G.K. Chesterton: W sprawie nowej pruderii („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: „Proces w Salem” za: William A. Craf, „Pioneers in the settlement of America: from Florida in 1510 to California in 1849”]

Odkryłem niedawno, że tzw. nowa pruderia jest znacznie bardziej ograniczona i pruderyjna od starej pruderii; nawet tej z najbardziej ponurych i przygnębiających (czyli najbardziej niedawnych) dni purytanizmu. Odkrycie to jest dla mnie niemało interesujące; jako iż zawsze sądziłem, że pałam do zwyczajnej formy purytanizmu nienawiścią czystą, doskonałą i nieskazitelną. Tym niemniej, okazuje się, że pełnokrwisty purytanin nie jest nawet w połowie tak ponury, negatywnie nastawiony do życia i skłonny do represji, jak progresywista. Nowa pruderia to nie hobby skostniałych sekt, relikt podobny do starych, sfatygowanych kapliczek angielskiej wsi; to najnowsza moda wszystkich naszych nowych klubów, nowych lig, nowych gildii artystycznych i kulturalnych, nowych zielonych szkół nauki i filantropii, które ostatnio wszędzie się rozpleniły. A zatem, jak to się dziś mówi – melodia Przyszłości (takiej przez duże P); czy może raczej futurystów, którym wydaje się, że futurumbędzie należeć do nich. Ba! – widać przecież, że panuje ona przeważnie w młodym pokolenia i, co jeszcze bardziej osobliwe, zwłaszcza wśród tej jego części, która nazywa siebie także „wolnym” pokoleniem. I chrześcijańskie Dziesięć Przykazań, a nawet purytańskie Tysiąc Przykazań, w porównaniu z terroryzmem i surowością tego nowych tabu, to istna apoteoza wolności.

Aby dowieść, że mówię prawdę i tylko prawdę, posłużę się tutaj jednym praktycznym przykładem. Pewna dama, opiekując się akurat dzieckiem pewnej młodszej damy, odkryła niespodzianie, że maleństwo owo przejawiało cokolwiek mroczne i niezdrowe zainteresowanie historią świętej Joanny z Arc. Młodsza z tych kobiet należała zaś do tej spośród naszych szkół filozoficznych, która chlubi się z tego, że jest młoda; i to nie w tym sensie, w którym pewien poeta pisze o „sączeniu piwa w krainie młodości”, ale raczej w związku z ową osobliwszą poniekąd krainą młodości, w której nikomu nie wolno sączyć piwa, ale wyłącznie koktajle lub zimną wodę – co niepokojąco często kończy się zabawami z arszenikiem. Krótko mówiąc, wyznawała ona wszystkie najważniejsze idee filozofii postępu i zdecydowała się, jako matka, przedstawić owej działającej in loco parentis opiekunce listę zasad, których powinno się od tej pory ściśle przestrzegać, zarówno ucząc, jak i (czy może przede wszystkim?) bawiąc jej dziecko. A zatem: (1) Dziecku nie może wolno żadnych bajek ani nawet wspominać o jakiejkolwiek bajkowej postaci. (2) Nie wolno uświadamiać mu istnienia jakiegokolwiek rodzaju przemocy. (3) I, przede wszystkim, należy je ściśle zabezpieczyć przed potencjalnym wpływem gorszących plotek o istnieniu czegoś takiego, jak wierzenia religijne. Rzeczonej opiekunce pozwolę sobie zostawić problem tego, jak opowiedzieć historię św. Joanny z Arc bez przekraczania powyższych ograniczeń. Dziecko nie może usłyszeć, jak św. Joanna bawiła się w ganianie wróżek wokół drzewa; nie może usłyszeć o żadnej ze stoczonych przez Joannę bitew, bo w bitwie używa się przecież przemocy (sprawa tym kłopotliwsza, że, jak się obawiam, to całkiem spora część życia tej świętej); nie może usłyszeć o tym, jak św. Joanna zginęła – bo tu również nie obyło się bez przemocy, a dodatkowo sprawa ma pewien związek ze wstydliwym zagadnieniem wiary religijnej; wreszcie: o tym, za co Joanna zginęła – i za co walczyła. Naprawdę, chciałbym zobaczyć kiedyś podobnie oczyszczoną i ocenzurowaną biografię tej piętnastowiecznej heroiny.

Oczywiście, kompletnym nonsensem jest twierdzić, że coś takiego to kwestia liberalizmu i emancypacji; nonsensem udawać, że filozofia ta, to nie rzecz bardziej ograniczona i obskurancka niż najczarniejszy nawet pesymizm najgorszych czasów purytanizmu. Nie porównuję jej przy tym nawet w tym momencie do moich bardziej osobistych przekonań religijnych; tylko do tych przekonań religijnych, których osobiście najbardziej nie lubię; i powtarzam, że purytanizm – w tej wersji, której naprawdę najbardziej nie lubię – stanowił w porównaniu z tym cudacznym tworem intelektu prawdziwy poryw wolności, raj rozkoszy i swobody. Nie przepadam za „szkockim szabatem”, za rzędami ciemnych domów z pozamykanymi okiennicami, za długim dniem upływającym na lekturze nudnych książek religijnych czy na niczym zgoła. Ale jednak, w starym purytanizmie było znacznie więcej radości, niż tutaj; znacznie więcej wolności, niż tutaj. Na przykład – weźmy nie tyle jakiś argument za purytanizmem, co jeden z obiegowych argumentów przeciw tej doktrynie, mówiący, iż pozwala on swoim wyznawcom czytać właściwie tylko Biblię – szczególnie w niedzielę. Tym niemniej, Biblia to księga tysiąca i jednej nocy romantycznych i pasjonujących opowieści w porównaniu do tego, co pozwalają czytać swoim dzieciom współcześni oświeceni. Biblia to Encyclopaedia Britannica mnóstwa tematów i niepoliczonych ludzkich historii, w porównaniu do tego, czego się te nieszczęsne dzieci uczą. Nikt nie może czytać Biblii, nie dowiadując się przy tym wspaniałej masy rzeczy na temat wojen, wiary, prawdziwych i fałszywych religii, mistycznych czy magicznych bytów, fruwających wokół człowieka we wszystkich legendach i całej literaturze świata. Mali chłopcy, wychowujący się w ciemnych, kalwińskich domach naszych dziadków, dorastali, w jak najbardziej realnym sensie, z głowami pełnymi szlachetnego zgiełku konfliktu i kryzysu; mężnych i mocnych działań opisywanych w najwspanialszej angielszczyźnie, jaką kiedykolwiek znała historia naszego narodu; wśród jazgotu krzyków i wojskowych rozkazów; rydwanów Izraela i jeźdźców jego; w towarzystwie człowieka, który naciągnął łuk i przypadkiem ugodził króla między spojenia pancerza1; i tego, którego jazdę rozpoznawano z daleka, ponieważ jeździł szaleńczo2. To właśnie, przy wszystkich swoich wadach, jest to, co nazywam pewnym poziomem wykształcenia; a na pewno wykształceniem lepszym, niż to, jakie odbiera biedny, przyszły namaszczeniec, który nigdy nie dowie się nawet, czym jest sztandar i przeżyje swoje dzieciństwo w przekonaniu, że Joanna d’Arc nosiła parasolkę.

Póki co, ograniczanie dzieciom dostępu literatury wojennej to po prostu ograniczanie im dostępu do literatury – i sama tylko Biblia stanowiłaby lepszy kurs literacki, niż owe głupkowate i pruderyjne curricula układane przez ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o koni, którego szyję przystrojono gromem3, czy owej dzikiej zwierzynie, co śmiać się będzie ze świstającego oszczepu4. Jeszcze dziwniej robi się wszakże, jeśli wspomnieć, że nawet w owych ciemnych, purytańskich domostwach, o których wspomniałem, dopuszczano jeden, przysłowiowy niemal wyjątek i dzieciom, nawet w niedzielę, wolno było czytać Wędrówkę pielgrzyma5. To znaczy: wolno im było czytać opowieść, która z dużym prawdopodobieństwem może być bajką; która zaś z całą pewnością zawiera sporo opisów walki – i która, według niezliczonej ilości świadectw, stanowiła wcale niezły substytut innych powieści i romansów dla najmłodszych. Tak czy inaczej, obdarzone wolnym duchem dziecko może znaleźć w niej coś w rodzaju ducha walki; i nigdy nie zapomnieć już owego momentu, w którym Apollon zastawił całą szerokość drogi; czy tego, w którym umierający Greatheart oddał swój miecz – i trąby zagrzmiały na jego cześć już po drugiej stronie. I wolałbym być posępnym, wiecznie zdziwionym, zamroczonym, zakurzonym, siedemnastowiecznym kalwińskim majstrem-klepką, niż nie usłyszeć nigdy w tej łez dolinie dźwięku podobnej trąby.

W sensie intelektualnym zaś, przesłanie powyższych wywodów sprowadza się do prostej obserwacji: że nowe filozofie, nowe religie i nowe systemy społeczne nie potrafią opracować takiego planu emancypacji ludzkości, który by jeszcze owej ludzkości bardziej nie zniewalał. Nie potrafią przeprowadzić tego, co uznają za zwyczajne reformy bez narzucania społeczeństwu najbardziej nadzwyczajnych restrykcji. Powinniśmy żyć w warunkach stanu wojennego – bylebyśmy tylko nigdy nie usłyszeli o żadnej wojnie. Nasze dzieci powinny pozostawać pod nadzorem najgderliwszych spośród guwernantek – byle tylko nie usłyszały nigdy niczego na temat wróżek czy walki z rzezimieszkami. Każdego powinno się ćwiczyć według nowej, antymilitarystycznej dyscypliny prawie tak sztywnej i ścisłej jak najgorszymilitaryzm. Wszystkie bajki dla dzieci mają być oceniane przez cenzora, który zabroni ich publikacji, jeśli okażą się zbyt ładne – na podobnej zasadzie, na jakiej w dawnych czasach wiktoriańskich nudni filistrzy zakazywali ich publikacji gdy okazały się zbyt brzydkie. Powstanie wśród nas nowa pani Grundy6, która będzie rumienić się nie wobec naturalnych faktów, ale pozanaturalnych fantazji. Zaraz znajdzie się jakiś nowy Paul Pry7, posłany, aby węszył ludziom pod domach lub zaglądał w dziurki od klucza i sprawdzał, czy przypadkiem (w jakiejś jaskini nikczemności) dzieci nie uczy się podziwu dla odważnych ludzi. Cokolwiek myślelibyśmy o pokrewnych roszczeniach tych dwóch religii, jeden fakt z logicznego punktu widzenia pozostaje pewny: że nowa religia, w dokładnie takim samym stopniu, jak stara, będzie agresywna i nietolerancyjna. Bo, z samej swojej natury, wypowie wojnę wszystkim najnormalniejszym tendencjom natury ludzkiej; w dokładnie takim samym stopniu, jak mówiło się to dawno temu o dowolnym systemie religijnej ascezy czy wyrzeczenia. Jest to z całą pewnością wypadek, w którym przeciwności się spotykają; choć, prawdę mówiąc, przeciwności owe częstokroć spotykają się dlatego, że są znacznie mniej przeciwne, niż się ludziom wydaje. Współczesny pacyfista w naprawdę dużej mierze przypomina zamierzchłego purytanina; ten typ człowieka, który ma w naszych czasach wstręt do wszelkiej teologii w dużej mierze przypomina inny typ człowieka, który w tamtych czasach miał wstręt do wszystkiego poza teologią. I za dowód służy tutaj dokładnie ten praktyczny przykład, któremu się przyjrzeliśmy. Staromodny kalwinista, tak samo jak nowoczesny komunista, również zabraniał dzieciom czytać bajki. Staromodny purytanin, zupełnie jak nowoczesny pacyfista, również zabraniał młodym chłopakom kupować groszową tandetę o piratach. Ba! „Młody idealista” nowego świata nie jest nawet bynajmniej tak młody, jak się zazwyczaj mówi. Gdy mu się bliżej przyjrzeć, okazuje się, że to po prostu nasz własny, pradziadek-protestant, który w jakiś przerażający sposób powstał niedawno z grobu.

Tłm. Maciej Sobiech

1Aluzja do I Księgi Królewskiej 22, 34…

2… i II Księgi Królewskiej 9, 20.

3Aluzja do Księgi Hioba 39, 19; w Biblii Tysiąclecia przekład jest bardziej prozaiczny.

4Aluzja do Hi 42,20.

5Autorstwa Johna Bunyana, wydaną w roku 1678.

6Pierwotnie mało istotna postać w sztuce Speed the Plough Thomasa Mortona z 1798 roku, z czasem zogromniała do roli postaci przysłowiowej; określenie to oznacza człowieka pruderyjnego i konwencjonalnego.

7Główny bohater trzyaktowej farsy Johna Poole’a pod takim właśnie tytułem (wydanej w 1825) – młody człowiek, niepotrafiący powściągnąć swojej ciekawości i z lubością podsłuchujący i podglądający innych.

G.K. Chesterton: W sprawie kobiet, które głosują („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: Flora Lion, „Pracownice fabryki w Leeds”, 1918]

List pewnej damy, wydrukowany w dziale korespondencji News Chronicle, wyróżnił niżej podpisanego w iście miażdżącym stylu; postawił go w centrum uwagi – po to, by w swoim czasie być może zamienić je na centrum penitencjarne. Panna Florence Underwood, sekretarz Ligi Wolności Kobiet1, narzekała właśnie na obecny stan rzeczy, w którym „coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy”. Jak się okazuje, pomimo tego wszystkiego, w pisarstwie większości mężczyzn, w tym najważniejszych autorów gazet liberalnych, wciąż dominuje ton bezdusznej beztroski. Ten zaś, przywodzi pannie Underwood na myśl kilka mroczniejszych fragmentów, jakie zdarzyło mi się popełnić w przeszłości; przypomina je zatem w następujący sposób:

„W dniach przed równouprawnieniem politycznym pan G.K. Chesterton zapytał swą matkę, żonę i sprzątaczkę czy którakolwiek z nich chciałaby głosować. Na co każda z nich odpowiedziała: ‘nie’ – a pan Chesterton nabrał większego niż kiedykolwiek przekonania, że kobietom prawa wyborcze są niepotrzebne”.

Powyższe słowa, to poniekąd uproszczona wersja tego, co pan Chesterton naprawdę powiedział; prawda wszakże, że zasada tego, co powiedział, była bardzo prosta. Tym jednak, co najbardziej go teraz interesuje, jest fakt, że druga część jego godnego pogardy obstrukcjonizmu powinna być jeszcze prostsza do rozmontowania. Pomimo jego desperacki spisek, zawiązany wespół ze sprzątaczkami, matkami i innym tego typu chamstwem, kobiety zyskały prawa wyborcze – i mają je już od grubo ponad dekady. Jeżeli to rzecz tak cenna, że warta owych wszystkich obłąkańczych wysiłków tych lat, przez które się o nią walczyło – moglibyśmy chyba zasadnie spodziewać się, że drogocenność jej okazała się także w owym długim czasie, który minął, odkąd się ją otrzymało. Cały sens stanowiska sufrażystek i Ligi Wolności Kobiet sprowadzał się do stwierdzenia, że prawa wyborcze determinowały dystrybucję siły politycznej, bez której kobiety są bezsilne – a z którą nagle staną się silne. Tak też, skoro kobiety otrzymały już ową wielką, polityczną moc, możemy przypuszczać, że wrzaski się skończyły; wrzaski szczęśliwych i zwycięskich Amazonek, rządzących światem w majestacie prawa. Wszystko jest tak, jak być powinno. „Jak dobrze nam ze sobą”, jak powiedział pewien dziennikarz po zebraniu anglikańskich biskupów w wyrazie poparcia dla ruchu oksfordzkiego2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, jak zauważyła pewna pani domu, gdy jakiś czarujący raconteur został trapistą. „Jedziemy dalej”, jak zakrzyknął bagażowy po przeczytaniu książki panny Gertrudy Stein3. Kobieta otrzymała prawo rządzenia; i rządzi.

Ale zaraz – cóż to znaczy, cóż to za przedziwne słowa? „…coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy…” Jakże to może być, że coraz więcej i więcej kobiet popada w coraz większe i większe zgorzknienie, nie mogąc wcale usunąć przyczyn swej goryczy? Dlaczego nie skorzystają po prostu ze swego skarbu, ze swych praw wyborczych, i nie zmiotą tych problemów z powierzchni ziemi? W jaki konkretny sposób jakiś nędzny zastępca naczelnego z News Chronicle, członek pożałowania godnej męskiej mniejszości, mógłby stanąć na drodze samej pannie Underwood? Dlaczegóż nie porazi go ona z wysoka swym straszliwym Prawem i nie powali na ziemię? Ewidentnie, jest z tą sytuacją coś bardzo nie w porządku; i zastanawiam się, ze zwyczajną dla mnie perwersyjnością, czy przypadkiem moja sprzątaczka i moja matka nie wykazały się po prostu zdrową, kobiecą intuicją co do pewnych faktów. Nigdy nie twierdziłem, że sprzątaczka nie ma realnych problemów. Z całą pewnością nigdy nie powiedziałem, że kobiety pracujące nie padają ofiarą różnych form wyzysku gospodarczego. Przeciwnie, nieustająco utrzymywałem, że wszyscy ludzie pracy padają ofiarą wyzysku gospodarczego – i utrzymywałem to w czasach, gdy było to znacznie mniej modne, niż obecnie. Nie sądziłem po prostu, i nie sądziłem, że one tak sądziły, że to gospodarcze zło można usunąć dając kobietom jako kobietom prawo głosu jako prawo głosu. I powierzchowna lektura mrocznych i tajemniczych narzekań panny Underwood może łatwo wprawić kogoś w bałamutne mniemanie, że miałem słuszność.

Mówiąc wprost, czy ta szanowna pani sufrażystka byłaby łaskawa powiedzieć mi dokładnie jak wykorzystuje swoje równouprawnienie albo (1) po to by uniknąć eksploatacji ze strony pracodawcy; albo (2) po to by uniknąć wykluczenia ze związku zawodowego? Jakiekolwiek byłyby wady i zalety dyskryminacji kobiet w organizacjach gospodarczych, czy to kapitalistycznych czy proletariackich, czy istnieje w ogóle ktokolwiek, kto potrafiłby dzisiaj zmniejszyć naciski ze strony organizacji gospodarczych przy pomocy wyborów do parlamentu? Czy można to osiągnąć przypierając do ściany jakiegoś samotnego, miejscowego posła, prawdopodobnie całkowicie bezradnego szeregowca, i zmuszając go do składania różnych obietnic, których i tak jego własna partia nie pozwoli mu dotrzymać? Czy komukolwiek wydaje się, że można osiągnąć to głosując na oficjalnych przedstawicieli Partii Pracy, prawdopodobnie dowodzonych przez socjalistów równie płomiennych i skorych do działania jak pan Ramsay MacDonald4? A może powinno się ich w rozpaczy porzucić – i głosować na komunistów? A jednak, niekoniecznie wcale trzeba się zgadzać z komunistami, aby podzielać troskę panny Underwood o równość płci, czy też moją osobistą troskę o większą równość ekonomiczną. W każdym wypadku, w sprawie osiągania jakiegokolwiek poziomu równości ekonomicznej, głosowania zdały się nam mniej więcej na nic. To chyba „pani generał” Flora Drummond5, najbardziej militarna spośród militarystów, gdy rozpoczął się właśnie jakiś kolejny wielki strajk w kopalniach czy na kolei, zaczęła w wielkim wzburzeniu krzyczeć, że to nieliczący się kompletnie z wielkimi sukcesami sufrażystek w polityce przejaw męskiego szowinizmu w przemyśle. Wydaje mi się, że naprawdę nazwała go ona obelgą dla wywalczonych przez siebie parlamentarnych prerogatyw, które teraz obnosiła z tak wielką dumą, niczym jeden ze swych orderów. W rzeczywistości, po raz pierwszy zorientowała się, że prawo głosu, które sobie wywalczyła, było dokładnie tak daremne, jak powiedzielibyśmy jej to ja czy moja nieszczęsna sprzątaczka. Innymi słowy: pani sprzątaczka miała rację; ja zaś miałem rację właśnie dzięki tej sprzątaczce.

Nie widzę wielkiej szansy, abym zaczął łudzić się jakąś fantastyczną nadzieją, że panna Underwood zgodzi się kiedyś ze mną co do tego, że moja sprzątaczka miała rację – czy tym mniej, że ja miałem rację; kusi mnie jednak, żeby dodać tutaj jeszcze słówko komentarza – specjalnie dla każdego, kto byłby w stanie przyjąć, że naprawdę miałem wtedy rację – i że mogę mieć ją także i teraz. Kusi mnie, aby nadmienić, że nawet obecne pretensje panny Underwood, choć znacznie bardziej praktyczne i realistyczne niż mętna romantyka głosowania, również są bardzo wątpliwe – ponieważ opierają się na fałszywych założeniach. Bardzo rozsądnie jest twierdzić, że skoro kobieta i mężczyzna są w takim samym sensie proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, powinni być traktowani w taki sam sposób. To wszakże, czy oboje rzeczywiście tak samo nadają się do bycia proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, to rzecz daleka od oczywistości. I, przede wszystkim, dalekie od oczywistości jest samo to, czy w ogóle którekolwiek z nich powinno być proletariuszem na przemysłowym rynku pracy. Panna Underwood i jej przyjaciółki zawsze wypowiadają się w taki sposób, jakby bycie kontraktowym niewolnikiem w zepsutym i niszczejącym systemie kapitalizmu stanowiło coś w rodzaju błogiego błogosławieństwa, którym najpierw – w duchu podłęgo faworytyzmu – obdarowano samych mężczyzn, by potem (o, perfidio!; o, dyskryminacjo!) odmawiać go kobietom. I nawet wspaniała tudzież radosna sytuacja współczesnego handlu i interesów nie przekona mnie do przyjęcia tego poglądu jako pierwszej zasady.

Innymi słowy, dzieli nas jeden, malutki szczegół: że to, co ona nazywa niezależnością ekonomiczną, ja przypadkowo nazywam zależnością ekonomiczną. Zależność to rzecz wpisana w zatrudnienie; szczególnie teraz, wobec straszliwego, współczesnego widma braku zatrudnienia. Nie jest to złośliwość obliczona specjalnie na upokorzenie kobiet; to niepewność i niesprawiedliwość przynależna do całej ostatniej epoki rządów człowieka nad człowiekiem. Zbudować społeczeństwo zdrowsze, takie, w którym mężczyźni i kobiety pracować będą na swoim, a nie tylko u bogatych, to bardzo trudny i ryzykowny projekt. Nigdy jednak nie żałowałem słów, że więcej głosów wyborczych na nic się nie przyda w jego realizacji; i nie sądzę, że sufrażystki przydałyby się na cokolwiek w jego realizacji – nawet gdyby udało im się przemienić wszystkie matki i żony w dobrze opłacane służące wielkich trustów.

Przeł. Maciej Sobiech

1Organizacja polityczna, założona w 1907 roku przez grono zacnych feministek angielskich, działająca na rzecz równouprawnienia. Po uzyskaniu praw politycznych, zaczęła domagać się równości wynagrodzeń i „równości moralnej”. W 1918 roku sprzeciwiała się zaangażowaniu wojennemu Wielkiej Brytanii. Liga przestała istnieć w 1961.

2Dziewiętnastowieczny ruch we wspólnocie anglikańskiej, zorientowany prokatolicko (domagano się choćby powrotu do kultu świętych patronów). Należał do niego np. niejaki Jan Henryk Newman.

3Gerturda Stein (1874-1946) – amerykańska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, feministka.

4Ramsay MacDonald (1866-1937) – szkocki laburzysta, premier Wielkiej Brytanii w latach 1924 i 1929-35. Zwolennik łagodnego obchodzenia się z Niemcami po I WŚ. Drugi raz pełnił funkcję premiera w tzw. rządzie narodowym, w porozumieniu z konserwatystami i liberałami, starając się za wszelką ceną utrzymać brytyjskie status quo wobec Wielkiej Depresji (stąd zapewne Chestertonowskie ironizowanie).

5Flora „Generał” Drummond (1878-1949) – angielska sufrażystka i działaczka polityczna, znana ze swego zwyczaju noszenia stroju generalskiego.

H. Robbins: Wielkie opóźnienie („The Last of the Realists”, 1946)

[Ilustracja: słynna].

Jeśli ktoś wszakże, obojętne w jakim kraju, nie zna intelektualnych i literackich fundamentów cywilizacji, i nimi pogardza, blisko mu do stanu kompletnego barbarzyństwa, tak też pytać trzeba nie tylko o to, na ile rozumie, co to znaczyć być człowiekiem, ale na ile jest człowiekiem.

Dom Pierre-Celestine Lou Tseng-Tsiang OSB

Gilbert Chesterton zmarł, można by wręcz napisać, wydzielając woń świętości, 14 czerwca 1936 roku. Dobrze pamiętam, jak spytawszy George’a MacDonalda1 – musiało to być około roku 1935 – czy Staruszek napisze jeszcze książkę na pewien temat, który nam obu wydawał się istotny. „Nie”, odpowiedział, „Staruszek poszedł prosto do nieba”. Wciąż pisał jeszcze o sprawach bieżących, lecz serce jego i uwaga znajdowały się już gdzie indziej.

„Dał się przybić do swych myśli jak do krzyża”, powiedział ojciec Vincent [McNabb], który jak mało kto wiedział chyba, co mówi. Kilka razy, gdzieś między jednym dowcipem a drugim, z których był tak słynny, ojciec zajrzał mu głęboko w oczy, i nie dostrzegł w nich spojrzenia szczęśliwego człowieka. Nie tryskał humorem, i nie zawsze był w dobrym nastroju, choć tego właśnie wielu od niego oczekiwało.

Zawsze byłem przekonany, że nie umykał mu niemal żaden istotny element rzeczywistości, niezależnie, jak wyglądała i jak miała wyglądać. Wiedząc to wszystko – jak mógł być szczęśliwy? Zapewne zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, gdzie polityczna i gospodarcza ślepota prowadziły powoli jego ojczyznę, nie mówiąc już nawet o Lidze [Dystrybucjonistycznej] i czasopiśmie, które stworzył.

Spory, które miały podzielić Anglię od końca do końca, omal nie rozerwały ich na strzępy. Anglia nie mogła uniknąć tego losu, ponieważ naród musiał zdecydować w którą stronę chce iść. Natomiast sama natura tych sporów pozostawała w sprzeczności z dystrybucjonizmem, i sam akt decyzji prowadził do zniszczenia ruchu, choćby tylko ubocznie.

Pani Sheed [Masie Ward], technicznie mówiąc, słusznie napisała, że G.K.’s Weekly umarł wraz ze swym założycielem. Pismo ukazywało się jeszcze jakieś dwa lata, dopóki nie przekształciło się – pod redakcją mojego drogiego przyjaciela, Reginalda Jebba2, z którym nie bez bólu, lecz wielokrotnie musiałem się nie zgodzić – w The Weekly Review. Natomiast faktycznie, powiadam, pani Sheed ma rację, ponieważ od czasu śmierci Chestertona zamieniło się ono właściwie w organ politycznej prawicy, tym samym sprzeniewierzając się zasadom dystrubucjonizmu, odrzucającego ten idiotyczny podział ludzkości. Wciąż pamiętam szok, jakiego doznałem w lecie 1938, gdy wchodząc do redakcji ujrzałem na wszystkich oknach wielkie plakaty reklamujące Klub książki prawicowej.

Trzeba mi dać tutaj ogólny zarys tych wszystkich wydarzeń, które a długo zahamowały rozwój ruchu dystrybucjonistycznego.

Jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych rozdziałów, pierwsze ostrzeżenia pojawiły się już podczas słynnego lockoutu w przemyśle węglowym, w roku 1926, gdy należało dołożyć wszelkich starań, aby nie zajmować żadnego stanowiska w sprawach niedotyczących bezpośrednio programu ruchu. Za życia Staruszka, miało miejsce jeszcze ledwie jedno takie wydarzenie. W 1935, gdy Włochy przypuściły inwazję na Abisynię, spora grupa naprawdę szczerych dystrybucjonistów uważała, że G.K.’s Weekly nie publikuje wystarczająco jednoznacznych opinii negatywnych. Chesterton odpowiadał niechętnie, i mało zdecydowanie, twierdząc, że wie pewne rzeczy, które pozwoliłyby zobaczyć problem w innym świetle. Bez wątpienia chodziło o niezaprzeczalny fakt, że wszystkie działania Anglii, łącznie z sankcjami i operacjami floty morskiej, sterowane były przez grupę „złotych magnatów”, którzy prowadzili w Abisynii spore interesy i nie bardzo chcieli pogodzić się z perspektywą, że odtąd to Włochy będą korzystać z jej surowców, a nie oni. A jednak, choć istotnie fakt ten był niezaprzeczalny, trudno porównać go nawet do wskrzeszenia niegodnego imperializmu, z którym wszelkie cywilizowane narody – jak mniemano – zdążyły się już pożegnać. Ze względu na te wydarzenia, z Ligą i gazetą pożegnał się pan A.M. Currie3, ja zaś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to on miał w tej sprawie zupełną rację. Ilu jeszcze odpadło, nie sposób odgadnąć.

Naprawdę istotne podziały wszakże, zaczęły pojawiać się już po śmierci Staruszka, która niemal dokładnie zbiegła się w czasie z początkiem buntu Franco w Hiszpanii. Pamiętam, że przy pewnej okazji, Chesterton bronił wolności dystrybucjonistów słowami: „Prawdziwe to, choć i bolesne, że dystrybucjonista może pozostać całkowitym abstynentem”. W kwestii hiszpańskiej przynajmniej, zasada ta obowiązywała z pełną mocą. Hiszpańską wojnę domową każdy osądzić musiał we własnym sumieniu. Sprawa ta nie miała najmniejszego związku z dystrybucjonizmem, choć prawica zachowywała się tak, jak gdyby chodziło o być albo nie być całej cywilizacji, a Credo in Franconem na dniach włączone zostać miało do artykułów nicejskiego wyznania wiary.

Jak podszedłby do rzeczy sam Staruszek pozostaje w sferze domysłów. Na pewno jednak nie wpadłby w pułapkę bezkrytycznego uwielbienia dla generała Franco, które tak często cechowało jego nominalnych następców. Osobiście mniemam, że odzyskałby dawną formę docierając aż do sedna problemu; i że koncepcja, jakoby Hiszpanię katolicką ocalić mieli „mauretańscy piraci” z Afryki Północnej wywoływałaby u niego tylko salwy śmiechu. I śmiech ten, jakże ciepły, usunąłby raz na zawsze wszelkie złudzenia.

G.K.’s Weekly opowiedział się całkowicie i bez zastrzeżeń po stronie generała, i ta błędna decyzja poskutkowała głębokimi podziałami wśród jego czytelników.

Wiele periodyków, rzecz jasna, nie tylko że popierało Franco w czasie trwania konfliktu, ale i biło tę pianę jeszcze siedem lat później. Przyjemny skutek tego taki, że nikt już nie zwraca najmniejszej uwagi, co mówią one na temat innych problemów.

I znów, po raz kolejny muszę przytoczyć tutaj osobiste świadectwo. Senor Jose Antiono de Aguirre, de jure prezydent narodu baskijskiego, to człowiek nie tylko wielkiej odwagi, ale i wielkiej uczciwości. Samo to nie przesądza o prawdziwości jego opinii: ale na pewno zapewnia mu wiarygodność, gdy mówi o tym, co zna z pierwszej ręki. W roku 1945 opublikował książkę Wolność to ciało i krew. Dwukrotnie także próbowano, pierwszy raz w roku 1931, wyciągnąć z niego choć słowo poparcia dla antyrepublikańskiej rewolty.

Stwierdza także: „Kategorycznie mogę stwierdzić, że ofiary reżimu generała Franco są wielokrotnie liczniejsze, niż ofiary małej grupy pro-republikańskich oportunistów”.

Cytatem wszakże zapewne jeszcze bardziej istotnym, bo rozbijającym w puch wszelkie perory, jakoby prawica kierowała się bardziej wiarą religijną niż interesem politycznym, jest ten: „Do roku 1935 sprawy nie dało się rozwiązać. W tymże roku papież mianował monsignora Tedeschiniego (w tamtym czasie nuncjusza apostolskiego a Hiszpanii) kardynałem, i nadał przywilej przekazania mu kapelusza prezydentowi Republiki, Alcali Zamorze. Ceremonia odbyła się, z zachowaniem wszelkich honorów, w pałacu prezydenckim. Prawica odmówiła uczestnictwa, mając w głębokiej pogardzie szczere wysiłki monsignora Tedeschiniego dążące do skłonienia jej do współpracy z rządem republikańskim. Lewica odmówiła uczestnictwa ze względu na strach przed oskarżeniem o tendencje klerykalne”.

Prawica jest niezmiernie katolicka, jeśli Kościół tańczy ja mu zagra. Jeśli nie, przestaje być tak miło. Nie zapominajmy, że to duchowi spadkobiercy Karola V dokonali sacco di Roma w 1527, i że to Filip II wypowiedział w 1556 wojnę papiestwu. Tego wilka przynajmniej, natura naprawdę ciągnie do lasu.

Polityka Stolicy Apostolskiej była najzupełniej właściwa. W trakcie konfliktu, choćby najdelikatniejsze wyrazy wsparcia dla rządu Franco nigdy się nie pojawiły. Nie należy zapominać, że Kościół normalnie uznaje każdy rząd de facto uznawany za legalny. Jest tak zawsze, z oczywistych przyczyn, i tak też było w tym wypadku. Jedyny dokument, który uważa się (całkowicie błędnie) za dowód rzekomego papieskiego poparcia dla generała Franco to list polecający, który napisał dla nuncjusza delegowanego do nowego rządu po tym, jak rebelia odniosła zwycięstwo. Ukazuje on prawdziwe intencje ojca świętego mniej więcej w takim samym stopniu, jak wszystkie listy tego typu. Można opublikować je wszystkie – bez wątpienia ukaże się naszym oczom nie jeden, a stu zbawców cywilizacji. Niemniej ludzie rozumni wiedzą, czym one tak naprawdę są – zbiorkiem kurtuazyjnych formułek przedstawiających politykom nowego ambasadora, i niczym więcej.

Pan Belloc często zwykł mówić (i słusznie), że w sprawach europejskich „probierzem jest kwestia polska”.

W sprawach hiszpańskich, możemy z równą słusznością dodać, „probierzem jest kwestia baskijska”.

Gwoździem do trumny okazała się, pod koniec roku 1936, paskudna sprawa abdykacji Edwarda VIII.

To kolejny przypadek, w którym każdy powinien wydać osąd we własnym sumieniu. Dla dystrybucjonizmu, historia ta nie miała żadnego znaczenia. Kryzysy owe, jak powiedział to zgrabnie pewien mój przyjaciel, pozostawiły kraj w stanie „załamania emocjonalnego”.

Czytelnicy G.K.’s Weekly i działacze Ligi również się załamali. Gdy wybuchała wojna 1939-45, po dystrybucjonizmie nie było już śladu.

Przeł. Maciej Sobiech

1George MacDonald (?) – jeden z najbardziej wpływowych działaczy ruchu dystrybucjonistycznego, współpracownik Belloca, latynofil, zwolennik skrajnej prawicy, acz ze względów taktycznych (tropiciel bolszewickich jaczejek).

2Reginald Jebb (?-1977) – dystrybucjonista, dziennikarz, zięć Belloca. Redaktor naczelny The Weekly Review (tytułu, który zastąpił G.K.’s Weekly). Publicysta o proweniencji skrajnie prawicowej.

3(?) – dystrybucjonista, publicysta G.K.’s Weekly, zwolennik utworzenia Partii Dystrybucjonistycznej.

[Tekst jest fragmentem większej całości, którą można nabyć np. tutaj: https://www.amazon.com/Last-Realists-Distributist-Biography-Chesterton/dp/1932528016; zachęcam do lektury]

G.K. Chesterton: „Obrona prohibicji” (Sidelights”, 1932)

[Ilustracja: protest antyprohibicyjny w Alabamie, data nieznana]

Po skrupulatnym zbadaniu skutków prohibicji amerykańskiej, doszedłem do wniosku, że jedną z najlepszych rzeczy, jakie może zrobić rząd, jest zakazać wszystkiego.

Że historia Mefistofelesa, kusiciela Fausta, w rzeczywistości stanowi alegorię prohibicji amerykańskiej, to fakt potwierdzony przez wszystkich poważnych uczonych, których autorytet waży nieco we współczesnym świecie. Zachwycający się Mefistofelesowskim sarkazmem krytycy wielokrotnie określali ten typ humoru mianem „suchego” – obecnie nie da się zaś oddzielić tego terminu od jego treści politycznej. Złożona przez diabła obietnica zastąpienia starego Fausta Faustem nowym i pełnym młodzieńczej energii, w oczywisty sposób stanowi aluzję do obietnicy wychowania nowego i energicznego pokolenia amerykańskiej młodzieży, wolnego od zgubnych dla ciała i ducha skutków spożywania alkoholu, którą szafowali swego czasu amerykańscy prohibicjoniści. Alegoria niniejsza jest zupełnie czytelna nie tylko w wypadku tych rzeczy, które prohibicja obiecywała, ale również tych, które rzeczywiście zrobiła. Na przykład, jedna z rzeczy, które (o ile dobrze pamiętam) Mefistofeles rzeczywiście zrobił, polegała na tym, że wywiercił w stole kilka dziur i wyprowadził z martwego drewna jakiś piekielny napój własnego przepisu, co okraszone zostało w dramacie komentarzem, brzmiącym mniej więcej tak:

Winogrona rodzi winna macica,
rogi na łbie ma kozica,
krzewy drzewieją, wino się słodzi,
drewniany stół też wino rodzi.[1]

Czy dałoby się pomyśleć bardziej oczywistą i przekonującą aluzję do wszystkich nadużyć, jakich przyczynę stanowi spirytus drzewny? Każdemu krytykowi, który starałby się uniknąć tej miażdżącej konkluzji, jak gdyby była ona tylko zbiegiem okoliczności, musi istotnie brakować owej żelaznej logiki, która stała się przyczyną tak wielkiej stabilności i konsekwencji historycznej krytyki biblijnej. Kiedy bies ów określa sam siebie mianem „ducha, który wciąż zaprzecza”, oczywiste jest, że powinniśmy rozumieć pod tym sformułowaniem ducha, którzy wciąż zaprzecza, aby miał prawo istnieć na świecie jakiś inny niż on spiritus. Osobiście jednak uważam, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności zarówno życia, jak i literatury, rozstrzygające znaczenie ma w tym wypadku fakt, że określa on siebie mianem „tego, który zawsze pragnie zła, a zawsze czyni dobro”.

Że prohibicja i prohibicjoniści pragnęli zła, to coś, o czym żaden chrześcijanin lub prawy człowiek nie może ani przez moment wątpić. Że prohibicja i prohibicjoniści w ostatecznym rozrachunku czynią dobro, to już kwestia, przynajmniej chwilowo, bardziej kontrowersyjna. A jednak, pod jednym przynajmniej względem prohibicja zdążyła już przynieść nieco dobrego; i może przynieść jeszcze znacznie więcej dobrego. Spirytus drzewny nie stanowi tutaj najszczęśliwszego przykładu; i żaden roztropny winiarz nie będzie spodziewał się najszlachetniejszego bukietu po trunku wyprowadzanym przez diabła ze stołu w jadalni. Niemniej, istnieje w Ameryce bardzo wielu ludzi, którzy naprawdę wytwarzają napoje alkoholowe podobnie domowym sposobem; napoje nie ze stołów w jadalniach, ale na stoły w jadalniach. W żadnym wypadku nie jest prawdą, że każdy pędzony w domu alkohol to trucizna. Obecność diabła zaznacza się wystarczająco wyraźnie w przygotowanym przez amerykański rząd, przyjemnym projekcie zatrucia każdego pozostającego w granicach jego jurysdykcji alkoholu – tak, aby każdy, kto się go napije, szybciutko został zamordowany; lecz morderstwo stało się już praktycznie normalną rządową metodą wymuszania na lokalnych społecznościach abstynenckich gustów w sprawie jadła i napitku.

Prywatne trunki wszakże, różnią się od siebie zasadniczo w zależności od wypadku; większość jest przynajmniej nieszkodliwa, niektóre zaś – doprawdy znakomite. Znam pewien amerykański uniwersytet, na którym praktycznie wszyscy profesorowie warzą własne piwo; niektórzy z nich eksperymentują nawet z dwoma czy trzema rodzajami naraz. Ale szczególnie zachwycające jest to: że wraz z owym powszechnym odrodzeniem starej, ludzkiej tradycji browarnictwa domowego, wróciło także wiele z owej starej ludzkiej atmosfery, która jej niegdyś towarzyszyła. Profesor wyższej metafizyki będzie szczycił się swoim mocnym piwem; profesor niższej matematyki (znanej także pod nazwą: finanse i rachunkowość), będzie utrzymywał, że w jego łagodniejszej odmianie jest jednak coś bardziej subtelnego; profesor teologii moralnej (którego piwo jest zapewne najmocniejsze ze wszystkich) będzie częstował pod stołem pozostałych profesorów, zapewniając ich gorąco, że to nikomu jeszcze nie zaszkodziło. W tym sensie, prohibicja naprawdę przyniosła pewne dobro, pomimo tego, że zajadle i złośliwie pragnęła zła. A dobrem owym, jest właśnie to: odnowa zasadnej chluby i chwały twórczego rzemiosła domowego.

Skoro tak to wygląda, wydaje się, że niektórzy z naszych bardziej zagorzałych zwolenników mogą zacząć skłaniać się ku legislacji mocnej, prostej i bardziej ogólnej. Niech kongres albo parlament uchwali prawo zakazujące korzystania nie tylko z wyrobów fermentowanych, ale praktycznie wszystkich innych rzeczy. Niech rząd zdelegalizuje wełnę, wołowinę, worki, kapelusze i płaszcze; niech powstanie prawo wymierzone we wszystkich pobłażających sobie w używaniu kredy, sera, skóry, płótna, zegarków, zabawek, opowieści, obrazów i gazet. Wtedy, jak można wnosić na podstawie poważnej analogii socjologicznej, wszystkie rodziny ludzkości zaczną z werwą produkować te rzeczy na własną rękę; i świat naprawdę odzyska swą młodość.

Tłm. Maciej Sobiech

1.     Fragment w tłumaczeniu Emila Zegadłowicza.

G.K. Chesterton: Co z republiką? („Sidelights”, 1932)

[Thomas Sutherland (1785–1825), „Kapitol w Waszyngtonie”, rycina. Źródło: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:United_States_Capitol_-_circa_1825.jpg%5D

Jakkolwiek dziwne się to może wydawać, niektórzy ludzie zwyczajnie nie potrafią zrozumieć jak to jest, że nienawidzę amerykanizacji – ale nie Ameryki. Wydawało mi się, że zasłużyłem sobie jednak na prawo do stosowania tego oczywistego rozróżnienia do innych krajów – jako iż konsekwentnie stosuję je przecież od długiego czasu do mojego własnego kraju. Jestem Anglikiem (słowo uważane przez niektórych za synonim „egoisty”) i robiłem, co tylko było w mojej mocy, aby rozsławiać po świecie jak najwięcej angielskich rzeczy: angielskie puby, angielskie drogi, angielskie żarty i żartownisiów; posunąłem się nawet do tego, że chwaliłem drogi za to, że są podziurawione, a żarty za to, że są przaśne; niezmiennie jednak piszę, i to od pierwszej chwili, w której w ogóle zacząłem pisać, przeciwko kultowi brytyjskiego imperializmu.

I kiedy owa fatalna siła i sposobność, jaką zapewniają bogactwo i doczesne sukcesy, w znacznym stopniu przeszła z Imperium Brytyjskiego na Stany Zjednoczone, zastosowałem do Stanów Zjednoczonych po prostu tę samą zasadę. Uważam, że imperializm to zawsze imperializm, niezależnie od tego, czy realizuje się tę politykę przy użyciu presji ekonomicznej bądź snobistycznej mody, czy zwykłego podboju; istotnie, mam znacznie więcej szacunku dla imperium, które poszerza swoje granice przy pomocy siły militarnej, niż tego, które robi to przy użyciu mamony.

Tak czy inaczej, w obu wypadkach występuje pewna stała: to, że nieodmiennie eksportuje się na świat same najgorsze rzeczy. Międzynarodowa imitacja, zupełnie jak imperializm, praktycznie zawsze ma w sobie element duchowego niewolnictwa; to znaczy, cechuje się gustem niewolnika nawet w kwestii wyboru rzeczy imitowanych. Nagi Murzyn w cylindrze stanowi w takim samym stopniu krytykę cylindra, jak i samego tego Murzyna. I biały człowiek istotnie odnotował znacznie większe sukcesy w narzucaniu czarnemu człowiekowi czarnych ubrań, niż w narzucaniu mu tego, co czasami nazywa się białym duchem, czy białymi standardami godności i honoru. To doprawdy nieprawdopodobna myśl: że spośród tysięcy przepięknych rzeczy, które stworzyła Europa, od Partenonu po poezję Keatsa, nie ma ani jednej, którą udałoby się gdzieś z powodzeniem skopiować; najbrzydsza natomiast spośród wszystkich stworzonych przez Europę rzeczy w historii, współczesny strój, rozpleniła się tysiącami kopii po całym świecie. Co zaś jest prawdziwe w kwestii relacji między rasami, jak choćby białą i czarną, jest również prawdziwe w kwestii relacji między narodami, jak choćby amerykańskim i angielskim. Człowiek może jak najbardziej uważnie, dzień po dniu i rok za rokiem, przyglądać się amerykanizacji Londynu – i nigdy, przenigdy nie dojdzie do jego uszu, nawet w formie powiewu lekkiego zefirku z prerii, jeden choćby szept, który mówiłby o prawdziwych cnotach Ameryki.

Wielką cnotą Ameryki jest zaś to, że pomimo przemysłu i energii, pomimo postępu i praktycznych sukcesów, pomimo Edisona i elektryczności, pomimo Forda i Fordów, pomimo nauki, organizacji, bezwzględnej konkurencji i każdego innego zła, Ameryka nadal naprawdę pozostaje demokratyczna; pewnie nie w dosłownym sensie bycia demokracją, ale w sensie moralnym: tym, że składa się ona z demokratów. Jej obywatele są równi – nawet jeżeli są ledwie równie bezsilni. Mogą nie istnieć w niej rządy ludu, dla ludu i przez lud, nie ma w niej jednak na pewno rządów nad ludem, sprawowanych przez klasy panujące, i tym mniej – dla klas panujących. I dla każdego, kto wie cokolwiek na temat historii ludzkości, z jej heroicznymi ideałami i zbiorem prozaicznych rozczarowań, takie coś to naprawdę jest i zawsze będzie wielkie osiągnięcie.

Nie da się jednak dotknąć ani brzeżku tego rzeczywistego braterstwa nie zbliżając się do niego – i to do jego najprostszych, a wręcz najpośledniejszych siedzib. Najlepszych spośród Amerykanów znaleźć można wśród zapyziałych wiosek i zaśmieconych uliczek; gdzie nie szukają ich nawet bogaci Amerykanie, o europejskich podróżnych nie wspominając. To w nich właśnie przetrwała do dziś niemożliwa do opisania przyzwoitość i duma duszy; nieskażona poddaństwem; nieskażona pesymizmem. Dobro, które w nich mieszka, w naturalny sposób pozostaje nieznane dla globtroterów – ponieważ pozostaje ono nieznane dla nich samych. Pewien ksiądz katolicki powiedział mi kiedyś o pewnej grupie ludzi ze Środkowego Zachodu: „Nie mają pojęcia o własnej cnocie – i to musi być bardzo miłe Bogu”. Ulicę Główną obnoszono przed światem jako najgorszą część Ameryki. Sądzę, że jest to niemal jej najlepsza część.

Kiedy oddaliśmy już sprawiedliwość tej wielkiej amerykańskiej zalecie, równie otwarcie możemy powiedzieć teraz coś-niecoś o wielkiej amerykańskiej wadzie. Nie twierdzę, że amerykańskie bogactwo było złem; bo było ono ledwie nieszczęściem. A także – czymkolwiek ono było, to już było. Bóg w swym miłosierdziu uwolnił ten kraj od katastrofy zamożności. Nie; prawdziwa wada amerykańskiej cywilizacji, pech, który równoważy prostoduszność i prostotę zasadniczego, demokratycznego projektu, dotyka przede wszystkim relacji między kulturą i credo. Już na samym początku, Ameryka zdecydowała się podążać złą ścieżką w kwestiach wiary i moralności; w związku z czym, jej moralność nie była idealna nawet wtedy, kiedy naprawdę była idealistyczna; moglibyśmy powiedzieć, że im mniej była idealna, tym bliżej jej było do ideału. Ameryka ma wielkie idee polityczne, ale mizerne idee religijne. Jej duchowej wizji nie starczyło przestronności, aby mogła pomieścić w sobie rozmach i różnorodność międzyludzkiego braterstwa, które chciano tutaj ustanowić.

Ameryka nigdy nie była taka zupełnie normalna. Ktokolwiek, kto kiedykolwiek widział jakąś normalną społeczność w lot pojmie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że dowodzi tego samo tylko tutejsze nastawienie do alkoholu – i samo tutejsze nastawienie do religii. Tak, jak nie ma tutaj żadnego napoju, który przynosiłby ludziom sen – tak nie ma tu żadnej religii, która przyniosłaby im ukojenie. Należy do tego narodu niezliczona rzesza męskich i niezależnych farmerów; nie tworzą oni jednak normalnego chłopstwa. Farmerzy owi bardzo często mają solidne i dobrze prosperujące farmy; nie jest to jednak normalna własność. Coś naraz wygłodzonego i wiecznie wyprężonego, coś zbyt czujnego, by mogło być w pełni ludzkie, nieustannie przewija się w historii republiki pionierów. Źródło tej rzeczy, podobnie jak wszystkiego innego, znaleźć zaś można w religii.

Niedawno, ktoś zarzucił mi, że prowadzę podwójne życie; że ukrywam się za maską „zwyczajnego gościa” i mieszkańca Gopher Prairie, lecz mam także inne sekretne mieszkanie – i w dwudziestu siedmiu pubach Auburn, najsłodszego miasta równin, oddaję się nieokiełznanej rozpuście angielskiego wieśniaka. Innymi słowy – człowiek ów nie potrafił zrozumieć jak to jest, że bronię bardziej męskich elementów ulicy Głównej przed atakami zupełnie sztucznie wytworzonej anarchii Greenwich Village, otwarcie utrzymując przy tym, że wioska amerykańska jest znacznie brzydsza, niż wioska angielska.

Nigdy nie zaświtało mu przy tym, że obydwa te twierdzenia są zupełnie prawdziwe, zupełnie niesprzeczne – i bardzo istotne dla większej prawdy, którą starałem się udowodnić. Mówiąc po dziennikarsku, jedno z nich stanowiło Atak na Amerykę, a drugie – Obronę Ameryki; obydwie te rzeczy to znakomite numery, ale lepiej, by zajmowali się nimi dwaj różnego typu sentymentaliści, a nie jeden, prosty racjonalista.

Oczywiście, na tyle, na ile rzeczywiście cokolwiek atakowałem albo czegokolwiek broniłem, na pewno nie atakowałem ani nie broniłem Ameryki. W pierwszym wypadku, broniłem normalnego, ludzkiego życia, w drugim zaś – wyjątkowego, angielskiego krajobrazu. W drugim – zwróciłem uwagę, że Mecken i Lewis, będąc poganami, a więc i pesymistami, tak naprawdę przestali już wyszydzać ludzi wędrujących po ulicy Głównej i zajęli się wyszydzaniem innych ludzkich wędrówek – wędrówek ludzkiej duszy; samego serca człowieka. Sceptycy tej konkretnej szkoły zaczęli zapytywać nie o to, czy istnieje jakaś dobra tradycja kultury w miasteczku pełnym gumy balonowej i pogaduszek o dolarach, ale czy istnieje jakiekolwiek dobro w życiu, skoncentrowanym wokół dzieci, żony i pracy. Nie kpią już ledwie z prowincjonalnych przywar, ale pierwotnych doskonałości amerykańskiej wsi. W tej kwestii pytanie, czy wieś owa jest brzydka, czy nie, nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

W tym wypadku, problemem jej brzydoty w ogóle się nie zajmowałem. W drugim wszakże – owszem, i miałem w tym bardzo logiczny cel. Wykazywałem, że w kwestii piękna krajobrazu, Anglia to (zgodnie ze słowami Szekspira) drogocenny klejnot – nie tylko dlatego, że jest piękna, ale i bardzo rzadka. Nieznający świata ludzie myślą, że ich własna trawa i drzewa ciągną się aż po krańce ziemi; nie wiedzą, że żyją w małym ogrodzie w samym środku wielkiej dziczy. I przywołałem tutaj jako przykład fakt, że Ameryka, choć odznacza się wspaniałą architekturą miejską, na całych swych ogromnych przestrzeniach nie wybudowała żadnej choćby względnie ładnej wsi. Obydwa te spostrzeżenia miały bezpośredni związek z tym, co starałem się wytłumaczyć – i, istotnie, o wytłumaczenie czego bardzo wyraźnie mnie poproszono. A jednak – jedno z nich było PA (proamerykańskie), a drugie AA (antyamerykańskie). Jak inaczej można by wyjaśnić tę tajemnicę, jeżeli nie hipotezą podwójnego życia, a może nawet rozdwojenia osobowości? Zapewniam zatem mojego amerykańskiego przyjaciela, że mówiąc, iż nawet amerykańska wieś wygląda bardziej ludzko niż kolonia artystyczna, czy zwykła komuna, nie jestem niekonsekwentny, ale przeciwnie – konsekwentny aż do bólu.

Pośród tych ostatnich spośród ostatnich słów, jakie wypowiem tutaj na temat Ameryki, równie dobrze mogą znaleźć się i te: że ta republika jest wszystkim, tylko nie republiką. Powiedziałem już, że to wciąż w pewnym sensie demokracja – choć zazwyczaj w owym luźnym i nieprecyzyjnym sensie współczesnym, w którym mówi się „demokratyczny” wtedy, gdy należałoby powiedzieć „egalitarny”. Przeciętna osoba prywatna naprawdę ma tutaj ów przedziwny rodzaj szacunku do siebie, który nie ma względu na osoby; choć można by na to odpowiedzieć, że w świecie polityki, w którym poszczególne osoby nie są aż tak bardzo znowu godne względów, jest o to nieco łatwiej. Można to nazwać demokracją w tym sensie, że demokracja nie podziwia demagogów. W relacji ze swoimi panami, tłuszcza patrzy raczej z góry – niż do góry.

Jednakże, w owej starożytnej i majestatycznej nazwie „republika”, trwającym do naszych czasów fundamencie starożytnego Rzymu, obecna jest jeszcze pewna inna idea, w Stanach Zjednoczonych zgoła zupełnie nie-obecna. Istotnie, osobliwym paradoksem jest sugerować, że różnica nazw, występująca między dwiema współczesnym partiami politycznymi może mieć jakiekolwiek znaczenie. Niemniej, nazwy Demokratów i Republikanów naprawdę się od siebie różnią, choć nie można tego raczej powiedzieć o partiach jako takich. I można być demokratą, w ogólnym sensie sympatyzowania z tłumem raczej, niż z jego panami, nie będąc jednocześnie ani trochę republikaninem.

Obywatele Stanów Zjednoczonych zaś, nie są ani trochę republikanami; a tyczy się to zwłaszcza samych Republikanów. Jako iż ów stary jak świat termin „Rzecz-Pospolita”, używany zarówno jeszcze w feudalnym średniowieczu, jak i w czasach Imperium Rzymskiego, zawiera w sobie ideę, że każdy człowiek pozostaje w bezpośredniej relacji do państwa czy dobra wspólnego – bardziej bezpośredniej od wszystkich tych, które łączą go z jakimkolwiek panem czy patronem w jego życiu prywatnym; że cokolwiek czyni on targując się z równymi sobie, czy występując w charakterze klienta bądź adwokata, powinien zawsze zachowywać świadomość, że dokonuje się to wszystko na owym gigantycznym tle, jakim jest Forum czy Kapitol.

Każdy stan Unii ma zaś Kapitol – dokładnie w owym starym, klasycznym sensie tego słowa, a niektóre z nich są do tego bardzo udane pod względem architektonicznym. A jednak, to jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie wciąż mogą jeszcze zobaczyć Kapitol, to także jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie zupełnie już o nim nie myślą. Kapitol nie potrafi zdominować drapaczy chmur i wielkich reklam ustawionych na ich dachach; i na pewno nie mąci on spokoju tym, którzy je tam ustawiają. Amerykanie to dzisiaj dobrzy sąsiedzi raczej, niż dobrzy obywatele. Czysty i prosty duch służby publicznej wyparował z ich życia w większym stopniu, niż stało się to u innych narodów świata.

Problemem jest w Ameryce to, że każdego Amerykanina przekonano z czasem, przy użyciu cichych lub głośnych metod perswazji, że jego praca znaczy więcej, nie tylko niż jego decyzje wyborcze, ale i sam duch obywatelski, stanowiący źródło instytucji wyborów. Jednak ze względu na cnoty prywatne Amerykanów, znacznie mocniejsze niż ich cnoty publiczne, ten stan rzeczy nie poskutkował ostatecznie eksplozją zwykłego egoizmu. Tym, czym naprawdę poskutkował, jest natomiast jakiś cudaczny poniekąd rodzaj lojalności feudalnej. I, zupełnie jak w wiekach ciemnych, bezpośrednim rezultatem tej feudalnej lojalności okazała się zwykła feudalna anarchia. Reporter, którego jedynym obowiązkiem jest pisanie raportów do gazety, dla której pracuje, sprzedawca, którego jedynym obowiązkiem jest dzwonić do szefa, wspólnymi siłami wytworzyli atmosferę bardzo podobną do na poły barbarzyńskiego heroizmu „Pieśni o Rolandzie”, który wymaga, by człowiek „oddał skórę i nałożył głową” dla swego pana.

Dlatego też Ameryce wprost zbywa na organizacjach – ale nie na organizacji; organizacji w sensie – porządku. Jej organizacje całkowicie ją dezorganizują. Wszystkie one dysponują wszelkimi formami feudalnej wierności i wściekłości; w tym sensie, wszystkie one przypominają organizacje przestępcze. Nigdzie nie mają one państwa w tak wielkiej pogardzie, nigdzie go tak zaciekle nie rozbijają, jak w wypadku tego, co nazywamy państwem Stanów Zjednoczonych. Istnieje niebezpieczeństwo, że organizm polityczny, którego Grant i Lincoln bronili jako „Unii”, zasłuży sobie pewnego dnia na specjalną nazwę „Dyzunii”.

Sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby następcy Lincolna i Granta rozumieli państwo w starszy i prostszy sposób; albo, innymi słowy, gdyby Republikanie byli republikanami. Niestety, to właśnie oni, w większym stopniu, niż ich polityczni oponenci, sprzyjali przede wszystkim tej komercyjnej szamotaninie, jako rzekomemu przejawowi wigoru, a zatem i walorów, Ameryki. W związku z tym, bardzo trudno jest dzisiaj przekonać jakiegoś pracownika fizycznego, aby zastanowił się na serio, czy dobrze jest dla narodu, by gazety śrubowały wciąż swoją sensacyjność, a sprzedawcy – sprzedaż, by reklamiarze dalej reklamowali, a dorobkiewicze dalej się dorabiali. W każdym możliwie ludzkim sensie czuje on, że to wszystko jest dobre dla jego pensji; w każdym możliwie właściwym sensie czuje on, że to dobre dla jego rodziny; w osobliwe feudalnym sensie czuje on także, że to dobre dla jego firmy. Nie sądzę jednak, aby w jakimkolwiek sensie czuł, czy choćby udawał, że czuje, że to dobre dla jego kraju.

Tak czy inaczej, dla jego kraju to wszystko jest bardzo złe. Stanowi początek całego tego kryminału, całej korupcji, nadprodukcji i bezrobocia, przeciwko którym pracownik ów zaczyna obecnie reagować i organizować rebelię. Przyczyny tego tkwią zaś w zamierzchłej przeszłości ducha jego narodu, w religijnej raczej niż politycznej historii Ameryki. Cała ta światowość ma swoje przedziwne źródło w zaświatowości. Pojawiła się, ponieważ naród amerykański rozwijał się nie w atmosferze jedności filozoficznej, ale różnorodności fanatyzmów; pośród mnóstwa różnych sekt, wzniesionych na tym lub innym dogmatycznym drobiazgu albo na negacji tego lub innego dogmatycznego drobiazgu; na czymś, co było nie tylko opinią prywatną, ale i opinią bardzo szczegółową.

Bardzo trudno byłoby postawić jakąś wyraźną granicę, czy wyznaczyć jakąś konkretną datę, która oddzielałaby ostatnie chwile biurokratyzmu niszczejącego Imperium Rzymskiego od pierwszych chwil feudalizmu wieków ciemnych. Możemy jednak z zupełną pewnością powiedzieć, że około szóstego czy siódmego wieku, zorganizowane społeczeństwo minęło swój zenit i zmierzało wprost ku upadkowi na niższy poziom kultury. Sądzę, że zenitem idei chrześcijańskich był ten moment, w którym Europa pozbyła się już niewolnictwa i rozpoczęła pierwsze eksperymenty z systemem dystrybucji drobnej własności prywatnej – dopóki drobna własność prywatna nie została wchłonięta przez wielką własność prywatną. Sądzę, że to był ten moment, w którym ludzie zaczęli mieć już świadomość narodową, ale wciąż potrafili myśleć w międzynarodowych kategoriach.

Sądzę, że współczesna katastrofa, jaką jest kapitalizm, bardzo przypomina ówczesną katastrofę, jaką był feudalizm; i pod tym względem nie różni się ona zasadniczo od zwykłego barbarzyństwa. Może kiedyś dojść i do tego, że ludzie będą zbierani w stada i chronieni przez wielkie firmy, na podobnej zasadzie, na jakiej wtedy zbierali ich w stada i bronili wielcy feudałowie. Niemniej – na pewno jest to upadek, w konkretnym wypadku Ameryki zaś, jest to szczególnie upadek republiki. Niemniej, mieszkańcy Imperium Rzymskiego ciągle mówili o nim jako o republice, nawet kiedy wszystko stawało się w nim feudalne; i podobnie – dzisiaj również często mówi się o republice, nawet w kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych.

W Ameryce wszakże, owe mniejszego kalibru lojalności, obowiązek walki o utrzymanie posady, obowiązek sprzedawania co miesiąc takiej to a takiej ilości określonych towarów, mają bardziej pozytywny, a mniej negatywny charakter, niż w Anglii. I ten nienaturalny indywidualizm, opierający się na całej masie bardzo męskich i mocnych cnót, historycznie wypływa wprost z indywidualizmu religijnego. W Anglii chodzi tu raczej o wyrodnienie romantyki gentlemańskiej niż obecność nowej romantyki transakcyjnej. W Ameryce ciągle chodzi zasadniczo o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” w handlu – ponieważ pierwotnie chodziło o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” z dobrem; to znaczy: ze zbawieniem duszy. Religia Amerykanów nigdy nie była wystarczająco republikańska; nie dość pospolita na rzeczpospolitą. I tak, w ostatecznym rozrachunku, religia ta poddała się wpływom handlowych haczyków; nauczyła się od hochsztaplerów i handlarzy jak „wciskać” ludziom swoją ofertę; zaczęła liczyć konwertytów tak, jak liczy się klientów; i myśleć raczej o sprzedaży dóbr, niż szukaniu dobra.

To jest właśnie prawdziwa tragedia Ameryki, i mam do starego purytanina wystarczająco dużo szacunku, aby nad nią płakać. Bardziej tragicznie niż komicznie jest słyszeć, jak współcześni purytanie tak samo jak ich przodkowie oskarżają papistów o przepych ceremoniału i zwyczajną maskaradę, by potem reklamować własne kaplice z wykorzystaniem rekwizytów teatralnych i kolorowych świateł. To, czego purytanie nie zrobiliby nawet dla uczczenia Boga czy kobiecego piękna, czego nigdy nie mogli ścierpieć u księży i wybaczyć poetom, przyjęli ostatecznie kapitulując przed blichtrem wystaw sklepowych i piewcami taniego reklamiarstwa. I tak też komercyjna szamotanina musiała w jakiś sposób ustosunkować się do całkiem nowego problemu. Problem wielkiej amerykańskiej demokracji stanowi zaś nie co innego, tylko konflikt między dobrymi i złymi zasadami, które starałem się tutaj zarysować; między wspaniałym, ludowym poczuciem wartości i wysiłku, nieświadomym heroizmem Zwykłego Człowieka z poezji Whitmana, starą, republikańską prostotą; a, z drugiej strony, pretensjonalnym i nieadekwatnym ideałem niskiej ambicji i niepokoju.

Amerykanie byliby prawdziwie czarującymi ludźmi – gdyby tylko Amerykanie zostawili ich w spokoju. Gna ich jednak bez końca, ku staraniom raczej, niż skutkom, ziejący gorącym powietrzem, elektryczny wentylator. Niemniej, mają oni nad nami tę jedną, zasadnicza przewagę: że ich zamierzchła równowaga umysłowa zestaliła się w doktrynę; sądzę jednak, że doktryna owa musi stać się w przyszłości nie mniej, a bardziej chrześcijańska. Tu nie ma miejsca dla faryzeuszy; Bóg wie, jak często Anglicy zapominali, że na ich sztandarze widnieje krzyż. Myślę jednakże, że ów słynny sztandar bez krzyża może jeszcze stać się realnym symbolem; symbolem Tego, którego gwiazdy nas oświecają, i na którego spadła chłosta, zdzierając zeń pasy; a była to chłosta zbawienna dla nas.

Przeł. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: Nieporozumienie w sprawie reakcji ( „G.K.’s Weekly”, 15 III 1934)

[Ilustracja: papież Pius XI, potępiciel Akcji Francuskiej]

Oto oskarża się mnie o dyplomatyczne manewry, w sposób, który prawie że mi schlebia: pewien czytelnik pisze do mnie w liście, że nasze stanowisko w sprawie obecnej sytuacji austriackiej to jego zdaniem fasada, skrywająca jakiś mroczny sekret, którego nie chcę ujawnić. Ależ, przecież z chęcią bym go ujawnił! Jest on jednak najwyraźniej tak mroczny i dyplomatyczny, że mnie samemu jeszcze go nie ujawniono. Co myślę o Austrii jako kraju, podobnie jak o historycznej genezie jej obecnych trudności, wyjaśniłem, obawiam się, aż nazbyt drobiazgowo w trzech czy czterech artykułach, kilka miesięcy wcześniej. Jeśli do podobnie obszernego wyjaśnienia trzeba coś dodać, z chęcią dodam. Teraz pozostaje stwierdzić tyle, że istnieje coś takiego, jak austriacka tradycja – nie tylko w sensie mechanicznym czym liczbowym, ale prawdziwym; że, z historycznego punktu widzenia, popierać austriackich nazistów to popierać nie Austrię, ale sprusaczone Niemcy; austriackich komunistów zaś – również nie Austrię, ale rosyjski bolszewizm. Powody odrzucenia zarówno nazizmu jak i bolszewizmu przedstawiałem tutaj wystarczająco często, aby każdy mógł zrozumieć, że w porównaniu najbardziej przemawia do mnie opcja numer trzy. Pan Porter wszakże, zaczyna od aksjomatu znacznie prostszej natury.

„Wielu utrzymuje”, zauważa, kręcąc przy tym poważnie głową, „wielu utrzymuje, że Kościół Katolicki (Kościół, nie katolicy), nie cofnie się przed największą okrucieństwem, byle utrzymać władzę”. Cóż, wielu utrzymuje również wiele innych, podobnych rzeczy, choć może już nie tak wiele, jak niegdyś. Dawniej wielu uważało, na przykład, że to papiści wywołali wieli pożar Londynu; dziś zaś chodzi po tej ziemi całkiem sporo osób, wykazujących w kwestii „papistowskich spisków” podobny poziom wykształcenia. Wielu do dzisiaj wierzy, że katolicy dają swoim spowiednikom spory napiwek w zamian za rozgrzeszenie; po przyjęciu pieniędzy, ksiądz natomiast rzecz jasna ceremonialnie uchyla biretu. Wielu nieco mniej wyrafinowanych intelektualnie mieszkańców Środkowego Zachodu czy „czarnego pasa” Stanów Zjednoczonych Ameryki święcie wierzy, że Rycerze Kolumba uroczyście przysięgają kijem wybijać mózgi niemowląt wszystkich innych wyznań; i prosta wiara takich ludzi trwa niewzruszenie wobec najbardziej nawet oczywistych dowodów, świadczących przeciw. To ten sam lud wierny był swego czasu przekonany, że jeśli katolik kiedykolwiek zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, natychmiast przyleci do Ameryki w wielkim, białym samolocie papież, zamieszkać w Białym Domu. Nie sądzę, by można było powiedzieć, że w wypadku którejkolwiek z tych grup obiektywne poczucie faktów przeważało nad subiektywnym czuciem religijnym. Sądzę jednak, że wszystkie one bez wyjątku wykazują więcej rozsądku i zdrowia psychicznego, niż ci, którzy twierdzą, że Kościół Katolicki stoi za obecną falą reakcji w Europie. Jak by nie spojrzeć, ledwie niewielu Anglików, nawet najbardziej oświeconych, wpadło na pomysł, by ukryć się pod konfesjonałem i podsłuchiwać spowiedzi; i niewielu Amerykanów, nawet najbardziej przedsiębiorczych, zdecydowało się wstąpić w szeregi Rycerzy Kolumba. Wszyscy mamy jednak oczy i tymi oczami możemy dostrzec fakty wielkie dziś jak cała Europa – które to fakty jasno przeczą najnowszej wariacji na temat papistowskich spisków, jaką popełnił pan Porter.

Osłupiające jest zauważyć, jak ludzie mogą dostrzec najbardziej nawet oczywiste i oszałamiające fakty, niczego się z nich nie ucząc, ani nawet niczego nie widząc. Jeśli jest zaś coś oczywistego i oszałamiającego w nowoczesnym ruchu politycznym, jaki zaczął się wraz z powstaniem faszyzmu, to jest tym to, że pierwotnie był to ruch całkowicie sekularny, a momentami nawet wprost antyklerykalny. Co z tego wynika dla kogokolwiek, kto jest w stanie pojąć jakiekolwiek wynikanie, to zaś fakt nie takiej znów małej wagi: że zarówno pragnienie porządku i pragnienie wolności, tak jak pokusa anarchii i pokusa tyranii, to owoce natury: ludzkiego umysłu i serca takimi, jakimi one są; że pojawiały się one, raz za razem, gdy ludzkość tkwiła jeszcze całkowicie w pogaństwie, na długo, zanim komukolwiek śniło się coś takiego, jak Kościół Katolicki. Pod koniec wieku osiemnastego, gdy pan Porter mógłby znaleźć znacznie więcej ludi podzielających jego poglądy, niż obecnie, w wieku dziewiętnastym, gdy wciąż jego ideowych pobratymców dało się określać mianem „wielu”, rozwinęła się stopniowo legenda, wedle której świat naturalnie przechodzi od despotyzmu do demokracji. Z nią, powstała legenda druga: że Kościół opowiadał się zawsze, i zawsze będzie się opowiadał, po stronie despotów. Gdyby ci, którzy powielali takie legendy, mieli jakąkolwiek znajomość historii Kościoła, czy jakkolwiek obiektywną i merytoryczną znajomość historii świata, wiedzieliby, że ich generalizację z ledwością można naciągnąć tak, by obejmowała pięćdziesiąt lat z dowolnego okresu z przeszłości: Kościół, owszem, ze strony ludzkiej, jako mediator, nie raz opowiadał się po stronie despotów, podobnie jak wszelkich innych ludzi i rzeczy. Jednak nie w kwestii obrazoburstwa; nie w kwestii inwestytury; ani nie w kwestii nowych teorii despotyzmu, jakie narodziły się zaraz po Wielkiej Wojnie. Z najsławniejszą zaś i najbardziej światłą z nich, tą głoszoną przez Action Francaise, poszedł na otwarty i wściekły konflikt.

Nasi humanitaryści bez jasnych poglądów wciąż starający się dowieść, śmiejąc się w twarz faktom, że to papiści podpalili Londyn i że to papież, wbrew wszystkiemu, co powiedział i napisał, rozpętał obecną burzę plemiennego militaryzmu, zupełnie rozminęli się z istotą kwestii: z dokładnie tego samego powodu, który nie pozwala się podobnym ludziom czegokolwiek nauczyć; bo nauka ta, uderzyłaby w nich samych. Dogmat, który faktycznie zaniknął, iluzja, która rzeczywiście się rozwiała, to pogląd, stanowiący fundament ich wszystkich innych poglądów. Wyznawane przez cały wiek dziewiętnasty przekonanie, że ludzkość, wolna od jarzma Kościoła, i bez konieczności szukania pomocy u Boga, z własnej natury będzie coraz lepsza i bardziej liberalna. Prawda jest jednak taka, że ludzkość – z całą pewnością bez Kościoła, a do pewnego stopnia nawet i z nim, będzie zawsze taka, jaka była: błądząc w ciemności i rzucając się ze skrajności w skrajność; naprawiając to, co w starych ustrojach niesłuszne i po wieczność walcząc z pokusą zapomnienia o tym, co w nich sprawiedliwe; w nastroju rewolucyjnym przypadkowo atakując religię, nie potrzebując jednak żadnej jej pomocy w rozgrzewaniu nastrojów reakcyjnych. Reakcja następuje wtedy, gdy coś stanie się po ludzku po prostu nudne; demokracja zaś, skombinowana z industrializmem i parlamentarną korupcją, stała się nudna. Wskazawszy te podstawowe błędy w sferze idei, zajmę się następnie sferą faktów – z których wszakże niemal wszystkie również są błędami.

Tłm. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: Dom szczęśliwości (z serii „Trzciny na wietrze”), G.K.’s Weekly, 29 I 1927

[Eduardo Eugenio Zampighi (1859 – 1944), „Szczęśliwa rodzina”, źródło: https://www.flickr.com/photos/gandalfsgallery/23852823728%5D

Choć doświadczenie polemiczne mam niemałe, a zdobyłem je własną krwią i blizną, nie chciałbym bynajmniej toczyć moich dyskusji z panem Wellsem dosłownie aż do rozlewu krwi; czy choćby niepotrzebnego rozlewu śliny. Ostatni artykuł wszakże, który napisał dla Sunday Express, ten, w którym udowadnia, że człowiek nie istnieje jako zamknięty i skończony typ (a więc, na logikę, nie istnieje w ogóle), ma do siebie pewien interesujący aspekt, szczególnie sprzeczny z poglądami, jakie staramy się tutaj głosić. Chciałbym zatem poświęcić mu kilka słów. Znaczy, rozumie się samo przez się, że wizja człowieka jako zespołu zmiennych, jako istoty pozbawionej jakiejkolwiek stałej formy – jak chmura – kłóci się absolutnie z naszym pojęciem sprawiedliwości społecznej. Czy też, by ująć rzecz ściślej, z jakimkolwiek pojęciem sprawiedliwości społecznej w ogóle. Wszyscy ludzie świata pragną takiego społeczeństwa, które byłoby dla nich domem; które pasowałoby do nich tak dobrze, jak kapelusz na głowę. Moglibyśmy jednak przeprowadzić szczegółowe konsultacje z tysiącem kapeluszników, i przymierzyć tysiąc kapeluszy, i i tak wszystko to zdałoby się dokładnie na nic, gdyby głowa nie miała swojego określonego kształtu, tylko zmieniała się bez ustanku, jak smużka dymu z komina. Nie da się zbudować domu dla człowieka, który czasami tylko jest człowiekiem, czasami zaś mamutem, czasami wielorybem, w niektóre dni płotką, w inne zaś – ciernikiem. I oczywiste wydaje się, że z gadania o zmienności ludzkich potrzeb najbardziej ucieszą się ci, którzy nie chcą ich zaspokajać. Ktoś, kto chciałby karmić swoich służących posiekanym sianem na pewno będzie zachwycony, gdy dowie się, że służący rzeczeni teraz już nawet, właśnie w tym momencie, mogą ewoluować w stworzenia o gustach równie wegetariańskich, jak krowa. Ktoś inny natomiast, kto chciałby raczyć ich może padliną, również nie powinien upadać na duchu – bo przecież równie prawdopodobnie mogą ewoluować we wszystkożerców, w stworzenia tak sympatyczne, jak sępy czy kruki.

W tym momencie nie chodzi mi jednak o ten ogólny niekorzystny skutek, jaki przynosi ze sobą ewolucjonistyczna monomania. Bo nie zgadzamy się z panem Wellsem także w sposób bardziej szczególny – konkretnie z tym, co napisał na temat rodziny. Otóż napisał on, że jeden z dowodów na zmienność natury ludzkiej stanowi fakt, że człowiek stał się w naszej epoce mniej seksualny. Która to uwaga mogłaby wydać się cokolwiek dziwna każdemu, kto poświęcił choćby pięć minut spokojniejszego namysłu temu wszystkiemu, co dzieje się obecnie w życiu społecznym i literaturze. Szybko jednak okazuje się, że pan Wells nie miał wcale na myśli tego, co powiedział; tylko coś zupełnie innego. Otóż to (jak się wydaje), że człowiek stał się mniej rodzinny. Że wykazuje mniej stałości w relacjach międzypłciowych; i, z sobie tylko znanych przyczyn, że to ewidentne rozluźnienie obyczajów świadczy tak naprawdę o większej surowości obyczajów. Okazuje się zatem (według tej logiki), że Darby i Joan [przysłowiowe wyrażenie angielskie, oznaczające ciche i zgodne małżeństwo – tłumacz] to istoty ultraseksualne, Don Juan i Lothario [postać z dramatu The Fair Penitent autorstwa Nicholasa Rowe’a: libertyn i pożeracz serc niewieścich – tłumacz] zaś – aseksualne. Baucis i Filemon [starsze, proste małżeństwo z Metamorfoz Owidiusza, mityczny symbol wierności – tłumacz] to szokujący przykład rozpasania; ale Jupiter, dający sobie upust raz jako byk, kiedy indziej jako łabędź i jeszcze kiedyś jako złoty deszcz, to głęboki i nośny symbol owej surowej wzgardy, jaką istoty boskie przejawiają w stosunku do popędu płciowego. Odnoszę po prostu wrażenie, że pan Wells używa terminu „seksualność” w charakterze obelgi; co samo w sobie stanowi interesujący zabieg polegający na bronieniu pogańskiej filozofii poprzez grę na purytańskich skojarzeniach. Tak też oto, wysapując nam do ucha słowo „seks” w ten niedający się z niczym pomylić sposób, wychodzi z nowoczesnego materialisty stary jak świat manichejczyk.

Teraz, ogólna zasada, jaką my w tej kwestii wyznajemy, przedstawia się, jak następuje. Seksualność to instynkt, który to ma do siebie, że tworzy pewną instytucję; i jest ów instynkt rzeczą dobrą, nie złą, szlachetną, nie podłą, konstruktywną, a nie destruktywną, dokładnie dlatego, że tworzy tę instytucję. Instytucją, o której mówimy, jest rodzina; małe państwo czy republika, która, raz założona, przydaje życiu tysiące nowych aspektów, niemających żadnych związków z seksem. Rodzina to bowiem także jeszcze religia, sprawiedliwość, radość, rytuał, wychowanie, czy odpoczynek. Sprawy płciowe to zaledwie brama tego domu; a wiadomo przecież, że ludzie bardziej romantycznej i szerszej umysłowości uwielbiają podglądać innych przez bramę. Ale dom to znacznie więcej, niż brama. Istotnie, są ludzie, którzy lubią po prostu stać w bramie i wcale nie chcą korzystać z jej właściwej funkcji; którzy, według słów Swinburne’a, zupełnie dosłownie „bawią się u wejścia lekką grą miłostek”. Oczywiście: zazwyczaj u wejścia do domów innych ludzi (przecież nie swoich). Na tyle, na ile rozumiem jego artykuł, zdaniem pana Wellsa to nie oni właśnie zasługują na to, by przylepić im ową straszną etykietę, której imienia nie wolno wymawiać. Ale nawet oni nie są tak niemądrzy, by twierdzić, że dom składa się z samych drzwi, albo że drzwi to jedyna prawdziwa rzeczywistość, a wszystkie domy świata są czczą iluzją; albo że seksualność to jedyne spoiwo rodziny. Być może pan Wells również tego nie twierdzi – ale jeśli tak, to niech nie zdziwi się, jeśli ktoś bardziej skrupulatny nabierze w pewnym momencie wątpliwości co do tego, czy w ogóle twierdzi cokolwiek. Gdy relacje seksualne służą budowie relacji nie-seksualnych, autor nasz drży z przerażenia przed nieokiełznaną potęgą instynktu płciowego. Jeśli jednak przestają służyć czemukolwiek poza sobą, jeśli redukuje się je do bezpłodnego, mechanicznego powtarzania pewnych czynności z przypadkowymi ludźmi – to już wszystko w porządku i niepokój znika. I w tym wypadku również szybko orientujemy się, że oto spoglądają na nas ze zdobnego grobowca w Bizancjum szalone oczy manichejskiego filozofa. Tak czy inaczej, najkrócej (lub najdłużej) można wyrazić to w ten sposób: że seksualność może coś stworzyć albo wszystko zniszczyć. I panu Wellsowi znacznie bardziej podoba się ta druga opcja.

To zupełnie oczywisty fakt, na przykład, że zwolennik wolnej miłości to po prostu człowiek opętany absurdalną myślą, że da się mieć tysiąc miesiąców miodowych i ani jednego ślubu. Zabudowuje ulice długimi rzędami drzwi, nieprowadzących do żadnego domu. Jedyne, do czego dąży, to powtarzać po prostu w nieskończoność seksualną część programu, nie interesując się przy tym wcale jego częścią nie-seksualną – trudno byłoby więc powiedzieć o nim, że to on właśnie stanowi typ i przykład człowieka nareszcie wyzwolonego od obsesji na punkcie seksu. A jednak pan Wells mówi to, jak gdyby nigdy nic, na temat społeczeństwa w założeniach przynajmniej opierającego się dokładnie na tej zasadzie i żyjącego według ducha tej filozofii. Otóż z powodów tak etycznych, jak ekonomicznych, czujemy się w obowiązku powiedzieć coś zupełnie przeciwnego. Własność, to bowiem ledwie ekonomiczny aspekt tej dobrej i twórczej Siły, która zaczyna się od instynktu a kulminuje w instytucji. To po prostu fundament owego mocnego domu, do którego wchodzi się przez romantyzm i miłość. Musi być prywatna – bo rodzina koniecznie potrzebuje prywatności; bo potrzebuje pewnego stopnia niezależności, a wręcz samotności; nie da się zaś żyć samemu bez samostanowienia. I nawet nasz przeciwnik potwierdza ten naturalny związek domu i posiadania – z całego serca nienawidząc tak jednego, jak i drugiego.

Instytucja rodziny boryka się dziś niewątpliwie z wieloma problemami; walcząca o przetrwanie i niemal rozerwana na strzępy przez niepowstrzymaną ofensywę materializmu i kapitalizmu. Nie powiem, że „nie ma się najlepiej”; sądzę bowiem, że wszystkie ludzkie instytucje, jak sama ludzkość, nigdy nie mają się najlepiej. Nigdy nie potrafią sprostać wysokości Bożych zamysłów; i jedyna prawdziwa rodzina w historii to była Święta Rodzina. Więcej: uważam, że rodzina nie tyle nie ma się dziś najlepiej, co raczej ma się jak najgorzej; głównie dlatego, że jej wrogowie nie cofną się przed najgorszym, aby ją zniszczyć. Straciła zdrowe przywiązanie do własności; bo większość rodzin nie ma dziś prawie żadnej własności, a kilka największych czuje zbyt wielkie przywiązanie do własnej. Ożywiający ją od wewnątrz twórczy duch, który przez wieki znajdował wyraz w rozmaitości rzemiosł, zabaw, zwyczajów i wyjątkowym poczuciu godności, złamał się pod gigantycznym naporem świata zewnętrznego – jego bezczelnych banałów i tandetnych truizmów. Ponowne odkrycie jej prawdziwej natury będzie w obecnych warunkach przedsięwzięciem bardzo trudnym; odrodzenie jej – praktycznie niemożliwym. Jeżeli jednak nam się nie uda i rodzina zginie, wraz z nią zginie i wolność – i to zginie na wieki. Jedyne, co pozostanie, to odległe, mechaniczne reflektory państwa niewolniczego, których zimne światło, niczym promień śmierci, obejmie najodleglejsze rubieże istnienia i zdusi wszystko, co nosi w sobie iskrę życia.

Przeł. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: Kult sukcesu (ILN 19 XII 1931)

[Ilustracja: Franz von Lenbach  (1836–1904), portret Bismarcka]

W minionej od niedawna epoce industrialnej był taki obyczaj polegający na możliwie częstym powtarzaniu sobie nawzajem w konwersacji, głosem ściszonym i pełnym podniecenia, że nie ma tak wielkiego sukcesu w życiu, jak odnieść sukces. Ten mały skrót wystarczy, jak mniemam, by stwierdzić, że była to epoka intelektualnie cokolwiek monotonna i z pewną skłonnością do tautologii. Nie było takiej drugiej rzeczy, którą mówcy i pisarze tamtego czasu kultu produkcji i pieniądza wyjaśnialiby równie często i z równie wielką cierpliwością, jak fakt, że człowieka sukcesu można w większości wypadków rozpoznać na podstawie tej właśnie specyficznej cechy, że odniósł sukces; przegrańców zaś, z drugiej strony – po tym, że przegrali. Niemniej, cokolwiek myślimy akurat na temat tego olśniewającego i niedoścignionego paradoksu, że największym sukcesem jest sukces, ośmielę się tutaj podkreślić inną, znacznie mniej uznawaną i rozpoznawaną prawdę: że sukces jest największą porażką. To znaczy: że nie ma porażek równie totalnych, beznadziejnych i nieodwracalnych jak porażki tych, którzy opierali się wyłącznie na sukcesach. Wszystkie inne ideały trwają nawet jeśli znajdą się w odwrocie. Nawet w obliczu klęski demokrata może pozostać demokratą; lojalista zachować lojalność; ale człowiek sukcesu nie może być człowiekiem sukcesu, jeśli nie odniósł sukcesu. Aby wykazać zaś, że to istotnie prawda uniwersalna, znajdująca zastosowanie mniej więcej w każdym wypadku, posłużę się tutaj, choć kładzie się ona cieniem na wszystkich krajach współczesnego świata, przykładami trzech państw, w wypadku których potwierdziła się ona w sposób szczególnie interesujący (i za każdym razem trochę inny): Niemiec, Ameryki i Anglii.

Tak też około roku 1870 stary pruski sierżant , militarysta w okularach i kolczastym hełmie, zwrócił się do swych łagodniejszych niż on braci-Niemców, jak i do wszystkich innych plemion zachodu i południa, mniej więcej jak następuje: „Wiem, że wydaję się wam teraz brutalny i nieludzki, być może także pretensjonalny i irytujący, zimny, nieprzyjazny i tym podobne; mądrze jednak zrobicie, jeśli oddacie się pod moje światłe przywództwo – i protektorat. Jestem bowiem, dobrze chyba o tym nadmienić na początku, Człowiekiem z Żelaza; nie zwyciężonym; i niezwyciężonym; mogę wzbudzać moją ekspansją zazdrość i nienawiść, niemniej nie zatrzymam się już nigdy”. Nie muszę chyba mówić, jaka była tego część druga. Wystarczy stwierdzić, że jednak się zatrzymał. I, mimo wszystkiego, co wyczynia dzisiaj pan Hitler, nie sądzę, aby kiedykolwiek udało mu się znów przekonać swych sąsiadów, że jest niezwyciężony. Jego sąsiedzi natomiast, w tym wielu łagodniejszych z usposobienia Niemców, odpowie mu po prostu: „Nie odnosisz już zwycięstw; i poniosłeś wiele porażek; twój marsz przez świat został zatrzymany. Ale istotnie, wciąż pozostajesz tak samo irytujący, pretensjonalny, nieludzki i nieprzyjazny, jak wcześniej”. I tego typu militarysta nie będzie mógł na to powiedzieć literalnie – nic; nie ma niczego, czym mógłby się szczycić, poza sukcesami; nigdy w życiu nie szczycił się zresztą niczym innym, poza sukcesami. Nie słyszał w życiu żadnej innej pieśni niż „Na powrót zwycięskiego bohatera”1. I nigdy się mu w filozofii nie mieściło choćby wyobrazić sobie takie zjawisko, jak bohater zwyciężony.

W inny sposób, wydaje mi się, że jednak obiektywnie nieco bardziej sympatyczny i ludzki, los ten stał się udziałem także i naszej ojczyzny. W wypadku Anglii, było z tym zaś tak. Anglicy chełpili się tym, że są nielogiczni, lub też (innymi słowy) – że nie są racjonalni. Nie musieli zaś być logiczni, bo byli praktyczni – tak nadludzko i niepojmowalnie praktyczni, że wszystko, czego tylko się palcem tknęli, w praktyce okazywało się całkiem w porządku. Powtarzali bez ustanku: „Nasza konstytucja to chaos; ale zobaczcie tylko, jak Działa; jak Doskonale Działa! Nie potrzebujemy żadnych waszych bezsensownych teoryjek; jesteśmy ludźmi praktycznymi; i z dnia na dzień stajemy się coraz bogatsi”. Jedyne pytanie jest takie, co się dzieje z człowiekiem praktycznym, gdy zamiast z dnia na dzień się bogacić, z dnia na dzień biednieje? Co, kiedy „praktyczny kompromis” okazuje się w praktyce coraz trudniejszy do utrzymania; kiedy sama praktyka, we wszystkich swoich aspektach, staje się coraz trudniejsza? Głosem łagodniejszym, jak gdyby zwracał się do bardziej mimo wszystko sympatycznego cymbała, krytyk nasz powie tak: „Obawiam się, że nie jesteście już tak nadludzko praktyczni, że cokolwiek, czego się tkniecie, zaczyna się w praktyce opłacać. Pocieszcie się jednak – bo ocaliliście wszystkie swoje inne ideały, i pozostajecie tak samo nielogiczni i nieracjonalni w sprawach abstrakcyjnych, jak zawsze byliście”.

Ameryka, kraj trzeci, stanowi natomiast w ogromnej mierze po prostu największy, najbardziej nośny i najbardziej żywy przykład ogólnych praw, jakimi rządzą się współczesny industrializm i kapitalizm. Niewielu jednak Amerykanów zaprzeczy, że niektórzy przynajmniej z ich rodaków, szczególnie w przeszłości, faktycznie stosowali zasadę faktów dokonanych; że odpierali wiele ataków, opartych na tradycji i zdrowym guście, przez odwołanie do tego, jak się rzeczy mają. Fakt, że Ameryka stała się państwem bezpiecznym i bogatym, nienormalnie bezpiecznym i nienormalnie bogatym, jak mógłby powiedzieć ktoś inny, długo stanowił narodową linię obrony, gdy inne kultury oskarżały ją o brak kultury. Tak, jak Anglik bronił się mówiąc: „Jesteśmy nielogicznym narodem”, Amerykanie zazwyczaj chowali się za standardowym sloganem: „Jesteśmy młodym narodem”. Sens jego zaś był taki, że choć znajdzie się u nas sporo nieokrzesania, to jest to nieokrzesanie właściwe energii i męskości, nieokrzesanie rozwoju i wzrostu. W tym sensie, Ameryka była przyszłością. I z tego powodu, godziła się na mnóstwo przykrych czy wręcz przerażających zjawisk teraźniejszości. Cały argument opierał się jednak tutaj na założeniu, że cywilizacja, jako w fazie wzrostu, będzie stawała się coraz silniejsza. Dlatego też nigdy nie przygotowano planu na chwilę słabości. Nigdy nie przemyślano, czy i jak dałoby się utrzymać kształt, dumę i godność ubogiej Ameryki. Obywatele jej tak bardzo przyzwyczaili się wymawiać swoimi sukcesami, że nie potrafią bronić się w obliczu swoich porażek. I tak też, wszystkie trzy te wielkie narody współczesnego świata, które odniosły sukces według tego, co jeszcze do niedawna było standardem współczesnego sukcesu, stanęły przed tym samym problemem: jak ma zachować się człowiek sukcesu, który przestał odnosić sukces?

We wszystkich trzech wypadkach, pierwsza i podstawowa odpowiedź brzmi, że nie ma większej porażki, niż sukces. Coś, co jest tylko ozdobą, może trzymać się przez wieki, choćby tylko jako staromodna ozdoba. Ale tego, czego używa się wyłącznie dlatego, że jest użyteczne, przestanie się używać jak tylko stanie się bezużyteczne. Człowiek może nosić swój kij podróżny całe życie: od dnia, w którym pierwszy raz machać nim jako chłopiec jak wojskową laseczką aż dotąd, gdy zacznie się nim podpierać jak kulą. Ale jeśli używamy brzydkiego parasola wyłącznie jako ochrony przed deszczem, logicznie nie weźmiemy go już ze sobą na zewnątrz, jeżeli zacznie przeciekać. Na szczęście, wszystkie tego typu przypadku są bardziej skomplikowane; i narody mogą przetrwać nawet wtedy, gdy poniosą porażkę. Mimo wszystko (i wbrew wszystkiemu), ludzie wciąż zdobią swoje parasole; ba – wbrew wszystkiemu, niektórzy nawet kochają swoje parasole. I, dzięki miłosierdziu Boga Najwyższego, nie ma na świecie czegoś takiego, jak przedmiot czysto użyteczny – ani naród czysto praktyczny. Wszystkie te trzy narody niosą w sobie coś, co zawsze było znacznie większe, niż sukces. I być może, kto wie?, pewne praktyczne problemy, przed którymi stają obecnie praktyczne narody, na powrót pozwolą im stać się czymś więcej, niż ledwie praktycznym narodem. Humor i ludzkie usposobienie Anglików; prawdziwe chłopskie cnoty prawdziwych republikanów Ameryki; muzyka i porywający folklor prastarych lasów Germanii mogą powstać na nowo, z mocą, której nie zyskały nigdy w czasie panowania owej nędznej i nikłej iluzji wulgarnego i uproszczonego dobrobytu. I sama historia świadczy, że tak się właśnie stanie. Bo nigdy w dziejach ludzie nie byli dość głupi, by wielbić sukces dla samego sukcesu. Wielbili swoich bogów – i bili się dla nich na wojnach, z sercem pełnym nadziei na zwycięstwo. Ale, w tryumfie czy klęsce, zawsze ostatecznie wracali do bóstwa, o które walczyli.

Tłm. Maciej Sobiech

1 Oryg. „See the Conquering Hero (Comes)”, partia chóralna oratorium Haendla pt. Juda Machabeusz, stanowiąca hołd dla powracającego ze zwycięskich bojów z jakobitami księcia Cumberlandu, Williama (1746). GKC, zawsze darzący wielką sympatią ruch jakobicki, zapewne nie rzuca tutaj aluzji zupełnie przypadkiem.

G.K. Chesterton: Paradoks Partii Pracy („Irlandzkie impresje”, 1919)

[Ilustracja: Walter Paget (1863-1935), „Narodziny Republiki”]

Pierwszym ogólnym, a także wizualnym, wrażeniem, jakie wywarła na mnie Zielona Wyspa, było to, że nie jest ona wcale zielona, tylko brązowa; zdecydowanie brązowa, w odcieniu khaki. Obserwacja niniejsza zalicza się do kategorii tych, których nie można pomylić z oczekiwaniami; nieduża sprawa, którą się widzi, ale której nie da się przewidzieć na bazie werbalnych obrazów zaczerpniętych z gazet i książek. Wiedziałem, rzecz jasna, że mamy w Dublinie garnizon, nie miałem jednak pojęcia, że na całej powierzchni tego miasta stanowi to taką oczywistość. Nie miałem pojęcia, że uznano za konieczność okupację Irlandii przy użyciu tak ogromnej siły lub z wykorzystaniem tak ogromnego pokazu siły. I pierwsza myśl, która przemknęła mi wtedy przez głowę, znalazła wyraz w jednym zdaniu: „Jak bardzo przydaliby się ci ludzie nad kanałem Saint-Quentin”1.

Udałem się bowiem do Dublina pod koniec roku 1918, niedługo po upływie tamtych strasznych dni, które doprowadziły do końca wojny, wydawały się wszakże bardziej końcem świata. Szyki naszych wojsk, będących ostatnią kolumną rycerstwa w historii, wciąż jeszcze trwały w naszej wyobraźni, jakby zawieszone nad otchłanią grozy; świeże było jeszcze wspomnienie owego dnia, w którym nasze imię, wielkość i chwała wydawały się zgniecione przez zagładę z północy. Nie można winić Irlandii za to, że nigdy nie dowiedziała się, jak szlachetnie znosiła Anglia godzinę swej klęski; lub jakie, przerastające wszelkie imperium udręki znosiliśmy wtedy, gdy – spowici gęstym obłokiem mroku – prawie że czuliśmy, jak jej starożytne fundamenty chwieją się w morskich głębinach. Ale ja – jako Anglik przynajmniej – zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawę bardzo dobrze; i to w związku z sytuacją mojej ojczyzny, a nie Irlandii, wezbrała we mnie ta pierwsza fala niecierpliwości i poczucia tragicznej ironii. Zawsze powątpiewałem – i to na gruncie czysto militarnym – w zasadność militarystycznej polityki, która swój szczytowy punkt osiągnęła w przymusowym poborze. Jeżeli jakakolwiek z politycznych strategii Anglików zasłużyła, aby nazwać ją w przysłowiowym sensie „irlandzką” – to sądzę, że właśnie ta. Polegała ona na marnowaniu armii w Irlandii z tego powodu, że potrzebowaliśmy jej we Francji. Ta sama, czysto patriotyczna, a nawet zaczepna irytacja, zmieszana z wrodzonym mi zmysłem tragizmu, ogarnęła mnie na widok największej ulicy w Dublinie, zdewastowanej przez brytyjską artylerię podczas Powstania Wielkanocnego.2 Rozpacz mnie brała z powodu, że podobna kanonada została w ogóle skierowana przeciwko Irlandczykom; ale jeszcze bardziej z powodu, że nie została ona skierowana przeciwko Niemcom. Kwestia konieczności tak potężnego natarcia, podobnie zresztą jak kwestia konieczności prowadzenia okupacji przy wykorzystaniu tak wielkiej armii, łączy się, rzecz jasna, nierozerwalnie z historią samego Powstania Wielkanocnego. To dziwne i pełne dramaturgii wydarzenie, równie niespodziewane dla nacjonalistycznej Irlandii, jak unionistycznej Anglii, nie wchodzi w zakres moich osobistych doświadczeń, nie zamierzam zaś podobnie mrocznego zagadnienia w żaden sposób dogmatyzować. Ośmielę się jednak wtrącić w tym miejscu coś niecoś na temat pewnego nieporozumienia, które, jak mniemam, z samej swojej natury wspólne jest obu stronom sporu. Wszystko w tej sprawie zdaje się wskazywać na swoisty paradoks: fakt, że powstańcy tym mniej potrzebowali jako motywacji do działania statusu i sytuacji pokonanych, że zależało im dokładnie na tym, aby ktoś ich pokonał – a nie na tym, aby to oni kogoś pokonali. W sensie moralnym zasługują oni na pewno na miano bohaterów, ale nie sądzę, aby mieli nadzieję na bohaterski tryumf. Jedyne, czego chcieli, to być tym, co w najprostszym sensie oznacza grecki źródłosłów wyrazu „męczennik”; ich celem nie było zwycięstwo, ale świadectwo. Zdawało im się, że nic prócz ich martwych ciał nie mogło dowieść, że Irlandia wciąż nie jest martwa. Irlandczykom pozostaje ocenić, w jakim stopniu ten wzniosły i samobójczy ideał okazał się skuteczny we wzbudzaniu narodowego entuzjazmu; moim skromnym zdaniem owego entuzjazmu wcale nie trzeba było dodatkowo wzbudzać. Ale jeżeli jakikolwiek podobny czyn wypływa z nadziei na wywołanie reakcji międzynarodowych, czy to w Anglii, czy w znacznej części Ameryki, to – w mojej opinii – opiera się na zupełnej nieznajomości faktów. Będzie jeszcze okazja, aby poświęcić uwagę wielu pomyłkom, zawartym w angielskiej ocenie Irlandczyków; ta sytuacja jednak wydaje się być demonstracją bardzo poważnej pomyłki w irlandzkiej ocenie Anglików. Jeżeli rzeczywiście często mylimy się w kwestii ich mentalności, to oni równie poważnie mylą w kwestii naszej pomyłki. I – co ciekawe – umknęło im wszystko to, co dotyczy owej jedynej, pozytywnej cechy, którą zawsze im przypisywaliśmy. Ich czyn zakładał, że Irlandczycy muszą dowieść swojej odwagi; tymczasem nigdy nie był takiej konieczności. Miałem okazję zapoznać się z całym stekiem obrzydliwych nonsensów, które wygadywało się o nich przed wojną; i nigdy nie słyszałem, aby jakikolwiek Anglik podawał w wątpliwość ich dzielności w boju. To, w co naprawdę wątpiono, to ich polityczny zdrowy rozum. Z pełną jasnością widać, że Powstanie Wielkanocne mogło jedynie obnażyć nieprawdę stereotypu, w który Anglicy nigdy nie wierzyli; potwierdzając przy tym ten, w który wierzyli z całą gorliwością. Nigdy nie oskarżaliśmy narodu irlandzkiego o to, że nie jest mężny – ale to raczej, że jest aż nazbyt mężny. Ludzie mieli zupełną słuszność, przypisując mu odwagę – nic nie mogłoby być bardziej prawdziwe. Ale przypisując mu szaleństwo, byli w błędzie – i oto dostali świetną okazję, aby być w jeszcze większym błędzie. Później, gdy chęć walki przeciwko Anglii rozwinęła się, zgodnie z własną logiką, w odmowę walki za nią, niektórzy odjęli ostatecznie w rozumie tę wartość, którą pomyśleli na początku3; i w gniewie zaczęli przeczyć temu, odnośnie czego wcześniej nawet nie śniło im się wątpić. Jakby na to nie spojrzeć, taki był – jak sądzę – nastrój, w którym ta niewielka mniejszość prawdziwych fenian szukała śmierci męczeńskiej. Nigdy nie śmiałbym naśmiewać się z podobnych motywów; nigdy jednak nie zrodziłyby one tak ogromnego ruchu społecznego, gdyby nie inna siła, która zdecydowała się z nimi sprzymierzyć. Dokładnie ze względu na to zacząłem niniejszy tekst od tematu Powstania Wielkanocnego; ponieważ rozważając go, nie można nie dotrzeć do kwestii paradoksu Irlandzkiej Partii Pracy.

Niektóre z moich uwag, dotyczących stabilizacji, a wręcz spokoju, jaki panuje w społeczeństwie rolniczym, mogą, w kontekście socjalistycznej agitacji, wykwitającej teraz w Irlandii, podobnie jak w innych miejscach świata, wydać się nieco przesadzone. Jednakże mam bardzo dobre, by nie powiedzieć: osobiste, powody, aby uznać to zjawisko zaledwie za wyjątek potwierdzający regułę. Bo to właśnie wszechobecne tło wiejskiego krajobrazu stanowiło powód, dla którego strajk w Dublinie był tak niezwykłym dramatem, jakim był; i to w dwojakim sensie: po pierwsze bowiem, to dzięki niemu przemysłowi kapitaliści znaleźli się w całkowitej izolacji, niczym ludzie odstający w jakiś sposób od reszty, albo wręcz: niebezpieczni fanatycy; po drugie zaś: to z niego przecież czerpał proletariat wzmacniającą go w boju, mglistą tradycję własności prywatnej. Osobiście bez zastrzeżeń brałem w tym konflikcie stronę panów Larkina4 i Connolloya5, w tym sensie, że sprzeciwiałem się ś.p. panu Murphyemu6; ciekawa to jednak rzecz, że nawet taki pan Murphy był człowiekiem zupełnie innym od Lorda Kogoś-tam, zarządzającego obecnie jednym z komercyjnych kombinatów Anglii. Zdecydowanie bardziej przypominał jednego z patologicznych książąt wieku piętnastego, pełnych zimnego gniewu i niepozbawionych jakiejś perwersyjnej pobożności. Wszakże już pierwszych kilka słów, które usłyszałem w Irlandii na jego temat, jak ulał pasowało do owej niezmierzonej i niejasnej rzeczywistości, od której starałem się rozpocząć opis moich wrażeń z podróży. Określiłem ją mianem kwestii rodzinnej, lecz obejmuje ona także wiele spraw pokrewnych, choćby: te, które odnoszą się do starych przyjaźni, nie wspominając nawet o starych nieprzyjaźniach. Trafniej można ją nazwać realizmem co do własnych początków. Pierwszą rzeczą, którą ktoś powiedział mi na temat pana Murphyego, była historia jego dawno zapomnianej młodości, czy może raczej – młodości, która w Anglii dawno zostałaby już zapomniana. Tyczyła się ona przyjaciół z jego chudszych lat, z którymi wyprawił się przeciwko komuś na coś w rodzaju mniej lub bardziej sentymentalnej vendetty. Przypuśćmy teraz, że przy każdej rozmowie o sklepach Harrod’s słyszelibyśmy historię młodzieńczych marzeń pana Harroda7. Przypuśćmy, że na najmniejszą wzmiankę o kolejowych rozkładach jazdy „Bradshaw”8 całe towarzystwo natychmiast zaczynałoby snuć niezliczone opowieści na temat młodzieńczych sporów i miłości pana Bradshawa, a może nawet – pani Bradshaw. Tak właśnie przedstawia się atmosfera, łatwiejsza do wyczucia, niż do opisania, w którą wpada podróżnik na Zielonej Wyspie. Angielskie dziennikarstwo i plotki nader często dokładnie opisują teraźniejszość i trafnie prorokują o przyszłości, rzadko jednak mówią cokolwiek o czasach, które minęły; et pour cause. Odzywają się zawsze, gdy jakiś magnat finansowy dokądś akurat zmierza: na przykład do Izby Lordów, do Monte Carlo, w konsekwencji, oczywiście: do nieba; mówią one jednak tak mało, jak to tylko możliwe, skąd ów magnat pochodzi. W Irlandii człowiek niesie swój dom rodzinny na plecach, jak ślimak; a duch jego ojca podąża za nim jak cień. Wszystkie dobre i złe rzeczy, które dało się powiedzieć o Murphym, dotyczyły także Murphy’ich. Jest taka miejscowa anegdota, według której, w bardzo dawnych już czasach, pewien poseł do irlandzkiego parlamentu, zorientowawszy się, że w loży dla kobiet siedzi akurat siostra jego oponenta, poczynił do tego faktu nader taktowną aluzję, wyrażając życzenie, by gniew Boga spadł na cały ten przeklęty ród, „od bezzębnej, starej jędzy, uśmiechającej się głupio z loży, po wyblakłego tchórza, trzęsącego się na podłodze”. Opowieść tę przywołuje się zazwyczaj jako dowód trudnej do pojęcia głębi irlandzkich podziałów politycznych; równie zdecydowanie wskazuje ona jednak także na jedność irlandzkich rodzin.

Skoro już przy tym jesteśmy, to jeden z epizodów wielkiego Strajku Dublińskiego, owego pożaru, którego resztki w czasie mojej wizyty tliły się jeszcze tu i ówdzie, stanowi nader dobrą ilustrację powracającej raz po raz jak bumerang kwestii mocy, jaką w Irlandii ma rzeczywistość rodzinna. Jak niektórzy mogą pamiętać, kilkoro angielskich socjalistów, działając ze szlachetnego współczucia dla głodujących w trakcie strajku ludzi, zaproponowało, aby ich dzieci przetransportować do Anglii i porządnie nakarmić. Dla mnie osobiście bardziej naturalną metodą postępowania byłoby dać jedzenie lub pieniądze rodzicom. Jednak nasze kółko filantropów, będąc angielskim i będąc socjalistycznym, prawdopodobnie kierowało się zaufaniem wobec tego, co zwykło nazywać się organizacją i brakiem zaufania wobec tego, co zwykło nazywać się jałmużną. Uważa się, że jałmużna uzależnia człowieka od innych; gdy tymczasem, w porównaniu z upiornym hołdownictwem, w które zazwyczaj wpędza go zorganizowana instytucja, ona właśnie naprawdę go wyzwala. Jałmużna przynosi własność, a zatem – wolność. Ewidentnie bardziej służy się sprawie emancypacji, dając żebrakowi szylinga i zostawiając go w spokoju, niż wysyłając za nim w pościg urzędnika, żeby wydał owego szylinga w jego imieniu. Tak czy siak, nasi socjaliści z pełnym spokojem ducha przygotowali wszystko do deportacji ubogich szkrabów – i, ku swojemu najgłębszemu zaskoczeniu, zderzyli się z rozgrzaną do czerwoności rzeczywistością irlandzkiej religii. Księża i wierzące rodziny zorganizowały zaciekłą agitację przeciwko tej inicjatywie, argumentując, że na heretyckiej obczyźnie ich dzieci stracą wiarę. Nie zadowoliły ich wygłaszane szczerze przez część organizatorów zapewnienia, że kwestie religijne w ogóle nie będą poruszane; i, z punktu widzenia czystej logiki, sądzę, że słusznie. Ludzie, którzy wygłaszają podobne zapewnienia nigdy nie przemyśleli, czym tak naprawdę jest religia. Mają nieprawdopodobne zupełnie pojęcie, że religia jest tematem. Że to coś na kształt rzodkiewki – rzecz, o której podczas konkretnej konwersacji z konkretnym człowiekiem, którego sam dźwięk słowa „rzodkiewka” może przyprawić o konwulsje furii lub agonii, można zwyczajnie nie wspominać. Tymczasem religia to po prostu świat, w którym się żyje. W praktyce socjalista z Liverpoolu nie byłby nawet w stanie wiedzieć, kiedy w rozmowie z dzieckiem urodzonym w Louth porusza, lub nie porusza, kwestii religijnych. Gdybym przypadkiem (co jest na szczęście bardzo mało prawdopodobne) otrzymał prawo do opieki nad dzieckiem z ludu Parsów9, nie mógłbym mieć bladego pojęcia kiedy i w jaki sposób w rozmowie z nim odnoszę się do zaratustrianizmu. Niemniej, zdrowy rozsądek (i znajomość tego, na czym polega spójna filozofia) kazałby mi sądzić, że przypuszczalnie odnoszę się do niego średnio co minutę. Nie wspominam tutaj wszakże o tym, aby zaangażować się w jakąkolwiek szczegółową dysputę, ale tylko po to, aby po raz kolejny unaocznić fakt, że ściśle rodzinny porządek irlandzkiego społeczeństwa zawsze opowie się przeciwko jakiemukolwiek innemu porządkowi. Stare relacje o przeprowadzanych w tym kraju wysiedleniach, podczas których całe rodziny barykadowały się w domach, a matki wylewały na oblegających je wrogów garnki wrzątku, mają w sobie coś z przypowieści; bo każdy urzędnik, który zadrze z Irlandczykami, niewątpliwie będzie musiał uwijać się jak w ukropie. Nie da się rozdzielić matek i dzieci w tej dziwnej ziemi; jedyne, co nam pozostaje, to wrócić do naszych starych, sprawdzonych historycznie metod, i wszystkich sprawiedliwie zmasakrować.

Do zilustrowania centralnego punktu tego zagadnienia, wystarczy wszakże drobny incydent, który wszedł w skromny zakres moich osobistych doświadczeń; chodzi tu o poczucie, że nawet proletariacki protest ma wiejskie zaplecze. Dowodzący zaś słuszności tego poczucia przykład nie stanowi wcale o klęsce ideologii Irlandzkiej Partii Pracy, wręcz przeciwnie – raczej o jej sukcesie, na ile przyjacielską i nieformalną rozmowę można sklasyfikować jako jakiś poważniejszy sukces. Wszystko zaczęło się od czegoś w rodzaju posiadającego raczej luźną strukturę wewnętrzną wykładu na temat literatury, który wygłosiłem w Teatrze Dublińskim. Przywołam tutaj w skrócie zaledwie dwa wydarzenia, z których oba wydają się ukazywać coś niesłychanie wprost lokalnego i narodowego. Pierwsze z nich wiąże się tylko z tytułem tegoż wykładu, który brzmiał „Poezja i własność prywatna”. Otóż pewien wykształcony, angielski gentleman, którego wystąpienie przypadkowo poprzedziło moje, sprawiając wrażenie człowieka, który w podobnych żartach widzi potencjalną przyczynę własnej śmierci, odniósł się doń w następujący sposób: „Cóż,” powiedział, „nie pozostaje mi nic innego jak przestać głowić się nad tym, co właściwie chce pan osiągnąć, wmawiając ludziom, że wiersze mają cokolwiek wspólnego z własnością prywatną”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, postawienie tak blisko siebie dwóch wyrazów na „p” wydało się temu człowiekowi czczą zabawą w aliterację, czymś w stylu wyrażeń: „papugi i Paddington” albo „poligamia i pierniki”; jeżeli, oczywiście, nie uznał tego za zwykłe zestawienie przeciwieństw, jak to jest w wypadku „papieża i protestantów” albo „patriotyzmu i polityków.” Tego samego dnia jeszcze, pewien Irlandczyk, o podobnym do owego Anglika statusie społecznym, zwrócił się do mnie z beztroską słowami: „Widziałem, o czym będzie pan mówił jutro. Socjalistom to się chyba nie spodoba”, czy jakoś w tym rodzaju. Z połączenia tych dwóch terminów wydedukował on w sekundzie całą treść – nie wykładu przecież, który, jeżeli dotyczył czegokolwiek, to dotyczył literatury – ale filozofii, która stała u podstaw tego wykładu; a której zasady ów ociężały słoń, nazywany przez p. Bernarda Shawa „Chester-Bellokiem” w niemałych bólach stara się wytłumaczyć angielskiemu społeczeństwu, nadając jej przy tym stylistycznie wątpliwą nazwę „dystrybucjonizmu”. Jak powiedział kiedyś pan Hugo Law10, odnosząc się do naszego standardowego obyczaju przeciwstawiania patriotyzmu imperializmowi: „Co jest paradoksem w Anglii, w Irlandii jest truizmem”. Sam w sobie jednak, mój monolog zajmował się wyłącznie świadectwem, które literatura daje swoistej godności, naturalnie łączącej się z poczuciem posiadania czegoś na własność, które nie jest przy tym na pewno ani wulgarną rozrzutnością, ani równie wulgarną chciwością. Jeden z członków francuskiej grupy „Plejada”11 na przykład, pamięta dachówki swojego domu tak dokładnie, że mógłby je policzyć; z drugiej strony, pan William Butler Yeats w swojej wizji jak najściślejszej i jak najbardziej nieodpowiedzialnej samotności, z całą pieczołowitością zaznacza, iż wie dokładnie, ile grządek fasoli daje dziewięć12. W teatrze znajdowali się przedstawiciele wszystkich możliwych opcji politycznych, od najdzikszych fenian, po najbardziej konwencjonalnych unionistów, wszyscy oni jednak słuchali moich uwag z takim nastawieniem, z jakim spokojnie mogliby słuchać równie niekompetentnych prezentacji dotyczących małp lub gór na księżycu. Ani razu nie odniosłem się w tym konkretnym wykładzie do polityki, a na pewno nie do polityki partyjnej; mówiłem wyłącznie o roli tradycji w sztuce, a czasem, jeśli się zagalopowałem, także w abstrakcyjnej etyce. Tymczasem moje słowa spowodowały taki oto zabawny wypadek (dla którego w ogóle wspominam o tej sprawie); otóż, kiedy skończyłem, pewien rosły, rubaszny, grubo ciosany i tryskający zdrowiem mężczyzna, typ raczej prawniczy i, z tego, co mi wiadomo, dobrze znany irlandzki sędzia, był tak miły, że zdecydował się publicznie mi podziękować. A najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że podczas gdy ja, zdeklarowany radykał, jawnie sympatyzujący z legendą rewolucji, wygłosiłem tylko bardzo stonowane uwagi na temat kilku pomniejszych poetów do nader spokojnej, o ile nie otwarcie znudzonej, publiczności, pan sędzia, będący prawdziwym filarem zamkniętej twierdzy i konserwatystą, poświęconym całkowicie wprowadzaniu ładu i porządku, z jak największą energią i pogodą ducha przystąpił do wszczynania zamieszek. Sypał złośliwościami pod adresem fenian i wzywał ich do otwartej konfrontacji; jako pierwszy chyba człowiek na świecie szukał guza, w zupełnie dosłownym tych słów znaczeniu; wychwalał Anglię pod niebiosa; nie Ententę, lecz Anglię; Anglię wspaniałą, Anglię prześwietną (wszystko to z najbardziej typowym, irlandzkim akcentem), Anglię sprawiedliwą, mądrą, miłosierną i tak dalej, dodając do tego pienia na cześć pewnej konkretnej rzeczy, która nie była nawet flagą jego własnego państwa i wiązała się z tematem wykładu w takim stopniu, mniej więcej, jak Wielki Mur Chiński. Nie muszę chyba mówić, że za krótką chwilę cały teatr napełnił się rykiem protestu i gwałtownej polemiki; o co zresztą dokładnie, jak sądzę, mu chodziło. To był naprawdę szalenie miły starszy pan; i bardzo go polubiłem. Niemniej posiadał on pewną interesującą cechę, która nie jest bez znaczenia dla kwestii jego narodowości. Ten typ człowieka występuje w Anglii bardzo licznie; znam i lubię masę takich ludzi. Często ma stopień majora; rzadziej tytuł lorda; czasem jest sędzią; okazjonalnie: biskupem. Nieodmiennie zajmuje się wygłaszaniem najbardziej nonsensownych bzdur współczesnej reakcji – zazwyczaj trzęsąc się apoplektycznie nad kieliszkiem dobrego porto; czasami – nie mogąc złapać tchu z przejęcia – na oficjalnym spotkaniu politycznym. Ale dokładnie tym, na co żaden angielski gentleman nigdy by się nie ośmielił, a czego ów gentleman z Irlandii zupełnie otwarcie się dopuścił, jest uskutecznianie scen na jakimś apolitycznym spotkaniu; zwłaszcza, gdyby jedynym jego zadaniem było wygłosić kilka słów oficjalnego podziękowania dla obcokrajowca, mówiącego o Itace i Innisfree. Angielski konserwatysta zaś, byłby na pewno mniej skłonny porwać się na coś podobnego, niż angielski radykał. Na tej samej zasadzie, na której w odpowiednim kontekście staje się konwencjonalnie polityczny, w tym konkretnym kontekście stałby się konwencjonalnie apolityczny. Wygłosić zbyt poważną przemowę na zwyczajnym spotkaniu towarzyskim byłoby dla niego czymś nie do pomyślenia, podobnie jak noszenie stroju porannego wśród ludzi w strojach wieczorowych. I jeśliby szukał na podobnym spotkaniu czegokolwiek, to na pewno nie guza, jak to się stało w wypadku naszego irlandzkiego przedstawiciela majestatu prawa. Sędzia ów nauczył mnie bezbłędnie, że Irlandczyk nigdy nie jest tak bardzo irlandzki, jak wtedy, kiedy jest Anglikiem. Nie różnił się niczym od tych kilku fenian, którzy zdołali go w końcu przekrzyczeć; i na pewno byłby rad, gdyby dowiedział się, że pomógł mi zarówno głębiej zrozumieć jego ziomków, jak i poczuć do nich jeszcze większą sympatię.

Zboczyłem trochę z tematu poświęcając czas tej błahostce, ponieważ sądzę, że warto zwrócić uwagę na tę prominentną i prowokacyjną cechę całej irlandzkiej opinii publicznej; właściwie jednak przywołałem tutaj ową małą dysputę wyłącznie ze względu na to, że pozwala ona lepiej zrozumieć inne, podobne wydarzenie. Miałem bowiem jeszcze okazję rozmawiać na temat poezji i własności prywatnej z panem Williamem Yeatsem w dublińskim ArtClubie; i znów, korci mnie, aby oddać się tutaj opisywaniu obiektywnie nieistotnych, dla mnie jednak nader interesujących faktów. Cały czas bowiem towarzyszy mi przykra świadomość, że udaje mi się poruszyć o jakieś tysiąc kwestii mniej, niż bym sobie tego życzył – niemniej selekcja, którą stosuję, nie jest nieprzemyślana, ani tym bardziej niewdzięczna. Były i będą jeszcze szkice znacznie lepsze niż moje, mające za swój przedmiot to niezwykle fascynujące towarzystwo, jakie stanowi naprawdę inteligentna inteligencja. Mógłbym napisać znacznie więcej, nie tylko o tych, których mam zaszczyt uważać za moich przyjaciół, na przykład Katarzynie Tynan13 albo Stefanie Gwynnie14, ale także o tych, z którymi moje spotkania były zdecydowanie za krótkie; o prawdziwie elfiej energii pana Jakuba Stephensa15; o towarzyskiej wielkości dra Gogartyego16, który przypominał nieco literacką legendę z XVIII wieku; a także o unikalnym uniwersalizmie słynnego Æ, łączącym w sobie coś z osobowości Williama Morrisa z bardziej transcendentalną wersją uduchowionej gościnności Walta Whitmana. Nie jest jednak celem tego pobieżnego szkicu mówić Irlandczykom o tym, o czym i tak już wiedzą – ale raczej uświadomić Anglikom kilka obszernych i prostych problemów, o których nie mają pojęcia. W roli kwestii naczelnej występuje tutaj Partia Pracy; o innych rzeczach zaś wspomniałem tylko dlatego, że przypadkowo doprowadziły mnie one do pierwszego spotkania z tą ogromną siłą. Które, nawiasem mówiąc, w równym stopniu dowodzi słuszności moich tez – obróciło się bowiem w swoisty żart ze mnie samego.

Przy okazji wspomnianego wcześniej wydarzenia, nadzwyczajnie wprost porywającego wieczoru w dublińskim ArtClubie, pan Yeats poprosił mnie, aby otworzył debatę w Teatrze Abbey, broniąc przy tym własności od bardziej politycznej strony tego zagadnienia. Moim oponentem został jeden z najsprawniejszych przywódców politycznych z Liberty Hall, słynnej twierdzy Irlandzkiej Partii Pracy w Dublinie, pan Johnson, Anglik, podobnie jak ja, ale cieszący się wśród miejscowego proletariatu zasłużoną popularnością. Wygłosił on prawdziwie godną podziwu przemowę, której nie przyniosę absolutnie żadnej ujmy, jeśli powiem, że moim zdaniem osobista popularność jej autora odegrała w niej rolę chyba nawet większą, niż jego osobista elokwencja. Moja argumentacja ograniczyła się do wskazania szczególnej funkcji drobnej własności prywatnej jako broni osobistej każdej wojowniczej demokracji; opierała się zaś na tezie, że żaden walczący z niesprawiedliwością obywatel nie mógłby owej własności niczym zupełnie zastąpić, jako że każda bezosobowa władza, niezależnie od tego, jak demokratyczna byłaby w teorii, w praktyce musi okazać się biurokracją. Stwierdziłem, konstruując niefrasobliwą metaforę, że oddanie własności pod jurysdykcję jakichkolwiek urzędników, nawet urzędników cechowych, byłoby czymś podobnym do zostawienia w szatni, oprócz laski czy kapelusza, także własnych nóg. Problem w tym, że człowiek może potrzebować swoich nóg w dosłownie każdej chwili, po to choćby, aby wypłacić komuś kopniaka, czy też po to, aby z kimś zatańczyć; podczas gdy w takiej sytuacji proces odzyskiwania ich może być opóźniony przez każdy najmniejszy szczegół, na przykład zgubienie biletu czy też to, że dany urzędnik przypadkowo będzie musiał uciekać przed policją. A zatem w realiach społecznego kryzysu, takiego jak strajk, ludzie powinni być gotowi działać bez pośrednictwa urzędników, którzy mogą ich ograniczyć lub zdradzić; potem natomiast zapytałem, czy nie jest przypadkiem tak, że o wiele więcej strajków miałoby szansę zakończyć się sukcesem, gdyby ich uczestnicy dysponowali choćby małymi ogródkami warzywnymi, które pomogłyby im się utrzymać. Mój adwersarz odparł, że zawsze opowiadał się za podobną rezerwą proletariackiej własności, z tym że wolałby, żeby była ona komunalna, a nie prywatna; co mnie z kolei wydało się powrotem do punktu wyjścia; bo wszystko, co komunalne, musi być zarządzane przez urzędy, jeśli ma nie popaść w zupełny chaos. Pamiętam wciąż dwa śmieszne wypadki, które swój komizm zyskały poniekąd moim kosztem; po pierwsze, jak się zdaje wprawiłem ludzi w niejakie rozbawienie, ostrząc ołówek wielkim nożem hiszpańskim, który bardzo cenię, jak to się czasem zdarza, ponieważ stanowi on prezent od pewnego irlandzkiego księdza, mojego osobistego przyjaciela, i może z tego względu urosnąć do rangi broni symbolicznej, czegoś w rodzaju miecza do walki duchowej. Czy publiczność uznała, że zamierzam, w ramach przygotowania ilustracji do własnej metafory, odciąć sobie przy jego pomocy nogi, czy też, że wobec braku odpowiedzi na argumenty pana Johnsona rozważam możliwość poderżnięcia mu gardła, niestety nie wiem. Drugą rzeczą jest znakomita riposta mojego rozmówcy, który, po tym jak powiedział coś o marnowaniu własności na kupno karabinów, przerwał moją kontrę, że żadnej porządnej rewolucji nie da się przeprowadzić bez broni, żartobliwie wołając: „Zdrada!” Jak mu później powiedziałem, trudno jest wyobrazić sobie scenę na wyższym poziomie artystycznym od tej, w której Anglik, przysłany celem pozyskania nowych żołnierzy dla Armii Brytyjskiej, zostałby aresztowany i przekazany wymiarowi sprawiedliwości (lub, jak kto woli, niesprawiedliwości) przez pacyfistę z Liberty Hall. Przez całą debatę jednak świadomy byłem, jak wspomniałem, pewnego zbiorowego uczucia poparcia dla samej osobowości mojego przeciwnika; ujawniającego się na przykład w owacji, którą otrzymał, zanim w ogóle zaczął mówić albo kaskadach braw, nagradzających wszystkie jego dygresje lub aluzje, które nie zawsze mogłem zrozumieć. Gdy nasze zmagania dobiegły końca, pewien dystyngowany unionista z południa zwrócił się do mnie słowami: „Oczywiście, Johnson odniósł tutaj niedawno potężny sukces. Liberty Hall dokonała czegoś, co nie udało się jeszcze od początku całego ruchu związków zawodowych – naprawdę udało mu się założyć związek zawodowy rolników. Wiem, ponieważ musiałem z nimi negocjować. Wie pan chyba również, że w Anglii powołania podobnego związku zawsze było praktycznie nie do zrobienia”. Istotnie, wiedziałem bardzo dobrze; i wiedziałem także, dlaczego w Irlandii udało się to zrobić. Dokładnie z tego względu, o którym mówiłem cały wieczór: ponieważ irlandzki proletariat ma za sobą tradycję irlandzkiego chłopstwa. W swoich rodzinach, o ile nie w swoich sercach, ludzie ci zdołali przechować pamięć osobistej miłości do ziemi. I ciekawą ironią losu wydał mi się fakt, że nawet moja porażka wynikała z prawdziwości moich własnych poglądów; a także, że prawdziwości tej dowiodła popularność opcji przeciwnej. Rolniczy cech wziął się z ożywczego powiewu wolności, który wdarł się do ciemnego miasta z odległych pól; i z prawdy, że nawet toczące się po zboczu kamienie proletaryzmu dopiero niedawno wyrwano z samych korzeni tutejszych gór.

W Irlandii nawet industrializm nie jest industrialny. O to właśnie mi chodzi, kiedy mówię, że Irlandzka Partia Pracy to wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego właśnie istnienie jej nie przeczy mojej wcześniejszej tezie, że kapitalistyczny kryzys dotyczy angielskiej strony drogi. Irlandzcy pracownicy rolni potrafią zorganizować się w cech, ponieważ pragną zostać gospodarzami. Widzą problem biednych i bogatych w kategoriach, które są stare jak świat; w kategoriach Achaba i Nabota. W społeczności rolniczej niewielką różnicę robi to, czy Achab przywłaszczy sobie winnicę prywatnie, jako Achab, czy oficjalnie, jako król Izraela. Na dłuższą metę, i nawet w innym typie społeczeństwa, równie niewielkie znaczenie będzie mieć, czy Nabot otrzyma w zamian pracę i pensję, dzięki czemu będzie mógł na tej winnicy zostać – czy też prawo głosu, dzięki któremu będzie mógł na nią, podobno, w pewien sposób wpływać. Bo to, czego chce, to po prostu winnica. I nie w duchu samo-usprawiedliwiającego się cynizmu czy też wulgarnej wymówki, że „biznes to biznes”, ale w mocy gromu, jakby z jakiejś ukrytej siedziby królów, wychodzi z owej winnicy jakiś straszny głos; głos tego typu ludzkiego z każdej epoki i każdego narodu: „Niech mi Bóg miłościw będzie, żebym ci nie dał dziedzictwa ojców moich!”17

1Odwołanie do bitwy nad kanałem Saint-Quentin w północnej Francji, która odbyła się 28 września, 1918 roku i zakończyła zwycięstwem Ententy. Sukces ten miał stać się bardzo ważnym krokiem w przełamywaniu niemieckich pozycji na tzw. Linii Zygfryda i – w ostatecznym rozrachunku – walnie przyczynić się do rozstrzygnięcia wojny na korzyść Państw Sprzymierzonych.

2Powstanie, które wybuchło w Dublinie 24 kwietnia 1916 roku, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Uczestnicy proklamowali powstanie wolnej Republiki Irlandii, jednak wobec braku poparcia miejscowej ludności i ogromnej przewagi Brytyjczyków, którzy w walce z nimi wykorzystywali ogień artyleryjski, po sześciu dniach walki złożyli broń. Powstanie owo kosztowało życie ok. 500 ludzi.

3Prawdopodobnie aluzja do popularnej zabawy matematycznej: Pomyśl jakąś liczbę. Pomnóż przez dwa. Dodaj sześć. Podziel przez dwa. Odejmij wartość, którą pomyślałeś na początku. Wynik wynosi – trzy.

4Jakub Larkin (1875-1947) – jeden z założycieli powstałej w 1912 r. Irlandzkiej Partii Pracy i współorganizator największego strajku w historii Zielonej Wyspy (1913), omawianego tutaj przez Chestertona, którego uczestnicy nie dostawali wypłaty przez 7 miesięcy. W późniejszym okresie życia nawrócił się na katolicyzm. Mszy pogrzebowej w jego intencji przewodniczył arcybiskup Dublina.

5Jakub Connolloy (1868-1916) – również jeden za współzałożycieli IPP, marksista, zginął w Powstaniu Wielkanocnym. Przed śmiercią przyjął sakramenty Kościoła.

6William Marcin Murphy (1844-1919) – irlandzki potentat finansowy, polityk i pierwszy w historii tego kraju „baron prasowy,” prezes Dublin United Tramway Company. Ze względu na swoją postawę podczas strajku w 1913 r. przezywany w kręgach robotniczych „William Murder Murphy.”

7Henryk Karol Harrod (1799-1885) – angielski biznesmen, kupiec, założyciel słynnego „Harrodsa”.

8Tytuł wydawanych od czasów p. Jerzego Bradshawa (1801-1853), angielskiego kartografa i wydawcy, przewodników turystycznych i kolejowych rozkładów jazdy. Rzecz warta uwagi dla miłośników tej formy transportu lub, po prostu, historii turystyki.

9Grupa etniczna wywodząca się od starożytnych Persów, wyznająca zaratustrianizm, dzisiaj zamieszkująca przede wszystkim Bombaj.

10Hugon Aleksander Law (1872-1943) – irlandzki nacjonalista, poseł do parlamentu, prawnik i literat.

11Grupa poetów francuskich, działających w XVI wieku, pamiętana z popularyzacji języka francuskiego w literaturze. Zwróćmy uwagę, tak nawiasem mówiąc, że odniesienie to stanowi jeszcze jeden dowód na to, że Chesterton istotnie, wbrew krążącym o nim plotkom, z językiem Montaigne’a radził sobie bardzo dobrze.

12Aluzja do wiersza „The Lake Isle of Innisfree”. „How many a something makes nine” to takie angielskie powiedzenie.

13Katarzyna Tynan (1861-1931) – irlandzka poetka i powieściopisarka.

14Stefan Lucjusz Gwynn (1864-1950) – irlandzki dziennikarz, prozaik i poeta, a także poseł do parlamentu, reprezentujący protestancki odłam nacjonalizmu Zielonej Wyspy. Walczył w wojsku brytyjskim podczas I WŚ.

15Jakub Stephens (1824-1901) – irlandzki polityk, jeden z założycieli Sinn Fein.

16Oliwer Gogarty (1878-1957) – irlandzki lekarz, sportowiec, pisarz i polityk.

173 Krl 21, 3; wg tłumaczenia ks. Wujka.

G.K. Chesterton: Zalety posiadania jednej nogi („Tremendous Trifles”, 1909)

Jedna z moich znajomych, odwiedzając pewnego dnia kobietę w żałobie, chciała znaleźć dla niej jakieś słowa pocieszenia, które nie byłyby wszakże ani bezczelne, ani naiwne. Ostatecznie odezwała się następująco: „Wydaje mi się, że człowiek może przejść przez te wielkie próby i to jeszcze z korzyścią dla siebie. To małe problemy są dla nas najgorsze”. „Ależ tak, proszę pani”, odparła starsza kobieta z naciskiem, „i jak akurat wiem, co mówię, bo to już mój dziesiąty”. W tym sensie właśnie być może istotnie, małe problemy są najgorsze. Jeśli rozumieć je w sposób mniej precyzyjny, sformułowanie to, choć częściowo prawdziwe, otwiera także znaczne możliwości błędu i samooszustwa. Ci z nas, którzy doświadczyli problemów zarówno dużych jak i małych, zgodnie z prawdą mogą powiedzieć, że to te małe są dla nich najbardziej dokuczliwe; to oczywiste, że dla pleców zgiętych pod jarzmem ciężarów nie do uniesienia udźwignięcie ziarenka piasku jest ogromnym wyzwaniem; olbrzym podtrzymujący nad swych barkach sklepienie kosmosu może runąć w dół, gdy siądzie mu na ramieniu mucha albo pasikonik. Obawiam się jednak, że maksymy owej – „najmniejsze problemy to najgorsze problemy” – bardzo często się dzisiaj nadużywa, a nadużywają jej dokładnie ci ludzie, którzy nie mają żadnych innych problemów, jak tylko bardzo małe. Wytworna dama, gdy ją przechodzą dreszcze obrzydzenia na widok źle przyciętych krzewów róży1, może później rozrzewniać się melancholijnie nad tym, z jaką godnością nosiłaby koronę z cieni, tylko że niestety Opatrzność poskąpiła jej tej łaski. Szacowny gentleman, obsobaczywszy służbę za niesmaczny obiad, może potem uspokajać swe sumienie tłumacząc sobie, że w czasie głodu zachowałby się bardziej kulturalnie. Nie twierdzimy bynajmniej, że pasikonik nic nie waży; nie musimy jednak darzyć przesadnym szacunkiem bogatego snoba, który za każdym razem, gdy rzeczone stworzonko usiądzie mu na ramieniu woła: „Dajcie mi słonia!”, mając przy tym pełną świadomość, że w Anglii nie ma słoni. To prawda, że kropla może przelać czarę goryczy; nim jednak zaczniemy się litować, wolelibyśmy mieć pewność, że chodzi o ostatnią, a nie pierwszą kroplę.

W pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że ci, którzy zmagają się w życiu z ciężkimi problemami, mają również pełne prawo do narzekania – pod warunkiem, że narzekają na wszystko inne. I w praktyce, paradoksalnie, wszyscy naprawdę doświadczeni przez los naprawdę narzekają na wszystko inne. Rozmawiać o prawdziwych problemach to najkrótsza droga do pomieszania zmysłów. Dlatego też ci, którzy mają prawdziwe problemy, zazwyczaj o nich nie rozmawiają. Rozmawiają o błahostkach – i ktoś, kogo dziwnie głęboko rażą źle przycięte róże, zazwyczaj naprawdę nosi pod kapeluszem koronę z cierni. Jeśli jednak mówimy o człowieku wiodącym normalne, spokojne i względnie szczęśliwe życie, to wydaje mi się, że możemy bez niesprawiedliwości domagać się od niego przynajmniej, by raczył nie robić z igły wideł. Nie zaprzeczam, że igła, na przykład w oku, może być uciążliwa. Drobne kłopoty mają do siebie to niebezpieczeństwo, że są gorzej widoczne; nie rzucają cienia, nie mają atmosfery. Nikt nigdy jeszcze w historii ludzkości nie miał mistycznego przeczucia, że potknie się o podnóżek. William III2 umarł, bo wdepnął w kretowisko; nie sądzę, że, nawet biorąc pod wrodzone talenty Williama III, ktokolwiek zdołałby wdepnąć w górę. Wszystko to wiem i rozumiem. Z tym większym naciskiem powtarzam jednak, że mamy od przeciętnego, szczęśliwego człowieka (czyli nie Williama III) rozumne prawo domagać się, aby sobie ze swoimi trywialnymi kłopotami radził, a nawet więcej: aby nauczył się dostrzegać także jakieś ich jasne strony. I nie mówię tutaj rzecz jasna o autentycznym bólu czy biedzie. Ale o tych niepoliczalnych, przygodnych trudnościach, które co i rusz pojawiają się na naszej drodze: złej pogodzie, mieszkaniu nie takim, jak by się to marzyło, nieudanych znajomościach i niedotrzymanych umowach, konieczności czekania na pociąg, listonoszu, który przychodzi zawsze, gdy nas nie ma, notorycznym spóźnianiu się na ważne spotkania albo – co gorsza – niespóźnianiu się na nieważne spotkania. I o tej dziwnej, poetyckiej przyjemności, jaką można z nich czerpać, tu śpiewam – a śpiewam z mocą, bo z siebie; bo sam od kilku dni prowadzę śmiały eksperyment polegający na tym, że próbuje się czerpać poetycką przyjemność z życia siedząc cały dzień w fotelu ze skręconą nogą, ewentualnie stojąc obok niego w pozycji bociana (bocian to tutaj, rzecz jasna, symbol poetycki); rezultaty póki co są nader obiecujące.

Aby móc właściwie docenić jakąkolwiek rzecz, musimy ją wpierw mentalnie wyizolować, nawet jeśli jej konotacje symboliczne nie za bardzo na to pozwalają. Jeśli chcemy na przykład docenić dom, musimy wyobrazić sobie, że stoi w kompletnej głuszy. Jeśli chcemy przekonać się, jaki ktoś naprawdę jest, musimy wyobrazić go sobie, jak stoi na pustyni, ewentualnie ciemnych piaskach jakiejś opustoszałej plaży. Jak długo jest sam, jest także człowiekiem, częścią naszego gatunku; jak długo jest sam, zasługuje na przyjaźń i towarzystwo. Domalujmy na tym obrazku jeszcze jedną osobę, a nasz bohater natychmiast staje się mniej, nie bardziej ludzki. Jeden człowiek to dobra kompania, dwóch ludzi to żadna kompania. Jeśli chcielibyśmy symbolicznie przedstawić istotę prawdziwie ludzkiej architektury, powinniśmy namalować jedną, ciemną wieżą, wzbijającą się samotnie nad linię horyzontu; jeśli chcemy pokazać komuś światło, nie malujmy gwiazd! Istotnie, przez całą ową osobliwą porę naszego życia, którą nazywamy dniem, na niebie lśni ledwie jedna gwiazda – wielka, straszliwa gwiazda, zwana przez nas słońcem. Jedno słońce to coś wspaniałego; sześć słońc obok siebie to byłby kicz. Jedna dzwonnica Giotta jest piękna; rząd dzwonnic Giotta przypominałby rząd nieproporcjonalnie dużych skrzynek na listy. Poezja sztuki to umiejętność zachwycenia się jedną, samotną wieżą; poezja natury – jednym, samotnym drzewem; poezja miłosna to wierność jednej kobiecie; poezja religijna – to kult oddawany jednej spośród miliardów gwiazd na niebie. Na tej samej zasadzie z naukową pewnością możemy stwierdzić, że poezja ludzkiego życia polega na staniu na jednej nodze. Aby móc wyrażać doskonałą i kompletną nogowatość, noga ludzka musi być rozważana w zupełnej izolacji, niczym strzelista wieża pośrodku nieprzebytej puszczy. Według jakże trafnych słów Ibsena: ta noga jest najsilniejszą, co sama przeciw wszystkim stoi3.

Owa samotna noga, na której się wspieram, ma do siebie całą prostotę doryckiej kolumny. Znawcy architektury mówią nam, że jedyną racją dostateczną istnienia kolumn jest podtrzymywanie sklepienia. Moja kolumna spełnia swą naturalną funkcję z rozmachem. Podtrzymuje rozległe sklepienie. Mając do tego charakter organiczny, może się również w trakcie tego procesu samodoskonalić, aby przez owe kilka dni, kiedy mój ciężar może rozkładać się ledwie tak bardzo nierówno, bezradność i bezużyteczność jednej nogi znalazła swą kosmiczną kompensację w zadziwiającej mocy i klasycznym pięknie drugiej nogi. Pani Mountstuart Jenkinson z powieści George’a Mereditha4, widząc mnie, jak stoję obok fotela wyprężony niczym bocian, nie pozostałoby nic innego, jak tylko z podziwem i zadziwiającą w tym wypadku trafnością wykrzyknąć: „Patrzcie, on ma nogę!” Zwróć uwagę, Czytelniku, jak ściśle głęboki sens owej słynnej literackiej frazy koresponduje tutaj z tym, co nazwałem wcześniej w niniejszym eseju metodą mentalnej izolacji rozważanych przedmiotów. Pani Mountstuart Jenkinson, pragnąc znaleźć adekwatny sposób wyrażenia doskonałej harmonii ludzkiego piękna, powiedziała po prostu, że pan Willoughby ma nogę. Z wielkim wyczuciem przemilczała przy tym ów nieprzyjemny i wstydliwy fakt, że tak naprawdę miał dwie. Dwie nogi to o jedną za dużo – to nadmiar, iluzja i zamęt. Dla pani Mountstuart Jenkinson dwie nogi byłyby czymś równie niezrozumiałym, jak dwa pomniki w Londynie5. Wobec faktu, że ktoś ma jedną, piękną, silną, zdrową nogę przydawać mu jeszcze drugą – wszak to byłby pleonazm, zwyczajne wielomówstwo! Czyż i poganie tego nie czynią? Dwunożny pan Willoughby byłby dla krystalicznie logicznej umysłowości pani Jenkinson czymś równie zadziwiającym, jak człowiek-stonoga.

Każdy pesymizm skrywa w swym wnętrzu utajoną nadzieję. Wszelkie wyrzeczenie się świata i jego przyjemności, wszelkie ciemności ducha, samotność, opuszczenie – wszystko to ma w istocie ledwie jeden cel: odseparowanie, a w konsekwencji indywidualizację jakiegoś określonego przedmiotu po to, abyśmy mogli się nim pełniej i prawdziwiej cieszyć. Odczuwam więc niekłamaną wdzięczność za moją niedawną kontuzję, która pozwoliła mi dostrzec ową fascynującą, metafizyczną przepaść, jaka zieje między jedną moją stopą a drugą. Aby coś naprawdę pokochać, musimy wpierw zdać sobie sprawę, że możemy to stracić. Dzięki zdrowej stopie, czuję i pojmuję z całą mocą jak to cudownie mieć stopę; dzięki chorej – że zupełnie realnie mógłbym jej nie mieć. Morał tej opowieści jest po prostu fantastyczny. Świat, w którym żyjemy, i siły, które w nim działają, to sprawy znacznie bardziej niezwykłe, niż zazwyczaj umiemy sobie uświadomić, chyba że przypomni nam o tym jakiś nieszczęśliwy wypadek. Jeśli chcesz doświadczyć bezgranicznego szczęścia – ogranicz się. Jeśli chcesz się przekonać, jak straszliwie i cudownie Pan nas stworzył –postój jeden dzień na jednej nodze. Jeśli chcesz ujrzeć splendor widzialnego wszechświata – popatrz na życie z przymrużeniem oka.

Maciej Sobiech

1Oryg. Crumpled rose-leaf, jest to prawdopodobnie aluzja do jednoaktowej komedii z 1890 roku o tym właśnie tytule. Po polsku zmieniam, żeby brzmiało lepiej, bo „wymięty listek róży” jest coś nie tego.

2Orański (1650-1702) – książę Oranii, namiestnik Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów, król Anglii i Szkocji (jako William II). Faktycznie zginął dlatego, że jego koń (nie on) potknął się o kopiec kreta i zrzucił go z siodła. William złamał obojczyk, potem zachorował na zapalenie płuc i tak to się skończyło.

3Henrik Ibsen (1828-1906) – dramaturg norweski. Cytat to oczywiście parodia słynnego cytatu ze sztuki „Wróg ludu” (1882): „Najsilniejszy człowiek to taki, który jest (dosłownie: stoi) zupełnie sam”, czy coś w tym rodzaju.

4George Meredith (1828-1909) – angielski powieściopisarz i poeta doby wiktoriańskiej, nominowany pięciokrotnie (1902-1907) do Nagrody Nobla. Politycznie radykał. Chesterton czyni tu aluzję do powieści „Egoista” (1879), tragikomicznie portretującej trudny los kobiet epoki rządów królowej Wiktorii, głównie w kontekście małżeństwa.

5Znów aluzja do treści książki.