narośl zwaną „Głową”. W niej zaś, jak się przypuszcza, zamieszkuje jakaś tajemnicza zasada, zwana Umysłem; niestety wszakże, zasada ta ostatnio stała się równie nieuchwytna i nieznana, co Potwór z Loch Ness.

Jako iż sposób, w jaki większość krytyków – zwłaszcza krytyków sceptycznych – pisze dziś o rzeczach takich, jak choćby potwory, bardzo przypomina sposób, w jaki pisali oni niegdyś na temat węża morskiego. To znaczy – jest to sposób naraz tajemniczy, mistyczny i irracjonalny. Po pierwsze, zaraz na początku przyjmują oni, komplikując radykalnie całą kwestię, stanowiące dokładną odwrotność prawdy, mętne założenie, wedle którego przedmiot ten to jakaś sprawa quasi-mistyczna. Jeden artykuł, autorstwa bardzo biegłego dziennikarza, naprawdę zaczynał się słowami: „Zajmując się podobnymi opowieściami o duchach i potworach”. Za chińskiego króla nie potrafię zrozumieć, dlaczego właściwie wąż morski miałby być czymś bardziej mistycznym od morskiego ślimaka. W jednym sensie, wszystkie stworzenia są mistyczne – ponieważ tajemnica Stwórcy obecna jest we wszystkich Jego dziełach; lecz w tym sensie, nawet najmniejsza krewetka, którą pożera akurat rozdający hojne napiwki bogacz w Margate, jest tajemnicza1. I największy wąż morski nie jest w żadnym stopniu bardziej nadprzyrodzony, niż najmniejszy wąż morski. Jak wielkie rozmiary mogą osiągać podobne stworzenia w morskich głębinach, to już być może kwestia naukowej dyskusji; dyskusja ta powinna być jednak właśnie – naukowa. Nie ma nic szczególnie transcendentalnego w utrzymywaniu, że w morzu żyją większe ryby, niż kiedykolwiek z niego wyszły. Podobnie jak nie ma ani krzty „celtyckiego półmroku”, ani odrobiny czaru gaelickiego czarnoksięstwa i druidycznych wizji w twierdzeniu, że jakieś bardzo duże zwierzę, jeżeli w ogóle takie duże zwierzę istnieje, żyje sobie akurat na dnie szkockiego jeziora, czy gdziekolwiek indziej. Czy tak jest, czy nie, to po prostu kwestia ludzkiego świadectwa; i nawet wątpiący muszą przyznać, że w tym wypadku świadectwo to jest dosyć mocne.

I tak doszliśmy do miejsca, w którym chciałbym powiedzieć parę słów na temat owej cudacznej cechy ludzkiego umysłu, której nabrał on mniej więcej od czasu, w którym zaczęto nazywać go „Umysłem Współczesnym”. Nie mówię tego pogardliwie; bo w tym wypadku chodzi mi także o te z umysłów współczesnych, które naprawdę są umysłami, i to jednymi z najwspanialszych umysłów naszej epoki. Prawda, jak sądzę, jest taka: że od czasu tryumfu tego, co zwykło nazywać się u nas racjonalizmem, z sukcesami rozwijaliśmy wszystkie ludzkie zdolności – z wyjątkiem rozumu. Wiele współczesnych umysłów, nie tylko wyjątkowych, ale i normalnych współczesnych umysłów, znakomicie wykształcono w umiejętności wirtuozowskiej oceny muzyki czy krajobrazu; i potrafią one odkryć i opisać w tych rzeczach największe nawet subtelności, które prawdopodobnie umknęłyby zupełnie w przeszłości nawet ludziom pokroju Arystotelesa czy doktora Johnsona. Gdyby jednak przyszło do kwestii argumentów, kwestii jasnego i spójnego dowodzenia, zarówno Arystoteles, jak i doktor Johnson, bez cienia wątpliwości pomyśleliby, że trafili do przedszkola. Lub, jak pewnie powiedziałby drugi z tych panów, do szkoły specjalnej. Ja wszakże tego nie mówię; nie mając żadnego tytułu do rywalizowania z doktorem Johnsonem w kwestii jego cnót i talentów, nie muszę niepotrzebnie rywalizować z nim w kwestii jego wad i wyolbrzymień. Ludzie z tego typu dysproporcjami mentalnymi nie są upośledzeni; wielu z nich to doskonali i subtelni pisarze, osiągający literackie szczyty, na które nigdy nie uda mi się za nimi podążyć. Tym niemniej, wydaje się, że zapomnieli oni jak właściwie zabrać się do ukucia rozumnej konkluzji na jakikolwiek temat. Osiągnęli mistrzostwo w sztuce oceniania, opisywania i analizowania impresji; wydaje się wszakże, że nie wiedzą dosłownie nic o sztuce dedukowania. Na podobnej zasadzie, na jakiej impresjonistyczny artysta mógłby namalować doskonałą impresję Loch Ness, tak też impresjonistyczny krytyk może utrwalić na piśmie doskonałą impresję Potwora z Loch Ness. Kiedy jednak poprosi się go, aby sprawdził, jak owa impresja ma się do prawdy, okaże się, że krytyk ów zwyczajnie nie wie, jak się to robi. Na przykład, nie ma dzisiaj lepszego i obdarzonego większą przenikliwością krytyka literackiego, niż pan Robert Lynd2 – szczególnie w tych wypadkach, w których ten krytyk literacki rzeczywiście zajmuje się krytyką literatury. Wyznaczcie pana Roberta Lynda do napisania tekstu na temat W.B. Yeatsa, a na pewno opisze on styl i historyczne znaczenie tego twórcy tak dobrze, jak to tylko możliwe – a na pewno o wiele lepiej, niż ja bym to zrobił. Poproście go jednak, aby zbadał, czy opowieści pana Yeatsa o czarownikach Wschodu czy irlandzkich wróżkach są prawdziwe, a z całym szacunkiem, ale bardzo wątpię, czy zachowa w tym wypadku choćby połowę tej dyscypliny naukowej, co ja.

I tak w ostatnim numerze Daily News pan Lynd popełnił artykuł na temat Potwora z Loch Ness, który doskonale wprost unaocznia, o co mi chodzi. To artykuł naprawdę bardzo dobry; lecz mnóstwo w nim wahania i (jeśli wolno mi użyć tutaj tego żargonu) inhibicji. Pan Lynd zaczął od zdroworozsądkowego twierdzenia, ze trudno odrzucić zgodne świadectwa dużej liczby szanowanych i zeznających niezależnie od siebie osób. To samo można powiedzieć także w kwestii wielkiego Węża Morskiego; liczba ludzi, którzy mogliby przysiąc, że go widzieli, do dziś zdążyła urosnąć zapewne do około setki. Póki co wszystko gra. Teraz do drugiej strony należy obowiązek stanowczego i szczegółowego zbicia tych argumentów; drobiazgowego przesłuchania świadków; udowodnienia, że mamy tu do czynienia z raczej mało prawdopodobnym spiskiem, albo skonstruowania teorii wyjaśniającej, jak udało się komuś oszukać tak wielu różnych ludzi. Niemniej krytyk nasz, w poczuciu, że dla sprawiedliwości musi przedstawić także argumenty drugiej strony, przedstawia je w sposób absolutnie typowy dla współczesnego irracjonalizmu. Zwraca się on do czytelnika tymi lub mniej więcej tymi słowami: „Jeżeli jednak zgodzę się uwierzyć w Potwora z Loch Ness, gdzie będę mógł później postawić granicę? Istnieje przecież tyle innych opowieści o potworach” – i dalej następuje prezentacja wszystkich bogactw jego zawrotnego oczytania, podczas której mamy okazję zapoznać się z najbardziej fascynującymi i sympatycznymi potworami celtyckiej i nordyckiej mitologii; autor zaś wydaje się uważać ten popis erudycji za coś w rodzaju przykrego obowiązku i z wyraźnie ciężkim sercem idzie przez dzieje, przełykając jednego potwora za drugim, aż do wieloryba, który połknął Jonasza albo smoka, który miał pożreć Andromedę. Każdy, kto popadł w przykry nałóg sprawdzania wszystkiego w świetle owych przestarzałych misteriów logiki, z taką chorobliwą pilnością studiowanych przez zabobonnych średniowiecznych scholastyków, będzie miał wyraźną trudność, aby nie gapić się nieelegancko na podobnie sformułowanie problemu. W naturalny sposób odpowie: „No cóż, sądzę, że granicę postawi się tam, gdzie zabraknie dowodów. Wierzy pan w istnienie tego potwora, ponieważ jest dwudziestu świadków, potwierdzających jego istnienie. Naturalnie, pana wiara będzie mniejsza w tych wypadkach, w których będzie pan miał po niej mniej przesłanek; a jeśli w ogóle ich nie będzie – nie będzie pan wierzył w ogóle. Naprawdę, nie ma potrzeby ustalania a priori abstrakcyjnych rozróżnień pomiędzy Siedmiogłowym Smokiem z Persji, a Dziewięciogłowym Smokiem z Japonii”. Prawda jest taka, że krytyk nasz od samego początku ulega zwodniczemu wpływowi koncepcji, wedle której uznając wiarygodność podobnych opowieści, człowiek przekracza granicę Krainy Czarów, gdzie wydarzyć się mogą dowolne, najbardziej fantastyczne rzeczy. Nawet w wypadku spraw pozanaturalnych, takie podejście to zwykły błąd. Można wierzyć w jeden cud, nie wierząc w drugi; bo są przecież cuda prawdziwe i fałszywe, na podobnej zasadzie, na jakiej są prawdziwe i fałszywe banknoty. Potwór wszakże, nie jest cudem. Coś podobnego do cudu rzeczywiście może pojawić się natomiast, obok zwykłych czarodziejskich sztuczek, w opowieściach o czarach i czarownikach. Lecz równie dobrze można by powiedzieć, że młynarze, koty i księżniczki to bajkowe stworzenia, ponieważ da się je znaleźć, obok goblinów i syrenek, w bajkach dla dzieci.

Przeł. Maciej Sobiech

1Popularny w Anglii morski kurort wakacyjny.

2Robert Lynd (1879-1949) – irlandzki dziennikarz, krytyk literacki i działacz narodowy. Należał do Seinn Fenn.

G.K. Chesterton: W sprawie muzeum ateistycznego („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: przykład jednego z radzieckich „muzeów ateistycznych”, źródło: https://www.atlasobscura.com/articles/soviet-antireligious-museums-of-atheism

Być może, że to kwestia jakiejś nieuleczalnej czy nieprzyzwoitej wręcz niepowagi bądź frywolności mojego usposobienia, ale większość informacji na temat bolszewików, szczególnie te, których dostarczają nam sami bolszewicy, zwyczajnie przyprawia mnie o śmiech. Wiem, że niektórzy właściciele koncernów prasowych (czy generalnie tego typu przywódcy narodu) uważają, że jedyne, co powinny one z nami robić, to przyprawiać o drżenie. Nie mam jednak takiego zupełnego przekonania co do wartości drżenia jako realnej siły bojowej; nie słyszałem, by drżenie poskromiło kiedykolwiek jakąkolwiek głupotę, słyszałem wszakże o kilku wypadkach, w których udało się ją poskromić śmiechem. Z pewnością, jest w tej kwestii bardzo wiele elementów, które nie są śmieszne, jak świadczą o tym różne antybolszewickie argumenty wielu bardzo odpowiedzialnych pisarzy. A jednak, niczego poza czystym, czerstwym, radosnym śmiechem nie ma przynajmniej w probolszewickich argumentach samych bolszewików. I tak też, na przykład, kiedy słyszę, że rosyjscy ateiści zrównali z ziemią jakiś rosyjski kościół, w naturalny sposób mnie to niepokoi. Kiedy słyszę wszakże, iż przerobili go oni na coś, co można by nazwać Muzeum Przeciwników Pana Boga – wtedy na moment wszelkie inne nastroje rozpływają się w niewinnej i niezmąconej wesołości.

Na tyle, na ile umiem się w tym zorientować, Przeciwnicy Pana Boga wyposażają swoje muzeum w ten sposób, że łapią w ręce najróżniejsze ułomki i relikwie najróżniejszego typu religii – czy tego, co uważają akurat za religię – wsadzają je do szklanych gablotek i przyczepiają etykietki. Słyszałem, że w takim układzie zabalsamowane ciało jakiegoś świętego, powiedzmy, trzymać się będzie naprzeciwko Eskimosa, zahibernowanego niegdyś z jakiś przyczyn, znanych bądź nieznanych. Byłaby tam najzwyklejsza egipska mumia i kości jakiegoś nieokreślonej tożsamości hinduskiego mnicha, i co jeszcze innego; i tak dalej. I kiedy przenikliwa, błyskotliwa i bystra inteligencja Nowego Pokolenia odkryje, że można umieścić relikwie koptyjskiego pustelnika w tym samym pokoju z fetyszem z Polinezji, natychmiast wyprowadzi z tego jedyną logiczną konkluzję, że kosmos nie ma żadnego projektu. Kiedy zaś ów przepotężny intelekt posiłuje się już kilka następnych godzin z faktem, że szklana gablotka z relikwiarzem bardzo przypomina druga gablotkę z ju-ju1, nareszcie stanie się dlań niezbicie i niepodważalnie oczywiste, że nie ma Boga. W jaki sposób jakakolwiek istota ludzka mogłaby w ogóle pomyśleć, że jakakolwiek inna istota ludzka mogłaby kierować się w podejmowaniu ważnych intelektualnych decyzji wrażeniami wyniesionymi z podobnie idiotycznego chaosu, żywcem z pokazu figur woskowych pani Jarley2 – najzwyczajniej w świecie nie potrafię zrozumieć; jako przedstawiciel naprawdę bardzo starej gwardii demokratycznych idealistów wolę wszakże wierzyć, że ludzie są sobie równi przynajmniej w fakcie posiadania ludzkiego rozumu. Lecz, trzeba przyznać, istnieje jeszcze jeden sens, w którym podobne rzeczy można brać na poważnie. Istotnie, wynika zeń jasny morał przeciw naszej cywilizacji – czasami znacznie lepiej uzasadniony, niż morał przeciwko naszym przeciwnikom.

Najgorszą cechą bolszewickich bredni jest to, że nie są one wyłącznie bolszewickie. Istotnie, wszystkie ich najgorsze elementy zostały przez bolszewików zapożyczone z tego rodzaju ekonomicznego i biologicznego materializmu, jaki istniał na zachodzie Europy na długo przed tym, zanim zamienili go oni w nieokiełznaną i spóźnioną rebelię na jej wschodnim krańcu. I tak, choć komunistów można nazwać szalonymi z bardzo wielu powodów, to, za czym naprawdę szaleją, to po prostu maszyna; czyli dokładnie ten sam przedmiot, za którym szaleli także nasi właśni dziadkowie i pradziadkowie w czasach Szkoły Manchesterskiej. O nas nie można już dzisiaj powiedzieć, żebyśmy za nim szaleli, ani nawet przepadali. Można powiedzieć o nas tylko tyle, że w tej kwestii już przepadliśmy. Moskwa wszakże opiera swój radykalny komunizm na dokładnie takiej samej, durnej wierze w mechaniczne działanie i martwą materię, na jakiej swój radykalny indywidualizm opierali w przeszłości nasi ojcowie. I na tej samej zasadzie, na której maszyneria ich fabryk zazwyczaj jest pożyczona, ich materializm jest ledwie zapożyczeniem. To po prostu stary materializm wieku dziewiętnastego w możliwie najbardziej zatęchłej i zastarzałej wersji. Jego zastarzałość staje się aż nadto widoczna w owym starym, nonsensownym pojęciu, jakoby dało się zdyskredytować wysokie religie, zestawiając je z niskimi. Jego zatęchłość zaś, cuchnie wprost od samych drzwi Muzeum Przeciwników Pana Boga.

Załóżmy, że wziąłbym sobie za cel zniweczyć sztukę malarską – i uznał, że najlepszym środkiem do tego celu będzie otwarcie galerii, w której dobre obrazy będą wisiały naprzeciw słabych. Załóżmy, że byłbym muzułmaninem i ikonoklastą, pałającym fanatycznym pożądaniem zniszczenia wszystkich istniejących rzeź i płaskorzeźb. I załóżmy, ze dokonałbym tego otwierając muzeum, w którym postawiłbym Wenus z Milo naprzeciw woskowej niewiasty z niskiej klasy zakładu fryzjerskiego. Załóżmy, że postawiłbym Madonnę Michała Anioła w jednej sali z jakiś polinezyjskim idolem – w zasadzie niewiele różniącym się od zwykłego kamienia. Czy dowodziłoby tego czegokolwiek przeciw instytucji rzeźby? I dlaczego miałoby dowodzić czegokolwiek przeciw religii? Czy pełen zapału i wykształcony, młody komunista chodziłby ponuro po mojej galerii dedukując, że należy wyleczyć ludzi z ich zbyt lekkomyślnego nawyku rzeźbienia wspaniałych greckich posągów, jako iż może wybić się z niego na niepodległość obyczaj tworzenia woskowych popiersi na wystawy sklepowe? Czy ów refleksyjny młody człowiek naprawdę wnioskowałby, że istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że ktoś mógłby zacząć od czegoś podobnie prostego i płytkiego, jak rzeźby Michała Anioła – a doszedł po czasie do robienia amorficznych, maleńkich fetyszów dla kanibali? Czy też ośmielimy się może mieć nadzieję, że oto zaświta mu owa cokolwiek podstawowa i przejrzysta myśl, że większość rzeczy na świecie ma formę lepszą i gorszą; i że nie da się zakwestionować całego segmentu ludzkiej kultury pokazując, że ludzie kulturalni mają w niej czasami większe osiągnięcia, niż niekulturalni, i że nawet wtedy, gdy dwóch ludzi ma dokładnie ten sam cel (co nie zawsze się zdarza) z mało wartościowych rezultatów jednej strony nie można wnosić, że rezultaty osiągnięta przez drugą stronę również są bezwartościowe? A jednak, czuję się w obowiązku powiedzieć to, co już zresztą powiedziałem wcześniej: że ten ewidentny błąd nie jest wynalazkiem bolszewików – przejęli go oni ledwie od dziewiętnastowiecznych materialistów, wespół z masą innych, pochodzących z drugiej ręki dóbr i trzeciorzędnych teorii.

Do tego trzeba nam dodać tysiące innych rzeczy, o których antykwaryczni ateiści nigdy prawdopodobnie nawet nie słyszeli. Istnieje nieskończony ciąg komplikacji wiarygodnych i bardzo współczesnych badań, które przecięły w pół stare proste linie racjonalistycznej teorii o pochodzeniu religii. Istnieje ciągle powiększający się zbiór dowodów, dotyczących samych dzikusów – że jednak nie są oni wcale tak dzicy, jak się ich dotąd malowało; dowody na umyślność uproszczeń i dobrowolność konwencji w sztuce religijnej. Istnieje to, co wielu staromodnych ludzi nazwałoby interesującym podobieństwem, jakie zachodzi między najwyższymi formami sztuki współczesnej a fetyszami Polinezji. Istnieje cała dziedzina kultów demonicznych i wypadków, w których dane idole nie miały być piękne – ale rozmyślnie brzydkie. Istnieje wzrastające wciąż zrozumienie szorstkości i surowości niektórych szkół rzeźbiarstwa. Nade wszystko, istnieje wciąż intensyfikujące się zainteresowanie wyższymi religiami, rozważanymi co do ich inherentnej i intelektualnej wartości, a nie tak, jak rozważało je dotąd powierzchowne pokolenie, mające je za zwykłe przesądy. Wszystko to, to rezultat prawdziwych badań naukowych, udokumentowanych w prawdziwych muzeach, z prawdziwymi klasyfikacjami i odpowiedzialnie przypisanymi etykietami. I sprzeciwia się to bezpośrednio wszystkiemu temu, co chciałaby stworzyć zapóźniona, rosyjska sekta, a co Amerykanie określiliby zapewne mianem „Muzeum za Trzy Grosze” – rzeczy o autorytecie dorównującym fotoplasytkonowi. Doskonale rozumiem, dlaczego bolszewicy zachowali instytucje cenzury; na wypadek, gdyby biedni wieśniacy, spoglądający w fotoplastykon celem przekonania się, że w środku nie ma Boga, zechcieli spojrzeć na zewnątrz – i przekonać się, co naprawdę dzieje się na świecie.

Przeł. Maciej Sobiech

1Określenie ukute przez kolonizatorów na rodzime kulty afrykańskie.

2Aluzja do Magazynu osobliwości Dickensa.

G.K. Chesterton: „Obrona prohibicji” (Sidelights”, 1932)

[Ilustracja: protest antyprohibicyjny w Alabamie, data nieznana]

Po skrupulatnym zbadaniu skutków prohibicji amerykańskiej, doszedłem do wniosku, że jedną z najlepszych rzeczy, jakie może zrobić rząd, jest zakazać wszystkiego.

Że historia Mefistofelesa, kusiciela Fausta, w rzeczywistości stanowi alegorię prohibicji amerykańskiej, to fakt potwierdzony przez wszystkich poważnych uczonych, których autorytet waży nieco we współczesnym świecie. Zachwycający się Mefistofelesowskim sarkazmem krytycy wielokrotnie określali ten typ humoru mianem „suchego” – obecnie nie da się zaś oddzielić tego terminu od jego treści politycznej. Złożona przez diabła obietnica zastąpienia starego Fausta Faustem nowym i pełnym młodzieńczej energii, w oczywisty sposób stanowi aluzję do obietnicy wychowania nowego i energicznego pokolenia amerykańskiej młodzieży, wolnego od zgubnych dla ciała i ducha skutków spożywania alkoholu, którą szafowali swego czasu amerykańscy prohibicjoniści. Alegoria niniejsza jest zupełnie czytelna nie tylko w wypadku tych rzeczy, które prohibicja obiecywała, ale również tych, które rzeczywiście zrobiła. Na przykład, jedna z rzeczy, które (o ile dobrze pamiętam) Mefistofeles rzeczywiście zrobił, polegała na tym, że wywiercił w stole kilka dziur i wyprowadził z martwego drewna jakiś piekielny napój własnego przepisu, co okraszone zostało w dramacie komentarzem, brzmiącym mniej więcej tak:

Winogrona rodzi winna macica,
rogi na łbie ma kozica,
krzewy drzewieją, wino się słodzi,
drewniany stół też wino rodzi.[1]

Czy dałoby się pomyśleć bardziej oczywistą i przekonującą aluzję do wszystkich nadużyć, jakich przyczynę stanowi spirytus drzewny? Każdemu krytykowi, który starałby się uniknąć tej miażdżącej konkluzji, jak gdyby była ona tylko zbiegiem okoliczności, musi istotnie brakować owej żelaznej logiki, która stała się przyczyną tak wielkiej stabilności i konsekwencji historycznej krytyki biblijnej. Kiedy bies ów określa sam siebie mianem „ducha, który wciąż zaprzecza”, oczywiste jest, że powinniśmy rozumieć pod tym sformułowaniem ducha, którzy wciąż zaprzecza, aby miał prawo istnieć na świecie jakiś inny niż on spiritus. Osobiście jednak uważam, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności zarówno życia, jak i literatury, rozstrzygające znaczenie ma w tym wypadku fakt, że określa on siebie mianem „tego, który zawsze pragnie zła, a zawsze czyni dobro”.

Że prohibicja i prohibicjoniści pragnęli zła, to coś, o czym żaden chrześcijanin lub prawy człowiek nie może ani przez moment wątpić. Że prohibicja i prohibicjoniści w ostatecznym rozrachunku czynią dobro, to już kwestia, przynajmniej chwilowo, bardziej kontrowersyjna. A jednak, pod jednym przynajmniej względem prohibicja zdążyła już przynieść nieco dobrego; i może przynieść jeszcze znacznie więcej dobrego. Spirytus drzewny nie stanowi tutaj najszczęśliwszego przykładu; i żaden roztropny winiarz nie będzie spodziewał się najszlachetniejszego bukietu po trunku wyprowadzanym przez diabła ze stołu w jadalni. Niemniej, istnieje w Ameryce bardzo wielu ludzi, którzy naprawdę wytwarzają napoje alkoholowe podobnie domowym sposobem; napoje nie ze stołów w jadalniach, ale na stoły w jadalniach. W żadnym wypadku nie jest prawdą, że każdy pędzony w domu alkohol to trucizna. Obecność diabła zaznacza się wystarczająco wyraźnie w przygotowanym przez amerykański rząd, przyjemnym projekcie zatrucia każdego pozostającego w granicach jego jurysdykcji alkoholu – tak, aby każdy, kto się go napije, szybciutko został zamordowany; lecz morderstwo stało się już praktycznie normalną rządową metodą wymuszania na lokalnych społecznościach abstynenckich gustów w sprawie jadła i napitku.

Prywatne trunki wszakże, różnią się od siebie zasadniczo w zależności od wypadku; większość jest przynajmniej nieszkodliwa, niektóre zaś – doprawdy znakomite. Znam pewien amerykański uniwersytet, na którym praktycznie wszyscy profesorowie warzą własne piwo; niektórzy z nich eksperymentują nawet z dwoma czy trzema rodzajami naraz. Ale szczególnie zachwycające jest to: że wraz z owym powszechnym odrodzeniem starej, ludzkiej tradycji browarnictwa domowego, wróciło także wiele z owej starej ludzkiej atmosfery, która jej niegdyś towarzyszyła. Profesor wyższej metafizyki będzie szczycił się swoim mocnym piwem; profesor niższej matematyki (znanej także pod nazwą: finanse i rachunkowość), będzie utrzymywał, że w jego łagodniejszej odmianie jest jednak coś bardziej subtelnego; profesor teologii moralnej (którego piwo jest zapewne najmocniejsze ze wszystkich) będzie częstował pod stołem pozostałych profesorów, zapewniając ich gorąco, że to nikomu jeszcze nie zaszkodziło. W tym sensie, prohibicja naprawdę przyniosła pewne dobro, pomimo tego, że zajadle i złośliwie pragnęła zła. A dobrem owym, jest właśnie to: odnowa zasadnej chluby i chwały twórczego rzemiosła domowego.

Skoro tak to wygląda, wydaje się, że niektórzy z naszych bardziej zagorzałych zwolenników mogą zacząć skłaniać się ku legislacji mocnej, prostej i bardziej ogólnej. Niech kongres albo parlament uchwali prawo zakazujące korzystania nie tylko z wyrobów fermentowanych, ale praktycznie wszystkich innych rzeczy. Niech rząd zdelegalizuje wełnę, wołowinę, worki, kapelusze i płaszcze; niech powstanie prawo wymierzone we wszystkich pobłażających sobie w używaniu kredy, sera, skóry, płótna, zegarków, zabawek, opowieści, obrazów i gazet. Wtedy, jak można wnosić na podstawie poważnej analogii socjologicznej, wszystkie rodziny ludzkości zaczną z werwą produkować te rzeczy na własną rękę; i świat naprawdę odzyska swą młodość.

Tłm. Maciej Sobiech

1.     Fragment w tłumaczeniu Emila Zegadłowicza.

G.K. Chesterton: Co z republiką? („Sidelights”, 1932)

[Thomas Sutherland (1785–1825), „Kapitol w Waszyngtonie”, rycina. Źródło: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:United_States_Capitol_-_circa_1825.jpg%5D

Jakkolwiek dziwne się to może wydawać, niektórzy ludzie zwyczajnie nie potrafią zrozumieć jak to jest, że nienawidzę amerykanizacji – ale nie Ameryki. Wydawało mi się, że zasłużyłem sobie jednak na prawo do stosowania tego oczywistego rozróżnienia do innych krajów – jako iż konsekwentnie stosuję je przecież od długiego czasu do mojego własnego kraju. Jestem Anglikiem (słowo uważane przez niektórych za synonim „egoisty”) i robiłem, co tylko było w mojej mocy, aby rozsławiać po świecie jak najwięcej angielskich rzeczy: angielskie puby, angielskie drogi, angielskie żarty i żartownisiów; posunąłem się nawet do tego, że chwaliłem drogi za to, że są podziurawione, a żarty za to, że są przaśne; niezmiennie jednak piszę, i to od pierwszej chwili, w której w ogóle zacząłem pisać, przeciwko kultowi brytyjskiego imperializmu.

I kiedy owa fatalna siła i sposobność, jaką zapewniają bogactwo i doczesne sukcesy, w znacznym stopniu przeszła z Imperium Brytyjskiego na Stany Zjednoczone, zastosowałem do Stanów Zjednoczonych po prostu tę samą zasadę. Uważam, że imperializm to zawsze imperializm, niezależnie od tego, czy realizuje się tę politykę przy użyciu presji ekonomicznej bądź snobistycznej mody, czy zwykłego podboju; istotnie, mam znacznie więcej szacunku dla imperium, które poszerza swoje granice przy pomocy siły militarnej, niż tego, które robi to przy użyciu mamony.

Tak czy inaczej, w obu wypadkach występuje pewna stała: to, że nieodmiennie eksportuje się na świat same najgorsze rzeczy. Międzynarodowa imitacja, zupełnie jak imperializm, praktycznie zawsze ma w sobie element duchowego niewolnictwa; to znaczy, cechuje się gustem niewolnika nawet w kwestii wyboru rzeczy imitowanych. Nagi Murzyn w cylindrze stanowi w takim samym stopniu krytykę cylindra, jak i samego tego Murzyna. I biały człowiek istotnie odnotował znacznie większe sukcesy w narzucaniu czarnemu człowiekowi czarnych ubrań, niż w narzucaniu mu tego, co czasami nazywa się białym duchem, czy białymi standardami godności i honoru. To doprawdy nieprawdopodobna myśl: że spośród tysięcy przepięknych rzeczy, które stworzyła Europa, od Partenonu po poezję Keatsa, nie ma ani jednej, którą udałoby się gdzieś z powodzeniem skopiować; najbrzydsza natomiast spośród wszystkich stworzonych przez Europę rzeczy w historii, współczesny strój, rozpleniła się tysiącami kopii po całym świecie. Co zaś jest prawdziwe w kwestii relacji między rasami, jak choćby białą i czarną, jest również prawdziwe w kwestii relacji między narodami, jak choćby amerykańskim i angielskim. Człowiek może jak najbardziej uważnie, dzień po dniu i rok za rokiem, przyglądać się amerykanizacji Londynu – i nigdy, przenigdy nie dojdzie do jego uszu, nawet w formie powiewu lekkiego zefirku z prerii, jeden choćby szept, który mówiłby o prawdziwych cnotach Ameryki.

Wielką cnotą Ameryki jest zaś to, że pomimo przemysłu i energii, pomimo postępu i praktycznych sukcesów, pomimo Edisona i elektryczności, pomimo Forda i Fordów, pomimo nauki, organizacji, bezwzględnej konkurencji i każdego innego zła, Ameryka nadal naprawdę pozostaje demokratyczna; pewnie nie w dosłownym sensie bycia demokracją, ale w sensie moralnym: tym, że składa się ona z demokratów. Jej obywatele są równi – nawet jeżeli są ledwie równie bezsilni. Mogą nie istnieć w niej rządy ludu, dla ludu i przez lud, nie ma w niej jednak na pewno rządów nad ludem, sprawowanych przez klasy panujące, i tym mniej – dla klas panujących. I dla każdego, kto wie cokolwiek na temat historii ludzkości, z jej heroicznymi ideałami i zbiorem prozaicznych rozczarowań, takie coś to naprawdę jest i zawsze będzie wielkie osiągnięcie.

Nie da się jednak dotknąć ani brzeżku tego rzeczywistego braterstwa nie zbliżając się do niego – i to do jego najprostszych, a wręcz najpośledniejszych siedzib. Najlepszych spośród Amerykanów znaleźć można wśród zapyziałych wiosek i zaśmieconych uliczek; gdzie nie szukają ich nawet bogaci Amerykanie, o europejskich podróżnych nie wspominając. To w nich właśnie przetrwała do dziś niemożliwa do opisania przyzwoitość i duma duszy; nieskażona poddaństwem; nieskażona pesymizmem. Dobro, które w nich mieszka, w naturalny sposób pozostaje nieznane dla globtroterów – ponieważ pozostaje ono nieznane dla nich samych. Pewien ksiądz katolicki powiedział mi kiedyś o pewnej grupie ludzi ze Środkowego Zachodu: „Nie mają pojęcia o własnej cnocie – i to musi być bardzo miłe Bogu”. Ulicę Główną obnoszono przed światem jako najgorszą część Ameryki. Sądzę, że jest to niemal jej najlepsza część.

Kiedy oddaliśmy już sprawiedliwość tej wielkiej amerykańskiej zalecie, równie otwarcie możemy powiedzieć teraz coś-niecoś o wielkiej amerykańskiej wadzie. Nie twierdzę, że amerykańskie bogactwo było złem; bo było ono ledwie nieszczęściem. A także – czymkolwiek ono było, to już było. Bóg w swym miłosierdziu uwolnił ten kraj od katastrofy zamożności. Nie; prawdziwa wada amerykańskiej cywilizacji, pech, który równoważy prostoduszność i prostotę zasadniczego, demokratycznego projektu, dotyka przede wszystkim relacji między kulturą i credo. Już na samym początku, Ameryka zdecydowała się podążać złą ścieżką w kwestiach wiary i moralności; w związku z czym, jej moralność nie była idealna nawet wtedy, kiedy naprawdę była idealistyczna; moglibyśmy powiedzieć, że im mniej była idealna, tym bliżej jej było do ideału. Ameryka ma wielkie idee polityczne, ale mizerne idee religijne. Jej duchowej wizji nie starczyło przestronności, aby mogła pomieścić w sobie rozmach i różnorodność międzyludzkiego braterstwa, które chciano tutaj ustanowić.

Ameryka nigdy nie była taka zupełnie normalna. Ktokolwiek, kto kiedykolwiek widział jakąś normalną społeczność w lot pojmie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że dowodzi tego samo tylko tutejsze nastawienie do alkoholu – i samo tutejsze nastawienie do religii. Tak, jak nie ma tutaj żadnego napoju, który przynosiłby ludziom sen – tak nie ma tu żadnej religii, która przyniosłaby im ukojenie. Należy do tego narodu niezliczona rzesza męskich i niezależnych farmerów; nie tworzą oni jednak normalnego chłopstwa. Farmerzy owi bardzo często mają solidne i dobrze prosperujące farmy; nie jest to jednak normalna własność. Coś naraz wygłodzonego i wiecznie wyprężonego, coś zbyt czujnego, by mogło być w pełni ludzkie, nieustannie przewija się w historii republiki pionierów. Źródło tej rzeczy, podobnie jak wszystkiego innego, znaleźć zaś można w religii.

Niedawno, ktoś zarzucił mi, że prowadzę podwójne życie; że ukrywam się za maską „zwyczajnego gościa” i mieszkańca Gopher Prairie, lecz mam także inne sekretne mieszkanie – i w dwudziestu siedmiu pubach Auburn, najsłodszego miasta równin, oddaję się nieokiełznanej rozpuście angielskiego wieśniaka. Innymi słowy – człowiek ów nie potrafił zrozumieć jak to jest, że bronię bardziej męskich elementów ulicy Głównej przed atakami zupełnie sztucznie wytworzonej anarchii Greenwich Village, otwarcie utrzymując przy tym, że wioska amerykańska jest znacznie brzydsza, niż wioska angielska.

Nigdy nie zaświtało mu przy tym, że obydwa te twierdzenia są zupełnie prawdziwe, zupełnie niesprzeczne – i bardzo istotne dla większej prawdy, którą starałem się udowodnić. Mówiąc po dziennikarsku, jedno z nich stanowiło Atak na Amerykę, a drugie – Obronę Ameryki; obydwie te rzeczy to znakomite numery, ale lepiej, by zajmowali się nimi dwaj różnego typu sentymentaliści, a nie jeden, prosty racjonalista.

Oczywiście, na tyle, na ile rzeczywiście cokolwiek atakowałem albo czegokolwiek broniłem, na pewno nie atakowałem ani nie broniłem Ameryki. W pierwszym wypadku, broniłem normalnego, ludzkiego życia, w drugim zaś – wyjątkowego, angielskiego krajobrazu. W drugim – zwróciłem uwagę, że Mecken i Lewis, będąc poganami, a więc i pesymistami, tak naprawdę przestali już wyszydzać ludzi wędrujących po ulicy Głównej i zajęli się wyszydzaniem innych ludzkich wędrówek – wędrówek ludzkiej duszy; samego serca człowieka. Sceptycy tej konkretnej szkoły zaczęli zapytywać nie o to, czy istnieje jakaś dobra tradycja kultury w miasteczku pełnym gumy balonowej i pogaduszek o dolarach, ale czy istnieje jakiekolwiek dobro w życiu, skoncentrowanym wokół dzieci, żony i pracy. Nie kpią już ledwie z prowincjonalnych przywar, ale pierwotnych doskonałości amerykańskiej wsi. W tej kwestii pytanie, czy wieś owa jest brzydka, czy nie, nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

W tym wypadku, problemem jej brzydoty w ogóle się nie zajmowałem. W drugim wszakże – owszem, i miałem w tym bardzo logiczny cel. Wykazywałem, że w kwestii piękna krajobrazu, Anglia to (zgodnie ze słowami Szekspira) drogocenny klejnot – nie tylko dlatego, że jest piękna, ale i bardzo rzadka. Nieznający świata ludzie myślą, że ich własna trawa i drzewa ciągną się aż po krańce ziemi; nie wiedzą, że żyją w małym ogrodzie w samym środku wielkiej dziczy. I przywołałem tutaj jako przykład fakt, że Ameryka, choć odznacza się wspaniałą architekturą miejską, na całych swych ogromnych przestrzeniach nie wybudowała żadnej choćby względnie ładnej wsi. Obydwa te spostrzeżenia miały bezpośredni związek z tym, co starałem się wytłumaczyć – i, istotnie, o wytłumaczenie czego bardzo wyraźnie mnie poproszono. A jednak – jedno z nich było PA (proamerykańskie), a drugie AA (antyamerykańskie). Jak inaczej można by wyjaśnić tę tajemnicę, jeżeli nie hipotezą podwójnego życia, a może nawet rozdwojenia osobowości? Zapewniam zatem mojego amerykańskiego przyjaciela, że mówiąc, iż nawet amerykańska wieś wygląda bardziej ludzko niż kolonia artystyczna, czy zwykła komuna, nie jestem niekonsekwentny, ale przeciwnie – konsekwentny aż do bólu.

Pośród tych ostatnich spośród ostatnich słów, jakie wypowiem tutaj na temat Ameryki, równie dobrze mogą znaleźć się i te: że ta republika jest wszystkim, tylko nie republiką. Powiedziałem już, że to wciąż w pewnym sensie demokracja – choć zazwyczaj w owym luźnym i nieprecyzyjnym sensie współczesnym, w którym mówi się „demokratyczny” wtedy, gdy należałoby powiedzieć „egalitarny”. Przeciętna osoba prywatna naprawdę ma tutaj ów przedziwny rodzaj szacunku do siebie, który nie ma względu na osoby; choć można by na to odpowiedzieć, że w świecie polityki, w którym poszczególne osoby nie są aż tak bardzo znowu godne względów, jest o to nieco łatwiej. Można to nazwać demokracją w tym sensie, że demokracja nie podziwia demagogów. W relacji ze swoimi panami, tłuszcza patrzy raczej z góry – niż do góry.

Jednakże, w owej starożytnej i majestatycznej nazwie „republika”, trwającym do naszych czasów fundamencie starożytnego Rzymu, obecna jest jeszcze pewna inna idea, w Stanach Zjednoczonych zgoła zupełnie nie-obecna. Istotnie, osobliwym paradoksem jest sugerować, że różnica nazw, występująca między dwiema współczesnym partiami politycznymi może mieć jakiekolwiek znaczenie. Niemniej, nazwy Demokratów i Republikanów naprawdę się od siebie różnią, choć nie można tego raczej powiedzieć o partiach jako takich. I można być demokratą, w ogólnym sensie sympatyzowania z tłumem raczej, niż z jego panami, nie będąc jednocześnie ani trochę republikaninem.

Obywatele Stanów Zjednoczonych zaś, nie są ani trochę republikanami; a tyczy się to zwłaszcza samych Republikanów. Jako iż ów stary jak świat termin „Rzecz-Pospolita”, używany zarówno jeszcze w feudalnym średniowieczu, jak i w czasach Imperium Rzymskiego, zawiera w sobie ideę, że każdy człowiek pozostaje w bezpośredniej relacji do państwa czy dobra wspólnego – bardziej bezpośredniej od wszystkich tych, które łączą go z jakimkolwiek panem czy patronem w jego życiu prywatnym; że cokolwiek czyni on targując się z równymi sobie, czy występując w charakterze klienta bądź adwokata, powinien zawsze zachowywać świadomość, że dokonuje się to wszystko na owym gigantycznym tle, jakim jest Forum czy Kapitol.

Każdy stan Unii ma zaś Kapitol – dokładnie w owym starym, klasycznym sensie tego słowa, a niektóre z nich są do tego bardzo udane pod względem architektonicznym. A jednak, to jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie wciąż mogą jeszcze zobaczyć Kapitol, to także jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie zupełnie już o nim nie myślą. Kapitol nie potrafi zdominować drapaczy chmur i wielkich reklam ustawionych na ich dachach; i na pewno nie mąci on spokoju tym, którzy je tam ustawiają. Amerykanie to dzisiaj dobrzy sąsiedzi raczej, niż dobrzy obywatele. Czysty i prosty duch służby publicznej wyparował z ich życia w większym stopniu, niż stało się to u innych narodów świata.

Problemem jest w Ameryce to, że każdego Amerykanina przekonano z czasem, przy użyciu cichych lub głośnych metod perswazji, że jego praca znaczy więcej, nie tylko niż jego decyzje wyborcze, ale i sam duch obywatelski, stanowiący źródło instytucji wyborów. Jednak ze względu na cnoty prywatne Amerykanów, znacznie mocniejsze niż ich cnoty publiczne, ten stan rzeczy nie poskutkował ostatecznie eksplozją zwykłego egoizmu. Tym, czym naprawdę poskutkował, jest natomiast jakiś cudaczny poniekąd rodzaj lojalności feudalnej. I, zupełnie jak w wiekach ciemnych, bezpośrednim rezultatem tej feudalnej lojalności okazała się zwykła feudalna anarchia. Reporter, którego jedynym obowiązkiem jest pisanie raportów do gazety, dla której pracuje, sprzedawca, którego jedynym obowiązkiem jest dzwonić do szefa, wspólnymi siłami wytworzyli atmosferę bardzo podobną do na poły barbarzyńskiego heroizmu „Pieśni o Rolandzie”, który wymaga, by człowiek „oddał skórę i nałożył głową” dla swego pana.

Dlatego też Ameryce wprost zbywa na organizacjach – ale nie na organizacji; organizacji w sensie – porządku. Jej organizacje całkowicie ją dezorganizują. Wszystkie one dysponują wszelkimi formami feudalnej wierności i wściekłości; w tym sensie, wszystkie one przypominają organizacje przestępcze. Nigdzie nie mają one państwa w tak wielkiej pogardzie, nigdzie go tak zaciekle nie rozbijają, jak w wypadku tego, co nazywamy państwem Stanów Zjednoczonych. Istnieje niebezpieczeństwo, że organizm polityczny, którego Grant i Lincoln bronili jako „Unii”, zasłuży sobie pewnego dnia na specjalną nazwę „Dyzunii”.

Sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby następcy Lincolna i Granta rozumieli państwo w starszy i prostszy sposób; albo, innymi słowy, gdyby Republikanie byli republikanami. Niestety, to właśnie oni, w większym stopniu, niż ich polityczni oponenci, sprzyjali przede wszystkim tej komercyjnej szamotaninie, jako rzekomemu przejawowi wigoru, a zatem i walorów, Ameryki. W związku z tym, bardzo trudno jest dzisiaj przekonać jakiegoś pracownika fizycznego, aby zastanowił się na serio, czy dobrze jest dla narodu, by gazety śrubowały wciąż swoją sensacyjność, a sprzedawcy – sprzedaż, by reklamiarze dalej reklamowali, a dorobkiewicze dalej się dorabiali. W każdym możliwie ludzkim sensie czuje on, że to wszystko jest dobre dla jego pensji; w każdym możliwie właściwym sensie czuje on, że to dobre dla jego rodziny; w osobliwe feudalnym sensie czuje on także, że to dobre dla jego firmy. Nie sądzę jednak, aby w jakimkolwiek sensie czuł, czy choćby udawał, że czuje, że to dobre dla jego kraju.

Tak czy inaczej, dla jego kraju to wszystko jest bardzo złe. Stanowi początek całego tego kryminału, całej korupcji, nadprodukcji i bezrobocia, przeciwko którym pracownik ów zaczyna obecnie reagować i organizować rebelię. Przyczyny tego tkwią zaś w zamierzchłej przeszłości ducha jego narodu, w religijnej raczej niż politycznej historii Ameryki. Cała ta światowość ma swoje przedziwne źródło w zaświatowości. Pojawiła się, ponieważ naród amerykański rozwijał się nie w atmosferze jedności filozoficznej, ale różnorodności fanatyzmów; pośród mnóstwa różnych sekt, wzniesionych na tym lub innym dogmatycznym drobiazgu albo na negacji tego lub innego dogmatycznego drobiazgu; na czymś, co było nie tylko opinią prywatną, ale i opinią bardzo szczegółową.

Bardzo trudno byłoby postawić jakąś wyraźną granicę, czy wyznaczyć jakąś konkretną datę, która oddzielałaby ostatnie chwile biurokratyzmu niszczejącego Imperium Rzymskiego od pierwszych chwil feudalizmu wieków ciemnych. Możemy jednak z zupełną pewnością powiedzieć, że około szóstego czy siódmego wieku, zorganizowane społeczeństwo minęło swój zenit i zmierzało wprost ku upadkowi na niższy poziom kultury. Sądzę, że zenitem idei chrześcijańskich był ten moment, w którym Europa pozbyła się już niewolnictwa i rozpoczęła pierwsze eksperymenty z systemem dystrybucji drobnej własności prywatnej – dopóki drobna własność prywatna nie została wchłonięta przez wielką własność prywatną. Sądzę, że to był ten moment, w którym ludzie zaczęli mieć już świadomość narodową, ale wciąż potrafili myśleć w międzynarodowych kategoriach.

Sądzę, że współczesna katastrofa, jaką jest kapitalizm, bardzo przypomina ówczesną katastrofę, jaką był feudalizm; i pod tym względem nie różni się ona zasadniczo od zwykłego barbarzyństwa. Może kiedyś dojść i do tego, że ludzie będą zbierani w stada i chronieni przez wielkie firmy, na podobnej zasadzie, na jakiej wtedy zbierali ich w stada i bronili wielcy feudałowie. Niemniej – na pewno jest to upadek, w konkretnym wypadku Ameryki zaś, jest to szczególnie upadek republiki. Niemniej, mieszkańcy Imperium Rzymskiego ciągle mówili o nim jako o republice, nawet kiedy wszystko stawało się w nim feudalne; i podobnie – dzisiaj również często mówi się o republice, nawet w kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych.

W Ameryce wszakże, owe mniejszego kalibru lojalności, obowiązek walki o utrzymanie posady, obowiązek sprzedawania co miesiąc takiej to a takiej ilości określonych towarów, mają bardziej pozytywny, a mniej negatywny charakter, niż w Anglii. I ten nienaturalny indywidualizm, opierający się na całej masie bardzo męskich i mocnych cnót, historycznie wypływa wprost z indywidualizmu religijnego. W Anglii chodzi tu raczej o wyrodnienie romantyki gentlemańskiej niż obecność nowej romantyki transakcyjnej. W Ameryce ciągle chodzi zasadniczo o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” w handlu – ponieważ pierwotnie chodziło o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” z dobrem; to znaczy: ze zbawieniem duszy. Religia Amerykanów nigdy nie była wystarczająco republikańska; nie dość pospolita na rzeczpospolitą. I tak, w ostatecznym rozrachunku, religia ta poddała się wpływom handlowych haczyków; nauczyła się od hochsztaplerów i handlarzy jak „wciskać” ludziom swoją ofertę; zaczęła liczyć konwertytów tak, jak liczy się klientów; i myśleć raczej o sprzedaży dóbr, niż szukaniu dobra.

To jest właśnie prawdziwa tragedia Ameryki, i mam do starego purytanina wystarczająco dużo szacunku, aby nad nią płakać. Bardziej tragicznie niż komicznie jest słyszeć, jak współcześni purytanie tak samo jak ich przodkowie oskarżają papistów o przepych ceremoniału i zwyczajną maskaradę, by potem reklamować własne kaplice z wykorzystaniem rekwizytów teatralnych i kolorowych świateł. To, czego purytanie nie zrobiliby nawet dla uczczenia Boga czy kobiecego piękna, czego nigdy nie mogli ścierpieć u księży i wybaczyć poetom, przyjęli ostatecznie kapitulując przed blichtrem wystaw sklepowych i piewcami taniego reklamiarstwa. I tak też komercyjna szamotanina musiała w jakiś sposób ustosunkować się do całkiem nowego problemu. Problem wielkiej amerykańskiej demokracji stanowi zaś nie co innego, tylko konflikt między dobrymi i złymi zasadami, które starałem się tutaj zarysować; między wspaniałym, ludowym poczuciem wartości i wysiłku, nieświadomym heroizmem Zwykłego Człowieka z poezji Whitmana, starą, republikańską prostotą; a, z drugiej strony, pretensjonalnym i nieadekwatnym ideałem niskiej ambicji i niepokoju.

Amerykanie byliby prawdziwie czarującymi ludźmi – gdyby tylko Amerykanie zostawili ich w spokoju. Gna ich jednak bez końca, ku staraniom raczej, niż skutkom, ziejący gorącym powietrzem, elektryczny wentylator. Niemniej, mają oni nad nami tę jedną, zasadnicza przewagę: że ich zamierzchła równowaga umysłowa zestaliła się w doktrynę; sądzę jednak, że doktryna owa musi stać się w przyszłości nie mniej, a bardziej chrześcijańska. Tu nie ma miejsca dla faryzeuszy; Bóg wie, jak często Anglicy zapominali, że na ich sztandarze widnieje krzyż. Myślę jednakże, że ów słynny sztandar bez krzyża może jeszcze stać się realnym symbolem; symbolem Tego, którego gwiazdy nas oświecają, i na którego spadła chłosta, zdzierając zeń pasy; a była to chłosta zbawienna dla nas.

Przeł. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: Nieporozumienie w sprawie reakcji ( „G.K.’s Weekly”, 15 III 1934)

[Ilustracja: papież Pius XI, potępiciel Akcji Francuskiej]

Oto oskarża się mnie o dyplomatyczne manewry, w sposób, który prawie że mi schlebia: pewien czytelnik pisze do mnie w liście, że nasze stanowisko w sprawie obecnej sytuacji austriackiej to jego zdaniem fasada, skrywająca jakiś mroczny sekret, którego nie chcę ujawnić. Ależ, przecież z chęcią bym go ujawnił! Jest on jednak najwyraźniej tak mroczny i dyplomatyczny, że mnie samemu jeszcze go nie ujawniono. Co myślę o Austrii jako kraju, podobnie jak o historycznej genezie jej obecnych trudności, wyjaśniłem, obawiam się, aż nazbyt drobiazgowo w trzech czy czterech artykułach, kilka miesięcy wcześniej. Jeśli do podobnie obszernego wyjaśnienia trzeba coś dodać, z chęcią dodam. Teraz pozostaje stwierdzić tyle, że istnieje coś takiego, jak austriacka tradycja – nie tylko w sensie mechanicznym czym liczbowym, ale prawdziwym; że, z historycznego punktu widzenia, popierać austriackich nazistów to popierać nie Austrię, ale sprusaczone Niemcy; austriackich komunistów zaś – również nie Austrię, ale rosyjski bolszewizm. Powody odrzucenia zarówno nazizmu jak i bolszewizmu przedstawiałem tutaj wystarczająco często, aby każdy mógł zrozumieć, że w porównaniu najbardziej przemawia do mnie opcja numer trzy. Pan Porter wszakże, zaczyna od aksjomatu znacznie prostszej natury.

„Wielu utrzymuje”, zauważa, kręcąc przy tym poważnie głową, „wielu utrzymuje, że Kościół Katolicki (Kościół, nie katolicy), nie cofnie się przed największą okrucieństwem, byle utrzymać władzę”. Cóż, wielu utrzymuje również wiele innych, podobnych rzeczy, choć może już nie tak wiele, jak niegdyś. Dawniej wielu uważało, na przykład, że to papiści wywołali wieli pożar Londynu; dziś zaś chodzi po tej ziemi całkiem sporo osób, wykazujących w kwestii „papistowskich spisków” podobny poziom wykształcenia. Wielu do dzisiaj wierzy, że katolicy dają swoim spowiednikom spory napiwek w zamian za rozgrzeszenie; po przyjęciu pieniędzy, ksiądz natomiast rzecz jasna ceremonialnie uchyla biretu. Wielu nieco mniej wyrafinowanych intelektualnie mieszkańców Środkowego Zachodu czy „czarnego pasa” Stanów Zjednoczonych Ameryki święcie wierzy, że Rycerze Kolumba uroczyście przysięgają kijem wybijać mózgi niemowląt wszystkich innych wyznań; i prosta wiara takich ludzi trwa niewzruszenie wobec najbardziej nawet oczywistych dowodów, świadczących przeciw. To ten sam lud wierny był swego czasu przekonany, że jeśli katolik kiedykolwiek zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, natychmiast przyleci do Ameryki w wielkim, białym samolocie papież, zamieszkać w Białym Domu. Nie sądzę, by można było powiedzieć, że w wypadku którejkolwiek z tych grup obiektywne poczucie faktów przeważało nad subiektywnym czuciem religijnym. Sądzę jednak, że wszystkie one bez wyjątku wykazują więcej rozsądku i zdrowia psychicznego, niż ci, którzy twierdzą, że Kościół Katolicki stoi za obecną falą reakcji w Europie. Jak by nie spojrzeć, ledwie niewielu Anglików, nawet najbardziej oświeconych, wpadło na pomysł, by ukryć się pod konfesjonałem i podsłuchiwać spowiedzi; i niewielu Amerykanów, nawet najbardziej przedsiębiorczych, zdecydowało się wstąpić w szeregi Rycerzy Kolumba. Wszyscy mamy jednak oczy i tymi oczami możemy dostrzec fakty wielkie dziś jak cała Europa – które to fakty jasno przeczą najnowszej wariacji na temat papistowskich spisków, jaką popełnił pan Porter.

Osłupiające jest zauważyć, jak ludzie mogą dostrzec najbardziej nawet oczywiste i oszałamiające fakty, niczego się z nich nie ucząc, ani nawet niczego nie widząc. Jeśli jest zaś coś oczywistego i oszałamiającego w nowoczesnym ruchu politycznym, jaki zaczął się wraz z powstaniem faszyzmu, to jest tym to, że pierwotnie był to ruch całkowicie sekularny, a momentami nawet wprost antyklerykalny. Co z tego wynika dla kogokolwiek, kto jest w stanie pojąć jakiekolwiek wynikanie, to zaś fakt nie takiej znów małej wagi: że zarówno pragnienie porządku i pragnienie wolności, tak jak pokusa anarchii i pokusa tyranii, to owoce natury: ludzkiego umysłu i serca takimi, jakimi one są; że pojawiały się one, raz za razem, gdy ludzkość tkwiła jeszcze całkowicie w pogaństwie, na długo, zanim komukolwiek śniło się coś takiego, jak Kościół Katolicki. Pod koniec wieku osiemnastego, gdy pan Porter mógłby znaleźć znacznie więcej ludi podzielających jego poglądy, niż obecnie, w wieku dziewiętnastym, gdy wciąż jego ideowych pobratymców dało się określać mianem „wielu”, rozwinęła się stopniowo legenda, wedle której świat naturalnie przechodzi od despotyzmu do demokracji. Z nią, powstała legenda druga: że Kościół opowiadał się zawsze, i zawsze będzie się opowiadał, po stronie despotów. Gdyby ci, którzy powielali takie legendy, mieli jakąkolwiek znajomość historii Kościoła, czy jakkolwiek obiektywną i merytoryczną znajomość historii świata, wiedzieliby, że ich generalizację z ledwością można naciągnąć tak, by obejmowała pięćdziesiąt lat z dowolnego okresu z przeszłości: Kościół, owszem, ze strony ludzkiej, jako mediator, nie raz opowiadał się po stronie despotów, podobnie jak wszelkich innych ludzi i rzeczy. Jednak nie w kwestii obrazoburstwa; nie w kwestii inwestytury; ani nie w kwestii nowych teorii despotyzmu, jakie narodziły się zaraz po Wielkiej Wojnie. Z najsławniejszą zaś i najbardziej światłą z nich, tą głoszoną przez Action Francaise, poszedł na otwarty i wściekły konflikt.

Nasi humanitaryści bez jasnych poglądów wciąż starający się dowieść, śmiejąc się w twarz faktom, że to papiści podpalili Londyn i że to papież, wbrew wszystkiemu, co powiedział i napisał, rozpętał obecną burzę plemiennego militaryzmu, zupełnie rozminęli się z istotą kwestii: z dokładnie tego samego powodu, który nie pozwala się podobnym ludziom czegokolwiek nauczyć; bo nauka ta, uderzyłaby w nich samych. Dogmat, który faktycznie zaniknął, iluzja, która rzeczywiście się rozwiała, to pogląd, stanowiący fundament ich wszystkich innych poglądów. Wyznawane przez cały wiek dziewiętnasty przekonanie, że ludzkość, wolna od jarzma Kościoła, i bez konieczności szukania pomocy u Boga, z własnej natury będzie coraz lepsza i bardziej liberalna. Prawda jest jednak taka, że ludzkość – z całą pewnością bez Kościoła, a do pewnego stopnia nawet i z nim, będzie zawsze taka, jaka była: błądząc w ciemności i rzucając się ze skrajności w skrajność; naprawiając to, co w starych ustrojach niesłuszne i po wieczność walcząc z pokusą zapomnienia o tym, co w nich sprawiedliwe; w nastroju rewolucyjnym przypadkowo atakując religię, nie potrzebując jednak żadnej jej pomocy w rozgrzewaniu nastrojów reakcyjnych. Reakcja następuje wtedy, gdy coś stanie się po ludzku po prostu nudne; demokracja zaś, skombinowana z industrializmem i parlamentarną korupcją, stała się nudna. Wskazawszy te podstawowe błędy w sferze idei, zajmę się następnie sferą faktów – z których wszakże niemal wszystkie również są błędami.

Tłm. Maciej Sobiech

Blog: O szeroki front zdroworozsądkowy

Ponieważ rok akademicki formalnie już się rozpoczął, a zajęcia zaczną się (przynajmniej na moim uniwersytecie) już za chwilę, ostatnie dni upływają mi głównie na przygotowaniu – na ile takie rzeczy można w ogóle przygotować – planów nauczania. I jak zwykle, podczas lektury niektórych książek, nie mogę się ze zdumienia (parafrazując pewne obiegowe powiedzonko mojej rodziny) powstrzymać. Literaturoznawstwo to specyficzny wszechświat, rządzący się bardzo własnymi prawami – i w tym cudownym i magicznym miejscu po prostu nie ma czasu na nudę i rutynę. Tak też na przykład, wczoraj właśnie przeczytałem, nie pierwszy już zresztą raz, bo do tej książki często wracam, zanotowane przez Petera Washingtona (niedoścignionego sceptyka — niedoścignionego, bo racjonalnego) zdanie niejakiej pani Catherine Beasley, że przeświadczenie o tym, iż dzieło literackie ma autora, który je stworzył z pewną mniej lub bardziej konkretną intencją, stanowi przejaw „nieuzasadnionego a priori naiwnego realizmu” i nie powinno być akceptowane w nauce. Czytałem to już, powiadam, kilka razy wcześniej, ale wrażenie zawsze pozostaje bezbłędne. Zrobiło mi się śmieszno, a potem straszno, a potem trochę zimno, a potem znowu ciepło – i, nie wiedzieć czemu, na to ciepło postanowiłem zrobić sobie małą czarną. Do książki już tego dnia nie wróciłem.

No i właściwie tyle, komentarz wydaje się zbędny. W owym akcie strzelistym pani Catherine Beasley zawierają się bowiem, w sensie wirtualno-tendencyjnym wszakże, ale z jakąż mocą, wszystkie najważniejsze elementy owego sposobu myślenia, który stanowi istotę współczesnego świata, a które zbiorczo określić moglibyśmy jako kompletne odrzucenie zdrowego rozsądku.

Zdrowy rozsądek, jak wiadomo, to pojęcie cokolwiek niejasne (jak większość zresztą ludzkich pojęć – konia z rzędem temu, kto „jasno i wyraźnie” zdefiniuje choćby ciało), tym niemniej można je sprowadzić do dwóch podstawowych i skorelowanych ze sobą znaczeń. W sensie praktycznym zatem (i chyba bardziej rozpowszechnionym), to swoiste „czucie intelektualne”, pozwalające odróżnić prawdopodobieństwo od nieprawdopodobieństwa. Czucie owo jednak, jak wszystkie funkcje praktyczne, opiera się w pewien sposób na jakiejś teorii – i tak też zdrowy rozsądek to również pewien sposób widzenia świata, czy może raczej: zbiór pewnych podstawowych prawd o świecie, na których opiera się zdrowe myślenie. Prawdy te nietrudno scharakteryzować: obiektywizm istnienia świata, realność własnej jaźni, istnienie Absolutu (Boga, po prostu) – jakoś tam określonego, jakoś (choćby metaforycznie) ujęta nieśmiertelność duszy, adekwatność ludzkiego poznania, realność dobra i zła, no i pewne podstawowe prawa: tożsamości, racji dostatecznej, przyczynowości, celowości, na gruncie logiki: niesprzeczności, oczywiście ujęte zarodkowo. To tylko pewien szkic wstępny, który zapewne można by wydłużać, tym niemniej wydaje mi się, że dość dobrze uchwyciłem istotę sprawy.

Prawdy te, absolutnie rudymentarne, przez długi czas stanowiły punkt wyjścia całej zachodniej filozofii. Jak trafnie zauważył Gilson w swojej „Jedności doświadczenia filozoficznego”, wszyscy filozofowie starożytności byli realistami, to znaczy: uznawali właśnie za punkt wyjścia te prawdy, na które wskazałem wyżej. Hylozoizm presokratyków, monizm eleatów, pluralizm Anaksagorasa, pre-ewolucjonizm Empedoklesa, idealizm Platona, reizm Arystotelesa, wreszcie wszystkie szkoły hellenistyczne i neoplatońskie, więcej – nawet te filozofie, które uznajemy dzisiaj często (i kompletnie anachronicznie) za przejawy „relatywizmu” (jak nihilizm Gorgiasza, sofizm czy sceptycyzm) wychodziły z pewnych wspólnych założeń, których prawdziwości nie podważano. Absolut rozumiano różnie, tym niemniej praktycznie nikomu nie przyszłoby do głowy twierdzić, że go nie ma. Czasami twierdzono, że dobro i zło zależą od ludzkiej inwencji – nigdy jednak nie odmawiano im realności. Często nie wierzono w nieśmiertelność indywidualną, tym niemniej zawsze zachowywano poczucie, że człowiek jest tylko „momentem” pewnego większego procesu, czyli – krótko mówiąc – że należy tak do Immanencji, jak i do Transcendencji. Negowano możliwość poznania niezmiennych istot (jak Gorgiasz) – ale nigdy, na Boga najwyższego, nie przyszłoby nikomu do głowy, aby twierdzić, że poznanie jako takie w ogóle nie zachodzi, czy że jest fikcyjnym konstruktem ludzkiego umysłu!

Sytuacja ta (podążajmy dalej za Gilsonem) zaczęła zmieniać się dopiero w średniowieczu, wraz z pojawieniem się wokalizmu Roscelina, który jako pierwszy zaczął burzyć ów most łączący umysł z kosmosem, jakim właśnie jest zdrowy rozsądek. Zaczęło się od ataku na związek języka (a zatem myśli, bo język to nie narzędzie, a sposób/modus myślenia) z rzeczywistością. Wokalizm, jak wiadomo negował wartość poznawczą ludzkich słów, redukując je do zwykłych, fizycznych dźwięków (z łaciny właśnie voces). Później proces ten podjął dalej Piotr Abelard, zwieńczył go zaś William Ockham, od krytyki języka/poznania przeszedł dalej, aż do odrzucenia zasady racji dostatecznej i przyczynowości. I to właśnie z myślą Ockhama, jak stwierdza to wybitny katolicki konserwatysta, narodziło się zjawisko endemiczne dla kultury zachodniej – tak zwany idealizm współczesny, niemający wiele wspólnego z idealizmem Platona, ale nazywany tak dlatego, że w jego perspektywie pojęcia (idee) poprzedzają świat. Innymi słowy: to rzeczywistość jest wytworem myśli, a nie na odwrót. Zdrowy rozsądek został unicestwiony całkowicie, jako antropomorficzne złudzenie, poznawcza naiwność. Pogląd ten najwybitniejszego reprezentanta znalazł, rzecz jasna, w Kancie, i – mimo pewnych sprzeciwów, niekiedy (jak w przypadku Rousseau czy później Bergsona) znajdujących w kulturze znaczny oddźwięk – od osiemnastego stulecia, głównie za sprawą powstania tzw. „nowej fizyki” z jej specyficznym (i pozbawionym zasięgu uniwersalnego, ale bezzasadnie uniwersalizowanym) modusem poznania, uzyskał w kulturze europejskiej niekwestionowaną hegemonię.

Problem z idealizmem subiektywnym (jak go można nazwać) polega jednak na tym, że ostatecznie kończy się absurdem. On już jest absurdalny, u samego swego zarania. Nie da się przecież z zupełną powagą utrzymywać, że jaźń ludzka WYTWARZA rzeczywistość w sensie dosłownym (niezła byłaby to robota, stworzyć świat, który może cię zabić albo w którym można być do tego stopnia nieszczęśliwym). Tym niemniej (i dlatego też właśnie), zazwyczaj poprzez różne sprytne sztuczki intelektualne (np. kompletne pominięcie problemu istnienia), idealiści swoją myśl na różne sposoby „urealniali”, tak aby nie wyciągać z niej ostatecznych konsekwencji. Konsekwencje te – zgodnie zresztą z prawem myśli, obserwowanym przez Gilsona – zostały wyciągnięte dopiero współcześnie. A ich ostatecznym zwieńczeniem jest pseudonaukowy bełkot pani Catherine Beasley, no i cały poststrukturalizm, który ona reprezentuje.

Znaczy, ostatecznym. Niekoniecznie ostatecznym. Istnieje bowiem jeszcze jedna sfera życia, w której nie wyprowadzono do końca konsekwencji idealizmu subiektywnego. Jest nią, rzecz jasna, etyka. Oczywiście, poststrukturaliści nie mają żadnych zgoła skrupułów przed werbalną przynajmniej negacją obiektywizmu pojęć dobra i zła, wręcz przeciwnie: to ich niemal zawołanie rodowe (zaraz obok „nie ma prawdy!”). Przecież jeżeli nic nie jest związane z niczym i nie ma żadnych przesłanek, aby uznawać związek działającego z działaniem (analogicznie jak nie ma związku artysty z dziełem, które stworzył), sąd moralny staje się rzeczą po prostu niemożliwą. Tym niemniej, w praktyce jeszcze stosownie do jej logicznych konsekwencji nie działają, a raczej wręcz przeciwnie. Efektem jest skądinąd paradoksalna sytuacja, w której moralny relatywizm splata się w jakiś trudny do wytłumaczenia sposób z niespotykanym dotychczas chyba (i niespotykanie naiwnym) moralnym wzmożeniem i oburzeniem na właściwie wszystko, co się dotychczas w kulturze europejskiej wydarzyło. Tym niemniej, jak zwróciłem uwagę, słusznie mówi Gilson, gdy stwierdza, że prawa myśli są równie obiektywne, jak prawa przyrody – i konsekwencje przyjętych założeń zawsze się ostatecznie ujawnią, jeśli nie w tym, to w następnym pokoleniu. I, tak się obawiam, doczekamy się kiedyś świata, w którym ludzie NAPRAWDĘ nie będą odróżniali dobra od zła. Czy muszę wyjaśniać, jaki to byłby świat?

Tak też, choć skłonności do paniki raczej nie mam i nie żyję w ustawicznym poczuciu zagrożenia, to w tym wypadku jednak, zaczynam się bać. I rozumieć powagę obecnej sytuacji. Spór z postrukturalizmem bowiem, to nie jest ledwie jeden z wielu sporów ideowych między jednym sposobem myślenia a drugim. Granica nie przebiega między jednym pomysłem na życie a drugim, ale między normalnością i nienormalnością. Zwycięstwo nienormalności będzie zaś miało poważne konsekwencje – takie, o których wolę tutaj nie myśleć.

W tym momencie dochodzę do punktu zasadniczego tego małego tekstu. Niewątpliwie bowiem, poststrukturaliści wojnę ze swoimi przeciwnikami póki co miażdżąco wygrywają. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby było ich więcej, niż ich przeciwników? Nie sądzę. W moim przekonaniu, prawdziwych poststrukturalistów jest bardzo niewielu, bo – istotnie – niewielu tylko jest w stanie wyznawać podobnie absurdalne poglądy na serio i z pełnią konsekwencji. Czy więc może dlatego, że są lepiej finansowani, czy mają większe wsparcie? Znów: raczej nie sądzę, bo skoro jest ich mniej, to i dysproporcje finansowe nie powinny być tak duże. Nie – problem polega na czymś innym. Na tym mianowicie, że poststrukturalizm, choć stanowi niepoliczalną mnogość sprzecznych poglądów, w praktyce potrafi się skonsolidować i iść na przeciwnika ławą. Jego oponenci natomiast, tego nie potrafią. Grzęzną bez ustanku w starych, anachronicznych sporach, które uniemożliwiają im porozumienie – więcej nawet, zazwyczaj starają się zrobić z siebie JEDYNYCH zgoła prawdziwych przeciwników nowej cywilizacji (czy antycywilizacji), swoich potencjalnych konkurentów zwalczając jeszcze gorliwiej, niż właściwego wroga, i zawłaszczając dla siebie wszystkie problemy, w których mogliby mówić z innymi jednym głosem.

Przykładem modelowym są na gruncie polskim choćby spory bioetyczne, obecnie całkowicie zmonopolizowane przez Kościół Rzymskokatolicki. Kwestia dopuszczalności aborcji i eutanazji, na przykład, nie jest, bynajmniej, w sposób konieczny związana z religią – to problem moralny, który można rozwiązać na bazie czysto filozoficznej, nawet gdyby zawiesić zupełnie kwestię objawienia. A jednak, wszystkie inicjatywy tzw. pro-life mają w naszym pięknym kraju podtekst katolicki, kończą się bądź zaczynają mszami, a aktywiści w nich uczestniczący usiłują wszystkich nawracać. Trudno się zatem dziwić, że niekatolicy się z tymi inicjatywami nie utożsamiają i w tym sporze nie uczestniczą. Problem polega na tym, że Kościół jest już w Polsce mniejszością, a nie większością, i sam się współczesnemu relatywizmowi przeciwstawić nie potrafi. W konsekwencji: przegrywa. Innym przykładem, jeśli jakiegoś potrzeba (no i jeśli chcemy pozostać w kręgach wewnątrzkościelnych, w których pozostaję, bo je trochę znam – niestety, każdy pracuje na pewnym materiale), może być choćby postawa filozofów tomistycznych wobec innych prądów myślowych. Realizm przecież, na przykład, nie jest zarezerwowany wyłącznie dla tomizmu i można by znaleźć na jego gruncie porozumienie z wieloma innymi filozofiami. Tymczasem, tomiści zazwyczaj skupiają się nie na tym, co ich z innymi filozofami łączy, ale na tym, co dzieli. Efekt jest analogiczny, jak w kwestii bioetyki, i tak też realizm filozoficzny ponosi w świecie akademii bezustanną klęskę. To są pewne egzempla, które podejmuję, bo są duże i dobrze widoczne, ale problem jest, rzecz jasna, szerszy, i nie dotyczy tylko katolików. Sądzę, że jest wielu ludzi, którzy w wyżej wymienionych sprawach mogliby mówić dużo rozsądniej, a nie chcą, żeby tylko nie wyszło, że zgadzają się w czymś z katolicyzmem. Generalnie mówiąc, jak już zaznaczyłem, to właśnie stanowi problem zwolenników bardziej tradycyjnego poglądu na świat: podział; fakt, że nie potrafią stworzyć wspólnego frontu.

Dlaczego? Bo brak nam wszystkim wspólnej podstawy, która mogłaby nas połączyć, a nie podzielić. Ale przecież w tym wypadku ta podstawa sama się nasuwa! Bo skoro postmodernizm stanowi, jak powiedzieliśmy, przede wszystkim atak na zdrowy rozsądek, to tym, co powinno łączyć jego przeciwników, jest zdrowy rozsądek właśnie. Do tego, jest to po prostu banalnie proste. Nie musimy zgadzać się co do natury Absolutu, wystarczy, że przyjmiemy jego istnienie. Nie musimy mieć identycznych pojęć dobra i zła, wystarczy, że uznamy ich obiektywizm w najbardziej ogólnym i intuicyjnym sensie. Nie musimy mieć takich samych poglądów na istotę ludzkiej godności, wystarczy, że przyjmiemy, że ta godność (ponad-światowa) istnieje. Wreszcie: nie musimy uznawać takiej samej epistemologii, wystarczy wspólne przekonanie o tym, że w ogóle MOŻNA mieć jakąś epistemologię, bo człowiek może poznać świat i go opisać. I tak dalej, i tak dalej. Wracamy do absolutnych podstaw – ale nie ma innej drogi w sytuacji, w której same owe podstawy są atakowane. Do spraw bardziej szczegółowych możemy przejść później – wpierw jednak, należy zadbać, aby w ogóle można było do nich przejść, czyli, innymi słowy, aby pozostały sensowne. Sensowne pozostaną zaś wyłącznie wtedy, jeśli ocalimy źródło wszelkiej sensowności. I nie damy zwyciężyć w cywilizacji jawnemu absurdowi. Tym zatem, czego potrzeba nam najbardziej, jest wspólny front – szeroki, inkluzywny front obrońców zdrowego rozsądku, działający w imię zdroworozsądkowej filozofii (czy raczej pre-filozofii).

Jeśli zaś chodzi o wzór takiej postawy, trudno wyobrazić mi sobie człowieka lepiej nadającego się do pełnienia tej roli, niż Gilbert Keith Chesterton. Od dawna nie mogę wprost nadziwić się temu, dlaczego jego imię biorą na sztandary małe, ekskluzywne grupy, mające mentalność oblężonej twierdzy, skoro ona sam miał horyzonty tak szerokie jak chyba cały kosmos. Wyznawał pewne konkretne przekonania, z którymi można się zgadzać albo i nie zgadzać. Tym niemniej, jego żarliwy katolicyzm nie przeszkadzał mu bynajmniej współpracować z anglikanami, protestantami, anarchosyndykalistami (znany jest w Anglii fakt jego gorącego poparcia dla młodej Partii Pracy, zanim ta obrała kierunek etatystyczny), deistami czy kimkolwiek jeszcze, z którym – w swojej opinii – łączył go wspólny cel obrony normalnej, ludzkiej cywilizacji, opartej na obiektywizmie poznania i działania. Co zaś stanowiło fundament tej łączności? Zdrowy rozsądek, common sense właśnie, na który się przecież tak często powoływał. Sądzę zatem, że jeśli ktoś chciałby zrozumieć, na czym polega owa „filozofia zdrowego rozsądku”, którą trzeba nam stworzyć, aby mówić wspólnym językiem w sprawach najbardziej kluczowych, oraz jak mniej-więcej się w niej poruszać, nie znajdzie lepszej inspiracji, niż dzieła naszego Gilberta. A przynajmniej, na pewno nikomu nie zaszkodzi, jeśli poczyta je sobie w tym właśnie kluczu.

Maciej Sobiech