G.K. Chesterton: W sprawie kobiet, które głosują („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: Flora Lion, „Pracownice fabryki w Leeds”, 1918]

List pewnej damy, wydrukowany w dziale korespondencji News Chronicle, wyróżnił niżej podpisanego w iście miażdżącym stylu; postawił go w centrum uwagi – po to, by w swoim czasie być może zamienić je na centrum penitencjarne. Panna Florence Underwood, sekretarz Ligi Wolności Kobiet1, narzekała właśnie na obecny stan rzeczy, w którym „coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy”. Jak się okazuje, pomimo tego wszystkiego, w pisarstwie większości mężczyzn, w tym najważniejszych autorów gazet liberalnych, wciąż dominuje ton bezdusznej beztroski. Ten zaś, przywodzi pannie Underwood na myśl kilka mroczniejszych fragmentów, jakie zdarzyło mi się popełnić w przeszłości; przypomina je zatem w następujący sposób:

„W dniach przed równouprawnieniem politycznym pan G.K. Chesterton zapytał swą matkę, żonę i sprzątaczkę czy którakolwiek z nich chciałaby głosować. Na co każda z nich odpowiedziała: ‘nie’ – a pan Chesterton nabrał większego niż kiedykolwiek przekonania, że kobietom prawa wyborcze są niepotrzebne”.

Powyższe słowa, to poniekąd uproszczona wersja tego, co pan Chesterton naprawdę powiedział; prawda wszakże, że zasada tego, co powiedział, była bardzo prosta. Tym jednak, co najbardziej go teraz interesuje, jest fakt, że druga część jego godnego pogardy obstrukcjonizmu powinna być jeszcze prostsza do rozmontowania. Pomimo jego desperacki spisek, zawiązany wespół ze sprzątaczkami, matkami i innym tego typu chamstwem, kobiety zyskały prawa wyborcze – i mają je już od grubo ponad dekady. Jeżeli to rzecz tak cenna, że warta owych wszystkich obłąkańczych wysiłków tych lat, przez które się o nią walczyło – moglibyśmy chyba zasadnie spodziewać się, że drogocenność jej okazała się także w owym długim czasie, który minął, odkąd się ją otrzymało. Cały sens stanowiska sufrażystek i Ligi Wolności Kobiet sprowadzał się do stwierdzenia, że prawa wyborcze determinowały dystrybucję siły politycznej, bez której kobiety są bezsilne – a z którą nagle staną się silne. Tak też, skoro kobiety otrzymały już ową wielką, polityczną moc, możemy przypuszczać, że wrzaski się skończyły; wrzaski szczęśliwych i zwycięskich Amazonek, rządzących światem w majestacie prawa. Wszystko jest tak, jak być powinno. „Jak dobrze nam ze sobą”, jak powiedział pewien dziennikarz po zebraniu anglikańskich biskupów w wyrazie poparcia dla ruchu oksfordzkiego2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, jak zauważyła pewna pani domu, gdy jakiś czarujący raconteur został trapistą. „Jedziemy dalej”, jak zakrzyknął bagażowy po przeczytaniu książki panny Gertrudy Stein3. Kobieta otrzymała prawo rządzenia; i rządzi.

Ale zaraz – cóż to znaczy, cóż to za przedziwne słowa? „…coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy…” Jakże to może być, że coraz więcej i więcej kobiet popada w coraz większe i większe zgorzknienie, nie mogąc wcale usunąć przyczyn swej goryczy? Dlaczego nie skorzystają po prostu ze swego skarbu, ze swych praw wyborczych, i nie zmiotą tych problemów z powierzchni ziemi? W jaki konkretny sposób jakiś nędzny zastępca naczelnego z News Chronicle, członek pożałowania godnej męskiej mniejszości, mógłby stanąć na drodze samej pannie Underwood? Dlaczegóż nie porazi go ona z wysoka swym straszliwym Prawem i nie powali na ziemię? Ewidentnie, jest z tą sytuacją coś bardzo nie w porządku; i zastanawiam się, ze zwyczajną dla mnie perwersyjnością, czy przypadkiem moja sprzątaczka i moja matka nie wykazały się po prostu zdrową, kobiecą intuicją co do pewnych faktów. Nigdy nie twierdziłem, że sprzątaczka nie ma realnych problemów. Z całą pewnością nigdy nie powiedziałem, że kobiety pracujące nie padają ofiarą różnych form wyzysku gospodarczego. Przeciwnie, nieustająco utrzymywałem, że wszyscy ludzie pracy padają ofiarą wyzysku gospodarczego – i utrzymywałem to w czasach, gdy było to znacznie mniej modne, niż obecnie. Nie sądziłem po prostu, i nie sądziłem, że one tak sądziły, że to gospodarcze zło można usunąć dając kobietom jako kobietom prawo głosu jako prawo głosu. I powierzchowna lektura mrocznych i tajemniczych narzekań panny Underwood może łatwo wprawić kogoś w bałamutne mniemanie, że miałem słuszność.

Mówiąc wprost, czy ta szanowna pani sufrażystka byłaby łaskawa powiedzieć mi dokładnie jak wykorzystuje swoje równouprawnienie albo (1) po to by uniknąć eksploatacji ze strony pracodawcy; albo (2) po to by uniknąć wykluczenia ze związku zawodowego? Jakiekolwiek byłyby wady i zalety dyskryminacji kobiet w organizacjach gospodarczych, czy to kapitalistycznych czy proletariackich, czy istnieje w ogóle ktokolwiek, kto potrafiłby dzisiaj zmniejszyć naciski ze strony organizacji gospodarczych przy pomocy wyborów do parlamentu? Czy można to osiągnąć przypierając do ściany jakiegoś samotnego, miejscowego posła, prawdopodobnie całkowicie bezradnego szeregowca, i zmuszając go do składania różnych obietnic, których i tak jego własna partia nie pozwoli mu dotrzymać? Czy komukolwiek wydaje się, że można osiągnąć to głosując na oficjalnych przedstawicieli Partii Pracy, prawdopodobnie dowodzonych przez socjalistów równie płomiennych i skorych do działania jak pan Ramsay MacDonald4? A może powinno się ich w rozpaczy porzucić – i głosować na komunistów? A jednak, niekoniecznie wcale trzeba się zgadzać z komunistami, aby podzielać troskę panny Underwood o równość płci, czy też moją osobistą troskę o większą równość ekonomiczną. W każdym wypadku, w sprawie osiągania jakiegokolwiek poziomu równości ekonomicznej, głosowania zdały się nam mniej więcej na nic. To chyba „pani generał” Flora Drummond5, najbardziej militarna spośród militarystów, gdy rozpoczął się właśnie jakiś kolejny wielki strajk w kopalniach czy na kolei, zaczęła w wielkim wzburzeniu krzyczeć, że to nieliczący się kompletnie z wielkimi sukcesami sufrażystek w polityce przejaw męskiego szowinizmu w przemyśle. Wydaje mi się, że naprawdę nazwała go ona obelgą dla wywalczonych przez siebie parlamentarnych prerogatyw, które teraz obnosiła z tak wielką dumą, niczym jeden ze swych orderów. W rzeczywistości, po raz pierwszy zorientowała się, że prawo głosu, które sobie wywalczyła, było dokładnie tak daremne, jak powiedzielibyśmy jej to ja czy moja nieszczęsna sprzątaczka. Innymi słowy: pani sprzątaczka miała rację; ja zaś miałem rację właśnie dzięki tej sprzątaczce.

Nie widzę wielkiej szansy, abym zaczął łudzić się jakąś fantastyczną nadzieją, że panna Underwood zgodzi się kiedyś ze mną co do tego, że moja sprzątaczka miała rację – czy tym mniej, że ja miałem rację; kusi mnie jednak, żeby dodać tutaj jeszcze słówko komentarza – specjalnie dla każdego, kto byłby w stanie przyjąć, że naprawdę miałem wtedy rację – i że mogę mieć ją także i teraz. Kusi mnie, aby nadmienić, że nawet obecne pretensje panny Underwood, choć znacznie bardziej praktyczne i realistyczne niż mętna romantyka głosowania, również są bardzo wątpliwe – ponieważ opierają się na fałszywych założeniach. Bardzo rozsądnie jest twierdzić, że skoro kobieta i mężczyzna są w takim samym sensie proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, powinni być traktowani w taki sam sposób. To wszakże, czy oboje rzeczywiście tak samo nadają się do bycia proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, to rzecz daleka od oczywistości. I, przede wszystkim, dalekie od oczywistości jest samo to, czy w ogóle którekolwiek z nich powinno być proletariuszem na przemysłowym rynku pracy. Panna Underwood i jej przyjaciółki zawsze wypowiadają się w taki sposób, jakby bycie kontraktowym niewolnikiem w zepsutym i niszczejącym systemie kapitalizmu stanowiło coś w rodzaju błogiego błogosławieństwa, którym najpierw – w duchu podłęgo faworytyzmu – obdarowano samych mężczyzn, by potem (o, perfidio!; o, dyskryminacjo!) odmawiać go kobietom. I nawet wspaniała tudzież radosna sytuacja współczesnego handlu i interesów nie przekona mnie do przyjęcia tego poglądu jako pierwszej zasady.

Innymi słowy, dzieli nas jeden, malutki szczegół: że to, co ona nazywa niezależnością ekonomiczną, ja przypadkowo nazywam zależnością ekonomiczną. Zależność to rzecz wpisana w zatrudnienie; szczególnie teraz, wobec straszliwego, współczesnego widma braku zatrudnienia. Nie jest to złośliwość obliczona specjalnie na upokorzenie kobiet; to niepewność i niesprawiedliwość przynależna do całej ostatniej epoki rządów człowieka nad człowiekiem. Zbudować społeczeństwo zdrowsze, takie, w którym mężczyźni i kobiety pracować będą na swoim, a nie tylko u bogatych, to bardzo trudny i ryzykowny projekt. Nigdy jednak nie żałowałem słów, że więcej głosów wyborczych na nic się nie przyda w jego realizacji; i nie sądzę, że sufrażystki przydałyby się na cokolwiek w jego realizacji – nawet gdyby udało im się przemienić wszystkie matki i żony w dobrze opłacane służące wielkich trustów.

Przeł. Maciej Sobiech

1Organizacja polityczna, założona w 1907 roku przez grono zacnych feministek angielskich, działająca na rzecz równouprawnienia. Po uzyskaniu praw politycznych, zaczęła domagać się równości wynagrodzeń i „równości moralnej”. W 1918 roku sprzeciwiała się zaangażowaniu wojennemu Wielkiej Brytanii. Liga przestała istnieć w 1961.

2Dziewiętnastowieczny ruch we wspólnocie anglikańskiej, zorientowany prokatolicko (domagano się choćby powrotu do kultu świętych patronów). Należał do niego np. niejaki Jan Henryk Newman.

3Gerturda Stein (1874-1946) – amerykańska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, feministka.

4Ramsay MacDonald (1866-1937) – szkocki laburzysta, premier Wielkiej Brytanii w latach 1924 i 1929-35. Zwolennik łagodnego obchodzenia się z Niemcami po I WŚ. Drugi raz pełnił funkcję premiera w tzw. rządzie narodowym, w porozumieniu z konserwatystami i liberałami, starając się za wszelką ceną utrzymać brytyjskie status quo wobec Wielkiej Depresji (stąd zapewne Chestertonowskie ironizowanie).

5Flora „Generał” Drummond (1878-1949) – angielska sufrażystka i działaczka polityczna, znana ze swego zwyczaju noszenia stroju generalskiego.

G.K. Chesterton: Feministka („Miscellany of Men”, 1912)

(Ilustracja: „Szatan spogląda na czułość Adama i Ewy”, William Blake, ilustracja do „Raju utraconego” Johna Miltona, 1808)

Moralne to, czy nie, ale prawdą jest niewątpliwie, że nawet najbardziej rycersko i liberalnie usposobionym mężczyznom zdarza się poczuć jakiś dziwny niepokój i nieufność do owych „kobiet politycznych”, które nazywamy sufrażystkami. I jak to z większością sentymentów ludu bywa, nawet ci, którzy dobrze czują, o co chodzi, nie bardzo potrafią powiedzieć, o co chodzi. Z pewnego punktu widzenia można to streścić w ten sposób: że kiedy kobieta rzuca się na mężczyznę z pięściami, jest to jedyny moment w życiu, w którym się jej nie boi. Mężczyźni boją się kobiecych słów, jeszcze bardziej kobiecego milczenia; ale przemoc przywodzi im na pamięć jedynie ową mocno już pordzewiałą, ale bardzo realną broń, używania której od dawna się wstydzą. Ale podobnie prowizoryczne syntezy zawsze zdają się na nic, gdy chodzi o instynkty. Bo rzeczy najprostsze, gdy tylko zaczyna się o nich rozmawiać, stają się najtrudniejsze: co też dokładnie miał, jak mniemam, na myśli Joubert1, gdy stwierdził, że „wierzyć w Boga jest bardzo łatwo, pod warunkiem, że się Go nie definiuje”. Stary Foulon2, wiedziony złym instynktem, zapytał dlaczego ubodzy nie zaczną jeść trawy. Ubodzy, wiedzeni dobrym instynktem, powiesili go na latarni z gębą pełną tej wykwintnej jarzyny. Sprawa relacji międzypłciowych zaś, to dokładnie kwestia instynktu; płciowość i oddychanie to jedyne chyba rzeczy na świecie, które z reguły działają najlepiej, kiedy się o nich nie myśli. To też, jak sądzę, przyczyna, dla której nasza wyrafinowana epoka, która zatruła świat feminizmem, teraz zaczyna truć go promocją ćwiczeń oddechowych. Natychmiast wpadamy w gąszcz fałszywych analogii i błędnych, bezsensownych pojęć historycznych; podczas gdy niemal każdy mężczyzna i niemal każda kobieta, gdyby zostawić ich samych sobie, wiedzieliby przynajmniej tyle, że relacje między płciami to coś niepodobnego do jakiejkolwiek innej rzeczy na świecie.

Nie ma żadnego, najmniejszego nawet porównania pomiędzy konfliktem kobiety i mężczyzny a (nieważne, jak wielką kobieta miałaby słuszność) konfliktem niewolnika i pana, bogacza i ubogiego, patrioty i agresora, opowieściami o których sufrażystki zasypują nas każdego dnia. Różnica jest zaś jasna jak samo słońce; bo we wszystkich innych wypadkach konflikt stanowił zarazem pierwszy punkt kontaktu. Rasy i klasy zaczęły od wojny – nawet jeżeli później zawiązały przyjaźń. Pierwszym i podstawowym faktem na temat płci jest natomiast to, że się po prostu lubią. Szukają. I niezależnie jak wielkie i straszne bywają grzechy, które paczą ich wzajemne relacje, to nie te grzechy stanowią przyczynę, dla której się znajdują. Doprawdy, osłupiające to, jak wielu współczesnych autorów zdaje się nie zauważać tego prostego, podstawowego i gigantycznego faktu, wyrażając się niekiedy w taki sposób, jak gdyby kobieta była w związku zawsze ofiarą i nikim więcej. Zgodnie z tym stanowiskiem nasza idealna, wyzwolona kobieta dostaje po prostu od wieków w głowę kamiennym toporkiem. Naprawdę jednak, nie ma żadnych przesłanek pozwalających wniosek, że nasze idealna, wyzwolona kobieta kiedykolwiek dostała w głowę kamiennym toporkiem; może poza tą, że miewa z tą głową problemy. Te jednak mogły pojawić się z wielu różnych przyczyn. Prawdziwa, odpowiedzialna kobieta dla odmiany, nigdy nie dostała w głowę niczym ani niczym; jeśli zaś ktokolwiek chciałby ją uderzyć, dobrze by zrobił, gdyby (jest taka zabawa, której oddają się z upodobaniem chłopcy z ulicy) zaraz potem wziął nogi za pas. Aktem niewypowiedzianego idiotyzmu jest porównywać to prehistoryczne partnerstwo do sporu monarchistów z rewolucjonistami. Prawdziwy monarchista chce zdławić rebelię. Prawdziwi rewolucjoniści chcą zniszczyć monarchię. Ale płcie zwyczajnie nie mogą chcieć zniszczyć siebie nawzajem; i jeśli dopuścimy, aby wytworzył się między nimi rodzaj jakiegoś permanentnego konfliktu, natychmiast zamieni się on w coś równie nędznego, jak system partyjny3.

Jako iż małżeństwo, jak ustaliliśmy, ma swoje źródło w pierwotnej jedności instynktów, nie da się go porównać, ani nawet konfliktów, jakie się w nim wydarzają, do jakiejkolwiek przygodnej niezgody zupełnie odrębnych bytów czy instytucji. Można by, owszem, porównać tę sytuację do relacji plantator–Murzyni – gdyby okazało się, że całą młodość biały człowiek wzdycha mimowolnie do abstrakcyjnego piękna czarnoskórych. Albo do rebelii chłopskiej – gdyby młodzi panicze ziemiaństwa pisywali sonety na cześć chłopów, których nigdy nawet nie widzieli na oczy. Albo do powstań feniańskich w Irlandii – gdyby każdy Irlandczyk w skrytości ducha pragnął poznać jakiegoś Anglika i z nim zamieszkać. Skoro jednak nie mamy wiedzy, aby cokolwiek z tego było prawdą, wszystkie te analogie to po prostu błąd – i to błąd kardynalny, lekceważący najoczywistsze fakty. Nie mówię tutaj o rzeczach takich, jak perspektywy na poprawę czy racje stron, rzeczy, które faktycznie da się porównać: mówię o tym, że przy tym wszystkim te przypadki naprawdę się różnią. Może być i tak, że w relacjach seksualnych miłość często zmienia się w nienawiść; może być i tak, że w relacjach klasowych nienawiść często zmienia się w miłość. Ale jakakolwiek filozofia płci, która nie wychodzi od faktu ich wzajemnej fascynacji, wychodzi od błędu; i wszystkie historyczne porównania, które czyni, są czymś równie nieistotnym i niepoważnym, jak gierki słowne.

Pokazać wszakże podobnie zimną negację naturalnych instynktów to łatwa sprawa: wyrazić, czy choćby pół-wyrazić instynkt, z drugiej strony, jest już dużo, dużo trudniej. Instynkty to w znacznej mierze kwestia tego, co ludzie nazywają „stylem” literackim, a co nieco bardziej wulgarni ludzie nazywają „stylem” ubierania się. Chodzi w nich o to, jak się coś robi, a nie tylko, czy ktoś coś może zrobić: i najgłębsze elementy upodobania bądź awersji oddać można wyłącznie za pomocą przygodnych skojarzeń lub obrazów. Gdy Danton bronił się przed jakobińskim trybunałem, mówił tak głośno, że jego głos słychać było w odległych uliczkach po drugiej stronie Sekwany. Musiał ryczeć niczym byk Baszanu4. A jednak, nikomu z nas ten popis talentu nie wydałby się niczym innym, jak tylko czymś poetyckim i niezmiernie eleganckim. Załóżmy wszakże, że Maria Antonina, stojąc przed tym samym trybunałem, zaczęłaby wyć tak, że słyszano by ją w Fabourg St. Germain – cóż, osąd zostawiam instynktom, jeśli jeszcze ktoś je ma. To nie grzech, wyć. Również i nic szczególnie dobrego. To po prostu kwestia bezpośrednich wrażeń artystycznej, a wręcz zwierzęcej części ludzkiej natury, jak gdyby usłyszeć nagle koło głowy wystrzał z pistoletu.

Być może najbliższą prawdzie analizę instynktu można sporządzić opisując gesty oratora. Bo prawdziwy orator w każdym wypadku musi być demagogiem: nawet jeśli tłum, do którego przemawia, jest cokolwiek mały, jak francuski komitet czy angielska Izba Lordów. „Demagog” zaś, we właściwym, greckim znaczeniu tego słowa, nie oznacza kogoś, kto przymila się ludowi – ale tego, który lud prowadzi: i przy odrobinie dobrej woli na pewno łatwo dostrzeżesz, drogi czytelniku, że te gesty, które oratorzy wykonują najbardziej instynktownie, to gesty dowódcy wojskowego. Zwróć uwagę choćby na ów płynny wymach ręki od tułowia na zewnątrz, który wielkim mówcom przychodzi tak naturalnie, a który marni mówcy tak sztucznie próbują naśladować. Przecież to niemal dokładnie gest wyciągnięcia miecza z pochwy.

Nie chodzi o to, jakoby kobiety były niegodne głosować; ani nawet że głosowanie jest niegodne kobiet. Ale o to, że głosowanie jest niegodne człowieka – tak długo, jak długo pozostaje tylko głosowaniem; nie mając w sobie ani iskry tego starożytnego militaryzmu demokracji. Jedyny rodzaj tłumu, do którego faktycznie warto mówić, to tłum gotów gdzieś pójść i coś zrobić; jedyny rodzaj demagoga, którego faktycznie warto słuchać, to taki, który umie wskazać coś, co jest do zrobienia: jeśli zaś wskaże to mieczem, wszystkim nam wyda się to tak naturalne, jak gdyby miał po prostu bardzo długie palce. Teraz, z pominięciem kilku mistycznych wyjątków potwierdzających regułę5, tego typu gesty, a więc i instynkty, nie są kobiece. Żaden mężczyzna nie ma nic przeciwko uczestnictwu kobiet w życiu publicznym. Jedyne, co może mu się nie podobać, to ich uczestnictwo w życiu politycznym: a to zupełnie inna sprawa. I instynkt ten nie ma nic wspólnego z pragnieniem, aby trzymać je pod kloszem czy w klatce: jeżeli rzeczywiście ktokolwiek na świecie pragnie czegoś takiego. Każdy normalny mąż cieszyłby się, gdyby jego żona nosiła złotą koronę i stanowiła prawo zasiadając na tronie z marmuru; albo gdyby głosiła wyrocznie z trójnogu kapłanek; albo chodziła, spowita cieniem mistycznego macierzyństwa, w procesjach starożytnego zakonu. Lecz gdyby stała na podwyższeniu na dokładnie takiej samej wysokości, jak on; wychylona wprzód nieco bardziej, niż wymaga tego wdzięk i z ustami otwartymi nieco szerzej, niż wypada osobie poważnej – cóż, jedyne, co ja tutaj robię, to rejestruję po prostu pewne fakty historii naturalnej; a fakty są takie, że to to właśnie jest tym, co boli. A nie popularność, władza czy pozycja. Świat współczesny musi na własną rękę ocenić, czy podobne drgnienia instynktu to rzeczywiście zapowiedź zagrożenia; i czy napięcie nerwów tak materialnych, jak moralnych, to objaw zatrucia i znak, jaki daje nam natura.

Przeł. Maciej Sobiech

1 Joseph Joubert (1754-1824) – francuski pisarz, moralista, myśliciel, przyjaciel Chateaubrianda.

2 Joseph-François Foulon de Doué (1715-89) – minister finansów (dosł. „generalny inspektor finansów”) za panowania Ludwika XVI. Skrajny konserwatysta. Czy faktycznie powiedział to-to o trawie (według innej wersji: o sianie) nie jest pewne. Na pewno jednak odnosił się do ludu i jego roszczeń ze skrajną pogardą, za co faktycznie skończył w niesympatyczny sposób.

3 Oczywiście w znaczeniu (Cecylowo) Chestertonowsko-Bellokowskim.

4 Aluzja do Psalmu 22.

5 GKC ewidentnie czyni tu aluzję do swej ulubionej Joanny d’Arc.