Blog: Kilka słów o Chestertonowskiej krytyce systemu partyjnego

Jak wielokrotnie tutaj zaznaczałem, moje zaangażowanie w promocję myśli Chestertonowskiej dobiega końca i generalnie przymierzam się do zawieszenia działalności blogowej, tak aby rozwijać inne zainteresowania, bardziej ze mną konnaturalne. Tym niemniej, jak również już tutaj pisałem, zanim całkiem zamilknę, chciałbym zająć się jeszcze kilkoma co bardziej idiotycznymi błędami, jakie często popełnia się co do poglądów Gilberta. Dzisiaj weźmiemy na warsztat jego podejście do rządów partyjnych, czy właściwie (co, jak się zaraz okaże, jest nie bez znaczenia), systemu partyjnego. Konserwatywni zwolennicy Gilberta nagminnie powtarzają, że był on wielkim tego systemu przeciwnikiem. No więc – był?

Niniejszym krótko. Był. Ale nie rozumiał tego pojęcia tak, jak my obecnie, tylko w sposób bardzo specyficzny, mianowicie, jak czytamy w XXV rozdziale książki „Avowals & Denials” (1935), jako „system, w którym dwa Przednie Rzędy w parlamencie okresowo wymieniają się władzą”. Generalnie podobnie jednoznaczna deklaracja powinna wystarczyć, ale ponieważ wielu jeden jednoznaczny cytat nie wystarczy (chyba że chodzi o udowadnianie czegoś, co nam się podoba, wtedy nie trzeba cytować nic), to możemy przytoczyć i następny. Oto jak zdefiniowany został system partyjny po raz pierwszy, w poświęconym mu dziele, napisanym wspólnie przez Hilaire’a Belloca i Cecila Chestertona („The Party System”, 1911). Otóż jest to, piszą autorzy, „obcy element, zapośredniczający relacje między wyborcami a wybieranymi i wypaczający funkcjonowanie systemu reprezentatywnego […]. Metoda sprawowania władzy polegająca na tym, że reprezentanci narodu dzielą się na dwie grupy, oficjalnie bardzo odmienne od siebie w sensie poglądowym. Wyborca może wybierać tylko między nimi. Ta, która otrzyma więcej głosów, tworzy rząd, mniejszość gra rolę opozycji. […] Jest to po prostu swoista gra (i źródło dochodów) dla polityków”. Widzimy zatem jasno, że nie chodzi tutaj bynajmniej o potępienie systemu partyjnego JAKO SYSTEMU, W KTÓRYM ISTNIEJĄ PARTIE POLITYCZNE, ale raczej DEGENERACJI tego systemu, polegającej na tym, że prawdziwe partie, powstające „oddolnie” i reprezentujące pewne realne i jasne poglądy polityczne, zastąpione zostają przez dwie partie „oficjalne”, pozornie rywalizujące ze sobą, ale realnie tworzące i reprezentujące jedną klasę, której głównym celem jest utrzymanie się przy władzy i zachowanie ekonomiczno-politycznego status quo. O swoistą „kastrację” partyjności, a nie o instytucję partii politycznej jako taką.

(Odnośny tekst Gilberta można znaleźć w antologii „W imię wolności”, wydanej w wersji elektronicznej przez „Nowego Obywatela”, tekst pana B. i Cecila może jeszcze pojawi się kiedyś tutaj, na chestertonianie).

Jeśli zaś chodzi o remedia, to bardzo jasno opisuje je w przywoływanym tutaj tekście Gilbert: „Prawdziwe zastrzeżenie wobec starego systemu dwupartyjnego było takie, że nie był on wcale dwu-partyjny; tylko jednopartyjny. Nie mówiliśmy, że Przednie Rzędy za bardzo się kłócą; ale że za mało się kłócą. Nie że rząd rządził zbyt samodzielnie, a opozycja była za twarda. Ale że rząd nie rządził sam, ale wyłącznie na mocy układu z opozycją, ze względu na co opozycja nie była za twarda – bo nie była opozycją. Niepopularny charakter parlamentu nie wziął się z tego, że trwały w nim bezustannie walki frakcyjnych fanatyków i brutalne burdy, jak w przeciętnym średniowiecznym mieście Włoch. Ale stąd, że stał się on sceną nudnych i trywialnych pogadanek, niczym klub dyskusyjny zblazowanych licealistów. Jeśli chodzi o polityczną władzę rządu, ta już w przeszłości była scentralizowana; i o wiele zbyt scentralizowana. Zajmowała bowiem miejsce centralne między premierem a szefem opozycji; nierzadko przybierając formę nieznanego nikomu z imienia i nazwiska finansisty, który doradzał im obu”. No i zaraz potem dodaje: „Tak czy inaczej, system totalitarny nie jest żadnym, literalnie żadnym, lekarstwem na wady systemu dwupartyjnego. Bo w sensie, o którym mówimy, system dwupartyjny był już systemem totalitarnym. To znaczy: systemem monopolu na władzę”. Jednym słowem: drogą wyjścia z politycznego kryzysu, jakim jest istnienie systemu partyjnego W TAKIM ROZUMIENIU, JAKIE BARDZO JASNO I OTWARCIE NADAWAŁ TEMU TERMINOWI GILBERT KEITH CHESTERTON, nie jest likwidacja parlamentaryzmu i partii, ale powrót do źródeł: przywrócenie tak parlamentowi, jak i partiom, ich prawdziwej, ludowej, populistycznej, demokratycznej natury. Jak zwykle zatem, pokazuje się tutaj Gilbert jako prawdziwy radykał, a nie konserwatysta – i bardzo trudno mi wyobrazić sobie, aby ktokolwiek mógł mieć co do tego wątpliwości.

Widzimy zatem, że robienie z Gilberta pospolitego przeciwnika rządów partyjno-parlamentarnych jest po prostu błędem merytorycznym, wynikającym z niechlujnej i ideologicznie wypaczonej lektury. Znamienne, że wypaczenie owo – choć przecież tak łatwo je obalić! – wciąż jest bardzo popularne i króluje na (konferencyjnych) salonach, nie tylko w Polsce, ale także w Ameryce. No cóż, fakt ten stanowi dojrzały owoc pewnego bardzo długiego procesu interpretacyjnego, którego nie damy rady (ze względu na szczupłość miejsca) tutaj opisać. Pewne pozostaje jednak to, że bez przezwyciężenia go, racjonalna recepcja dorobku Chestertona nigdy nie będzie możliwa i na zawsze pozostanie on tym, kim jest obecnie – czyli najbardziej nierozumianym pisarzem w historii literatury angielskiej. Szkoda by było.

Maciej Sobiech