G.K. Chesterton: W sprawie potworów i logiki („Za i przeciw”, 1935)

Ilustracja: „Wielki Wąż Morski”, z dzieła: „The great sea-serpent. An historical and critical treatise. With the reports of 187 appearances…the suppositions and suggestions of scientific and non-scientific persons, and the author’s conclusions. With 82 illustrations” aurostwa A.C. Oudemansa, (1858-1943), źródło: https://www.flickr.com/photos/biodivlibrary/15410650530

Kiedy piszę te słowa, w prasie wszystko wprost kotłuje się i kipi w związku z niespodzianym wynurzeniem się i pojawieniem, względnie też zanurzeniem się i zniknięciem, tajemniczego Potwora, który – jak plotka głosi – z sobie tylko znanych przyczyn żyje na dnie jeziora Loch Ness. Nie muszę chyba mówić, że taki Potwór, niezależnie od tego, czy rzeczywiście zamieszkuje jezioro Loch Ness, od dawna jest bardzo popularnym mieszkańcem Fleet Street. Bez wątpienia, jest on bardzo przyjaznym i pomocnym stworzeniem; pomógł bowiem, na przykład, wielu ubogim dziennikarzom opublikować jakiś akapit w tym lub innym miejscu. W porywającej wizji z Księgi Hioba z kolei, czyni on głębię morza wrzącą jak garniec; i w wielu wypadkach służył też jako znakomity pretekst do podgrzewania atmosfery. Wszystko to jednak, to ledwie regularny i fortunny nawet zbieg okoliczności, bez większego wpływu na istotę rzeczy. Tym, co mnie tutaj interesuje, jest sam spór – jako spór; którego osobliwie zygzakowaty rozwój jako taki stanowi zapewne symboliczne nawiązanie do legendarnie zygzakowatych ruchów wielkiego Węża Morskiego. Niespecjalnie podnieca mnie temat tych rzekomo istniejących zwierząt; i nie rozumiem, jak ktokolwiek miałby się nimi tak osobliwie podniecać. Nie wiem, i średnio mnie to obchodzi, czy w jeziorach mieszkają potwory, a w morzu jakieś węże. Bardzo wszakże interesuje mnie inny zgoła potwór; potwór znacznie bardziej potworny; potwór tak fantastyczny, że rzeczywiście może być czystą fantazją. Potwór ów nazywa się „Człowiek”; i zamiast łusek, rogów i wijącego się ogona, nosi na sobie nienormalną narośl zwaną „Głową”. W niej zaś, jak się przypuszcza, zamieszkuje jakaś tajemnicza zasada, zwana Umysłem; niestety wszakże, zasada ta ostatnio stała się równie nieuchwytna i nieznana, co Potwór z Loch Ness.

Jako iż sposób, w jaki większość krytyków – zwłaszcza krytyków sceptycznych – pisze dziś o rzeczach takich, jak choćby potwory, bardzo przypomina sposób, w jaki pisali oni niegdyś na temat węża morskiego. To znaczy – jest to sposób naraz tajemniczy, mistyczny i irracjonalny. Po pierwsze, zaraz na początku przyjmują oni, komplikując radykalnie całą kwestię, stanowiące dokładną odwrotność prawdy, mętne założenie, wedle którego przedmiot ten to jakaś sprawa quasi-mistyczna. Jeden artykuł, autorstwa bardzo biegłego dziennikarza, naprawdę zaczynał się słowami: „Zajmując się podobnymi opowieściami o duchach i potworach”. Za chińskiego króla nie potrafię zrozumieć, dlaczego właściwie wąż morski miałby być czymś bardziej mistycznym od morskiego ślimaka. W jednym sensie, wszystkie stworzenia są mistyczne – ponieważ tajemnica Stwórcy obecna jest we wszystkich Jego dziełach; lecz w tym sensie, nawet najmniejsza krewetka, którą pożera akurat rozdający hojne napiwki bogacz w Margate, jest tajemnicza1. I największy wąż morski nie jest w żadnym stopniu bardziej nadprzyrodzony, niż najmniejszy wąż morski. Jak wielkie rozmiary mogą osiągać podobne stworzenia w morskich głębinach, to już być może kwestia naukowej dyskusji; dyskusja ta powinna być jednak właśnie – naukowa. Nie ma nic szczególnie transcendentalnego w utrzymywaniu, że w morzu żyją większe ryby, niż kiedykolwiek z niego wyszły. Podobnie jak nie ma ani krzty „celtyckiego półmroku”, ani odrobiny czaru gaelickiego czarnoksięstwa i druidycznych wizji w twierdzeniu, że jakieś bardzo duże zwierzę, jeżeli w ogóle takie duże zwierzę istnieje, żyje sobie akurat na dnie szkockiego jeziora, czy gdziekolwiek indziej. Czy tak jest, czy nie, to po prostu kwestia ludzkiego świadectwa; i nawet wątpiący muszą przyznać, że w tym wypadku świadectwo to jest dosyć mocne.

I tak doszliśmy do miejsca, w którym chciałbym powiedzieć parę słów na temat owej cudacznej cechy ludzkiego umysłu, której nabrał on mniej więcej od czasu, w którym zaczęto nazywać go „Umysłem Współczesnym”. Nie mówię tego pogardliwie; bo w tym wypadku chodzi mi także o te z umysłów współczesnych, które naprawdę są umysłami, i to jednymi z najwspanialszych umysłów naszej epoki. Prawda, jak sądzę, jest taka: że od czasu tryumfu tego, co zwykło nazywać się u nas racjonalizmem, z sukcesami rozwijaliśmy wszystkie ludzkie zdolności – z wyjątkiem rozumu. Wiele współczesnych umysłów, nie tylko wyjątkowych, ale i normalnych współczesnych umysłów, znakomicie wykształcono w umiejętności wirtuozowskiej oceny muzyki czy krajobrazu; i potrafią one odkryć i opisać w tych rzeczach największe nawet subtelności, które prawdopodobnie umknęłyby zupełnie w przeszłości nawet ludziom pokroju Arystotelesa czy doktora Johnsona. Gdyby jednak przyszło do kwestii argumentów, kwestii jasnego i spójnego dowodzenia, zarówno Arystoteles, jak i doktor Johnson, bez cienia wątpliwości pomyśleliby, że trafili do przedszkola. Lub, jak pewnie powiedziałby drugi z tych panów, do szkoły specjalnej. Ja wszakże tego nie mówię; nie mając żadnego tytułu do rywalizowania z doktorem Johnsonem w kwestii jego cnót i talentów, nie muszę niepotrzebnie rywalizować z nim w kwestii jego wad i wyolbrzymień. Ludzie z tego typu dysproporcjami mentalnymi nie są upośledzeni; wielu z nich to doskonali i subtelni pisarze, osiągający literackie szczyty, na które nigdy nie uda mi się za nimi podążyć. Tym niemniej, wydaje się, że zapomnieli oni jak właściwie zabrać się do ukucia rozumnej konkluzji na jakikolwiek temat. Osiągnęli mistrzostwo w sztuce oceniania, opisywania i analizowania impresji; wydaje się wszakże, że nie wiedzą dosłownie nic o sztuce dedukowania. Na podobnej zasadzie, na jakiej impresjonistyczny artysta mógłby namalować doskonałą impresję Loch Ness, tak też impresjonistyczny krytyk może utrwalić na piśmie doskonałą impresję Potwora z Loch Ness. Kiedy jednak poprosi się go, aby sprawdził, jak owa impresja ma się do prawdy, okaże się, że krytyk ów zwyczajnie nie wie, jak się to robi. Na przykład, nie ma dzisiaj lepszego i obdarzonego większą przenikliwością krytyka literackiego, niż pan Robert Lynd2 – szczególnie w tych wypadkach, w których ten krytyk literacki rzeczywiście zajmuje się krytyką literatury. Wyznaczcie pana Roberta Lynda do napisania tekstu na temat W.B. Yeatsa, a na pewno opisze on styl i historyczne znaczenie tego twórcy tak dobrze, jak to tylko możliwe – a na pewno o wiele lepiej, niż ja bym to zrobił. Poproście go jednak, aby zbadał, czy opowieści pana Yeatsa o czarownikach Wschodu czy irlandzkich wróżkach są prawdziwe, a z całym szacunkiem, ale bardzo wątpię, czy zachowa w tym wypadku choćby połowę tej dyscypliny naukowej, co ja.

I tak w ostatnim numerze Daily News pan Lynd popełnił artykuł na temat Potwora z Loch Ness, który doskonale wprost unaocznia, o co mi chodzi. To artykuł naprawdę bardzo dobry; lecz mnóstwo w nim wahania i (jeśli wolno mi użyć tutaj tego żargonu) inhibicji. Pan Lynd zaczął od zdroworozsądkowego twierdzenia, ze trudno odrzucić zgodne świadectwa dużej liczby szanowanych i zeznających niezależnie od siebie osób. To samo można powiedzieć także w kwestii wielkiego Węża Morskiego; liczba ludzi, którzy mogliby przysiąc, że go widzieli, do dziś zdążyła urosnąć zapewne do około setki. Póki co wszystko gra. Teraz do drugiej strony należy obowiązek stanowczego i szczegółowego zbicia tych argumentów; drobiazgowego przesłuchania świadków; udowodnienia, że mamy tu do czynienia z raczej mało prawdopodobnym spiskiem, albo skonstruowania teorii wyjaśniającej, jak udało się komuś oszukać tak wielu różnych ludzi. Niemniej krytyk nasz, w poczuciu, że dla sprawiedliwości musi przedstawić także argumenty drugiej strony, przedstawia je w sposób absolutnie typowy dla współczesnego irracjonalizmu. Zwraca się on do czytelnika tymi lub mniej więcej tymi słowami: „Jeżeli jednak zgodzę się uwierzyć w Potwora z Loch Ness, gdzie będę mógł później postawić granicę? Istnieje przecież tyle innych opowieści o potworach” – i dalej następuje prezentacja wszystkich bogactw jego zawrotnego oczytania, podczas której mamy okazję zapoznać się z najbardziej fascynującymi i sympatycznymi potworami celtyckiej i nordyckiej mitologii; autor zaś wydaje się uważać ten popis erudycji za coś w rodzaju przykrego obowiązku i z wyraźnie ciężkim sercem idzie przez dzieje, przełykając jednego potwora za drugim, aż do wieloryba, który połknął Jonasza albo smoka, który miał pożreć Andromedę. Każdy, kto popadł w przykry nałóg sprawdzania wszystkiego w świetle owych przestarzałych misteriów logiki, z taką chorobliwą pilnością studiowanych przez zabobonnych średniowiecznych scholastyków, będzie miał wyraźną trudność, aby nie gapić się nieelegancko na podobnie sformułowanie problemu. W naturalny sposób odpowie: „No cóż, sądzę, że granicę postawi się tam, gdzie zabraknie dowodów. Wierzy pan w istnienie tego potwora, ponieważ jest dwudziestu świadków, potwierdzających jego istnienie. Naturalnie, pana wiara będzie mniejsza w tych wypadkach, w których będzie pan miał po niej mniej przesłanek; a jeśli w ogóle ich nie będzie – nie będzie pan wierzył w ogóle. Naprawdę, nie ma potrzeby ustalania a priori abstrakcyjnych rozróżnień pomiędzy Siedmiogłowym Smokiem z Persji, a Dziewięciogłowym Smokiem z Japonii”. Prawda jest taka, że krytyk nasz od samego początku ulega zwodniczemu wpływowi koncepcji, wedle której uznając wiarygodność podobnych opowieści, człowiek przekracza granicę Krainy Czarów, gdzie wydarzyć się mogą dowolne, najbardziej fantastyczne rzeczy. Nawet w wypadku spraw pozanaturalnych, takie podejście to zwykły błąd. Można wierzyć w jeden cud, nie wierząc w drugi; bo są przecież cuda prawdziwe i fałszywe, na podobnej zasadzie, na jakiej są prawdziwe i fałszywe banknoty. Potwór wszakże, nie jest cudem. Coś podobnego do cudu rzeczywiście może pojawić się natomiast, obok zwykłych czarodziejskich sztuczek, w opowieściach o czarach i czarownikach. Lecz równie dobrze można by powiedzieć, że młynarze, koty i księżniczki to bajkowe stworzenia, ponieważ da się je znaleźć, obok goblinów i syrenek, w bajkach dla dzieci.

Przeł. Maciej Sobiech

1Popularny w Anglii morski kurort wakacyjny.

2Robert Lynd (1879-1949) – irlandzki dziennikarz, krytyk literacki i działacz narodowy. Należał do Seinn Fenn.

G.K. Chesterton: W sprawie muzeum ateistycznego („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: przykład jednego z radzieckich „muzeów ateistycznych”, źródło: https://www.atlasobscura.com/articles/soviet-antireligious-museums-of-atheism

Być może, że to kwestia jakiejś nieuleczalnej czy nieprzyzwoitej wręcz niepowagi bądź frywolności mojego usposobienia, ale większość informacji na temat bolszewików, szczególnie te, których dostarczają nam sami bolszewicy, zwyczajnie przyprawia mnie o śmiech. Wiem, że niektórzy właściciele koncernów prasowych (czy generalnie tego typu przywódcy narodu) uważają, że jedyne, co powinny one z nami robić, to przyprawiać o drżenie. Nie mam jednak takiego zupełnego przekonania co do wartości drżenia jako realnej siły bojowej; nie słyszałem, by drżenie poskromiło kiedykolwiek jakąkolwiek głupotę, słyszałem wszakże o kilku wypadkach, w których udało się ją poskromić śmiechem. Z pewnością, jest w tej kwestii bardzo wiele elementów, które nie są śmieszne, jak świadczą o tym różne antybolszewickie argumenty wielu bardzo odpowiedzialnych pisarzy. A jednak, niczego poza czystym, czerstwym, radosnym śmiechem nie ma przynajmniej w probolszewickich argumentach samych bolszewików. I tak też, na przykład, kiedy słyszę, że rosyjscy ateiści zrównali z ziemią jakiś rosyjski kościół, w naturalny sposób mnie to niepokoi. Kiedy słyszę wszakże, iż przerobili go oni na coś, co można by nazwać Muzeum Przeciwników Pana Boga – wtedy na moment wszelkie inne nastroje rozpływają się w niewinnej i niezmąconej wesołości.

Na tyle, na ile umiem się w tym zorientować, Przeciwnicy Pana Boga wyposażają swoje muzeum w ten sposób, że łapią w ręce najróżniejsze ułomki i relikwie najróżniejszego typu religii – czy tego, co uważają akurat za religię – wsadzają je do szklanych gablotek i przyczepiają etykietki. Słyszałem, że w takim układzie zabalsamowane ciało jakiegoś świętego, powiedzmy, trzymać się będzie naprzeciwko Eskimosa, zahibernowanego niegdyś z jakiś przyczyn, znanych bądź nieznanych. Byłaby tam najzwyklejsza egipska mumia i kości jakiegoś nieokreślonej tożsamości hinduskiego mnicha, i co jeszcze innego; i tak dalej. I kiedy przenikliwa, błyskotliwa i bystra inteligencja Nowego Pokolenia odkryje, że można umieścić relikwie koptyjskiego pustelnika w tym samym pokoju z fetyszem z Polinezji, natychmiast wyprowadzi z tego jedyną logiczną konkluzję, że kosmos nie ma żadnego projektu. Kiedy zaś ów przepotężny intelekt posiłuje się już kilka następnych godzin z faktem, że szklana gablotka z relikwiarzem bardzo przypomina druga gablotkę z ju-ju1, nareszcie stanie się dlań niezbicie i niepodważalnie oczywiste, że nie ma Boga. W jaki sposób jakakolwiek istota ludzka mogłaby w ogóle pomyśleć, że jakakolwiek inna istota ludzka mogłaby kierować się w podejmowaniu ważnych intelektualnych decyzji wrażeniami wyniesionymi z podobnie idiotycznego chaosu, żywcem z pokazu figur woskowych pani Jarley2 – najzwyczajniej w świecie nie potrafię zrozumieć; jako przedstawiciel naprawdę bardzo starej gwardii demokratycznych idealistów wolę wszakże wierzyć, że ludzie są sobie równi przynajmniej w fakcie posiadania ludzkiego rozumu. Lecz, trzeba przyznać, istnieje jeszcze jeden sens, w którym podobne rzeczy można brać na poważnie. Istotnie, wynika zeń jasny morał przeciw naszej cywilizacji – czasami znacznie lepiej uzasadniony, niż morał przeciwko naszym przeciwnikom.

Najgorszą cechą bolszewickich bredni jest to, że nie są one wyłącznie bolszewickie. Istotnie, wszystkie ich najgorsze elementy zostały przez bolszewików zapożyczone z tego rodzaju ekonomicznego i biologicznego materializmu, jaki istniał na zachodzie Europy na długo przed tym, zanim zamienili go oni w nieokiełznaną i spóźnioną rebelię na jej wschodnim krańcu. I tak, choć komunistów można nazwać szalonymi z bardzo wielu powodów, to, za czym naprawdę szaleją, to po prostu maszyna; czyli dokładnie ten sam przedmiot, za którym szaleli także nasi właśni dziadkowie i pradziadkowie w czasach Szkoły Manchesterskiej. O nas nie można już dzisiaj powiedzieć, żebyśmy za nim szaleli, ani nawet przepadali. Można powiedzieć o nas tylko tyle, że w tej kwestii już przepadliśmy. Moskwa wszakże opiera swój radykalny komunizm na dokładnie takiej samej, durnej wierze w mechaniczne działanie i martwą materię, na jakiej swój radykalny indywidualizm opierali w przeszłości nasi ojcowie. I na tej samej zasadzie, na której maszyneria ich fabryk zazwyczaj jest pożyczona, ich materializm jest ledwie zapożyczeniem. To po prostu stary materializm wieku dziewiętnastego w możliwie najbardziej zatęchłej i zastarzałej wersji. Jego zastarzałość staje się aż nadto widoczna w owym starym, nonsensownym pojęciu, jakoby dało się zdyskredytować wysokie religie, zestawiając je z niskimi. Jego zatęchłość zaś, cuchnie wprost od samych drzwi Muzeum Przeciwników Pana Boga.

Załóżmy, że wziąłbym sobie za cel zniweczyć sztukę malarską – i uznał, że najlepszym środkiem do tego celu będzie otwarcie galerii, w której dobre obrazy będą wisiały naprzeciw słabych. Załóżmy, że byłbym muzułmaninem i ikonoklastą, pałającym fanatycznym pożądaniem zniszczenia wszystkich istniejących rzeź i płaskorzeźb. I załóżmy, ze dokonałbym tego otwierając muzeum, w którym postawiłbym Wenus z Milo naprzeciw woskowej niewiasty z niskiej klasy zakładu fryzjerskiego. Załóżmy, że postawiłbym Madonnę Michała Anioła w jednej sali z jakiś polinezyjskim idolem – w zasadzie niewiele różniącym się od zwykłego kamienia. Czy dowodziłoby tego czegokolwiek przeciw instytucji rzeźby? I dlaczego miałoby dowodzić czegokolwiek przeciw religii? Czy pełen zapału i wykształcony, młody komunista chodziłby ponuro po mojej galerii dedukując, że należy wyleczyć ludzi z ich zbyt lekkomyślnego nawyku rzeźbienia wspaniałych greckich posągów, jako iż może wybić się z niego na niepodległość obyczaj tworzenia woskowych popiersi na wystawy sklepowe? Czy ów refleksyjny młody człowiek naprawdę wnioskowałby, że istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że ktoś mógłby zacząć od czegoś podobnie prostego i płytkiego, jak rzeźby Michała Anioła – a doszedł po czasie do robienia amorficznych, maleńkich fetyszów dla kanibali? Czy też ośmielimy się może mieć nadzieję, że oto zaświta mu owa cokolwiek podstawowa i przejrzysta myśl, że większość rzeczy na świecie ma formę lepszą i gorszą; i że nie da się zakwestionować całego segmentu ludzkiej kultury pokazując, że ludzie kulturalni mają w niej czasami większe osiągnięcia, niż niekulturalni, i że nawet wtedy, gdy dwóch ludzi ma dokładnie ten sam cel (co nie zawsze się zdarza) z mało wartościowych rezultatów jednej strony nie można wnosić, że rezultaty osiągnięta przez drugą stronę również są bezwartościowe? A jednak, czuję się w obowiązku powiedzieć to, co już zresztą powiedziałem wcześniej: że ten ewidentny błąd nie jest wynalazkiem bolszewików – przejęli go oni ledwie od dziewiętnastowiecznych materialistów, wespół z masą innych, pochodzących z drugiej ręki dóbr i trzeciorzędnych teorii.

Do tego trzeba nam dodać tysiące innych rzeczy, o których antykwaryczni ateiści nigdy prawdopodobnie nawet nie słyszeli. Istnieje nieskończony ciąg komplikacji wiarygodnych i bardzo współczesnych badań, które przecięły w pół stare proste linie racjonalistycznej teorii o pochodzeniu religii. Istnieje ciągle powiększający się zbiór dowodów, dotyczących samych dzikusów – że jednak nie są oni wcale tak dzicy, jak się ich dotąd malowało; dowody na umyślność uproszczeń i dobrowolność konwencji w sztuce religijnej. Istnieje to, co wielu staromodnych ludzi nazwałoby interesującym podobieństwem, jakie zachodzi między najwyższymi formami sztuki współczesnej a fetyszami Polinezji. Istnieje cała dziedzina kultów demonicznych i wypadków, w których dane idole nie miały być piękne – ale rozmyślnie brzydkie. Istnieje wzrastające wciąż zrozumienie szorstkości i surowości niektórych szkół rzeźbiarstwa. Nade wszystko, istnieje wciąż intensyfikujące się zainteresowanie wyższymi religiami, rozważanymi co do ich inherentnej i intelektualnej wartości, a nie tak, jak rozważało je dotąd powierzchowne pokolenie, mające je za zwykłe przesądy. Wszystko to, to rezultat prawdziwych badań naukowych, udokumentowanych w prawdziwych muzeach, z prawdziwymi klasyfikacjami i odpowiedzialnie przypisanymi etykietami. I sprzeciwia się to bezpośrednio wszystkiemu temu, co chciałaby stworzyć zapóźniona, rosyjska sekta, a co Amerykanie określiliby zapewne mianem „Muzeum za Trzy Grosze” – rzeczy o autorytecie dorównującym fotoplasytkonowi. Doskonale rozumiem, dlaczego bolszewicy zachowali instytucje cenzury; na wypadek, gdyby biedni wieśniacy, spoglądający w fotoplastykon celem przekonania się, że w środku nie ma Boga, zechcieli spojrzeć na zewnątrz – i przekonać się, co naprawdę dzieje się na świecie.

Przeł. Maciej Sobiech

1Określenie ukute przez kolonizatorów na rodzime kulty afrykańskie.

2Aluzja do Magazynu osobliwości Dickensa.