G.K. Chesterton: W sprawie kobiet, które głosują („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: Flora Lion, „Pracownice fabryki w Leeds”, 1918]

List pewnej damy, wydrukowany w dziale korespondencji News Chronicle, wyróżnił niżej podpisanego w iście miażdżącym stylu; postawił go w centrum uwagi – po to, by w swoim czasie być może zamienić je na centrum penitencjarne. Panna Florence Underwood, sekretarz Ligi Wolności Kobiet1, narzekała właśnie na obecny stan rzeczy, w którym „coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy”. Jak się okazuje, pomimo tego wszystkiego, w pisarstwie większości mężczyzn, w tym najważniejszych autorów gazet liberalnych, wciąż dominuje ton bezdusznej beztroski. Ten zaś, przywodzi pannie Underwood na myśl kilka mroczniejszych fragmentów, jakie zdarzyło mi się popełnić w przeszłości; przypomina je zatem w następujący sposób:

„W dniach przed równouprawnieniem politycznym pan G.K. Chesterton zapytał swą matkę, żonę i sprzątaczkę czy którakolwiek z nich chciałaby głosować. Na co każda z nich odpowiedziała: ‘nie’ – a pan Chesterton nabrał większego niż kiedykolwiek przekonania, że kobietom prawa wyborcze są niepotrzebne”.

Powyższe słowa, to poniekąd uproszczona wersja tego, co pan Chesterton naprawdę powiedział; prawda wszakże, że zasada tego, co powiedział, była bardzo prosta. Tym jednak, co najbardziej go teraz interesuje, jest fakt, że druga część jego godnego pogardy obstrukcjonizmu powinna być jeszcze prostsza do rozmontowania. Pomimo jego desperacki spisek, zawiązany wespół ze sprzątaczkami, matkami i innym tego typu chamstwem, kobiety zyskały prawa wyborcze – i mają je już od grubo ponad dekady. Jeżeli to rzecz tak cenna, że warta owych wszystkich obłąkańczych wysiłków tych lat, przez które się o nią walczyło – moglibyśmy chyba zasadnie spodziewać się, że drogocenność jej okazała się także w owym długim czasie, który minął, odkąd się ją otrzymało. Cały sens stanowiska sufrażystek i Ligi Wolności Kobiet sprowadzał się do stwierdzenia, że prawa wyborcze determinowały dystrybucję siły politycznej, bez której kobiety są bezsilne – a z którą nagle staną się silne. Tak też, skoro kobiety otrzymały już ową wielką, polityczną moc, możemy przypuszczać, że wrzaski się skończyły; wrzaski szczęśliwych i zwycięskich Amazonek, rządzących światem w majestacie prawa. Wszystko jest tak, jak być powinno. „Jak dobrze nam ze sobą”, jak powiedział pewien dziennikarz po zebraniu anglikańskich biskupów w wyrazie poparcia dla ruchu oksfordzkiego2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, jak zauważyła pewna pani domu, gdy jakiś czarujący raconteur został trapistą. „Jedziemy dalej”, jak zakrzyknął bagażowy po przeczytaniu książki panny Gertrudy Stein3. Kobieta otrzymała prawo rządzenia; i rządzi.

Ale zaraz – cóż to znaczy, cóż to za przedziwne słowa? „…coraz większa liczba kobiet heroicznie walczy o osiągnięcie niezależności ekonomicznej, popadając w coraz większe i większe zgorzknienie ze względu na rażącą dyskryminację w miejscach pracy…” Jakże to może być, że coraz więcej i więcej kobiet popada w coraz większe i większe zgorzknienie, nie mogąc wcale usunąć przyczyn swej goryczy? Dlaczego nie skorzystają po prostu ze swego skarbu, ze swych praw wyborczych, i nie zmiotą tych problemów z powierzchni ziemi? W jaki konkretny sposób jakiś nędzny zastępca naczelnego z News Chronicle, członek pożałowania godnej męskiej mniejszości, mógłby stanąć na drodze samej pannie Underwood? Dlaczegóż nie porazi go ona z wysoka swym straszliwym Prawem i nie powali na ziemię? Ewidentnie, jest z tą sytuacją coś bardzo nie w porządku; i zastanawiam się, ze zwyczajną dla mnie perwersyjnością, czy przypadkiem moja sprzątaczka i moja matka nie wykazały się po prostu zdrową, kobiecą intuicją co do pewnych faktów. Nigdy nie twierdziłem, że sprzątaczka nie ma realnych problemów. Z całą pewnością nigdy nie powiedziałem, że kobiety pracujące nie padają ofiarą różnych form wyzysku gospodarczego. Przeciwnie, nieustająco utrzymywałem, że wszyscy ludzie pracy padają ofiarą wyzysku gospodarczego – i utrzymywałem to w czasach, gdy było to znacznie mniej modne, niż obecnie. Nie sądziłem po prostu, i nie sądziłem, że one tak sądziły, że to gospodarcze zło można usunąć dając kobietom jako kobietom prawo głosu jako prawo głosu. I powierzchowna lektura mrocznych i tajemniczych narzekań panny Underwood może łatwo wprawić kogoś w bałamutne mniemanie, że miałem słuszność.

Mówiąc wprost, czy ta szanowna pani sufrażystka byłaby łaskawa powiedzieć mi dokładnie jak wykorzystuje swoje równouprawnienie albo (1) po to by uniknąć eksploatacji ze strony pracodawcy; albo (2) po to by uniknąć wykluczenia ze związku zawodowego? Jakiekolwiek byłyby wady i zalety dyskryminacji kobiet w organizacjach gospodarczych, czy to kapitalistycznych czy proletariackich, czy istnieje w ogóle ktokolwiek, kto potrafiłby dzisiaj zmniejszyć naciski ze strony organizacji gospodarczych przy pomocy wyborów do parlamentu? Czy można to osiągnąć przypierając do ściany jakiegoś samotnego, miejscowego posła, prawdopodobnie całkowicie bezradnego szeregowca, i zmuszając go do składania różnych obietnic, których i tak jego własna partia nie pozwoli mu dotrzymać? Czy komukolwiek wydaje się, że można osiągnąć to głosując na oficjalnych przedstawicieli Partii Pracy, prawdopodobnie dowodzonych przez socjalistów równie płomiennych i skorych do działania jak pan Ramsay MacDonald4? A może powinno się ich w rozpaczy porzucić – i głosować na komunistów? A jednak, niekoniecznie wcale trzeba się zgadzać z komunistami, aby podzielać troskę panny Underwood o równość płci, czy też moją osobistą troskę o większą równość ekonomiczną. W każdym wypadku, w sprawie osiągania jakiegokolwiek poziomu równości ekonomicznej, głosowania zdały się nam mniej więcej na nic. To chyba „pani generał” Flora Drummond5, najbardziej militarna spośród militarystów, gdy rozpoczął się właśnie jakiś kolejny wielki strajk w kopalniach czy na kolei, zaczęła w wielkim wzburzeniu krzyczeć, że to nieliczący się kompletnie z wielkimi sukcesami sufrażystek w polityce przejaw męskiego szowinizmu w przemyśle. Wydaje mi się, że naprawdę nazwała go ona obelgą dla wywalczonych przez siebie parlamentarnych prerogatyw, które teraz obnosiła z tak wielką dumą, niczym jeden ze swych orderów. W rzeczywistości, po raz pierwszy zorientowała się, że prawo głosu, które sobie wywalczyła, było dokładnie tak daremne, jak powiedzielibyśmy jej to ja czy moja nieszczęsna sprzątaczka. Innymi słowy: pani sprzątaczka miała rację; ja zaś miałem rację właśnie dzięki tej sprzątaczce.

Nie widzę wielkiej szansy, abym zaczął łudzić się jakąś fantastyczną nadzieją, że panna Underwood zgodzi się kiedyś ze mną co do tego, że moja sprzątaczka miała rację – czy tym mniej, że ja miałem rację; kusi mnie jednak, żeby dodać tutaj jeszcze słówko komentarza – specjalnie dla każdego, kto byłby w stanie przyjąć, że naprawdę miałem wtedy rację – i że mogę mieć ją także i teraz. Kusi mnie, aby nadmienić, że nawet obecne pretensje panny Underwood, choć znacznie bardziej praktyczne i realistyczne niż mętna romantyka głosowania, również są bardzo wątpliwe – ponieważ opierają się na fałszywych założeniach. Bardzo rozsądnie jest twierdzić, że skoro kobieta i mężczyzna są w takim samym sensie proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, powinni być traktowani w taki sam sposób. To wszakże, czy oboje rzeczywiście tak samo nadają się do bycia proletariuszami na przemysłowym rynku pracy, to rzecz daleka od oczywistości. I, przede wszystkim, dalekie od oczywistości jest samo to, czy w ogóle którekolwiek z nich powinno być proletariuszem na przemysłowym rynku pracy. Panna Underwood i jej przyjaciółki zawsze wypowiadają się w taki sposób, jakby bycie kontraktowym niewolnikiem w zepsutym i niszczejącym systemie kapitalizmu stanowiło coś w rodzaju błogiego błogosławieństwa, którym najpierw – w duchu podłęgo faworytyzmu – obdarowano samych mężczyzn, by potem (o, perfidio!; o, dyskryminacjo!) odmawiać go kobietom. I nawet wspaniała tudzież radosna sytuacja współczesnego handlu i interesów nie przekona mnie do przyjęcia tego poglądu jako pierwszej zasady.

Innymi słowy, dzieli nas jeden, malutki szczegół: że to, co ona nazywa niezależnością ekonomiczną, ja przypadkowo nazywam zależnością ekonomiczną. Zależność to rzecz wpisana w zatrudnienie; szczególnie teraz, wobec straszliwego, współczesnego widma braku zatrudnienia. Nie jest to złośliwość obliczona specjalnie na upokorzenie kobiet; to niepewność i niesprawiedliwość przynależna do całej ostatniej epoki rządów człowieka nad człowiekiem. Zbudować społeczeństwo zdrowsze, takie, w którym mężczyźni i kobiety pracować będą na swoim, a nie tylko u bogatych, to bardzo trudny i ryzykowny projekt. Nigdy jednak nie żałowałem słów, że więcej głosów wyborczych na nic się nie przyda w jego realizacji; i nie sądzę, że sufrażystki przydałyby się na cokolwiek w jego realizacji – nawet gdyby udało im się przemienić wszystkie matki i żony w dobrze opłacane służące wielkich trustów.

Przeł. Maciej Sobiech

1Organizacja polityczna, założona w 1907 roku przez grono zacnych feministek angielskich, działająca na rzecz równouprawnienia. Po uzyskaniu praw politycznych, zaczęła domagać się równości wynagrodzeń i „równości moralnej”. W 1918 roku sprzeciwiała się zaangażowaniu wojennemu Wielkiej Brytanii. Liga przestała istnieć w 1961.

2Dziewiętnastowieczny ruch we wspólnocie anglikańskiej, zorientowany prokatolicko (domagano się choćby powrotu do kultu świętych patronów). Należał do niego np. niejaki Jan Henryk Newman.

3Gerturda Stein (1874-1946) – amerykańska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, feministka.

4Ramsay MacDonald (1866-1937) – szkocki laburzysta, premier Wielkiej Brytanii w latach 1924 i 1929-35. Zwolennik łagodnego obchodzenia się z Niemcami po I WŚ. Drugi raz pełnił funkcję premiera w tzw. rządzie narodowym, w porozumieniu z konserwatystami i liberałami, starając się za wszelką ceną utrzymać brytyjskie status quo wobec Wielkiej Depresji (stąd zapewne Chestertonowskie ironizowanie).

5Flora „Generał” Drummond (1878-1949) – angielska sufrażystka i działaczka polityczna, znana ze swego zwyczaju noszenia stroju generalskiego.

H.Shove: Wzrost i upadek industrializmu

[Ilustracja: Jules Breton (1827–1906), „Koniec pracy”, 1859]

[Podczas I Wojny Światowej Herbert Shove był w Królewskiej Marynarce Wojennej kapitanem łodzi podwodnych o numerach: C-2 (1915-1916) oraz E-29 (1915-1922); podczas II Wojny Światowej został powtórnie powołany do służby. Odznaczono go zarówno Distinguished Service Order, jak i Orderem Imperium Brytyjskiego. W okresie międzywojennym, żył na farmie Halletta w Ditchling, gdzie pracował wspólnie z innymi członkami wspólnoty i był szczególnie znany z… pędzenia bimbru! Stanowiąc poniekąd ideał dystrybucjonisty, Shove uważany był za autorytet w kwestiach takich, jak złotnictwo, bartnictwo, rolnictwo i produkcja alkoholu. Wiele swojej intelektualnej energii poświęcał teorii ekonomii. Jego poglądy ekonomiczne znalazły najlepszy wyraz w książce The Fairy Ring of Commerce, opublikowanej w 1930 roku przez filię Ligi Dystrybucjonistów w Birmingham. Piastował funkcję przewodniczącego południowego okręgu Katolickiego Stowarzyszenia Agrarnego. Ojciec Brocard Swell powiedział kiedyś, że – ze względu na swoją bujną brodę – Shove przypominał bardzo Williama Morrisa (wstęp wydawcy)]. 

Mylenie industrializmu z nowoczesną technologia naukową to często spotykany błąd. Mniema się, że chęć likwidacji systemu przemysłowego w sposób konieczny związana jest z pragnieniem odrzucenia wszystkich wytworzonych przez człowieka w ciągu dwóch ostatnich wieków, dodatkowych środków panowania nad siłami przyrody. Mówi się nam, zupełnie zresztą słusznie, że, z logicznego punktu widzenia, nieuniknioną konsekwencję podobnych propozycji stanowi powrót do stanu prymitywnego niewolnictwa. W dzisiejszych czasach, wielu ludzi, którzy zdają sobie sprawę z konieczności odrodzenia gospodarki rolnej, wzbrania się przed udzieleniem poparcia pionierom Ruchu Agrarnego, ponieważ ma nas za irracjonalnych fanatyków, potępiających, choćby, wynalazek pługu ciągnikowego. Lub też ponieważ kluczowym punktem naszego projektu jest to, by nowi osadnicy produkowali jak najwięcej bezpośrednio na własny użytek raczej, niż na sprzedaż. Podobne nieporozumienia biorą się z niemożności uświadomienia sobie faktu, że industrializm to nie ledwie niedoskonały system, który trzeba naprawić, a nawet nie zły system, który trzeba zlikwidować, ale system nietrwały, który, z samej swojej natury, w relatywnie krótkim czasie musi odejść w niebyt. 

Industrializm to nie przede wszystkim kwestia technologii. To system, w którym życie społecznego kształtowane jest podług jednej zasady: przynoszącej zyski wymiany handlowej. Suwerenami są w nim pośrednicy, oceniający wszystko według kryterium: „czy się to opłaca?”; to znaczy: „czy zwiększy to naszą zdolność do przyszłych wymian handlowych?” Wymiana handlowa może mieć zaś inne cele. „Wymiana dóbr może być dwojaka”, pisze św. Tomasz z Akwinu, „po pierwsze: naturalna niejako i konieczna, w której jeden towar wymienia się na inny albo płaci się zań jakąś sumę pieniędzy w celu zaspokojenia potrzeb życiowych. Tego rodzaju handlem, ściśle rzecz ujmując, nie zajmują się pośrednicy, ale raczej gospodarze czy urzędnicy państwowi, których zadaniem jest zapewnić gospodarstwu lub państwu to, co niezbędne do życia. Drugi rodzaj stanowi wymiana pieniędzy na pieniądze lub też pieniędzy na towary, przeprowadzona nie w celu zaspokojenia potrzeb życiowych, ale dla zysku – i takim rodzajem wymiany, ściśle biorąc, zajmuje się pośrednik. Pierwszy rodzaj wymiany jest godny pochwały, ponieważ zaspokaja naturalne potrzeby. Drugi słusznie należy potępić, ponieważ, wzięty sam w sobie, zaspokaja żądzę zysku, która nie zna granic i dąży do nieskończoności. Stąd też handel, wzięty sam w sobie, cechuje się pewną nikczemnością – na tyle, na ile, z samej swojej natury, nie zakłada żadnego cnotliwego lub koniecznego celu”. 

Trzeba zauważyć – istotnie, sam św. Tomasz mówi to w dalszej części swojego wywodu – że z przywołanego wyżej fragmentu nie wynika bynajmniej, że być pośrednikiem albo handlować dla zysku to zajęcia grzeszne. Wynika jednak zeń to, że taki sposób życia, sam w sobie, nie zasługuje na najwyższy możliwy szacunek. Musi podlegać kontroli – po pierwsze: sumienia samego kupca, który powinien zdać sobie sprawę, że para się zajęciem bardzo niebezpiecznym, które może łatwo stać się anty-społeczne, a zatem grzeszne, po drugie zaś: czujności polityków, którzy sami nie są tak bardzo wystawieni na jego pokusy i, w związku z tym, potrafią zająć co do niego bezstronne stanowisko. 

Polityk zaś, jest nikim bez możliwości egzekwowania swoich decyzji. Sprawiedliwość pozbawiona miecza staje się dla kryminalisty zwykłym pośmiewiskiem. Zanikowi moralnych ograniczeń, nakładanych na merkantylną umysłowość przez wiarę, towarzyszyła bardzo często, szczególnie w krajach, w których najpełniej odrzucono autorytet Kościoła, tendencja do negowania również autorytetu „księcia” (w średniowiecznym tego słowa znaczeniu). Angielska historia to w znacznej mierze zapis podejmowanych przez królów, mniej lub bardziej udanych, prób ograniczenia potęgi niepohamowanych w swej ambicji arystokratów. Po pojawieniu się ziemiaństwa, w którego stronę równowaga sił przechyliła się dzięki zniszczeniu Kościoła, to właśnie ta klasa stała się głównym przeciwnikiem Korony. I osiągnęła w swych działaniach całkowity sukces. 

Feudalna teoria posiadania ziemi stanowiła wielopoziomowy porządek osobistej odpowiedzialności za zarządzanie, na którego szczycie znajdował się król, będący, jako „Najwyższy Suweren”, powiernikiem – wobec Boga – dziedzictwa narodowego. Niezależnie od tego, jak bardzo praktyka różniłaby się od owego ideału, zawsze go uznawano i często oficjalnie domagano się jego realizacji. Wynosił on wielką własność ziemską na inny – i wyższy – poziom, niż komercjalizm. Został zniszczony wraz ze wzrostem potęgi ziemiaństwa i ostatnie jego ślady – nie licząc żargonu aktów prawnych – zmiotło z powierzchni ziemi Prawo o lennach1 – wprowadzone za czasów Cromwella i przywrócone za Restauracji – mocą którego ziemia stała się, praktycznie rzecz biorąc, towarem i przedmiotem własności ściśle indywidualnej. 

Po tym zabiegu nie pozostało właściwie nic, co pozwalałoby posiadaczowi ziemskiemu uważać się za kogoś ważniejszego od handlowca. Pomimo to, prestiż społeczny związany z posiadaniem ziemi przetrwał aż do dziś dnia, nieustannie się jednak zmniejszając. A zatem, wielką niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że wszyscy ziemianie zapomnieli zupełnie o obowiązkach, wynikających z faktu, że ich majątki powierzono im dla dobra wspólnego. Większość z nas mogłaby przecież wymienić przynajmniej kilku żyjących jeszcze reprezentantów prawdziwej tradycji feudalnej. Choć można obawiać się, że w większej części wypadków jedyny motyw „utrzymania” majątku stanowi duma rodowa; lub też, w najlepszym razie, „miłosierdzie” względem „gorszych”, którzy nie potrafią zatroszczyć się o własne sprawy. Ta koncepcja biedy jako koniecznego skutku niższości naturalnej stanowi dziedzictwo teorii „ekonomii politycznej”, stworzonej celem uspokojenia sumień bogaczy w czasie budowania systemu opartego na dominacji handlu. 

Zobaczyliśmy już, w jaki sposób majątek ziemski stał się czymś równym majątkowi kupca. Lecz przez całą historię, członkowie ziemiaństwa rekrutowali się przede wszystkich spośród klas kupieckich, których bogactwo brało się przede wszystkim z eksploatacji męstwa i umiejętności angielskich żeglarzy. Na początku, w czasach elżbietańskich, owi poszukiwacze przygód nie różnili się prawie niczym od zwykłych piratów. Jeden z najsławniejszych z nich wymyślił zresztą ową wielce lukratywną profesję, jaką bycie handlarzem niewolników. Następnie, zaczął się handel z Indiami, którego pionierzy, Portugalczycy, szybko zorientowali się, że jedyne, co udało im się tak naprawdę osiągnąć, to przetrzeć szlaki dla swoich rywali z Francji, Holandii i Anglii. Lewant, a nawet Moskwa, również domagały się zainteresowania. We wszystkich tych trzech wypadkach, chodziło jednak przede wszystkim o handel towarami luksusowymi. Nie importowano właściwie niczego, co można było wyprodukować w kraju; produkowana zaś w nim wszystko, co było niezbędne dla życia i kultury narodu. Lecz w takiej mierze, w jakiej handel ów różnił się od zwyczajnego piractwa, trzeba było zacząć coś w zamian eksportować. 

Przez kilka wieków kwestia owego eksportu miała wielką wagę. Anglia to kraj dobrze przystosowany do produkcji ogromnych ilości dobrej jakościowo wełny. Pokusa właścicieli ziemskich, by zmienić sposób użytkowania gruntów z rolnictwa na wypas owiec, dla wielu z nich okazała się zbyt silna już w XIV wieku. Niemniej, tak długo, jak obowiązywała średniowieczna koncepcja odpowiedzialności, podejmowano próby – mniej lub bardziej udane – kontrolowania tych zapędów w imię interesów ludności wiejskiej oraz samowystarczalności narodu. 

W cechowej organizacji przemysłu, zniechęcano także do korzystania z nowych wynalazków, których użycie prowadziłoby do zwiększenia bezrobocia lub pozbawiało wykwalifikowanego pracownika tego atutu, jaki stanowiła biegłość w zawodzie. Średniowieczne autorytety, polityczne czy gospodarcze, miały pełną świadomość tego, jak wielką niesprawiedliwością jest niszczyć owo bogactwo klas biedniejszych, które posiadają one właśnie w niematerialnej formie osobistych umiejętności, i nieraz interweniowały celem ograniczenia użycia maszyn takich, jak choćby draparka bębnowa czy folusz. 

Pan R.H. Tawney2 w swojej wspaniałej książce Religia a powstanie kapitalizmu, dużo miejsca poświęcił analizie wpływu, jaki ciężka teologia kalwińskich purytanów wywarła na mentalność kupiecką. Wiele różnych czynników przyczyniło się do tego, że w wieku siedemnastym Anglia stała się przesiąknięta tym właśnie duchem. Dotknęliśmy już tutaj problemu rozwoju handlu zamorskiego, w który przekształciło się szesnastowieczne korsarstwo. Równolegle do tego, idee kalwinizmu przenikały do Anglii ze Szkocji, Holandii, a później także, po odwołaniu Edyktu Nantejskiego, z francuskiej wspólnoty hugenotów. Wpływy te przyczyniały się do wzmożenia rodzimego rozwoju ducha merkantylizmu i ekonomicznej eksploatacji krajów zamorskich. 

Kiedy tylko duch ten przejmie w jakimś społeczeństwie kontrolę nad mieczem sprawiedliwości, koniec chłopstwa – a także „arystokracji ziemi” – jest przypieczętowany. Tak samo, co mamy nadzieję pokazać w pozostałej części tego krótkiego szkicu, jak trwała wielkość narodu. Bierze się to z interakcji dwóch naturalnych czynników ekonomicznych, zapomnienie o których doprowadziło wielu współczesnych ludzi do błędów i fałszywych teorii. Po pierwsze, z różnicy w tym, co musimy nazwać „brakiem elastyczności czynnika czasowego” w rolnictwie i produkcji przemysłowej. Po drugie, z różnicy w znaczeniu, jakie mają dla ludzkiego bytu substancje organiczne i nieorganiczne; rzeczy, które rosną i rzeczy „wytwarzane” z materiałów, które nie rosną. Ściśle łączy się z tym kwestia rozróżnienia pomiędzy produktami, które konsumuje się przy użytkowaniu (fungibile) i tymi, których się nie konsumuje (non-fungibile). Na początek rozważymy udział czynnika czasowego w umożliwieniu niekontrolowanemu komercjalizmowi zniszczenia narodowego rolnictwa. 

Wskazaliśmy już trudność, z którą zaczyna mierzyć się poszukiwacz przygód w momencie, w którym przestaje być zwykłym piratem, a staje się kupcem. Za import można zapłacić wyłącznie eksportem. 

Oczywiście, nie jest czymś wyjątkowym sytuacja, że z początku cenne towary importuje się za cenę praktycznie bezwartościowego eksportu. Tym niemniej, faza ta nie trwa długo. W Indiach oraz innych krajach, w których Anglia zbudowała większą część swojej handlowej wielkości, miejscowa ludność, nawet na początku, nie była zbiorem nieokrzesanych dzikusów. Niezależnie od tego, jak wielkie zyski osiągano w podobnym handlu, w każdym wypadku wiązał się on z koniecznością uiszczenia sowitej zapłaty. System trybutów, na którym opierało się, na przykład, hiszpańskie imperium kolonialne, zależy od wstępnego podporządkowania sobie eksploatowanego terytorium w sposób militarny. Poza nielicznymi i niekonsekwentnymi przypadkami z późniejszego czasu, nie była to nigdy angielska metoda postępowania. Rzecz jasna, nie dało się płacić w w pieniądzu kruszcowym, jako iż metale szlachetne nie należą do gamy produktów angielskich, ale raczej pozostałych stron transakcji. Na tradycyjnie angielską wełnę i zboże zaś, eksportowane we wcześniejszym okresie, nie było zapotrzebowania. 

Na potrzeby eksportu należało zatem wejść w posiadanie dóbr manufakturowych. Istnieją dwie metody osiągnięcia tego celu. Pierwsza, która stała się udziałem miast Hanzy, Wenecji oraz rywalizujących z nią miast włoskich, nad którymi ostatecznie zatryumfowała, to metoda tak zwanego „emporium”, zasadzająca się na różnicy między cenami kupna i sprzedaży określonych produktów na dwóch niezależnych od siebie obszarach, połączonych przez zorganizowany transport morski, lecz pozostających poza kontrolą państwa. Stała się ona, z samej natury rzeczy, ulubioną metodą Holendrów i bardzo rozwinęła się w Londynie. Wszakże wyspiarskie położenie tego miasta sprawia, że w porównaniu do portów Holandii wypada ono niekorzystnie. W związku z tym, angielscy kupcy szukali możliwości produkcji dóbr eksportowych we własnym kraju. 

Ten właśnie stan rzeczy doprowadził do rewolucji przemysłowej i uczynił Anglię jej centrum. Potężna już wtedy finansowo – i teraz, ze względu na zmianę w okolicznościach prowadzenia wojny, także militarnie – klasa kupiecka, „lordowie wymiany”, zaczęli samemu urządzać i kontrolować produkcję, bez żadnego odniesienia do potrzeb lokalnych czy nawet narodowych, ale wyłącznie pod kątem „wartości wymiennej”. Stali się kapitalistycznymi „fabrykantami”. 

Że rewolucja przemysłowa dysponowała surowym zasobem ludzkim wynikało w znacznej mierze z faktu, że ziemiaństwo było w całości przesiąknięte ideami merkantylizmu i właściciele ziemscy z całych sił próbowali konkurować z rosnącym bogactwem kupców. Powodem, dla którego w ogóle podjęli oni taką próbę, była ich ignorancja dotycząca różnicy zachodzącej między czynnikami czasowymi, regulującymi produkcję rolną i handel. Jako iż szybkość obrotów zainwestowanego w rolnictwo kapitału wynika niezmiennie z rytmu pór roku. W handlu, ograniczenie to nie istnieje. Zyski można czerpać z każdej zakończonej transakcji, im zaś lepiej zorganizowany handel – ze względu choćby na różne formy kredytu, szybki transport itd. – tym częściej da się takich transakcji dokonywać. Dlatego też można powiedzieć, że podczas gdy producent rolny może bogacić się wyłącznie dzięki „odsetkom prostym”, kupiec – kiedy tylko organizacja handlu osiągnie określony poziom rozwoju – może bogacić się dzięki „odsetkom łącznym”. Nie ma więc sensu, by pierwszy stawał z drugim do wyścigu o bogactwo. 

Mimo to, żądni pieniędzy ziemianie właśnie to uczynili. Wprowadzili oni w życie projekty „modernizacji rolnictwa”, przygotowane po to, aby umożliwić podwyżkę czynszów. Taki był właśnie prawdziwy zamysł dotyczący wszystkich wynalazków typu tzw. „grodzenia”, które wiązało się z rugowaniem starego, drobnorolnego gospodarza i wspieraniem późniejszej instytucji wielkiego farmera-dzierżawcy. Niektóre z nowych metod uprawy naprawdę, z punktu widzenia produkcji najważniejszych artykułów żywnościowych, stanowiły postęp – a nawet czasem, choć rzadziej, także z perspektywy wzrostu zatrudnienia. Niemniej – nie taki był tutaj cel. Nie mamy miejsca, aby zagłębiać się w szczegóły. Niemniej powszechnie wiadomym faktem jest to, że ostatecznie, na skutek polityki rolnej właścicieli ziemskich wieku osiemnastego, całe tłumy ludności wiejskiej, dotychczas cieszące się umiarkowaną niezależnością, musiały zasilić szeregi pracowników dziennych, którzy, o ile dalej żyli na wsi, zarabiali psie pieniądze, czasami niewystarczające nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb; o ile zaś – by użyć tutaj słów jednego bezdusznego ziemianina – „raczyli się wynieść”, to tylko po to, aby tworzyć nieszczęsny proletariat miast przemysłowych. 

Piętrzenie się tych gnijących z przeludnienia miast przez głupszych – „postępowych” – ziemian, witane było z otwartymi ramionami. Nie tylko zapewniały one wentyl dla wysiedlonych pracowników wiejskich, lecz także ich populacja zwiększała się zawrotnie ze względu na działanie innego jeszcze czynnika, całkowicie przeczącego obowiązującym wtedy teoriom. Sformułowane niedawno „Prawo Doubledaya”, mówiące, że ludzka płodność jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu komfortu fizycznego, hulało po pierwszych slumsach bez najmniejszych ograniczeń. W związku z tym, zapotrzebowanie na żywność wymusiło wzrost cen produktów rolnych i umożliwiło właścicielom ziemskim kolejną podwyżkę czynszów. 

Wytworzenie się przemysłowych mrówczych kopców wiązało się z tym, że przemysłowi handlowcy zdali sobie sprawę, jaką wartość stanowi dla nich tak zwana „oszczędność czasu”, czyli zwiększenie szybkości obrotów. Nawet w systemie rękodzielniczym lub przy wykorzystywaniu niedużych narzędzi przez pracujących w domu rzemieślników – jak w wypadku tak zwanego „undertaker system”3 angielskiego przemysłu tekstylnego – czas traci się już na wstępie, przy dystrybucji surowców, a także później, przy zbieraniu wyprodukowanych dóbr. Tylko tak długo, jak surowiec również produkuje się lokalnie, podobne przedsiębiorstwa mogą opierać się koncentracji, wiążącej się ze skomercjalizowaną produkcją na odległe rynki. 

W Anglii, awangardę industrialnego szturmu na pozycje starego porządku stanowił, niestety, jeden konkretny materiał – bawełna. Nie tylko znajdował on łatwy zbyt w krajach, w których można było ubić na nim najbardziej lukratywny interes, lecz także jego produkcja w stanie surowym odbywała się w nader sprzyjających okolicznościach; uprawiali ją niewolnicy, należący do brytyjskich panów, w kraju, którego klimat umożliwiał obniżenie standardu bytu materialnego pracowników do bardzo niskiego poziomu. Kiedy, z angielskiej strony, dołączył się do tego fakt dysponowania portem takim, jak Liverpool, w okręgu, którego klimat jest niemal idealny dla procesu przetwórstwa, rozwój skoncentrowanej produkcji fabrycznej w wypadku tego towaru był, biorąc pod uwagę warunku ekonomiczne epoki, praktycznie nieunikniony. To z Lancashire przemysłowy rak zaczął rozrastać się i zatruwać życie ojczyzny. 

Pierwotny powód szaleńczego przyśpieszenia współczesnego przemysłu również wynika z konkretnych uwarunkowań produkcji wyrobów włókienniczych. Gdy celem jest szybkość produkcji, zachodzi nieunikniony konflikt między dwoma zajęciami: przędzalnictwem i tkactwem. W starych warunkach czystego rękodzielnictwa, tkanie to proces od przędzenia znacznie szybszy, choć bardziej dokuczliwy i wymagający większych umiejętności. Dlatego też, przędzenie generalnie uważało się za zajęcie domowe, przeznaczone dla kobiet, podczas gdy tkanie było normalną, wymagającą specjalizacji pracą zawodową dla mężczyzn. Wynalazek pierwszego, znacznie zwiększającego szybkość produkcji przyrządu – „machiny latającej” Johna Keya4 – podkreślił tylko dobitniej tę różnicę i dał początek serii wynalazków przędzarskich, które, w ciągu całego wieku osiemnastego, odwróciły stary porządek w taki sposób, że problemem stało się wytworzenie możliwości tkania w tempie tak szybkim, by wrzeciona zawsze pozostawały w ruchu. Bezpośredni skutek tego wszystkiego, jak dobrze wiemy, stanowi nowoczesne krosno mechaniczne – jak i zagadnienie, ile tych maszyn będzie musiał obsługiwać naraz jeden pracownik. 

Choć system fabryczny, zwłaszcza w Lancashire, został stworzony przed wprowadzeniem jej do technologii produkcji, wykorzystanie pary w przemyśle dopomogło do jego scalenia i upowszechnienia. Rozwinięte miasto przemysłowe w istocie rzeczy nie było niczym innym, niż małą grupą silników parowych, wokół których musieli tłoczyć się ci, których utrzymanie zależało od obsługi tych maszyn. Powszechnie obowiązujący sposób patrzenia na początek wykorzystywania w przemyśle maszyny napędzanej energią parową stanowi pogląd, że pomnaża ona produktywność pracownika. Pomijając kwestię wpływu moralnego, jaki nań wywiera – problem, którym zajmie się inny z uczestników tej konferencji – należy stwierdzić, że to pogląd bardzo wybiórczy. Po pierwsze, nie zwiększa ona ilości surowca, w związku z czym nie może wyprodukować więcej, niż mogłoby to uczynić wystarczająco wielu rzemieślników w tym samym czasie, lub też mniejsza liczba rzemieślników w dłuższym czasie. Po drugie, wpływ, jaki wywiera ona na jakoś produktów, jest, delikatnie rzecz ujmując, zgubny. Prawdziwy skutek ekonomiczny używania jej w przemyśle, stanowi zwiększenie szybkości obrotów i – za tym – zmniejszenie kosztów produkcji przez zaoszczędzenie na bycie materialnym dodatkowych lub, – jeżeli popyt nie zwiększa się proporcjonalnie do zwiększonego tempa podaży, – zwolnionych pracowników

Kiedy przeciętnego pracownika zredukuje się już do stanu przypominającego w przybliżeniu minimum egzystencji, istotność tego faktu dla fabrykanta staje się pierwszorzędna. Redukcja „funduszu płac” stosownie do cen sprzedaży produkowanych towarów to prosta droga do fortuny. A jednak, jako iż minimalne zapotrzebowanie na jedzenie, paliwo, ubrania i schronienie w danym klimacie to rzecz pozbawiona elastyczności, a szybkość zaopatrywania się w żywność ogranicza czynnik czasowy związany ze zmianą pór roku, udoskonalone metody uprawy zaś mogą je zwiększać wyłącznie w – stale zmniejszającym się – tempie arytmetycznym, ceny artykułów żywnościowych, w stosunku do dóbr wprowadzanych na rynek w tempie geometrycznym – ze względu na skrócenie cyklu produkcji fabrycznej – nieustannie muszą wzrastać. W związku z tym, tak zwany fundusz płacowy w naturalny sposób dąży do wzrostu, co tym bardziej sprzyja mechanizacji. O ile nie da się utrzymać ciągłego rozwoju rynku – co, rzecz jasna, staje się coraz trudniejsze w miarę upływu czasu – sytuacja taka musi oznaczać bezrobocie i, w konsekwencji, nędzę, której zaradzić można wyłącznie tworząc nowe gałęzie przemysłu, zdolne wchłonąć zwolnionych robotników. 

To oklepane rozwiązanie klasycznych ekonomistów opiera się na założeniu, że pracownik potrafi przekwalifikowywać się z elastycznością, możliwą wyłącznie w sytuacji, w której praktyczna biegłość nie miałaby żadnego znaczenia, a praca zostałaby zredukowana do martwego poziomu niewymagającej żadnych umiejętności obsługi maszyn. Naturalną konsekwencję tego stanu rzeczy musi stanowić tendencja do wyrównywania pensji do najniższego możliwego poziomu. W późniejszych fazach rozwoju, takich, jakie widzimy choćby i dzisiaj, biegłość techniczna zaczyna sprowadzać się zaledwie do umiejętności projektowania i obsługi maszyn – stających się coraz bardziej „niezawodnymi” – i nawet to traci na wartości na skutek spadku popytu, w miarę, jak produkcja maszyn sama staje się coraz bardziej maszynowa. Współczesny industrializm szuka swoich „kokosów” w „działach sprzedaży” i reklamie raczej, niż w technicznych dziedzinach produkcji. Sytuacja, w której jakiś „rekin biznesu” rzeczywiście kieruje pracą w jednej ze swoich fabryk, należy do dosyć rzadkich wyjątków. 

Wszystko to uderza w rolników; a nawet w bogatego ziemianina. Skutki tego stanu rzeczy, z przyczyn, o których zdążyliśmy już tutaj wspomnieć, z początku przesłonięte są przez pozorny bodziec gospodarczy w postaci wzrostu popytu na produkty rolne, potrzebne do wyżywienia miast przemysłowych. Pozwala on właścicielowi ziemskiemu osiągać większe wpływy z czynszu i – do pewnego stopnia – osiągnąć większe zyski dzierżawiącemu ziemię farmerowi. W takiej społeczności jednak, jaka wytworzyła się w Anglii na skutek ustalania czynszów za dzierżawę według zasady konkurencji rynkowej, pierwszy pożera drugiego w bardzo krótkim czasie; system ów stanowi naturalny owoc komercjalizacji własności ziemi. 

Podobnie ździercze oczynszowanie znajduje dodatkowe wsparcie w koncepcji „inwestycji”. System pracy na pożyczonym kapitale, mający swoje źródło w handlowych wynalazkach zwiększających szybkość obrotów, w trakcie rozwoju industrializmu osiąga swój ostateczny kształt. Jemu właśnie zawdzięczamy nowoczesne „firmy”, początkowo jeden z wielu typów spółek akcyjnych, obecnie jednak, po wynalezieniu „ograniczonej odpowiedzialności”, stanowiące instytucje, których racją istnienia jest pożyczanie pieniędzy na procent – stały lub zmienny – a czasami zwykły hazard. Stąd zaś bierze się koncepcja, że „pieniądz rodzi pieniądz”; wobec której stare rozróżnienie pomiędzy inwestycją w coś owocnego, na przykład ziemię lub pracę wykwalifikowanego pracownika, dającą prawo do uczestnictwa w zyskach, a zwykłą, nieproduktywną pożyczką, w wypadku której ma żadnych zysków, w których można by uczestniczyć, przestaje obowiązywać. Ekonomiści, piszący w czasach gwałtownej ekspansji przemysłu i wzrostu możliwości produktywnego inwestowania, opracowali z czasem koncepcję „zysków z kapitału”, standardowy poziom procentu, wrodzony inwestycji jako takiej. Żądny pieniądza właściciel ziemski, zdeterminowany utrzymać swoją pozycję w rywalizacji z przemysłowcem, zaczął patrzeć na swoją ziemię jako na podlegającą takim samym regułom, a zatem: sprawiedliwie przynoszącą mu „zyski z kapitału”, równe tym, które wiążą się z innymi inwestycjami. 

Ten właśnie punkt widzenia staje się dla posiadaczy ziemskich przyczyną ich ostatecznej porażki. Uzależniony od pór roku „prosty” procent zysków z ziemi musi, w miarę, jak proces przyśpieszania wchodzi w coraz dalsze fazy, wlec się coraz bardziej w tyle za „składanym” procentem cyklicznych zysków z handlu lub produkcji fabrycznej. W angielskim systemie, dzierżawca, na równi z ziemianinem, musi być traktowany jak „inwestor”. 

Istotnie, obydwaj, ziemianin i dłużnik hipoteczny – dzierżawca (jako ten, który pożyczył kapitał) – bardzo często spłacają odsetki według miar wziętych z handlu. Wszystkie konieczne koszta, podatki itp., skorelowane z zajęciem tak jednego, jak i drugiego, ustala się na podobnych zasadach. To zatem, co w społeczności industrialnej zawsze stanowiło „nieadekwatny” zysk z inwestycji, w bardzo łatwy sposób zamienia się w zwykłą stratę. Nie dość, że właściciel ziemski zaczyna funkcjonować w świadomości społecznej jako ździerca, bardzo często osiąga on także mniejsze zyski ze swojej ziemi, a nawet z modernizacji, które na niej przeprowadził, niż miałoby to miejsce w wypadku, gdyby zainwestował w obligacje rządowe, o akcjach jakiejś dobrze prosperującej fabryki nawet nie wspominając. Z drugiej strony, przemysłowcy coraz głośniej protestują przeciwko cenie, jaką trzeba płacić za artykuły spożywcze, jeżeli dzierżawca ma w ogóle zarobić na życie. Bo jeśli płace mają być podnoszone pari-passu ze wzrostem cen żywności, cały zysk przynoszony cyklicznie przez „procent składany” zaczyna czerpać rolnictwo i industrializm przestaje się opłacać. 

Miejski arystokrata, pobierający od fabryk regularne myto, w znacznej mierze był dzięki temu w stanie przełożyć przynoszone przez nie zyski do własnej kieszeni. Podjęta przez arystokratów wiejskich próba zrobienia tego samego w krótkim czasie doprowadziła do agitacji przeciwko ustawom zbożowym. Ostatecznie, wespół z całą teorią „wolnego handlu”, opracowaną celem urządzenia świata w taki sposób, aby „zbiry mogły na nim wygodnie żyć”, odniosła ona sukces ze względu na przyznanie praw politycznych „przedsiębiorczej” klasie średniej oraz zagrożenie ze strony oszukanego ludu, doprowadzonego do rozpaczy przez głód i nędzę wywołaną przez rewolucję przemysłową i domagającego się zmian, którego roszczenia zostały jednak w krótkim czasie z wielką biegłością naprowadzone na zły trop. Warto zauważyć, że wszyscy ideologowie wolnego handlu, Cobden5, Bright6, Peel7 i tak dalej, byli magnatami przemysłu bawełny. 

Koncepcja Anglii jako „warsztatu całego świata” z konieczności zawiera w sobie koncepcję zrujnowania rodzimego rolnictwa. Bo ostatecznie, koncepcja ta sprowadza się do zarabiania na eksporcie wyrobów fabrycznych i odbieraniu zapłaty w surowcach i żywności. Słyszy się czasem polityków, którzy wypowiadają się w taki sposób, jakby dało się żyć z eksportu, ograniczając import wyłącznie do surowców albo, w każdym razie, importując, w stanie wykończonym, jedynie te produkty, których nie da się wytworzyć w kraju. To zwykły błąd. Oczywiste jest, że nie da się czerpać zysków z eksportu, powiedzmy, wyrobów bawełnianych, wobec cen, które płaci się za bawełnę w stanie surowym. Jeżeli ktoś spróbuje to zrobić, nie będzie miał za co żyć. Jeżeli czerpie się dochód ze sprzedaży rzeczy, których nie da się wyprodukować w kraju, z konieczności muszą one stanowić produkty drugiej potrzeby – towary luksusowe. Prawdą jest, że wiele z podobnych towarów, jak herbata, kawa, kakao, pomarańcze, rodzynki, pieprz, tytoń itd., stały się do teraz niemalże produktami pierwszej potrzeby. Będziemy musieli zająć się później niektórymi aspektami owego „wzrostu stopy życiowej”. W tym momencie chodzi tylko o to, że te niekonieczne do życia „fungibile”, podobnie jak inne artykuły bardziej luksusowego charakteru, jak choćby wina, jedwabie i egzotyczne przyprawy, nie mogą, na dłuższą metę, stanowić podstawy dochodowego importu, jeżeli wziąć po uwagę zapłatę za surowce. Jako iż „koszta utrzymania”, determinujące minimalną wysokość funduszu płacowego, z konieczności muszą zależeć głównie od podstawowych dla lokalnej ludności artykułów żywnościowych, które stały się takie dokładnie z tego względu, że produkuje się je lokalnie. 

Z początku, swobodny import żywności nie zrujnował angielskich rolników. Stało się to ze względu na dwa czynniki, wpływowi których przemysłowcy nieustannie próbują przeciwdziałać; dystansu oraz niewielkiej liczby ludności odległych, „nierozwiniętych” krajów. Zwiększenie tempa obrotów dzięki przyśpieszeniu transportu i komunikacji – na przykład przez wykorzystanie telegrafu, radia itp. – to rzecz dla ambitnego handlowca w oczywisty sposób kluczowa. Zależy zaś ona od nieustannej ekspansji rynku, która musi się dokonywać, jeśli handlowiec ów ma czerpać ze swojej stale zwiększającej się produkcji w ogóle jakikolwiek zysk. Bez ekspansji rynku, rozwój „machinofaktur” nieuchronnie wywoła przesyt. Wynika stąd nieustanne dążenie do wychodzenia poza granice „machinofakturowego” centrum – pierwotnie mieszczącego się w Anglii – ku krajom dotychczas czysto „wiejskim” (samowystarczalnym), przez otwieranie nowych szlaków handlowych, a także ku żyznej dziczy, na której osiedla się „nadwyżkę” populacji, eksmitowaną z (lub hodowaną w) tłocznych, przemysłowych regionów kraju. Od pewnego momentu, niskie koszta produkcji artykułów żywnościowych na tych dziewiczych ziemiach więcej niż równoważą nieustannie zmniejszające się koszta transportu i „stary kraj” nie jest już w stanie z nimi konkurować; ponieważ ziemię uprawia się zgodnie z podstawowym prawem gospodarki rolnej, mówiącym, że żywiec – ludzi nie wyłączając – musi zwrócić ziemi to, co zabrał z niej w formie plonów, w nawozie. Dokłada się do tego jeszcze, oczywiście, angielski system czynszowy, w którym występują dwie klasy kapitalistów, posiadacz ziemski i dzierżawca, a także klasa proletariackich robotników, próbujących utrzymać się ze sprzedaży towarów rolnych. Podczas gdy zamieszkujący dziewiczą puszczę lub prerię osadnik zazwyczaj „sam jest sobie panem”. 

Czynnik odległości pozwolił jednak brytyjskiemu rolnictwu zachować coś w rodzaju jego przeszłego znaczenia przez całe pokolenie po uchyleniu ustaw zbożowych. Ostatecznie upadło ono „w latach osiemdziesiątych”, po tym, jak otwarto w Ameryce wielkie, transkontynentalne trasy kolejowe. Od tego momentu niszczało już ono – wyjąwszy przejściowe ożywienie w czasie wojny – praktycznie bez przerwy. Po roku 1900, głównie w związku z, niezupełną wtedy jeszcze, mechanizacją rolnictwa na preriach, pojawiło się coś w rodzaju nowej energii. Wysokie pensje – które, ze względu na niewielką liczbę ludności, trzeba było płacić – nie pozwalały Amerykanom zmniejszyć kosztów żniw. „Samotny” farmer „złotego zachodu” – jak zwykło się wtedy nazywać tę krainę – był w stanie zasiać znacznie więcej, niż potem mógł zebrać, nawet z pomocą swojej rodziny lub opłacanych pracowników. W miarę upływu czasu, skutki tego stanu rzeczy równoważono zastępując ludzi maszynami – tak w rolnictwie, jak w produkcji fabrycznej. Jedyną funkcją mechanizacji rolnictwa, z jego wiążącymi się rytmem pór roku, ograniczeniami czasowymi, stanowi likwidacja konieczności zatrudniania nowych pracowników. Lub też – tam, gdzie podaż pracowników utrzymuje się na dostosowanym do potrzeb poziomie – starych pracowników. Od czasu, gdy rozwinęła się ona na prerii, w desperackiej próbie sprawienia, by prowadzenie małego, rodzinnego gospodarstwa zaczęło się opłacać, przeprowadzono ją siłą także na wyludnionej już przecież do tego czasu angielskiej wsi. W efekcie, większa niż kiedykolwiek wcześniej liczba naszych rodaków, musiała migrować do miast. 

Żyzność prerii i innych ziem dziewiczych nie jest wiecznotrwała. Prędzej czy później, odpowiednia rotacja i zwracanie owej żyzności w nawozie staje się koniecznością. Tak długo, jak istnieje dostęp do ziem dziewiczych, stare, zużyte, ziemie, traktuje się podobnie, jak wyczerpane kopalnie. Po prostu się je opuszcza. Ogromne połacie gruntów Środkowego Wschodu Ameryki – o zrujnowanym rolnictwie Nowej Anglii nawet nie wspominając – zostały potraktowane dokładnie tak samo brutalnie, jak grunta brytyjskie. Ostatecznym skutkiem industrializmu jest zatem narastająca dewastacja urodzajnej ziemi. To system oparty na życiu z kapitału, próba żęcia tam, gdzie się nie siało, mająca zaspokoić „żądzę zysku, które nie zna granic i dąży do nieskończoności”. Jako taka, musi ona ponieść klęskę w każdym miejscu świata. W tym momencie koniecznie jednak należy podkreślić, że nie stanowi ona owocu badań naukowych, lub dodatkowych środków panowania nad przyrodą, ale ducha chciwości, który kierował zastosowaniem wyżej wymienionych w porządku społecznym, w którym przyszło nam żyć. Nie niszczą ludzi maszyny, ale nikczemna głupota tych, którzy wypaczyli użycie maszyn i zamienili je właśnie w narzędzia niszczenia swych bliźnich. 

Ciągle jednak jesteśmy dosyć daleko od tego powszechnego upadku. Obecna depresja światowa w wyjęty z oper Gilberta i Sullivana sposób nawołuje do wywołania powszechnej klęski głodu, bo „nie opłaca się” uprawiać pszenicy – lub innych roślin jadalnych. To stanowisko ogólnego przesytu wynika z innego jeszcze aspektu nieograniczonej żądzy zysku. Próbowało ono, przez ostatnich kilka lat, zasiać we współczesnym umyśle zamęt co do tego, jak naprawdę działa industrializm. Jego przyczynę stanowi, rzecz jasna, piętrzenie długów na procent. Na temat szczegółów tego procesu, związanych głównie z szaleńczą ideą, że można „mieć ciastko i zjeść ciastko”, jeśli tylko zapłaci się za marnotrawstwo surowców w wielkich wojnach o wyjście z długów, i że na skutek tak wielkiego zniszczenia nikt nie stanie się w ostatecznym rachunku uboższy, nie ma miejsca, by tutaj mówić. Lecz nawet gdyby rzeczywiście zacząć wszystko od nowa – co też stopniowo się teraz zresztą dokonuje – nie rozwiąże to i tak problemu industrializmu. Pozostanie kwestia wyposażenia technicznego oraz błędnie ukierunkowanej organizacji produkcyjnej współczesnego świata. Zmieni się tyle, że kontrola nad tymi rzeczami w znacznej mierze przejdzie w inne – choć wcale nie bardziej biegłe – ręce. 

Niemniej, system oparty an próbie uczynienia własnego kraju „warsztatem całego świata” i zbyt głębokim „terytorialnym podziale pracy”, generowanym przez komercjalistyczne ideały życia z wymiany i zwiększania ogólnej ilości wymian przez ogólny proces przyspieszania, logicznie prowadzi sam siebie do upadku zanim cały świat padnie ofiarą wyzysku. Bierze się to z interakcji faktów relatywnego znaczenia produktów organicznych i nieorganicznych dla ludzkiego bytu materialnego oraz lichwiarskich profitów, osiąganych przy próbie życia „z kapitału”. 

Powszechnym prawem natury jest, że królestwo zwierząt żywi się warzywami – albo bezpośrednio, albo, w wypadku zwierząt drapieżnych, pośrednio. Fakt ten oznacza, że zasoby pokarmu dla zwierząt – a zatem, co oczywiste, także dla człowieka – zależą od wegetacji, a w związku z tym: od rytmu pór roku. Jeżeli od jedzenia, czystego fungibila, przejdziemy do kolejnych niezbędnych rzeczy: ubrań i paliwa, zorientujemy się, że to również produkty praktycznie czysto organiczne. Co więcej, ubranie, które nie jest czystym fugibilem, wymaga bardziej skomplikowanego przygotowania zarówno niż jedzenie, jak i paliwo, i ma ograniczoną trwałość, podczas gdy budynki, dostarczające czwartej rzeczy niezbędnej: schronienia, wymagają jeszcze bardziej skomplikowanego przygotowania i trwają proporcjonalnie dłużej. Istotnie, w stopniu, w jakim buduje się je – co jest trudniejsze – z nieorganicznego kamienia lub cegły, stają się one, w porównaniu z tymi, budowanymi z łatwiejszym w obróbce, organicznym sitowiem, drewnem itd., czymś praktycznie niezniszczalnym. 

Ta ogólna reguła postępującej niezbędności i „fungibilnego” charakteru dóbr w ludzkim życiu, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy od produktów nieorganicznych do organicznych, i postępującego skomplikowania oraz trwałości, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy z powrotem od istotniejszych i bardziej „fungibilnych” produktów organicznych do mniej istotnych i nieorganicznych non-fungibilów, wydaje się przenikać całe życie człowieka. Nie ma tu miejsca, by się nad nią rozwodzić. Tym niemniej, czytelnik z łatwością może przeanalizować ją samemu i rozpoznać jej prawdziwość – pod warunkiem, że będzie pamiętał o kluczowym rozróżnieniu pomiędzy użytkowaniem a konsumpcją oraz o tym, że pierwsza z tych rzeczy w sposób bezwzględny podporządkowana jest drugiej. Pewien krytyk zaprzeczył kiedyś, by podstawową potrzebę człowieka na bezludnej wyspie stanowiło jedzenie. Utrzymywał, że w pierwszej kolejności chciałby mieć nóż, aby mógł je pokroić! Wynikało to z faktu, że nie potrafił on zdać sobie sprawy z tego rozróżnienia. Jako iż użytkowanie noża podporządkowane jest konsumpcji jedzenia i nie dysponując nim, umierający z głodu człowiek generalnie znalazłby sposób, aby poradzić sobie w swojej sytuacji. Gdyby stało się inaczej, i tak umarłby on z głodu, a nie pragnienia posiadania noża. 

Ten sposób myślenia o względnie zbędnym produkcie, który się użytkuje, jako równie ważnym, co niezbędny produkt, który się konsumuje, sam w sobie stanowi owoc komercjalistyczno-industrialnego świata, w którym ów krytyk żył. Dominuje on nad dużą częścią tego, co pisało się na temat ekonomii w wieku dziewiętnastym i być może większą jeszcze częścią tego, co pisze się na temat ekonomii dzisiaj. Słyszy się o „przemyśle rolniczym”, jak gdyby rolnictwo miało dokładnie takie samo znaczenie dla ludzkiego dobrobytu, jak „przemysł gramofonowy”. Kiedy ów stan umysłu trwa, w konieczny sposób prowadzi on do rozbudowywania mniej istotnych gałęzi przemysłu kosztem bardziej istotnych, na przykład: produkcja odbiorników radiowych zaczyna zastępować tkactwo, na podobnej zasadzie, na jakiej samo tkactwo rozwinęło się kosztem rolnictwa. 

W miarę, jak różne gałęzie przemysłu wytwarzają rzeczy coraz bardziej zbędne, surowiec przemysłu w coraz mniejszym stopniu stanowią produkty zbożowe, zależne od sztywnego czynnika czasowego pór roku. W związku z tym, produkty stają się coraz bardziej podatne na przyśpieszanie, któremu towarzyszy eksploatacja i marnotrawstwo nieodnawialnych surowców naturalnych, minerałów i tym podobnych, zamiast ciągle, lecz w zależności od następstwa pór roku, odnawianej urodzajności prawidłowo uprawianej ziemi. Dlatego też owe sektory przemysłu, tak szybko, jak uda się wytworzyć zapotrzebowanie na ich produkty, generalnie przynoszą większe zyski, niż starsze, podstawowe gałęzie gospodarki. W krótkim czasie wywołają one na rynku przesyt, o ile nieorganiczne non-fungibile nie upodobnią się w jakimś stopniu organicznych fungibili. Stąd właśnie bierze się tendencja, by upowszechnianiu rzeczy takich, jak rowery czy samochody, towarzyszył także niekończący się proces zmian mody – modele na „nowy sezon” stanowią nieodłączny element wszystkich targów motoryzacyjnych itp. – wespół z tanią produkcją towarów zaprojektowanych w taki sposób, aby szybko się zużywały, dostosowując się w ten sposób do ciągłego zapotrzebowania na odnowę. Nie produkuje się dzisiaj żadnego modelu auta, które mogłoby służyć tak, jak stary pięciokonny De Dion8. Cała polityka zasadza się na marnotrawstwie, mającym sprawić, mocą produkcji, stawiającej coraz bardziej na ilość kosztem jakości, by „biznes się kręcił”. 

Owo tanie, tandetne wytwórstwo rzeczy zbędnych, które nie tylko upodabnia się tak bardzo, jak to tylko możliwe, do artykułów pierwszej potrzeby – przy pomocy reklamy i organizacji życia w taki sposób, który zmusza do ich użytkowania – ale w coraz większym stopniu stanowiących zwykłe fungibile, to system krwionośny późnego industrializmu, jaki widzimy dzisiaj. Naturalnie zmierza on coraz bardziej zdecydowanie do obniżania osobistych umiejętności pracowników, zastępując trwałe wyroby mistrzów rzemiosła produkowanym masowo śmieciem. W ten sposób, nieuchronnie wiedzie on „warsztat całego świata” do bankructwa, zrównując nieokrzesanego, japońskiego robola z brytyjskim robotnikiem, tak, że „konkurencja zagraniczna”, kiedyś możliwa do zahamowania dzięki mniej lub bardziej zasłużonej opinii o jakości brytyjskich produktów, staje się niepowstrzymana. 

Konkurencja zagraniczna w naturalny sposób zwiększa się przy mniejszej odległości od zagranicznego rynku, w związku z czym dystans zawsze w ostatecznym rozrachunku jej sprzyja. Po drugie, nowsze obszary przemysłowe w naturalny sposób zaczynają produkować lokalne artykuły pierwszej potrzeby raczej niż drugiej, do czego też są znacznie lepiej przygotowane pod względem dostępności surowca. Po trzecie, są one w stanie czerpać korzyści z doświadczeń zdobytych w starych fabrykach i zacząć działać bez balastu przestarzałych instalacji i dawno zaciągniętych długów, blokujących konta bankowe i naliczających procenty. Po czwarte, dysponują pracownikami, których stopa życiowa nie wzrosła na skutek wcześniejszego zalewu śmiecia.  

Pod rządami „lordów wymiany” nawet rynek krajowy nie będzie mógł nigdy rozwinąć realnej produkcji. Bierze się to z faktu, że zagranicznego konkurenta napędza w znacznej mierze nadwyżka kapitału, inwestowana przez obywateli wcześniej uprzemysłowionych krajów. Owa nadwyżka kapitału w istocie oznacza papierowe poświadczenie pożyczki prawdziwego kapitału – ziemi, roślin, umiejętności i „dobrej woli” – jaką reszta społeczeństwa zaciągnęła u swych handlowych nadzorców; finansistów i rentierów. Pożyczkę ową spłacają produkcyjne sektory przemysłu, wytwarzające rzeczy takie jak koleje, maszyny itp. – stając się w efekcie „fabrykami narzędzi” – przygotowując w ten sposób wszystko, co niezbędne do eksportu, bez żadnej prawdziwej zapłaty, finansiści zaś liczą na zysk z późniejszego importu dóbr wyprodukowanych przy użyciu eksportowanych narzędzi bez żadnego odpowiadającego mu eksportu, w formie „dywidend” z inwestycji. W taki sposób dochodzimy do sytuacji „ujemnego bilansu handlowego”, co do którego starzy, klasyczni ekonomiści z taką lubością zapewniali nas, że stanowi on tak naprawdę znak wzrastającego dobrobytu. 

Za bilans ten trzeba płacić głównie w fungibilach – zwłaszcza jedzeniu – ponieważ one właśnie stanowią naturalne wyroby krajów przedtem nierozwiniętych, a także (i głównie z tego powodu), ponieważ jedynie non-fungibile, takie jak kolej, maszyny itp., mogą zapewnić trwałe „bezpieczeństwo” inwestycjom w krajach zagranicznych. (Na tej samej zasadzie, na jakiej właściciel lombardu nie może pożyczyć pieniędzy pod zastaw znajdującej się w misce owsianki, może jednak zrobić to pod zastaw samej miski). W związku z tym, współcześnie żaden angielski rząd, tak długo, jak utrzyma się obowiązujący obecnie system władzy sprawowanej przez i w interesie żądnych zysku kupców, nie ośmieli się nigdy zrobić niczego poza gadaniem w kwestii prawdziwej ochrony podstawowych produktów krajowych. Podczas gdy, z drugiej strony, wiele zrobiono już do tej pory, i więcej jeszcze można się spodziewać, w kwestii rozbudowy drugorzędnych gałęzi przemysłu marnujących na ogół surowce naturalne, produkujących rzeczy takie, jak gramofony, odbiorniki radiowe i tysiące podobnych „gadżetów”, które zawalają współczesne domy i dają fałszywe poczucie „wysokiej stopy życiowej” ludziom, którzy nie wiedzą nawet jak smakuje dobre jedzenie lub jak powinny wyglądać dobre ubrania. 

Tak też, na późniejszych etapach, które ten kraj właśnie osiągnął, produkcja przemysłowa zmierza wyłącznie do wytwarzania w coraz większym i większym stopniu tandetnych dodatków do życia. W momencie, w którym jakiś człowiek zaczyna polegać gospodarczo na wymienianiu ich z obcymi krajami na produkty zaspokajające jego najważniejsze potrzeby życiowe, tym samym pozbawia się coraz bardziej i bardziej jakiegokolwiek realnego znaczenia w gospodarce światowej. W każdej z następujących po sobie światowych depresji, taki ktoś zazwyczaj jako pierwszy zaczyna ponosić straty – jako iż dobra, które produkuje, są pierwszymi, na których zbiedniali ludzie zaczynają oszczędzać, oraz jako ostatni się z niej podnosi – ponieważ dobra te są ostatnimi, które bogate społeczeństwa dodają do zestawu swoich życiowych wygód. 

Prawdą jest to, że „nieokrzesany dzikus” bardzo często kupuje sobie Forda zanim sprawi sobie jakiś komplet ubrań. Ale zarówno Ford, jak i ubrania, to dla niego towary luksusowe. Kiedy nauczy się już go traktować ubranie jako produkt niezbędny – co zazwyczaj stanowi pierwszy krok w procesie „cywilizowania go” – zaczyna mieć takie samo pojęcie o ich roli w większym planie świata, jak jego nauczyciel. „Podniosła się” jego „stopa życiowa” i mocą tego właśnie procesu zrobiono zeń potencjalnego nabywcę nowych gadżetów, które kupi, gdy będzie go na nie stać – ale i potencjalnego i potężnego konkurenta w sferze produktów pierwszej potrzeby, co do których czuje teraz, że musi je mieć i uczy się, w związku z tym, samemu je wytwarzać. W miarę, jak „wzrost stopy życiowej” – który, w sensie materialnym, oznacza zazwyczaj mierzenie jej według miary komercjalistów – rozszerza się po świecie, automatycznie obwieszcza to zagładę „warsztatu całego świata”. 

Coraz więcej krajów świata zaczyna zdawać sobie, mniej lub bardziej jasno, sprawę z zagrożeń, jakie niesienie ze sobą międzynarodowa dominacja finansistów, wiążąca się z nieumiarkowanym komercjalizmem. Od początku obecnego wieku, podjęto także konkretne kroki zmierzające do decentralizacji europejskich rządów zgodnie z prawdziwymi wymaganiami narodowości i kultury narodowej, przeciwstawiając się w ten sposób starszemu imperializmowi i zasadzie podboju niższych ras. W Anglii nie rozpoznano wagi tej tendencji. Fakt, że stanowi ona ruch ku decentralizacji, został skrzętnie ukryty pod jałowym, papierowym internacjonalizmem instytucji podobnych dogorywającej Lidze Narodów, niekończącym się ciągom różnych „konferencji” itp., nieodmiennie bezowocnym, oraz chorowitym beczeniem nieskutecznych, sentymentalnych pacyfistów, przy czym wszystkie te rzeczy wpisane są, bez własnej świadomości, w plan międzynarodowej finansjery. Ale jedno spojrzenie na mapę Europy z roku 1900 i z dnia dzisiejszego wystarczy, by dowieść, że ten ruch naprawdę się dokonuje. Przed Wojną, w Europie było czterech władców, przyznających sobie tytuł „cesarza”. Dzisiaj – jest jeden, nasz własny król, który przyjmuje ów tytuł od jednego z naszych azjatyckich dominiów. Nominalnie decentralizacja została przeprowadzona nawet w Związku Radzieckim, nie wspominając już o tych wszystkich nowych krajach, które powstały z kawałków starego Cesarstwa Rosyjskiego. W rzeczywistości, rzecz jasna, jedność Związku Radzieckiego utrzymuje wysoce scentralizowany rząd moskiewski, dzierżący oręż niepowstrzymanej siły militarnej. Niemniej, trzydzieści czy czterdzieści wchodzących w skład Związku republik naprawdę zostało już zorganizowanych na papierze i nieunikniony koniec, który nastanie gdy beznadziejna gospodarka oraz – dla katolika jeszcze bardziej oczywiste – zepsucie moralne komunizmu przyniosą wreszcie owoce, będzie musiał stanowić katastrofę, która pozwoli im osiągnąć prawdziwą niepodległość. 

Inna wielka siła polityczna naszych czasów, faszyzm, stanowi już ruch o otwarcie nacjonalistycznym nastawieniu. Fakt, że domaga się on narodowej solidarności, w Niemczech zaś: fuzji różnorodnych i do tej pory częściowo autonomicznych krajów, również zakrywa obecną w nim, zasadniczo decentralistyczną tendencję. Niemniej – tendencja ta naprawdę działa w świecie, wróżąc koniec ery komercjalistycznej i wytwarzając we wszystkich krajach konieczność powrotu do zasady organizowania produkcji podstawowych towarów tam, gdzie ma ona właściwe sobie miejsce w organizmie społecznym. 

Dla Anglii takiej, jaką jest dzisiaj, to straszna perspektywa. Dlatego, że, abstrahując zupełnie od faktu, że w kwestii artykułów podstawowych zależy ona całkowicie od handlu zagranicznego, to zaś, co zwykła eksportować, gwałtownie traci na znaczeniu, cała angielska metoda produkcji stanowi owoc fałszywego ideału komercjalizmu – ideału przyśpieszania i mechanizacji jako celów samych w sobie oraz ideału ograniczania zatrudnienia wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Tak, że nawet nad ruchem ku odrodzeniu gospodarki rolnej ciąży niebezpieczeństwo przekształcenia się w zwykłą próbę zwiększenia domowej produkcji artykułów spożywczych dzięki zastosowaniu „nowoczesnych”, maszynowych metod uprawy. Metody te, doprowadziłyby do zatrudnienia mniejszej, a nie większej ilości naszej siły roboczej w produkcji artykułów pierwszej potrzeby. 

Jeżeli je zastosujemy, nie zaczniemy nawet tak naprawdę rozwiązywać problemu. Bo nawet, jeśli założymy, że nasza obecna populacja wiejska – stanowiąca, powiedzmy, biorąc pod uwagę wszelkie dodatkowe zajęcia, jakieś dziesięć procent całości – byłaby w stanie, dzięki mechanizacji pracy, wykarmić resztę, i tak nie zdołałaby zapewnić owej reszcie wystarczająco rozbudowanego rynku zbytu dla produkowanych przez nią artykułów drugiej potrzeby, o ile nie dysponowałaby nieproporcjonalnie wielką częścią narodowej siły nabywczej. Jako iż, na dłuższą metę, „dochód narodowy”, z którego wszyscy muszą się utrzymać, to wpływy zbożowe, ograniczone przez czynnik czasowy rytmu pór roku. 

O tą właśnie skałę propozycje różnych „nowych” szkół ekonomicznych – projekty „państwa dobrobytu” – zmierzające do zwiększenia narodowej siły nabywczej dzięki systemowi „dywidend narodowych”, powszechnego wzrostu płac i tak dalej, ostatecznie się rozbijają. Nie mamy miejsca, aby je tutaj rozważyć, warto jednak zauważyć, że ta spośród nich, która – jak się zdaje – najbliższa jest prawdy, to również ta, która cieszy się najmniejszym społecznym zainteresowaniem. Mówię o koncepcjach, które opracował profesor Soddy9. Gdyby jednak rolnictwo miało stać się tak lukratywne, jak stałoby się przy jakimkolwiek samowystarczalnym systemie zmechanizowanego świata, musiałby zaraz pojawić się inny problem, dokładna antyteza tego, o czym do tej pory mówiliśmy. Problem wiejskiego wyzysku miast, sukcesu próby, która nie powiodła się w wieku dziewiętnastym: sprawienia, aby producenci, zarabiający dzięki „odsetkom prostym” zbierali owoce pracy producentów zarabiających dzięki „odsetkom łącznym”. 

To się nie stanie; jako iż bezrobocie i nędza, jakie musiałyby się pojawić w miastach wskutek działań prowadzących do podobnej sytuacji, z konieczności musiałyby także skończyć się rewolucją polityczną i chaosem, który prawdopodobnie doprowadziłby całą naszą cywilizację do upadku. To, co bezwzględnie należy zrobić, to znaleźć równowagę między tą częścią populacji, która utrzymuje się z produkcji artykułów pierwszej potrzeby, przynoszącej „prosty” procent zysków, klasami zajmującymi się produkcją drugorzędną, przynoszącą „złożony” procent zysków, a trzecią klasą „twórców kultury”, którzy materialnie w ogóle nic nie produkują. Ta trzecia klasa ostatnimi laty została skomercjalizowana w sposób tak radykalny, że jej istnienie jako realnego czynnika ekonomicznego zazwyczaj się dziś ignoruje. 

Jakie powinny być prawidłowe proporcje tych klas w społeczeństwie na określonym poziomie rozwoju naukowego, nie może stać się przedmiotem sztywnej definicji. Jeżeli przyswoi się zasady, praktyka sama się ułoży. Niemniej, należy pamiętać, że właśnie tych trzech klas dotyczyć musi każda debata i legislacja, i że to właśnie je należy chronić, i że to każdej z nich z osobna należy uniemożliwić zniszczenie równowagi ekonomicznej, którego może dokonać dominując nad dwiema pozostałymi. 

Dokładnie dlatego, że w dobie obecnego kryzysu niezwykle istotną rzeczą jest zwiększyć nie tylko zdolność produkcyjną, ale przede wszystkim – tak bardzo, jak to tylko możliwe – liczbę angielskich producentów artykułów pierwszej potrzeby, opowiadamy się przeciw wizji wielkiej, zmechanizowanej farmy. Nie będę się tutaj wypowiadał na temat zastosowania podobnych wynalazków w fabryce. W przemyśle – gdzie produkcja przynosi „łączny” procent zysków – problem ten jest bardziej skomplikowany i, pod wieloma względami, mniej pilny. W wypadku rolnictwa wszakże, dosyć oczywisty wydaje się fakt, że musimy jak najprędzej wykreować trend nie tylko „powrotu do życia z ziemi”, ale i „z pracy własnych rąk”. W jaki sposób odnajdzie się tutaj równowagę, to nie kwestia dogmatów. W oczywisty sposób nie powrócimy do poziomu prymitywnego jaskiniowca, drapiącego ziemie zaostrzonym kijkiem. Taki model nigdy nie byłby w stanie służyć za fundament prawdziwej kultury. Podobnie jak w równie oczywisty sposób nie da się zapewnić dużej społeczności trwałej wolności i szczęścia, jeżeli uzależni się zaspokajanie jej najbardziej podstawowych potrzeb od sześciu ludzi, którzy, ze względu na to, że posiadaliby sześć maszyn, rwących na sztuki wyludnione obszary wiejskie, byliby w stanie kontrolować każde jej działanie dysponując argumentem możliwości wywołania klęski głodowej. Taki jest właśnie jednak stan rzeczy, do którego zmierza współczesna mechanizacja. Przy czym ludzie ci niekoniecznie wcale muszą okazać się w przyszłości „farmerami” – mogą być także „kapitalistami” lub przedstawicielami „służby publicznej”. 

Równowaga to sekret ludzkiej organizacji. Jest ona jednak zawsze niestabilna i zadanie publicysty stanowi zmiana rozłożenia ciężarów w taki sposób, by dało się ją utrzymać. Dominacja idei komercjalistycznych ją zniszczyła. My, członkowie Ruchu Agrarnego, zrozumieliśmy, że kluczową rzecz, którą należy uczynić dla jej przywrócenia, stanowi przesunięcie większej liczby ludzi na obszary wiejskie i dopilnowanie, aby nie zostali oni „pożarci” przez maszyny na tej samej zasadzie, na jakiej ich poprzednicy, według słów błogosławionego Tomasza Morusa, zostali onegdaj „pożarci” przez owce. 

[Esej pochodzi z książki pt. Flee to the Fields: The Faith and Works of the Catholic Land Movement (Norfolk: IHS Press, 2003). Zachęcamy do lektury!] 🙂 

1Oryg. Statute of Tenures – właściwie The Tenures Abolition Act, uchwalony przez angielski parlament w 1660 (przypis tłumacza). 

2Richard Henry Tawney (1880-1962) – jeden z najbardziej uznanych brytyjskich historyków ekonomii. Studiował na Baliol College w Oksfordzie, gdzie został członkiem Chrześcijańskiego Związku Społecznego. W 1912 roku podjął pracę w Szkole Ekonomicznej w Londynie jako profesor historii ekonomii; spędził w niej całe życie zawodowe, nie licząc krótkiego okresu, w którym prowadził wykłady na Uniwersytecie w Glasgow (1908-14). Z poglądów był chrześcijańskim socjalistą. W 1905 roku zaangażował się w działalność Stowarzyszenia na Rzecz Edukacji Robotników, w którym w latach 1928-44 pełnił funkcję przewodniczącego. Pisał na ogromną liczbę tematów społecznych, a jego krytyka zawsze cechowała się nadzwyczajną wnikliwością, co zapewniło mu powszechne uznanie w środowisku pracowników naukowych. Do jego najważniejszych dzieł należą: The Argarian Problem in Sixteenth Century (1912), The Acquisitive Society (1926), Religia a powstanie kapitalizmu (1926) oraz Equality (1931). 

3System polegający na tym, że przedsiębiorca dostarczał współpracującym z nim rękodzielnikom surowca, który przetwarzali go własną pracą i narzędziami, przez pośrednika nazywanego „undertaker”. Brak polskiego odpowiednika i tej rzeczywistości – i tego terminu (przypis tłumacza).  

4Przyrząd przędzarski, wynaleziony przez Johna Keya (1704-64) w 1733 roku. Przed jego wynalezieniem, maksymalna szerokość na jaką dało się prząść jeden kawałek materiału, równała się szerokości ciała człowieka (przy rozłożonych ramionach), jako iż prządka musiała mieć możliwość przekładać czółenko z jednej ręki do drugiej. Czółenko zaprojektowane przez Kaya poruszało się na kółkach i kierowało się nim przy użyciu kijka, dzięki czemu umożliwiało ono przędzenie znacznie większych kawałków materiału w znacznie krótszym czasie. 

5Richard Cobden (1804-89) – angielski reformator, kapitalista i ideolog wolnego handlu, którego udana krucjata na rzecz uchylenia protekcjonistycznych ustaw zbożowych zapewniła mu miano obrońcy liberalnego pojęcia nieograniczonego handlu i interesów jako klucza do narodowego i międzynarodowego dobrobytu. Jego poglądy były bardzo podobne do tych, które głosił na kontynencie Frederic Bastiat. Wspólnie z Archibaldem Prenticem założył w Manchesterze, w 1838 roku, Ligę Na rzecz Zniesienia Ustaw Zbożowych, następczynię podobnej organizacji, założonej przez Josepha Hume’a, Francisa Place’a i Johna Roebucka w październiku 1837 roku w Londynie. Przemysłowcy i kupcy największych miast Anglii oraz Irlandii Północnej w pełni poparli Cobdenowskie inicjatywy, skierowane przeciwko protekcjonistycznym przepisom, faworyzującym arystokratycznych posiadaczy ziemskich kosztem klasy kupieckiej. Zapoczątkowany przez Cobdena ruch intelektualny stał się fundamentem liberalnych poglądów ekonomicznych szkoły z Manchesteru.  

6John Bright (1811-89) – syn producenta wyrobów bawełnianych, Jacoba Brighta, kwakier, oddany sprawie równości politycznej i religijnej. Wsparł Cobdenowskie starania o uchylenie ustaw zbożowych i objeżdżał Anglię w calu przekonania do nich ludności. Okazał się sprawnym mówcą i jego wystąpienia przyciągały tłumy. Dostał się do parlamentu w 1843 roku jako „radykał” z Partii Liberalnej i forsował projekt uchylenia ustaw zbożowych, wprowadzony w życie ostatecznie w 1846 roku. Obrońca koncepcji reformy parlamentu, powszechnych praw politycznych i delegalizacji niewolnictwa. W roku 1868 objął funkcję ministra handlu w rządzie premiera Gladstone’a. 

7Robert Peel (1788-1850) – syn producenta wyrobów bawełnianych, sir Roberta Peela, który w 1809 dostał się do parlamentu jako kandydat stronnictwa torysów i okazał się nader przekonującym mówcą. W latach 1812-14 pełnił funkcję Pierwszego Sekretarza Irlandii i zdecydowanie sprzeciwiał się projektom emancypacji katolików. W 1822 roku objął w rządzie Lorda Liverpoola funkcję ministra spraw wewnętrznych i przeprowadził reformę systemu prawnego. W 1829 wykonał volte-face i zaproponował emancypację katolików, aby zapobiec irlandzkiemu powstaniu narodowemu. Odpowiadał za utworzenie londyńskiej służby policyjnej, znanej jako „peelers” lub „bobbies”. W latach 1834-35 pełnił funkcje premiera. 

8Aluzja do samochodu marki De Dion-Bouton, zaprojektowanego przez Alberta hrabiego de Dion (1856-1946) i Georgesa Boutona (1847-1938). Model ten wygrał pierwszy Światowy Wyścig Samochodowy w 1888 roku, przemierzając trasę z Paryża do Wersalu z przeciętną szybkością 21 km/h. W 1895 roku, De Dion zaprojektował nowy model cylindra, trzy razy szybszy o jakiegokolwiek innego z ówczesnych silników. W 1923 dostał się do francuskiego senatu.  

9Profesor Frederick Soddy (1877-1956) – światowej sławy badacz struktury chemicznej metali radioaktywnych. Autor naukowego terminu „izotop”. W 1922 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii, całe życie wszakże niepokoił się, czy jego wynalazki nie zostaną wykorzystane w złym celu przez nikczemnych ludzi. Po tym, jak zainteresował się ekonomią, poświęcił swój naukowy umysł i metody badaniu oddziaływań ekonomicznych, co zaowocowało napisaniem w 1926 roku wysoce oryginalnej książki Wealth, Virtual Wealth and Debt. Wywołała one negatywne reakcje nie tylko ortodoksyjnych ekonomistów pokroju Johna Keynesa, ale również majora C.H. Douglasa z ruchu na rzecz kredytu społecznego. Soddy ogłosił: „Grożąca nam zagłada cywilizacji Zachodu nie ma nic wspólnego z politycznymi sporami kapitalizmu i komunizmu, ale stanowi konsekwencję fałszywego systemu monetarnego”. 

[Tekst pochodzi z książki „Flee to the Fields: The Founding Fathers of the Catholic Land Movement”, pod redakcją dra Tobiasa Lanza (IHS Press , 2003), którą można nabyć choćby na amazon.com: https://www.amazon.com/Flee-Fields-Founding-Catholic-Movement/dp/0971828601%5D

G.K. Chesterton: „Obrona prohibicji” (Sidelights”, 1932)

[Ilustracja: protest antyprohibicyjny w Alabamie, data nieznana]

Po skrupulatnym zbadaniu skutków prohibicji amerykańskiej, doszedłem do wniosku, że jedną z najlepszych rzeczy, jakie może zrobić rząd, jest zakazać wszystkiego.

Że historia Mefistofelesa, kusiciela Fausta, w rzeczywistości stanowi alegorię prohibicji amerykańskiej, to fakt potwierdzony przez wszystkich poważnych uczonych, których autorytet waży nieco we współczesnym świecie. Zachwycający się Mefistofelesowskim sarkazmem krytycy wielokrotnie określali ten typ humoru mianem „suchego” – obecnie nie da się zaś oddzielić tego terminu od jego treści politycznej. Złożona przez diabła obietnica zastąpienia starego Fausta Faustem nowym i pełnym młodzieńczej energii, w oczywisty sposób stanowi aluzję do obietnicy wychowania nowego i energicznego pokolenia amerykańskiej młodzieży, wolnego od zgubnych dla ciała i ducha skutków spożywania alkoholu, którą szafowali swego czasu amerykańscy prohibicjoniści. Alegoria niniejsza jest zupełnie czytelna nie tylko w wypadku tych rzeczy, które prohibicja obiecywała, ale również tych, które rzeczywiście zrobiła. Na przykład, jedna z rzeczy, które (o ile dobrze pamiętam) Mefistofeles rzeczywiście zrobił, polegała na tym, że wywiercił w stole kilka dziur i wyprowadził z martwego drewna jakiś piekielny napój własnego przepisu, co okraszone zostało w dramacie komentarzem, brzmiącym mniej więcej tak:

Winogrona rodzi winna macica,
rogi na łbie ma kozica,
krzewy drzewieją, wino się słodzi,
drewniany stół też wino rodzi.[1]

Czy dałoby się pomyśleć bardziej oczywistą i przekonującą aluzję do wszystkich nadużyć, jakich przyczynę stanowi spirytus drzewny? Każdemu krytykowi, który starałby się uniknąć tej miażdżącej konkluzji, jak gdyby była ona tylko zbiegiem okoliczności, musi istotnie brakować owej żelaznej logiki, która stała się przyczyną tak wielkiej stabilności i konsekwencji historycznej krytyki biblijnej. Kiedy bies ów określa sam siebie mianem „ducha, który wciąż zaprzecza”, oczywiste jest, że powinniśmy rozumieć pod tym sformułowaniem ducha, którzy wciąż zaprzecza, aby miał prawo istnieć na świecie jakiś inny niż on spiritus. Osobiście jednak uważam, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności zarówno życia, jak i literatury, rozstrzygające znaczenie ma w tym wypadku fakt, że określa on siebie mianem „tego, który zawsze pragnie zła, a zawsze czyni dobro”.

Że prohibicja i prohibicjoniści pragnęli zła, to coś, o czym żaden chrześcijanin lub prawy człowiek nie może ani przez moment wątpić. Że prohibicja i prohibicjoniści w ostatecznym rozrachunku czynią dobro, to już kwestia, przynajmniej chwilowo, bardziej kontrowersyjna. A jednak, pod jednym przynajmniej względem prohibicja zdążyła już przynieść nieco dobrego; i może przynieść jeszcze znacznie więcej dobrego. Spirytus drzewny nie stanowi tutaj najszczęśliwszego przykładu; i żaden roztropny winiarz nie będzie spodziewał się najszlachetniejszego bukietu po trunku wyprowadzanym przez diabła ze stołu w jadalni. Niemniej, istnieje w Ameryce bardzo wielu ludzi, którzy naprawdę wytwarzają napoje alkoholowe podobnie domowym sposobem; napoje nie ze stołów w jadalniach, ale na stoły w jadalniach. W żadnym wypadku nie jest prawdą, że każdy pędzony w domu alkohol to trucizna. Obecność diabła zaznacza się wystarczająco wyraźnie w przygotowanym przez amerykański rząd, przyjemnym projekcie zatrucia każdego pozostającego w granicach jego jurysdykcji alkoholu – tak, aby każdy, kto się go napije, szybciutko został zamordowany; lecz morderstwo stało się już praktycznie normalną rządową metodą wymuszania na lokalnych społecznościach abstynenckich gustów w sprawie jadła i napitku.

Prywatne trunki wszakże, różnią się od siebie zasadniczo w zależności od wypadku; większość jest przynajmniej nieszkodliwa, niektóre zaś – doprawdy znakomite. Znam pewien amerykański uniwersytet, na którym praktycznie wszyscy profesorowie warzą własne piwo; niektórzy z nich eksperymentują nawet z dwoma czy trzema rodzajami naraz. Ale szczególnie zachwycające jest to: że wraz z owym powszechnym odrodzeniem starej, ludzkiej tradycji browarnictwa domowego, wróciło także wiele z owej starej ludzkiej atmosfery, która jej niegdyś towarzyszyła. Profesor wyższej metafizyki będzie szczycił się swoim mocnym piwem; profesor niższej matematyki (znanej także pod nazwą: finanse i rachunkowość), będzie utrzymywał, że w jego łagodniejszej odmianie jest jednak coś bardziej subtelnego; profesor teologii moralnej (którego piwo jest zapewne najmocniejsze ze wszystkich) będzie częstował pod stołem pozostałych profesorów, zapewniając ich gorąco, że to nikomu jeszcze nie zaszkodziło. W tym sensie, prohibicja naprawdę przyniosła pewne dobro, pomimo tego, że zajadle i złośliwie pragnęła zła. A dobrem owym, jest właśnie to: odnowa zasadnej chluby i chwały twórczego rzemiosła domowego.

Skoro tak to wygląda, wydaje się, że niektórzy z naszych bardziej zagorzałych zwolenników mogą zacząć skłaniać się ku legislacji mocnej, prostej i bardziej ogólnej. Niech kongres albo parlament uchwali prawo zakazujące korzystania nie tylko z wyrobów fermentowanych, ale praktycznie wszystkich innych rzeczy. Niech rząd zdelegalizuje wełnę, wołowinę, worki, kapelusze i płaszcze; niech powstanie prawo wymierzone we wszystkich pobłażających sobie w używaniu kredy, sera, skóry, płótna, zegarków, zabawek, opowieści, obrazów i gazet. Wtedy, jak można wnosić na podstawie poważnej analogii socjologicznej, wszystkie rodziny ludzkości zaczną z werwą produkować te rzeczy na własną rękę; i świat naprawdę odzyska swą młodość.

Tłm. Maciej Sobiech

1.     Fragment w tłumaczeniu Emila Zegadłowicza.

G.K. Chesterton: Co z republiką? („Sidelights”, 1932)

[Thomas Sutherland (1785–1825), „Kapitol w Waszyngtonie”, rycina. Źródło: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:United_States_Capitol_-_circa_1825.jpg%5D

Jakkolwiek dziwne się to może wydawać, niektórzy ludzie zwyczajnie nie potrafią zrozumieć jak to jest, że nienawidzę amerykanizacji – ale nie Ameryki. Wydawało mi się, że zasłużyłem sobie jednak na prawo do stosowania tego oczywistego rozróżnienia do innych krajów – jako iż konsekwentnie stosuję je przecież od długiego czasu do mojego własnego kraju. Jestem Anglikiem (słowo uważane przez niektórych za synonim „egoisty”) i robiłem, co tylko było w mojej mocy, aby rozsławiać po świecie jak najwięcej angielskich rzeczy: angielskie puby, angielskie drogi, angielskie żarty i żartownisiów; posunąłem się nawet do tego, że chwaliłem drogi za to, że są podziurawione, a żarty za to, że są przaśne; niezmiennie jednak piszę, i to od pierwszej chwili, w której w ogóle zacząłem pisać, przeciwko kultowi brytyjskiego imperializmu.

I kiedy owa fatalna siła i sposobność, jaką zapewniają bogactwo i doczesne sukcesy, w znacznym stopniu przeszła z Imperium Brytyjskiego na Stany Zjednoczone, zastosowałem do Stanów Zjednoczonych po prostu tę samą zasadę. Uważam, że imperializm to zawsze imperializm, niezależnie od tego, czy realizuje się tę politykę przy użyciu presji ekonomicznej bądź snobistycznej mody, czy zwykłego podboju; istotnie, mam znacznie więcej szacunku dla imperium, które poszerza swoje granice przy pomocy siły militarnej, niż tego, które robi to przy użyciu mamony.

Tak czy inaczej, w obu wypadkach występuje pewna stała: to, że nieodmiennie eksportuje się na świat same najgorsze rzeczy. Międzynarodowa imitacja, zupełnie jak imperializm, praktycznie zawsze ma w sobie element duchowego niewolnictwa; to znaczy, cechuje się gustem niewolnika nawet w kwestii wyboru rzeczy imitowanych. Nagi Murzyn w cylindrze stanowi w takim samym stopniu krytykę cylindra, jak i samego tego Murzyna. I biały człowiek istotnie odnotował znacznie większe sukcesy w narzucaniu czarnemu człowiekowi czarnych ubrań, niż w narzucaniu mu tego, co czasami nazywa się białym duchem, czy białymi standardami godności i honoru. To doprawdy nieprawdopodobna myśl: że spośród tysięcy przepięknych rzeczy, które stworzyła Europa, od Partenonu po poezję Keatsa, nie ma ani jednej, którą udałoby się gdzieś z powodzeniem skopiować; najbrzydsza natomiast spośród wszystkich stworzonych przez Europę rzeczy w historii, współczesny strój, rozpleniła się tysiącami kopii po całym świecie. Co zaś jest prawdziwe w kwestii relacji między rasami, jak choćby białą i czarną, jest również prawdziwe w kwestii relacji między narodami, jak choćby amerykańskim i angielskim. Człowiek może jak najbardziej uważnie, dzień po dniu i rok za rokiem, przyglądać się amerykanizacji Londynu – i nigdy, przenigdy nie dojdzie do jego uszu, nawet w formie powiewu lekkiego zefirku z prerii, jeden choćby szept, który mówiłby o prawdziwych cnotach Ameryki.

Wielką cnotą Ameryki jest zaś to, że pomimo przemysłu i energii, pomimo postępu i praktycznych sukcesów, pomimo Edisona i elektryczności, pomimo Forda i Fordów, pomimo nauki, organizacji, bezwzględnej konkurencji i każdego innego zła, Ameryka nadal naprawdę pozostaje demokratyczna; pewnie nie w dosłownym sensie bycia demokracją, ale w sensie moralnym: tym, że składa się ona z demokratów. Jej obywatele są równi – nawet jeżeli są ledwie równie bezsilni. Mogą nie istnieć w niej rządy ludu, dla ludu i przez lud, nie ma w niej jednak na pewno rządów nad ludem, sprawowanych przez klasy panujące, i tym mniej – dla klas panujących. I dla każdego, kto wie cokolwiek na temat historii ludzkości, z jej heroicznymi ideałami i zbiorem prozaicznych rozczarowań, takie coś to naprawdę jest i zawsze będzie wielkie osiągnięcie.

Nie da się jednak dotknąć ani brzeżku tego rzeczywistego braterstwa nie zbliżając się do niego – i to do jego najprostszych, a wręcz najpośledniejszych siedzib. Najlepszych spośród Amerykanów znaleźć można wśród zapyziałych wiosek i zaśmieconych uliczek; gdzie nie szukają ich nawet bogaci Amerykanie, o europejskich podróżnych nie wspominając. To w nich właśnie przetrwała do dziś niemożliwa do opisania przyzwoitość i duma duszy; nieskażona poddaństwem; nieskażona pesymizmem. Dobro, które w nich mieszka, w naturalny sposób pozostaje nieznane dla globtroterów – ponieważ pozostaje ono nieznane dla nich samych. Pewien ksiądz katolicki powiedział mi kiedyś o pewnej grupie ludzi ze Środkowego Zachodu: „Nie mają pojęcia o własnej cnocie – i to musi być bardzo miłe Bogu”. Ulicę Główną obnoszono przed światem jako najgorszą część Ameryki. Sądzę, że jest to niemal jej najlepsza część.

Kiedy oddaliśmy już sprawiedliwość tej wielkiej amerykańskiej zalecie, równie otwarcie możemy powiedzieć teraz coś-niecoś o wielkiej amerykańskiej wadzie. Nie twierdzę, że amerykańskie bogactwo było złem; bo było ono ledwie nieszczęściem. A także – czymkolwiek ono było, to już było. Bóg w swym miłosierdziu uwolnił ten kraj od katastrofy zamożności. Nie; prawdziwa wada amerykańskiej cywilizacji, pech, który równoważy prostoduszność i prostotę zasadniczego, demokratycznego projektu, dotyka przede wszystkim relacji między kulturą i credo. Już na samym początku, Ameryka zdecydowała się podążać złą ścieżką w kwestiach wiary i moralności; w związku z czym, jej moralność nie była idealna nawet wtedy, kiedy naprawdę była idealistyczna; moglibyśmy powiedzieć, że im mniej była idealna, tym bliżej jej było do ideału. Ameryka ma wielkie idee polityczne, ale mizerne idee religijne. Jej duchowej wizji nie starczyło przestronności, aby mogła pomieścić w sobie rozmach i różnorodność międzyludzkiego braterstwa, które chciano tutaj ustanowić.

Ameryka nigdy nie była taka zupełnie normalna. Ktokolwiek, kto kiedykolwiek widział jakąś normalną społeczność w lot pojmie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że dowodzi tego samo tylko tutejsze nastawienie do alkoholu – i samo tutejsze nastawienie do religii. Tak, jak nie ma tutaj żadnego napoju, który przynosiłby ludziom sen – tak nie ma tu żadnej religii, która przyniosłaby im ukojenie. Należy do tego narodu niezliczona rzesza męskich i niezależnych farmerów; nie tworzą oni jednak normalnego chłopstwa. Farmerzy owi bardzo często mają solidne i dobrze prosperujące farmy; nie jest to jednak normalna własność. Coś naraz wygłodzonego i wiecznie wyprężonego, coś zbyt czujnego, by mogło być w pełni ludzkie, nieustannie przewija się w historii republiki pionierów. Źródło tej rzeczy, podobnie jak wszystkiego innego, znaleźć zaś można w religii.

Niedawno, ktoś zarzucił mi, że prowadzę podwójne życie; że ukrywam się za maską „zwyczajnego gościa” i mieszkańca Gopher Prairie, lecz mam także inne sekretne mieszkanie – i w dwudziestu siedmiu pubach Auburn, najsłodszego miasta równin, oddaję się nieokiełznanej rozpuście angielskiego wieśniaka. Innymi słowy – człowiek ów nie potrafił zrozumieć jak to jest, że bronię bardziej męskich elementów ulicy Głównej przed atakami zupełnie sztucznie wytworzonej anarchii Greenwich Village, otwarcie utrzymując przy tym, że wioska amerykańska jest znacznie brzydsza, niż wioska angielska.

Nigdy nie zaświtało mu przy tym, że obydwa te twierdzenia są zupełnie prawdziwe, zupełnie niesprzeczne – i bardzo istotne dla większej prawdy, którą starałem się udowodnić. Mówiąc po dziennikarsku, jedno z nich stanowiło Atak na Amerykę, a drugie – Obronę Ameryki; obydwie te rzeczy to znakomite numery, ale lepiej, by zajmowali się nimi dwaj różnego typu sentymentaliści, a nie jeden, prosty racjonalista.

Oczywiście, na tyle, na ile rzeczywiście cokolwiek atakowałem albo czegokolwiek broniłem, na pewno nie atakowałem ani nie broniłem Ameryki. W pierwszym wypadku, broniłem normalnego, ludzkiego życia, w drugim zaś – wyjątkowego, angielskiego krajobrazu. W drugim – zwróciłem uwagę, że Mecken i Lewis, będąc poganami, a więc i pesymistami, tak naprawdę przestali już wyszydzać ludzi wędrujących po ulicy Głównej i zajęli się wyszydzaniem innych ludzkich wędrówek – wędrówek ludzkiej duszy; samego serca człowieka. Sceptycy tej konkretnej szkoły zaczęli zapytywać nie o to, czy istnieje jakaś dobra tradycja kultury w miasteczku pełnym gumy balonowej i pogaduszek o dolarach, ale czy istnieje jakiekolwiek dobro w życiu, skoncentrowanym wokół dzieci, żony i pracy. Nie kpią już ledwie z prowincjonalnych przywar, ale pierwotnych doskonałości amerykańskiej wsi. W tej kwestii pytanie, czy wieś owa jest brzydka, czy nie, nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

W tym wypadku, problemem jej brzydoty w ogóle się nie zajmowałem. W drugim wszakże – owszem, i miałem w tym bardzo logiczny cel. Wykazywałem, że w kwestii piękna krajobrazu, Anglia to (zgodnie ze słowami Szekspira) drogocenny klejnot – nie tylko dlatego, że jest piękna, ale i bardzo rzadka. Nieznający świata ludzie myślą, że ich własna trawa i drzewa ciągną się aż po krańce ziemi; nie wiedzą, że żyją w małym ogrodzie w samym środku wielkiej dziczy. I przywołałem tutaj jako przykład fakt, że Ameryka, choć odznacza się wspaniałą architekturą miejską, na całych swych ogromnych przestrzeniach nie wybudowała żadnej choćby względnie ładnej wsi. Obydwa te spostrzeżenia miały bezpośredni związek z tym, co starałem się wytłumaczyć – i, istotnie, o wytłumaczenie czego bardzo wyraźnie mnie poproszono. A jednak – jedno z nich było PA (proamerykańskie), a drugie AA (antyamerykańskie). Jak inaczej można by wyjaśnić tę tajemnicę, jeżeli nie hipotezą podwójnego życia, a może nawet rozdwojenia osobowości? Zapewniam zatem mojego amerykańskiego przyjaciela, że mówiąc, iż nawet amerykańska wieś wygląda bardziej ludzko niż kolonia artystyczna, czy zwykła komuna, nie jestem niekonsekwentny, ale przeciwnie – konsekwentny aż do bólu.

Pośród tych ostatnich spośród ostatnich słów, jakie wypowiem tutaj na temat Ameryki, równie dobrze mogą znaleźć się i te: że ta republika jest wszystkim, tylko nie republiką. Powiedziałem już, że to wciąż w pewnym sensie demokracja – choć zazwyczaj w owym luźnym i nieprecyzyjnym sensie współczesnym, w którym mówi się „demokratyczny” wtedy, gdy należałoby powiedzieć „egalitarny”. Przeciętna osoba prywatna naprawdę ma tutaj ów przedziwny rodzaj szacunku do siebie, który nie ma względu na osoby; choć można by na to odpowiedzieć, że w świecie polityki, w którym poszczególne osoby nie są aż tak bardzo znowu godne względów, jest o to nieco łatwiej. Można to nazwać demokracją w tym sensie, że demokracja nie podziwia demagogów. W relacji ze swoimi panami, tłuszcza patrzy raczej z góry – niż do góry.

Jednakże, w owej starożytnej i majestatycznej nazwie „republika”, trwającym do naszych czasów fundamencie starożytnego Rzymu, obecna jest jeszcze pewna inna idea, w Stanach Zjednoczonych zgoła zupełnie nie-obecna. Istotnie, osobliwym paradoksem jest sugerować, że różnica nazw, występująca między dwiema współczesnym partiami politycznymi może mieć jakiekolwiek znaczenie. Niemniej, nazwy Demokratów i Republikanów naprawdę się od siebie różnią, choć nie można tego raczej powiedzieć o partiach jako takich. I można być demokratą, w ogólnym sensie sympatyzowania z tłumem raczej, niż z jego panami, nie będąc jednocześnie ani trochę republikaninem.

Obywatele Stanów Zjednoczonych zaś, nie są ani trochę republikanami; a tyczy się to zwłaszcza samych Republikanów. Jako iż ów stary jak świat termin „Rzecz-Pospolita”, używany zarówno jeszcze w feudalnym średniowieczu, jak i w czasach Imperium Rzymskiego, zawiera w sobie ideę, że każdy człowiek pozostaje w bezpośredniej relacji do państwa czy dobra wspólnego – bardziej bezpośredniej od wszystkich tych, które łączą go z jakimkolwiek panem czy patronem w jego życiu prywatnym; że cokolwiek czyni on targując się z równymi sobie, czy występując w charakterze klienta bądź adwokata, powinien zawsze zachowywać świadomość, że dokonuje się to wszystko na owym gigantycznym tle, jakim jest Forum czy Kapitol.

Każdy stan Unii ma zaś Kapitol – dokładnie w owym starym, klasycznym sensie tego słowa, a niektóre z nich są do tego bardzo udane pod względem architektonicznym. A jednak, to jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie wciąż mogą jeszcze zobaczyć Kapitol, to także jedyne miejsce na świecie, w którym ludzie zupełnie już o nim nie myślą. Kapitol nie potrafi zdominować drapaczy chmur i wielkich reklam ustawionych na ich dachach; i na pewno nie mąci on spokoju tym, którzy je tam ustawiają. Amerykanie to dzisiaj dobrzy sąsiedzi raczej, niż dobrzy obywatele. Czysty i prosty duch służby publicznej wyparował z ich życia w większym stopniu, niż stało się to u innych narodów świata.

Problemem jest w Ameryce to, że każdego Amerykanina przekonano z czasem, przy użyciu cichych lub głośnych metod perswazji, że jego praca znaczy więcej, nie tylko niż jego decyzje wyborcze, ale i sam duch obywatelski, stanowiący źródło instytucji wyborów. Jednak ze względu na cnoty prywatne Amerykanów, znacznie mocniejsze niż ich cnoty publiczne, ten stan rzeczy nie poskutkował ostatecznie eksplozją zwykłego egoizmu. Tym, czym naprawdę poskutkował, jest natomiast jakiś cudaczny poniekąd rodzaj lojalności feudalnej. I, zupełnie jak w wiekach ciemnych, bezpośrednim rezultatem tej feudalnej lojalności okazała się zwykła feudalna anarchia. Reporter, którego jedynym obowiązkiem jest pisanie raportów do gazety, dla której pracuje, sprzedawca, którego jedynym obowiązkiem jest dzwonić do szefa, wspólnymi siłami wytworzyli atmosferę bardzo podobną do na poły barbarzyńskiego heroizmu „Pieśni o Rolandzie”, który wymaga, by człowiek „oddał skórę i nałożył głową” dla swego pana.

Dlatego też Ameryce wprost zbywa na organizacjach – ale nie na organizacji; organizacji w sensie – porządku. Jej organizacje całkowicie ją dezorganizują. Wszystkie one dysponują wszelkimi formami feudalnej wierności i wściekłości; w tym sensie, wszystkie one przypominają organizacje przestępcze. Nigdzie nie mają one państwa w tak wielkiej pogardzie, nigdzie go tak zaciekle nie rozbijają, jak w wypadku tego, co nazywamy państwem Stanów Zjednoczonych. Istnieje niebezpieczeństwo, że organizm polityczny, którego Grant i Lincoln bronili jako „Unii”, zasłuży sobie pewnego dnia na specjalną nazwę „Dyzunii”.

Sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby następcy Lincolna i Granta rozumieli państwo w starszy i prostszy sposób; albo, innymi słowy, gdyby Republikanie byli republikanami. Niestety, to właśnie oni, w większym stopniu, niż ich polityczni oponenci, sprzyjali przede wszystkim tej komercyjnej szamotaninie, jako rzekomemu przejawowi wigoru, a zatem i walorów, Ameryki. W związku z tym, bardzo trudno jest dzisiaj przekonać jakiegoś pracownika fizycznego, aby zastanowił się na serio, czy dobrze jest dla narodu, by gazety śrubowały wciąż swoją sensacyjność, a sprzedawcy – sprzedaż, by reklamiarze dalej reklamowali, a dorobkiewicze dalej się dorabiali. W każdym możliwie ludzkim sensie czuje on, że to wszystko jest dobre dla jego pensji; w każdym możliwie właściwym sensie czuje on, że to dobre dla jego rodziny; w osobliwe feudalnym sensie czuje on także, że to dobre dla jego firmy. Nie sądzę jednak, aby w jakimkolwiek sensie czuł, czy choćby udawał, że czuje, że to dobre dla jego kraju.

Tak czy inaczej, dla jego kraju to wszystko jest bardzo złe. Stanowi początek całego tego kryminału, całej korupcji, nadprodukcji i bezrobocia, przeciwko którym pracownik ów zaczyna obecnie reagować i organizować rebelię. Przyczyny tego tkwią zaś w zamierzchłej przeszłości ducha jego narodu, w religijnej raczej niż politycznej historii Ameryki. Cała ta światowość ma swoje przedziwne źródło w zaświatowości. Pojawiła się, ponieważ naród amerykański rozwijał się nie w atmosferze jedności filozoficznej, ale różnorodności fanatyzmów; pośród mnóstwa różnych sekt, wzniesionych na tym lub innym dogmatycznym drobiazgu albo na negacji tego lub innego dogmatycznego drobiazgu; na czymś, co było nie tylko opinią prywatną, ale i opinią bardzo szczegółową.

Bardzo trudno byłoby postawić jakąś wyraźną granicę, czy wyznaczyć jakąś konkretną datę, która oddzielałaby ostatnie chwile biurokratyzmu niszczejącego Imperium Rzymskiego od pierwszych chwil feudalizmu wieków ciemnych. Możemy jednak z zupełną pewnością powiedzieć, że około szóstego czy siódmego wieku, zorganizowane społeczeństwo minęło swój zenit i zmierzało wprost ku upadkowi na niższy poziom kultury. Sądzę, że zenitem idei chrześcijańskich był ten moment, w którym Europa pozbyła się już niewolnictwa i rozpoczęła pierwsze eksperymenty z systemem dystrybucji drobnej własności prywatnej – dopóki drobna własność prywatna nie została wchłonięta przez wielką własność prywatną. Sądzę, że to był ten moment, w którym ludzie zaczęli mieć już świadomość narodową, ale wciąż potrafili myśleć w międzynarodowych kategoriach.

Sądzę, że współczesna katastrofa, jaką jest kapitalizm, bardzo przypomina ówczesną katastrofę, jaką był feudalizm; i pod tym względem nie różni się ona zasadniczo od zwykłego barbarzyństwa. Może kiedyś dojść i do tego, że ludzie będą zbierani w stada i chronieni przez wielkie firmy, na podobnej zasadzie, na jakiej wtedy zbierali ich w stada i bronili wielcy feudałowie. Niemniej – na pewno jest to upadek, w konkretnym wypadku Ameryki zaś, jest to szczególnie upadek republiki. Niemniej, mieszkańcy Imperium Rzymskiego ciągle mówili o nim jako o republice, nawet kiedy wszystko stawało się w nim feudalne; i podobnie – dzisiaj również często mówi się o republice, nawet w kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych.

W Ameryce wszakże, owe mniejszego kalibru lojalności, obowiązek walki o utrzymanie posady, obowiązek sprzedawania co miesiąc takiej to a takiej ilości określonych towarów, mają bardziej pozytywny, a mniej negatywny charakter, niż w Anglii. I ten nienaturalny indywidualizm, opierający się na całej masie bardzo męskich i mocnych cnót, historycznie wypływa wprost z indywidualizmu religijnego. W Anglii chodzi tu raczej o wyrodnienie romantyki gentlemańskiej niż obecność nowej romantyki transakcyjnej. W Ameryce ciągle chodzi zasadniczo o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” w handlu – ponieważ pierwotnie chodziło o jednostkę, która „dobrze radzi sobie” z dobrem; to znaczy: ze zbawieniem duszy. Religia Amerykanów nigdy nie była wystarczająco republikańska; nie dość pospolita na rzeczpospolitą. I tak, w ostatecznym rozrachunku, religia ta poddała się wpływom handlowych haczyków; nauczyła się od hochsztaplerów i handlarzy jak „wciskać” ludziom swoją ofertę; zaczęła liczyć konwertytów tak, jak liczy się klientów; i myśleć raczej o sprzedaży dóbr, niż szukaniu dobra.

To jest właśnie prawdziwa tragedia Ameryki, i mam do starego purytanina wystarczająco dużo szacunku, aby nad nią płakać. Bardziej tragicznie niż komicznie jest słyszeć, jak współcześni purytanie tak samo jak ich przodkowie oskarżają papistów o przepych ceremoniału i zwyczajną maskaradę, by potem reklamować własne kaplice z wykorzystaniem rekwizytów teatralnych i kolorowych świateł. To, czego purytanie nie zrobiliby nawet dla uczczenia Boga czy kobiecego piękna, czego nigdy nie mogli ścierpieć u księży i wybaczyć poetom, przyjęli ostatecznie kapitulując przed blichtrem wystaw sklepowych i piewcami taniego reklamiarstwa. I tak też komercyjna szamotanina musiała w jakiś sposób ustosunkować się do całkiem nowego problemu. Problem wielkiej amerykańskiej demokracji stanowi zaś nie co innego, tylko konflikt między dobrymi i złymi zasadami, które starałem się tutaj zarysować; między wspaniałym, ludowym poczuciem wartości i wysiłku, nieświadomym heroizmem Zwykłego Człowieka z poezji Whitmana, starą, republikańską prostotą; a, z drugiej strony, pretensjonalnym i nieadekwatnym ideałem niskiej ambicji i niepokoju.

Amerykanie byliby prawdziwie czarującymi ludźmi – gdyby tylko Amerykanie zostawili ich w spokoju. Gna ich jednak bez końca, ku staraniom raczej, niż skutkom, ziejący gorącym powietrzem, elektryczny wentylator. Niemniej, mają oni nad nami tę jedną, zasadnicza przewagę: że ich zamierzchła równowaga umysłowa zestaliła się w doktrynę; sądzę jednak, że doktryna owa musi stać się w przyszłości nie mniej, a bardziej chrześcijańska. Tu nie ma miejsca dla faryzeuszy; Bóg wie, jak często Anglicy zapominali, że na ich sztandarze widnieje krzyż. Myślę jednakże, że ów słynny sztandar bez krzyża może jeszcze stać się realnym symbolem; symbolem Tego, którego gwiazdy nas oświecają, i na którego spadła chłosta, zdzierając zeń pasy; a była to chłosta zbawienna dla nas.

Przeł. Maciej Sobiech

H. Belloc, C. Chesterton: System reprezentatywny („The Party System”, 1911)

[Ilustracja: „Politycy przesłuchują świadków”, L. Marks, 1817]

1. Idea reprezentacji

Trudno wyobrazić sobie, aby trzeba było tutaj uzasadniać in abstracto słuszność doktryny demokratycznej. Wszystkie racjonalne i względnie znośne dla ludzkości systemy polityczne, opierały się, w ostatecznym rozrachunku, na woli ludu, i dzisiaj w każdym razie nie istnieje ani jedna partia, która – przynajmniej oficjalnie – negowałaby koncepcję, wedle której to lud właśnie jest w państwie suwerenem. Podczas poprzednich wyborów, konserwatyści i liberałowie ryczeli do siebie nawzajem: „W imię Woli Narodu!”, choć w praktyce debata ta sprowadzała się do kwestii, czy najlepiej reprezentować ją będzie hrabia Sussexu czy też wielce szanowny pan James Blagg, jego utalentowany zięć.

Wydaje się jednak, że dobrze byłoby zdefiniować na wstępie, czym demokracja w swojej istocie jest. Otóż trzeba powiedzieć tak: wybory i parlamenty – to nie demokracja. W najlepszym wypadku, to ledwie swoista „maszyneria polityczna”, umożliwiająca urzeczywistnienie demokracji w praktyce. Demokracja bowiem, w ścisłym sensie, to rządy tego, co nazwać moglibyśmy wolą powszechną. Każdy system, w którym uchwala się prawa uznawane przez masę społeczną – oraz odrzuca te, która masa owa pragnie odrzucić – w pewnym sensie jest demokracją. Żaden zaś, niezależnie od swego szczegółowego kształtu, w którym panują prawa obce mentalności ogółu, nie jest demokracją. W tym znaczeniu, musimy powiedzieć, że w Anglii współczesnej demokracji nie ma.

Czysta demokracja może istnieć wyłącznie w społecznościach bardzo małych. Jedynym „aparatem” politycznym, który pozwala ją w pełni urzeczywistnić, jest wiec – spotkania starszyzny, odbywające się pod najwyższym drzewem w wiosce, podczas których rozmawia się o problemach społeczności i podejmuje stosowne decyzje. Rozmiar społeczeństw współczesnych – oraz złożoność wyzwań, z którymi muszą się mierzyć – uniemożliwia prowadzenie polityki w podobny sposób. Dobrze jednak pamiętać o nim, jako o swego rodzaju symbolu demokracji idealnej.

W sensie abstrakcyjnym, celem rządu reprezentatywnego jest osiągać drogą pośrednią te same rezultaty, które proste społeczności, jak ta opisana wyżej, osiągają bezpośrednio. Ponieważ w warunkach współczesnych nie jest możliwe, aby wszyscy głosowali w każdej sprawie, ludzie wybierają spośród siebie tych, którzy mają głosować w ich imieniu. Wybrani w ten sposób reprezentanci spotykają się potem i rozstrzygają określone kwestie, podjęte przez nich decyzje zaś, jeżeli istotnie reprezentują oni swoich wyborców, można uznać za wyraz woli ludu.

Na pierwszy rzut oka widać, że system ten nie może działać bez problemów. Może jednak działać – pod warunkiem, że, jak powiedzieliśmy, reprezentanci rzeczywiście reprezentują tego, kogo powinni. Nigdy jeszcze wrodzona chyba skłonność polityków do nielogiczności i ciemnego myślenia nie ujawniła się tak wyraźnie, jak w modnym obecnie frazesie jakoby „poseł nie był ledwie delegatem”. Przecież to absurd. Albo posłowie powinni głosować zgodnie z wolą wyborców albo nie. W pierwszym wypadku, są reprezentantami – w drugim, nie reprezentantami, ale bandą oligarchów. Nie ma chyba niczego bardziej nonsensownego, niż utrzymywać, że najlepsza reprezentacja okręgu Benthal Green polega na głosowaniu „tak” za każdym razem, kiedy wszyscy jego mieszkańcy krzyczą: „nie!”. Jeśli zaś poseł z Benthal Green głosuje tak, jak chce tego Benthal Green, to jest nikim innym, jak delegatem właśnie, który całą swoją władzę czerpie od tych, którzy go delegowali. I taka relacja właśnie stanowi istotę jedynej w racjonalnym sensie demokratycznej teorii reprezentacji.

Aby teoria ta mogła pozostawać w zgodzie z praktyką, potrzeba spełnienia trzech warunków. Po pierwsze, wybór reprezentanta musi pozostawać wyłącznie w gestii wyborców; po drugie: reprezentanci muszą odpowiadać wyłącznie przed swoimi okręgami i przed nikim innym; po trzecie, muszą obradować zupełnie swobodnie, wolni od wszelkich nacisków zewnętrznych, szczególnie tych ze strony egzekutywy.

W warunkach systemu istotnie reprezentatywnego to egzekutywa odpowiadałaby przed parlamentem, parlament zaś – przed wyborcami. I to wyborcy właśnie, lud, stanowiliby jego spiritus movens. Stawialiby żądania; obowiązkiem posłów byłoby je wyrazić, a egzekutywy – zrealizować.

Jest to zupełnie oczywiste, że w Anglia współczesna owych warunków nie spełnia. Egzekutywa kontroluje parlament, zamiast mu podlegać. Reprezentanci, zamiast dawać wyraz oczekiwaniom ludu, mówią tylko za siebie, ostateczny głos w ich debatach ma zaś nie społeczeństwo, nie oni sami nawet, ale ministerstwa – czyli dokładnie te instytucje, dla nadzoru i kontroli nad którymi parlament w ogóle istnieje!

W książce niniejszej chcielibyśmy przede wszystkim pochylić się nad tym, co jest ową tajemną siłą, która nie tylko utrudnia, ale wręcz całkowicie wypacza w Anglii funkcjonowanie systemu parlamentarnego, zamieniając w narzędzie oligarchii to, co – zgodnie ze swoją naturą – powinno stanowić instytucję par excellence demokratyczną.

Dokładne wyjaśnienie tej kwestii wymagać będzie bardziej szczegółowej analizy. Jeśli jednak chcielibyśmy nadać głównej przyczynie upadku parlamentaryzmu angielskiego jakąś zwięzłą nazwę, najlepiej sprawdziłaby się ta: „system partyjny”.

2. Opinia publiczna

W poprzedniej sekcji spróbowaliśmy przedstawić zarys tego, czym system reprezentatywny powinien w swej istocie być – i, jako żywo, Anglicy przez długi czas sądzili, że w ich kraju funkcjonuje on, no – może nie w sposób idealny, ale przynajmniej względnie zgodny ze swą własną naturą. Była to dla nich swego rodzaju narodowa przechwałka, że oto im właśnie udało się – bez gwałtownych zawirowań i rozlewu krwi – osiągnąć poziom społecznego samostanowienia, którego nie powstydziłaby się najdoskonalsza republika oświeceniowych racjonalistów. Czy i do jakiego stopnia opierało się to przeświadczenie na prawdzie, to już sprawa sama w sobie mocno dyskusyjna, nie będziemy się nią jednak teraz zajmować – w każdym razie nie da się ukryć, że stanowiło ono pogląd większości społeczeństwa. Jeszcze do niedawna większość Anglików, gdybyśmy powiedzieli im, że nie mają wpływu na to, co dzieje się w polityce, śmiałaby się nam w twarz.

Obecnie wszakże, pojawiło się przynajmniej wśród części społeczeństwa angielskiego niejasne podejrzenie, że ów historyczny optymizm nie ma podstaw tak mocnych, jak się dotychczas wydawało, że wyborcy nie mają prawdziwej kontroli nad poczynaniami swych reprezentantów, że reprezentanci nie mają prawdziwej kontroli nad poczynaniami rządu, że w relacje między wyborcami a wybieranymi, legislatywą i egzekutywą, wkradł się jakiś element obcy, trzeci, który wypacza funkcjonowanie narodowych instytucji.

Elementem tym jest system partyjny.

Z biegiem czasu, wykształciła się w naszym kraju metoda sprawowania władzy polegająca na tym, ze reprezentanci narodu dzielą się na dwie grupy, oficjalnie bardzo różniące się między sobą na tle poglądowym. Podczas wyborów, można wybierać tylko między nimi. Ta, która otrzyma w danym wypadku większe poparcie, tworzy rząd, druga przyjmuje rolę opozycji.

Jak narodził się ów system, jak się zmieniał, jak naprawdę funkcjonuje – wszystkim tym zajmiemy się w późniejszych częściach tej książki. Obecnie interesuje nas wyłącznie to, co sądzi na jego temat opinia publiczna.

Na wstępie niech nam będzie wolno bardzo mocno podkreślić, że znaczna większość społeczeństwa, w ramach którego system partyjny istnieje i funkcjonuje, zachowuje wciąż moralną prawość i ducha służby publicznej. Nie uznawać tego, równałoby się przekreśleniu wszystkich wysiłków zmierzających do naprawy sytuacji; bo, jak wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, różnice teoretyczne między proponowanymi nam programami politycznymi istotnie są ogromne, i bardzo często wynikają z przywiązania do różnych szkół politycznego myślenia; i nawet jeśli uznamy polityka za (słusznie) ledwie wykonawcę czyichś poleceń, to jednak nie da się ukryć, że oficjalnie przynajmniej, program, jaki popiera, różni się w zależności od tego, po której stronie sali obrad zasiada, i choć dla niego samego oficjalne deklaracje partyjne mogą wydawać się stekiem bzdur i, jak chcemy to zresztą pokazać w niniejszej książce, może on nie mieć (i prawdopodobnie nie ma) najmniejszego zamiaru zrealizować choćby jednego ich punktu, to dla jego wyborców mogą być one (i zazwyczaj są) czymś jak najbardziej realnym. Tak też, na przykład, przywódca jednej z frakcji konserwatystów zawsze musi atakować podatki gruntowe, których znaczna większość jego wyborców faktycznie nie znosi, i choć – jak sami rzeczeni wyborcy zaczynają już podejrzewać – on sam nie zamierza zrobić absolutnie niczego, aby je znieść, to trudno byłoby kwestionować realność uczuć społecznych, które wykorzystuje w kampanii.

System partyjny, dla polityków ledwie gra (i źródło znacznych dochodów), dla wyborców często stanowi sprawę śmiertelnie poważną.

Wciąż jeszcze wielu Anglików mocno wierzy w realność politycznego konfliktu. Niektórzy konserwatyści są ciągle jeszcze święcie przekonani, że tylko niezłomność konserwatywnej opozycji powstrzymuje liberałów przed totalnym zniszczeniem państwa i moralności. Dla niektórych liberałów pan Asqhuit [1] i pan Winston Churchill to ciągle jeszcze trybuni uciemiężonego ludu, mężnie znoszący pogardliwe spojrzenia i szyderstwa obszarniczej oligarchii. Starsza pani, która zobaczywszy na pogrzebie pewnej zacnej publicznej osoby premiera Gladstone’a [2] zawołała: „Och! Mam nadzieję, że nie przyszedł robić zamieszania!” oraz naiwny radykał, szczerze wierzący, że pan Churchill naraził się przełożonym swego zakonu swym niezłomnym populizmem, żyją i mają się bardzo dobrze.

Inny jeszcze wyborca pomaga utrzymać system partyjny w istnieniu – ten, mianowicie, który generalnie nie interesuje się polityką, ale bardzo popiera jakąś jedną, konkretną propozycję jednej z partii, względnie: bardzo jej nie popiera. Tak też wielu Anglików uważa, na przykład, że reforma celna [3] będzie dobra dla ich interesów i głosuje za tym stronnictwem, które obiecuje, że ją przeprowadzi, bez względu na to, jak wyglądałaby całość jego programu. Inni z kolei, interesują się wyłącznie tym, czy jakaś konkretna ustawa pomoże, czy zaszkodzi w jakiś sposób (na przykład w zakresie wpływu na system edukacji) kościołowi, do którego należą, i głosują wyłącznie według tego kryterium. Do tej klasy należą choćby fanatyczni abstynenci – oraz Irlandczycy, dla których liczy się wyłącznie sprawa narodowa. Ludzie tego typu nie stanowią dużej części elektoratu, niemniej podczas wyborów potrafią przeważyć szalę, dlatego też politycy zawsze muszą brać ich pod uwagę podczas kampanii.

Wreszcie, są i przeciętni wyborcy – generalnie kompletnie obojętni na to, co się dzieje w polityce, tym niemniej od czasu do czasu żywo nią zainteresowani. Jak opiszemy najważniejsze cechy ich mentalności?

Być może najlepszym symbolem ogólnego nastawienia Anglików do polityki będzie postawa publiczności podczas regat między uniwersytetami Oksfordu i Cambridge. Otóż pośród owych niezliczonych tłumów, jakie zbierają się co roku między Putney i Mortlake znajdzie się ledwie garstka tych, którzy ukończyli jedną z tych dwóch uczelni, czy choćby znają przynajmniej kogoś, kto to zrobił – którzy (słowem) mają z jedną z nich jakikolwiek, nawet najbardziej mglisty i pośredni związek. A jednak: wszyscy kibicują, angażują się – ba!; gotowi by byli niemal przelać krew dla tego kaprysu. Zauważmy przy tym, że nie chodzi bynajmniej o obiektywny osąd, która z dwóch drużyn jest lepsza. Pośród dziesięciu osób tam obecnych zazwyczaj nie znajdzie się ani jedna, która miałaby jakie takie pojęcie o wioślarstwie, większość zaś wprost chlubi się tym, że dopinguje tę samą drużynę od, na przykład, dziesięciu lat, że zawsze „jest z Oksfordu” albo „z Cambridge”, nieważne, kto wygrał, a kto przegrał. I analogicznie: tak jak podczas regat wielu Anglików fanatycznie wspiera jedną z dwóch uczelni, której nie ukończyli, tak podczas wyborów opowiada się za jedną z dwóch partii, których nie mogą kontrolować i które w nawet najmniejszym stopniu nie działają w ich interesie.

Tak właśnie przedstawia się umysłowość tak zwanych „zwykłych wyborców”. W wypadku większości z nich, opinie polityczne to kwestia tradycji rodzinnych czy zwykłego kaprysu – ale bronić ich będą z fanatyzmem godnym lepszej sprawy. Więcej – podświadomie zdają sobie oni sprawę, że to tylko gra; ale gra, którą – po prostu – lubią.

Mimo tego wszystkiego, istnieje także ta część opinii publicznej – mała, być może, ale rosnąca w siłę – którą funkcjonowanie systemu partyjnego coraz mocniej niepokoi. Ludzie z natury pragną mieć wpływ na to, co dzieje się w ich ojczystym kraju – i coraz więcej Anglików zaczyna przeczuwać, że tego wpływu nie ma. Oto uchwala się w nim ustawy, które ich obrzydzają – uchwala się je łatwo, przy wsparciu obydwu partii – oni zaś, bezradni, nie mogą zrobić nic, by temu zapobiec, czy choćby wyrazić swój sprzeciw. Z drugiej strony, o rozwiązaniach, których oni sami pragną dla swojej ojczyzny – i o których wiedzą, że pragnie ich także przytłaczająca większość ich współobywateli – nigdy się nawet w debacie publicznej nie wspomina. Decyzje rządu, które w ich oczach wymagają co najmniej rzeczowej dyskusji i krytyki, przechodzą bez słowa komentarza. Skandale i błędy, które zaczęły przebijać się do gazet, z dnia na dzień przestają istnieć, i zapada na ich temat głucha cisza.

Wraz ze zrozumiałym gniewem, wywoływanym przez te wszystkie sprawy, pojawia się także wśród tych ludzi niejasne poczucie, że padli ofiarą spisku. Dlaczego, pytają, zwycięska partia nigdy nie wykorzystuje swego sukcesu do końca? Dlaczego jej liderzy zawsze niespodziewanie decydują się oszczędzić swych politycznych przeciwników, kiedy wydaje się, że mają ich na widelcu? Przypomnijmy sobie, jak wielu szczerych radykałów nie mogło uwierzyć własnym oczom, kiedy najbardziej prominentni członkowie Partii Liberalnej sprzymierzyli się nagle z konserwatystami, aby zamieść pod dywan sprawę rajdu Jamesona [4]! Jak wielu szczerych unionistów nie mogło zrozumieć nic z owych przedziwnych harców i uników, jakie wyprawiał pan Balfour [5] w sprawie reformy celnej! I, ogólnie, jak wielu uczciwych ludzi, szczerze zaangażowanych po jednej, albo po drugiej stronie sporu, myślało, że śni, gdy rok agitacji i kontr-agitacji zakończył się nudną i bezowocną „konferencją”!

Należy jednak zaznaczyć przy tym, że ci wyborcy, o których tutaj mówimy, bardzo rzadko ledwie w pełni zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Czują, że coś jest nie tak. Co dokładnie – tego jednak określić nie potrafią. Obwiniają raz jednego polityka, kiedy indziej drugiego. Nie rozumieją, że problemem jest tutaj przede wszystkim sam system. Tak też radykałowie w zupełnie dobrej wierze powtarzać będą, że pan Asqhuit ma mentalność wiga, że nie solidaryzuje się z resztą swej partii w sprawie Izby Lordów. Nie dostrzegając przy tym, że całe kierownictwo Partii Liberalnej chce tylko tego, aby gra toczyła się dalej według starych zasad, i niczym najbardziej zmurszały torys drży ze strachu na myśli o jakiejkolwiek gwałtowniejszej zmianie, która mogłaby spowodować przetasowania w układzie sił i, być może, także koniec zabawy. I znów, entuzjaści protekcjonizmu atakują Balfoura za to, że jest „słaby”. Nie zauważając, że problem z nim nie polega na tym, że jest słaby, ale właśnie silny – silny tradycją partii, silny siłą wszystkich owych niezliczonych układów i wzajemnych zależności, które niczym pajęczyna oplatają politykę angielską, znacznie zbyt silny, aby mogła go zmusić do czegokolwiek młoda frakcja torysowskich demokratów [6]. Dla wszystkich „szeregowych” uczestników sporu „konferencja” okazała się zaskoczeniem, paradoksem, nieomalże szokiem – z tego prostego powodu, że nie mieli oni świadomości, iż stanowiła ona po prostu nieco bardziej oficjalną wersję tego, co dzieje się w kuluarach Westminsteru oraz na wszystkich owych prywatnych przyjęciach, na których naprawdę rozstrzygają się najważniejsze kwestie naszego życia publicznego.

3. Przeszłość i teraźniejszość

Popełnia błąd ten, kto sądzi, że system partyjny zawsze stanowił ową metodyczną maskaradę, jaką jest dzisiaj. Jeszcze zupełnie niedawno miał sens – ba!; jeszcze w tej przeszłości, którą możemy uznać już za naszą teraźniejszość, sens ten był znacznie większy, niż obecnie.

W wieku siedemnastym, Anglia była politycznie podzielona. Stara koncepcja monarchii starła się z nową ideą rządów parlamentarnych; i realny charakter sporu można stwierdzić na podstawie owego jedynego dowodu, którego nie da się obalić – faktu, że ludzie gotowi byli dla swoich przekonań walczyć, zabijać i ginąć. Wojna domowa trwała aż do roku 1689, w którym to jedna strona ostatecznie przypieczętowała swoje zwycięstwo nad drugą.

Wielkim, ale i bardzo częstym, błędem jest sądzić, że stroną, która wygrała, była demokracja. Rewolucja [7] odwoływała się do teorii demokratycznej, prawda, ale działo się to z tego prostego powodu, że musi się do niej odwoływać każdy, kto chce oprzeć swój polityczny sukces na fundamencie moralnym. Nie ma, i nigdy nie było, żadnej moralnej teorii suwerenności, która – jak powiedzieliśmy – nie wracałaby ostatecznie do koncepcji suwerenności wspólnoty jako wspólnoty. Jeśli jednak chodzi o motywację i praktykę, rewolucja roku 1689 nie miała z demokracją niczego wspólnego.

Nie przeprowadził jej lud. Lud Londynu popierał ją, istotnie, podobnie jak i kilku innych, bogatych miast południa – tym niemniej, mieszkańcy starszych i wiejskich hrabstw Anglii (a więc przytłaczająca większość społeczeństwa!) zdecydowanie się jej sprzeciwiali. Stanowiła ona dzieło maleńkiej grupy bogatych intrygantów, działających głównie z pobudek finansowych. Głównym jej skutkiem zaś, było to, przedstawiciele rzeczonej grupy – i w ostatecznym rozrachunku całe ich rody – znacząco wzbogacili się kosztem ogółu. I być może najlepszy komentarz do przebiegu i skutków rewolucji roku 1689 stanowi fakt, że w ciągu półtorej wieku od wstąpienia na tron dynastii hanowerskiej, arystokraci, którzy dobyli miecza „w imię wolności politycznej i religijnej” (a także i ich protegowani), ogrodzili około 6 000 000 akrów wspólnej ziemi.

W roku 1689, i potem w 1715 i 1745, zwyciężył nie lud, a parlament. Parlament, który ludu bynajmniej nie reprezentował – i wcale nawet nie udawał, że to czyni. Posłowie obradowali możliwie jak najbardziej tajnie, chlubili się tym, że niektórzy spośród nich pełnią swą funkcję dziedzicznie – i być może najlepszy symbol ich działań i mentalności stanowi fakt, że w dość krótkim czasie zdołali pozbawić wszelkiego praktycznego znaczenia Izbę Lordów.

Był on zatem reprezentacją ledwie jednej wąskiej klasy – klasy, która za swoją bazę miała, co prawda, ziemiaństwo, lecz za podporę: kupców i finansistów, kryterium przyjęcia do niej, było zaś po prostu materialne bogactwo – w każdej formie i jakkolwiek zdobyte. Trzeba jednak pamiętać, że i w niej – jak w każdej klasie społecznej – panowały nieraz ogromne różnice opinii. Konflikty polityczne wieku osiemnastego były, w przeciwieństwie do obecnych, konfliktami realnymi. Parlament mógł nie dbać o masy, ale autentycznie potrafił sprzeciwić się samowoli egzekutywy. Fakt, że najpotężniejsi nawet angielscy ministrowie musieli wydawać fortuny na łapówki dla posłów jest jednoznacznym dowodem na to, że ci mogli ich kontrolować, a nawet – gdyby poczuli się niedostatecznie doceniani – obalić. W czasach obecnych ten korupcyjny system już nie istnieje, jednak można mieć wątpliwości, czy jego likwidacja wynikała ze wzrostu społecznego poziomu moralnego, czy raczej może ogólnej bezsilności Izby Gmin. I znów: różnica między konfliktami politycznymi takimi jak ten Foxa [8] i Pitta [9], a swarami, jakie mają miejsce dzisiaj, polegała między innymi na tym, że ten pierwszy przeniósł się również do sfery prywatnej. Panowie ze sobą nie rozmawiali. Należeli do tej samej klasy, niewątpliwie, bo tylko ona dysponowała jakąkolwiek siłą polityczną. Ale już nie – inaczej niż np. Balfour i Asquith – do tej samej kliki.

Funkcjonowanie tego systemu, nieprzerwane przez cały wiek osiemnasty, zaburzyły ostatecznie dwa czynniki: narodziny nowych potęg materialnych, spowodowane przez rewolucję przemysłową – oraz nowe ideały, które znalazły swój praktyczny wyraz w Rewolucji Francuskiej. Kombinacja ta znalazła swe zwieńczenie w reformie wyborczej z 1832. Nowe wynalazki techniczne otworzyły nowe źródła bogactwa, na skutek czego narodziła się w Anglii nowa klasa bardzo bogatych i bardzo wpływowych ludzi, zaburzająca równowagę, jaka panowała do tego momentu między kupcami i arystokracją ziemską. Klasa ta, została w błyskawicznym tempie wciągnięta do kręgów decyzyjnych – istotnie, odpowiedzią premiera Pitta na te zmiany była nieprzerwana produkcja plutokratów z tytułami szlacheckimi; tym niemniej, proces ten postępował nie dość szybko i poza nawiasem pozostała liczba bogaczy wysoka przynajmniej na tyle, by stary system partyjny stał się dla nowej rewolucji ekonomicznej sporą zawadą.

Tak też przez pierwszą połowę wieku dziewiętnastego trwały w Anglii istotnie realne zmagania między przemysłowcami a arystokracją ziemską – zmagania, które kulminację swoją znalazły w sporze o wolny handel. Dzisiaj jednak, nie ma już po nich śladu – więcej nawet: nie istnieje nawet stara linia podziału! Angielscy ziemianie nie odnoszą się już do handlu i finansów ze niegdysiejszą nieufnością, przeciwnie – wielu z nich żywo się nimi interesuje i bez żenady wchodzi w buty pospolitego spekulanta. Z drugiej strony: nuworysze masowo kupują sobie majątki ziemskie, pałace i – co najważniejsze – także miejsca w Izbie Lordów, zapewniające permanentny wpływ na polityką ustawodawczą państwa. Istotnie, w dzisiejszych czasach kupowanie stołków, stanowiące normalny właściwie proces naboru do izby wyższej, to w dziewięciu na dziesięć wypadków dzieło tych, którzy zbili swoje fortuny na handlu lub lichwie. Posiadacz ziemski, który wchodząc na polityczny rynek musiałby dopiero kupić sobie tytuł szlachecki, to prawdziwa rzadkość.

Współcześnie zatem, nie istnieją już w Anglii dwie odrębne klasy ziemian i fabrykantów, ale jedna i zjednoczona plutokracja, homogeniczna społeczność bogaczy, skupiająca w swoich rękach właściwie pełnię władzy, tak politycznej, jak ekonomicznej.

Przez niemal całe dziewiętnaste stulecie dokonywały w Anglii równolegle dwa procesy: jeden powszechnie znany i komentowany na całym świecie – i drugi, prawie zupełnie niezauważony i dlatego też niemal zupełnie nieopisany w fachowej literaturze.

Pierwszy to rozszerzanie praw wyborczych. Krok po kroku od reformy wyborczej 1832, coraz większa liczba obywateli mogła uczestniczyć w wyborach powszechnych. Najpierw urzędnik i sklepikarz, potem robotnik, na końcu wreszcie pracownik rolny – wszyscy oni z czasem stali się wyborcami. Proces ten niewątpliwie powinien był oznaczać daleko idącą demokratyzacją kraju – i pewnie dlatego też większość ludzi zdaje się mniemać, że tak właśnie było. Niemniej jednak, można mieć poważne wątpliwości, czy masy ludowe mają obecnie tyle samo realnej politycznej siły, ile miały przed jego rozpoczęciem. Gdyby ta zmiana dokonała się nagle, zapewne udałoby się Anglii stworzyć przynajmniej coś zbliżonego do prawdziwej demokracji. Jednakże, trwała ona bardzo długo – w związku z czym mogła zostać skutecznie zneutralizowana przez drugi proces, jaki dokonywał się równolegle do niej.

Procesem tym był stopniowe przesunięcie centrum realnej władzy z Izby Gmin do ministerstw, czy też – ściśle mówiąc – dwóch „Przednich Rzędów” parlamentu: rządu i opozycji. We wczesnym wieku dziewiętnastym parlament angielski nie tylko ową realną władzę miał, ale również często i skutecznie z niej korzystał; i rządy angielskie, nawet te cieszące się znacznym poparciem społecznym i frakcyjnym, upadały jeden za drugim, obalone w głosowaniach w Izby Gmin. Gabinet Wellingtona [10] upadł w 1830, Greya [11] w 1834. Pitt stracił władzę na skutek protekcjonistycznej rewolucji roku 1845. Lord John Russell [12] przestał być premierem w 1852, kilka miesięcy później tą samą drogą podążyli Derby [13] Disraeli [14]. Rząd koalicyjny Lorda Aberdeen [15] został obalony 1855 z powodu kryzysu wywołanego przez wojnę krymską. Lorda Palmerstone’a [16] spotkał taki sam los – w 1857 z powodu wojny chińskiej i w 1859 z powodu ustaw penalizujących przygotowywanie zamachów na terenie Wielkiej Brytanii [17]. I w 1865 silny gabinet Russella i Gladstone’a również musiał uznać swoją porażkę, z powodu kontrowersji wokół reformy wyborczej i buntu „adullamitów” [18].

Kolejną dobrą ilustrację (jeżeli takiej potrzeba) owej powolnej kastracji Izby Gmin stanowi różnica, jaka zachodzi między jej reakcją na wojnę krymską (zaledwie pięćdziesiąt lat temu), a współczesny konflikt w Afryce Południowej. Obydwie wojny, niezależnie jak je oceniamy: jako mądre czy głupie, sprawiedliwe czy niesprawiedliwe, bez wątpienia cieszyły się ogromnym poparciem, tak parlamentu, jak i opinii publicznej. Obydwie prowadzone były w sposób skandalicznie nieudolny. Tym niemniej, podczas pierwszej z nich, parlament nadal pozostawał względnie niezależny. Gdy tylko błędy dowództwa zaczęły wychodzić na jaw, wywołało to w Anglii ogromną społeczną reakcję, i głos ludu dał się słyszeć nie tylko na ulicy, ale i z mównicy Izby Gmin. Domagano się powołania komisji śledczej. I choć z początku usiłowania te były bezowocne, a rząd zdecydowanie im się sprzeciwiał, posłowie ostatecznie przegłosowali wniosek miażdżącą większością. Wskutek tego, Lord Abredeen musiał ustąpić, a jego miejsce zajął Palmerstone. Pierwsze, co zrobił, to zaczął domagać się rozwiązania komisji – ale parlament się nie ugiął, i on, polityk tak potężny i popularny, musiał ustąpić. Wszystko to zaś stało się – pamiętajmy – wcale nie za sprawą pacyfistów czy opozycji, ale przeciwnie: ludzi, którzy wojnę krymską popierali, tylko chcieli, po prostu, aby była skutecznie prowadzona.

W przypadku wojny południowoafrykańskiej zaś, niezadowolenie od początku było dużo większe, tudzież bez ustanku dochodziły do nas informacje o przykładach niekompetencji i korupcji, zmniejszających siłę angielskiego oręża. W parlamencie jednak, słyszeliśmy o tym niezmiernie rzadko, i na pewno ani jednemu konserwatywnemu posłowi (liberalnemu zresztą też) ani przez myśl by nie przeszło, aby spróbować obalić ówczesną egzekutywę i zastąpić ją ludźmi bardziej kompetentnymi. Istotnie, działania zbrojne prowadzono kompletnie bez konsultacji z Izbą Gmin; i – generalnie – przez cały okres jej trwania temat rozlicznych skandali finansowych, do których podczas niej doszło – i o których mówiło się wśród klas wykształconych tego kraju zupełnie otwarcie – ani razu nie wszedł do porządku obrad.

W kogo ręce, zapytajmy, przeszła władza niegdyś dzierżona przez Izbę Gmin? Otóż – w ręce politycznego komitetu, dla którego nie ma oficjalnej nazwy (bo stanowi organizację tajną), który wszakże dość trafnie określić można mianem „Przednich Rzędów”. Komitetu tego nikt nie wybiera – ani w głosowaniu, ani przez aklamację, ani nawet na zasadzie zgody domyślnej. Jego członkowie nie zawdzięczają swojej pozycji ani woli ludu, ani nawet posłów. Uzyskują swój mandat wyłącznie na zasadzie bezczelnej i niekontrolowanej z zewnątrz kooptacji. Stanowi on istotnie jedno ciało polityczne i działa, szczególnie w chwilach zagrożenia jego interesów, niby jeden człowiek. Nie zachodzi między tymi, którzy do niego należą, ani jedna realna różnica dotycząca poglądów politycznych czy interesu ekonomicznego, która w racjonalny sposób usprawiedliwiałaby podział na dwie partie. A jednak, podział ten wciąż istnieje. Grupa trzymająca władzę dzieli się arbitralnie na dwie drużyny, które niby ze sobą rywalizują, faktycznie jednak wymieniają się po prostu okresowo władzą i dostępem do synekur, od czasu do czasu może rozpętując utarczki o różnorakie problemy pozorne – niezwiązane z realnym życiem ludzi, czy nawet z pracą parlamentu, ale tworzone przez polityków – mające podtrzymać wśród opinii publicznej iluzję międzypartyjnej rywalizacji.

Taka jest właśnie natura systemu partyjnego, który istnieje dziś w Anglii, i za sprawą którego Izba Gmin stała się polityczną wydmuszką, lud zaś, pozbawiony został głosu i siły sprawczej.

Przeł. Maciej Sobiech

1. Herbert Asquith (1852-1928) – angielski polityk liberalny, premier Anglii w latach 1908–1916, słynny z rozległych reform (m.in. reformy ubezpieczeniowej).

2. William Ewart Gladstone (1809-98) – polityk brytyjski, liberał, czterokrotnie pełnił funkcję premiera (w latach 1868–1874, 1880–1885, 1886 i 1892–1894). Zwolennik zaprzestania agresywnej ekspansji kolonialnej i wielki orędownik samostanowienia Irlandii w ramach Królestwa. Dla liberałów i radykałów angielski człowiek-instytucja (tudzież legenda).

3. Chodzi o żywy w czasie wydania niniejszej książki spór o reformę prawa handlowego, w którym – z grubsza mówiąc – konserwatyści domagali się wprowadzenia nowych ceł celem ochrony przemysłu brytyjskiego przez zagraniczną konkurencją, liberałowie zaś, tradycyjnie obstawali przy wolnym handlu – natomiast sprawa nie była bynajmniej prosta i podziały przechodziły tutaj, zgodnie z obserwacją Belloca, w najbardziej niespotykanych miejscach. Przy okazji, trudno określić, o jaką dokładnie konferencję autorom chodzi – być może o debatę nad tzw. „preferencyjnym stosunkiem do kolonii”, która odbyła się w parlamencie właśnie w roku 1910.

4. Rajd Jamesona – rajd zbrojny brytyjskich sił porządkowych pod przywództwem Leandera Starra Jamesona, przeprowadzony w dniach 29 XII 1895 – 02 I 1896 przeciwko burskiej Republice Południowoafrykańskiej. Choć zakończył się niepowodzeniem, radykalne skrzydło Partii Liberalnej upatrywało w nim wstępu do kolejnej imperialnej wojny przeciwko Burom i domagało się szczegółowego śledztwa i ukarania winnych. Sprawę wyciszono. II wojna burska wybuchła ostatecznie w 1899 roku, zgodnie z przewidywaniami angielskich antyimperialistów.

5. Arthur James Balfour (1848-1930) – brytyjski polityk, członek Partii Konserwatywnej, słynny minister spraw zagranicznych i twórca Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. W młodości pełnił funkcję głównego sekretarza Irlandii, żelazną ręką tłumiąc niepokoje „wojny agrarnej”, starając się przy tym, trzeba zaznaczyć, wyciągać konsekwencje wobec możnych, którzy nie przebywali na własnej ziemi i nie dbali o nią.

6. Oryg. Tory Democracy, chodzi o frakcję w łonie Partii Konserwatywnej, która domagała się rezygnacji z przesadnego elitaryzmu i obrony interesów ziemian na korzyść większej solidarności z ludem, zwłaszcza klasami pracującymi.

7. Chodzi o tzw. „Chwalebną Rewolucję” z roku właśnie 1689.

8. Charles Fox (1749–1806) – angielski polityk liberalny, wig, frankofil, zwolennik samostanowienia narodów, równouprawnienia katolików, szerokiej reformy wyborczej. Inicjator zakazania niewolnictwa na terenie całego Zjednoczonego Królestwa i jego kolonii.

9. William Pitt zwany „Młodszym” (1759–1806) – brytyjski polityk konserwatywny, antyrepublikański, antynapoleoński, zwolennik konfrontacji z Francją i kapitalistycznych reform gospodarczych przy zachowaniu politycznego status quo.

10. Arthur Wellesley, 1-szy hrabia Wellington (1769–1852) – angielski polityk i wojskowy, premier (z ramienia torysów) w latach 1828–30. Prowadził politykę skrajnie konserwatywną.

11. Charles Grey (1764–1845) – polityk angielski, wig, premier w latach 1830–34; zwolennik reform republikańskich, tym niemniej – chwiejny i bez siły przebicia.

12. Lord John Russell (1792–1878) – angielski polityk liberalny, premier w latach 1846–52 oraz 1865–66. Zwolennik wolnego handlu i zniesienia ustaw zbożowych. Podczas pierwszej kadencji „wsławił się” jednak przede wszystkim nieudolnością w walce z tzw. Wielkim Głodem w Irlandii.

13. Edward Smith-Stanley, 14-sty earl Derby (1799–1869) – angielski polityk konserwatywny, premier w latach 1852, 1858–59 oraz1866–68. Podczas trzeciej kadencji udało mu się przeprowadzić reformę znacznie rozszerzającą prawa wyborcze (1867).

14. Benjamin Disraeli (1804–1881) – angielski literat i polityk konserwatywny, premier w latach 1868 oraz 1874–1880. Słynny z agresywnej polityki kolonialnej.

15. George Hamilton-Gordon, 4-ty hrabia Aberdeen (1784–1860) – angielski polityk konserwatywny, premier w latach 1852–55. Zwolennik wolnego handlu. Jego gabinet upadł z powodu niepowodzeń w prowadzeniu wojny krymskiej.

16. Henry John Temple, 3-ci wicehrabia Palmerstone (1784–1865) – angielski polityk – najpierw konserwatywny, potem liberalny, premier w latach oraz 1846–51 oraz 1859–65. Przeciwnik politycznego równouprawnienia robotników, w polityce zagranicznej: cynik i imperialista. Autor słynnej frazy: „wielka Brytania nie ma przyjaciół i wrogów, tylko interesy”. Przy okazji należy dodać, że Belloc myli się tutaj o jeden rok.

17. Ang. conspiracy bill, który Palmerstone próbował wprowadzić po nieudanej próbie zamachu na Napoleona III.

18. Ruch w łonie Partii Liberalnej sprzeciwiający się rozszerzeniu praw wyborczych w roku 1866.

G.K. Chesterton: Kult sukcesu (ILN 19 XII 1931)

[Ilustracja: Franz von Lenbach  (1836–1904), portret Bismarcka]

W minionej od niedawna epoce industrialnej był taki obyczaj polegający na możliwie częstym powtarzaniu sobie nawzajem w konwersacji, głosem ściszonym i pełnym podniecenia, że nie ma tak wielkiego sukcesu w życiu, jak odnieść sukces. Ten mały skrót wystarczy, jak mniemam, by stwierdzić, że była to epoka intelektualnie cokolwiek monotonna i z pewną skłonnością do tautologii. Nie było takiej drugiej rzeczy, którą mówcy i pisarze tamtego czasu kultu produkcji i pieniądza wyjaśnialiby równie często i z równie wielką cierpliwością, jak fakt, że człowieka sukcesu można w większości wypadków rozpoznać na podstawie tej właśnie specyficznej cechy, że odniósł sukces; przegrańców zaś, z drugiej strony – po tym, że przegrali. Niemniej, cokolwiek myślimy akurat na temat tego olśniewającego i niedoścignionego paradoksu, że największym sukcesem jest sukces, ośmielę się tutaj podkreślić inną, znacznie mniej uznawaną i rozpoznawaną prawdę: że sukces jest największą porażką. To znaczy: że nie ma porażek równie totalnych, beznadziejnych i nieodwracalnych jak porażki tych, którzy opierali się wyłącznie na sukcesach. Wszystkie inne ideały trwają nawet jeśli znajdą się w odwrocie. Nawet w obliczu klęski demokrata może pozostać demokratą; lojalista zachować lojalność; ale człowiek sukcesu nie może być człowiekiem sukcesu, jeśli nie odniósł sukcesu. Aby wykazać zaś, że to istotnie prawda uniwersalna, znajdująca zastosowanie mniej więcej w każdym wypadku, posłużę się tutaj, choć kładzie się ona cieniem na wszystkich krajach współczesnego świata, przykładami trzech państw, w wypadku których potwierdziła się ona w sposób szczególnie interesujący (i za każdym razem trochę inny): Niemiec, Ameryki i Anglii.

Tak też około roku 1870 stary pruski sierżant , militarysta w okularach i kolczastym hełmie, zwrócił się do swych łagodniejszych niż on braci-Niemców, jak i do wszystkich innych plemion zachodu i południa, mniej więcej jak następuje: „Wiem, że wydaję się wam teraz brutalny i nieludzki, być może także pretensjonalny i irytujący, zimny, nieprzyjazny i tym podobne; mądrze jednak zrobicie, jeśli oddacie się pod moje światłe przywództwo – i protektorat. Jestem bowiem, dobrze chyba o tym nadmienić na początku, Człowiekiem z Żelaza; nie zwyciężonym; i niezwyciężonym; mogę wzbudzać moją ekspansją zazdrość i nienawiść, niemniej nie zatrzymam się już nigdy”. Nie muszę chyba mówić, jaka była tego część druga. Wystarczy stwierdzić, że jednak się zatrzymał. I, mimo wszystkiego, co wyczynia dzisiaj pan Hitler, nie sądzę, aby kiedykolwiek udało mu się znów przekonać swych sąsiadów, że jest niezwyciężony. Jego sąsiedzi natomiast, w tym wielu łagodniejszych z usposobienia Niemców, odpowie mu po prostu: „Nie odnosisz już zwycięstw; i poniosłeś wiele porażek; twój marsz przez świat został zatrzymany. Ale istotnie, wciąż pozostajesz tak samo irytujący, pretensjonalny, nieludzki i nieprzyjazny, jak wcześniej”. I tego typu militarysta nie będzie mógł na to powiedzieć literalnie – nic; nie ma niczego, czym mógłby się szczycić, poza sukcesami; nigdy w życiu nie szczycił się zresztą niczym innym, poza sukcesami. Nie słyszał w życiu żadnej innej pieśni niż „Na powrót zwycięskiego bohatera”1. I nigdy się mu w filozofii nie mieściło choćby wyobrazić sobie takie zjawisko, jak bohater zwyciężony.

W inny sposób, wydaje mi się, że jednak obiektywnie nieco bardziej sympatyczny i ludzki, los ten stał się udziałem także i naszej ojczyzny. W wypadku Anglii, było z tym zaś tak. Anglicy chełpili się tym, że są nielogiczni, lub też (innymi słowy) – że nie są racjonalni. Nie musieli zaś być logiczni, bo byli praktyczni – tak nadludzko i niepojmowalnie praktyczni, że wszystko, czego tylko się palcem tknęli, w praktyce okazywało się całkiem w porządku. Powtarzali bez ustanku: „Nasza konstytucja to chaos; ale zobaczcie tylko, jak Działa; jak Doskonale Działa! Nie potrzebujemy żadnych waszych bezsensownych teoryjek; jesteśmy ludźmi praktycznymi; i z dnia na dzień stajemy się coraz bogatsi”. Jedyne pytanie jest takie, co się dzieje z człowiekiem praktycznym, gdy zamiast z dnia na dzień się bogacić, z dnia na dzień biednieje? Co, kiedy „praktyczny kompromis” okazuje się w praktyce coraz trudniejszy do utrzymania; kiedy sama praktyka, we wszystkich swoich aspektach, staje się coraz trudniejsza? Głosem łagodniejszym, jak gdyby zwracał się do bardziej mimo wszystko sympatycznego cymbała, krytyk nasz powie tak: „Obawiam się, że nie jesteście już tak nadludzko praktyczni, że cokolwiek, czego się tkniecie, zaczyna się w praktyce opłacać. Pocieszcie się jednak – bo ocaliliście wszystkie swoje inne ideały, i pozostajecie tak samo nielogiczni i nieracjonalni w sprawach abstrakcyjnych, jak zawsze byliście”.

Ameryka, kraj trzeci, stanowi natomiast w ogromnej mierze po prostu największy, najbardziej nośny i najbardziej żywy przykład ogólnych praw, jakimi rządzą się współczesny industrializm i kapitalizm. Niewielu jednak Amerykanów zaprzeczy, że niektórzy przynajmniej z ich rodaków, szczególnie w przeszłości, faktycznie stosowali zasadę faktów dokonanych; że odpierali wiele ataków, opartych na tradycji i zdrowym guście, przez odwołanie do tego, jak się rzeczy mają. Fakt, że Ameryka stała się państwem bezpiecznym i bogatym, nienormalnie bezpiecznym i nienormalnie bogatym, jak mógłby powiedzieć ktoś inny, długo stanowił narodową linię obrony, gdy inne kultury oskarżały ją o brak kultury. Tak, jak Anglik bronił się mówiąc: „Jesteśmy nielogicznym narodem”, Amerykanie zazwyczaj chowali się za standardowym sloganem: „Jesteśmy młodym narodem”. Sens jego zaś był taki, że choć znajdzie się u nas sporo nieokrzesania, to jest to nieokrzesanie właściwe energii i męskości, nieokrzesanie rozwoju i wzrostu. W tym sensie, Ameryka była przyszłością. I z tego powodu, godziła się na mnóstwo przykrych czy wręcz przerażających zjawisk teraźniejszości. Cały argument opierał się jednak tutaj na założeniu, że cywilizacja, jako w fazie wzrostu, będzie stawała się coraz silniejsza. Dlatego też nigdy nie przygotowano planu na chwilę słabości. Nigdy nie przemyślano, czy i jak dałoby się utrzymać kształt, dumę i godność ubogiej Ameryki. Obywatele jej tak bardzo przyzwyczaili się wymawiać swoimi sukcesami, że nie potrafią bronić się w obliczu swoich porażek. I tak też, wszystkie trzy te wielkie narody współczesnego świata, które odniosły sukces według tego, co jeszcze do niedawna było standardem współczesnego sukcesu, stanęły przed tym samym problemem: jak ma zachować się człowiek sukcesu, który przestał odnosić sukces?

We wszystkich trzech wypadkach, pierwsza i podstawowa odpowiedź brzmi, że nie ma większej porażki, niż sukces. Coś, co jest tylko ozdobą, może trzymać się przez wieki, choćby tylko jako staromodna ozdoba. Ale tego, czego używa się wyłącznie dlatego, że jest użyteczne, przestanie się używać jak tylko stanie się bezużyteczne. Człowiek może nosić swój kij podróżny całe życie: od dnia, w którym pierwszy raz machać nim jako chłopiec jak wojskową laseczką aż dotąd, gdy zacznie się nim podpierać jak kulą. Ale jeśli używamy brzydkiego parasola wyłącznie jako ochrony przed deszczem, logicznie nie weźmiemy go już ze sobą na zewnątrz, jeżeli zacznie przeciekać. Na szczęście, wszystkie tego typu przypadku są bardziej skomplikowane; i narody mogą przetrwać nawet wtedy, gdy poniosą porażkę. Mimo wszystko (i wbrew wszystkiemu), ludzie wciąż zdobią swoje parasole; ba – wbrew wszystkiemu, niektórzy nawet kochają swoje parasole. I, dzięki miłosierdziu Boga Najwyższego, nie ma na świecie czegoś takiego, jak przedmiot czysto użyteczny – ani naród czysto praktyczny. Wszystkie te trzy narody niosą w sobie coś, co zawsze było znacznie większe, niż sukces. I być może, kto wie?, pewne praktyczne problemy, przed którymi stają obecnie praktyczne narody, na powrót pozwolą im stać się czymś więcej, niż ledwie praktycznym narodem. Humor i ludzkie usposobienie Anglików; prawdziwe chłopskie cnoty prawdziwych republikanów Ameryki; muzyka i porywający folklor prastarych lasów Germanii mogą powstać na nowo, z mocą, której nie zyskały nigdy w czasie panowania owej nędznej i nikłej iluzji wulgarnego i uproszczonego dobrobytu. I sama historia świadczy, że tak się właśnie stanie. Bo nigdy w dziejach ludzie nie byli dość głupi, by wielbić sukces dla samego sukcesu. Wielbili swoich bogów – i bili się dla nich na wojnach, z sercem pełnym nadziei na zwycięstwo. Ale, w tryumfie czy klęsce, zawsze ostatecznie wracali do bóstwa, o które walczyli.

Tłm. Maciej Sobiech

1 Oryg. „See the Conquering Hero (Comes)”, partia chóralna oratorium Haendla pt. Juda Machabeusz, stanowiąca hołd dla powracającego ze zwycięskich bojów z jakobitami księcia Cumberlandu, Williama (1746). GKC, zawsze darzący wielką sympatią ruch jakobicki, zapewne nie rzuca tutaj aluzji zupełnie przypadkiem.

G.K. Chesterton: Paradoks Partii Pracy („Irlandzkie impresje”, 1919)

[Ilustracja: Walter Paget (1863-1935), „Narodziny Republiki”]

Pierwszym ogólnym, a także wizualnym, wrażeniem, jakie wywarła na mnie Zielona Wyspa, było to, że nie jest ona wcale zielona, tylko brązowa; zdecydowanie brązowa, w odcieniu khaki. Obserwacja niniejsza zalicza się do kategorii tych, których nie można pomylić z oczekiwaniami; nieduża sprawa, którą się widzi, ale której nie da się przewidzieć na bazie werbalnych obrazów zaczerpniętych z gazet i książek. Wiedziałem, rzecz jasna, że mamy w Dublinie garnizon, nie miałem jednak pojęcia, że na całej powierzchni tego miasta stanowi to taką oczywistość. Nie miałem pojęcia, że uznano za konieczność okupację Irlandii przy użyciu tak ogromnej siły lub z wykorzystaniem tak ogromnego pokazu siły. I pierwsza myśl, która przemknęła mi wtedy przez głowę, znalazła wyraz w jednym zdaniu: „Jak bardzo przydaliby się ci ludzie nad kanałem Saint-Quentin”1.

Udałem się bowiem do Dublina pod koniec roku 1918, niedługo po upływie tamtych strasznych dni, które doprowadziły do końca wojny, wydawały się wszakże bardziej końcem świata. Szyki naszych wojsk, będących ostatnią kolumną rycerstwa w historii, wciąż jeszcze trwały w naszej wyobraźni, jakby zawieszone nad otchłanią grozy; świeże było jeszcze wspomnienie owego dnia, w którym nasze imię, wielkość i chwała wydawały się zgniecione przez zagładę z północy. Nie można winić Irlandii za to, że nigdy nie dowiedziała się, jak szlachetnie znosiła Anglia godzinę swej klęski; lub jakie, przerastające wszelkie imperium udręki znosiliśmy wtedy, gdy – spowici gęstym obłokiem mroku – prawie że czuliśmy, jak jej starożytne fundamenty chwieją się w morskich głębinach. Ale ja – jako Anglik przynajmniej – zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawę bardzo dobrze; i to w związku z sytuacją mojej ojczyzny, a nie Irlandii, wezbrała we mnie ta pierwsza fala niecierpliwości i poczucia tragicznej ironii. Zawsze powątpiewałem – i to na gruncie czysto militarnym – w zasadność militarystycznej polityki, która swój szczytowy punkt osiągnęła w przymusowym poborze. Jeżeli jakakolwiek z politycznych strategii Anglików zasłużyła, aby nazwać ją w przysłowiowym sensie „irlandzką” – to sądzę, że właśnie ta. Polegała ona na marnowaniu armii w Irlandii z tego powodu, że potrzebowaliśmy jej we Francji. Ta sama, czysto patriotyczna, a nawet zaczepna irytacja, zmieszana z wrodzonym mi zmysłem tragizmu, ogarnęła mnie na widok największej ulicy w Dublinie, zdewastowanej przez brytyjską artylerię podczas Powstania Wielkanocnego.2 Rozpacz mnie brała z powodu, że podobna kanonada została w ogóle skierowana przeciwko Irlandczykom; ale jeszcze bardziej z powodu, że nie została ona skierowana przeciwko Niemcom. Kwestia konieczności tak potężnego natarcia, podobnie zresztą jak kwestia konieczności prowadzenia okupacji przy wykorzystaniu tak wielkiej armii, łączy się, rzecz jasna, nierozerwalnie z historią samego Powstania Wielkanocnego. To dziwne i pełne dramaturgii wydarzenie, równie niespodziewane dla nacjonalistycznej Irlandii, jak unionistycznej Anglii, nie wchodzi w zakres moich osobistych doświadczeń, nie zamierzam zaś podobnie mrocznego zagadnienia w żaden sposób dogmatyzować. Ośmielę się jednak wtrącić w tym miejscu coś niecoś na temat pewnego nieporozumienia, które, jak mniemam, z samej swojej natury wspólne jest obu stronom sporu. Wszystko w tej sprawie zdaje się wskazywać na swoisty paradoks: fakt, że powstańcy tym mniej potrzebowali jako motywacji do działania statusu i sytuacji pokonanych, że zależało im dokładnie na tym, aby ktoś ich pokonał – a nie na tym, aby to oni kogoś pokonali. W sensie moralnym zasługują oni na pewno na miano bohaterów, ale nie sądzę, aby mieli nadzieję na bohaterski tryumf. Jedyne, czego chcieli, to być tym, co w najprostszym sensie oznacza grecki źródłosłów wyrazu „męczennik”; ich celem nie było zwycięstwo, ale świadectwo. Zdawało im się, że nic prócz ich martwych ciał nie mogło dowieść, że Irlandia wciąż nie jest martwa. Irlandczykom pozostaje ocenić, w jakim stopniu ten wzniosły i samobójczy ideał okazał się skuteczny we wzbudzaniu narodowego entuzjazmu; moim skromnym zdaniem owego entuzjazmu wcale nie trzeba było dodatkowo wzbudzać. Ale jeżeli jakikolwiek podobny czyn wypływa z nadziei na wywołanie reakcji międzynarodowych, czy to w Anglii, czy w znacznej części Ameryki, to – w mojej opinii – opiera się na zupełnej nieznajomości faktów. Będzie jeszcze okazja, aby poświęcić uwagę wielu pomyłkom, zawartym w angielskiej ocenie Irlandczyków; ta sytuacja jednak wydaje się być demonstracją bardzo poważnej pomyłki w irlandzkiej ocenie Anglików. Jeżeli rzeczywiście często mylimy się w kwestii ich mentalności, to oni równie poważnie mylą w kwestii naszej pomyłki. I – co ciekawe – umknęło im wszystko to, co dotyczy owej jedynej, pozytywnej cechy, którą zawsze im przypisywaliśmy. Ich czyn zakładał, że Irlandczycy muszą dowieść swojej odwagi; tymczasem nigdy nie był takiej konieczności. Miałem okazję zapoznać się z całym stekiem obrzydliwych nonsensów, które wygadywało się o nich przed wojną; i nigdy nie słyszałem, aby jakikolwiek Anglik podawał w wątpliwość ich dzielności w boju. To, w co naprawdę wątpiono, to ich polityczny zdrowy rozum. Z pełną jasnością widać, że Powstanie Wielkanocne mogło jedynie obnażyć nieprawdę stereotypu, w który Anglicy nigdy nie wierzyli; potwierdzając przy tym ten, w który wierzyli z całą gorliwością. Nigdy nie oskarżaliśmy narodu irlandzkiego o to, że nie jest mężny – ale to raczej, że jest aż nazbyt mężny. Ludzie mieli zupełną słuszność, przypisując mu odwagę – nic nie mogłoby być bardziej prawdziwe. Ale przypisując mu szaleństwo, byli w błędzie – i oto dostali świetną okazję, aby być w jeszcze większym błędzie. Później, gdy chęć walki przeciwko Anglii rozwinęła się, zgodnie z własną logiką, w odmowę walki za nią, niektórzy odjęli ostatecznie w rozumie tę wartość, którą pomyśleli na początku3; i w gniewie zaczęli przeczyć temu, odnośnie czego wcześniej nawet nie śniło im się wątpić. Jakby na to nie spojrzeć, taki był – jak sądzę – nastrój, w którym ta niewielka mniejszość prawdziwych fenian szukała śmierci męczeńskiej. Nigdy nie śmiałbym naśmiewać się z podobnych motywów; nigdy jednak nie zrodziłyby one tak ogromnego ruchu społecznego, gdyby nie inna siła, która zdecydowała się z nimi sprzymierzyć. Dokładnie ze względu na to zacząłem niniejszy tekst od tematu Powstania Wielkanocnego; ponieważ rozważając go, nie można nie dotrzeć do kwestii paradoksu Irlandzkiej Partii Pracy.

Niektóre z moich uwag, dotyczących stabilizacji, a wręcz spokoju, jaki panuje w społeczeństwie rolniczym, mogą, w kontekście socjalistycznej agitacji, wykwitającej teraz w Irlandii, podobnie jak w innych miejscach świata, wydać się nieco przesadzone. Jednakże mam bardzo dobre, by nie powiedzieć: osobiste, powody, aby uznać to zjawisko zaledwie za wyjątek potwierdzający regułę. Bo to właśnie wszechobecne tło wiejskiego krajobrazu stanowiło powód, dla którego strajk w Dublinie był tak niezwykłym dramatem, jakim był; i to w dwojakim sensie: po pierwsze bowiem, to dzięki niemu przemysłowi kapitaliści znaleźli się w całkowitej izolacji, niczym ludzie odstający w jakiś sposób od reszty, albo wręcz: niebezpieczni fanatycy; po drugie zaś: to z niego przecież czerpał proletariat wzmacniającą go w boju, mglistą tradycję własności prywatnej. Osobiście bez zastrzeżeń brałem w tym konflikcie stronę panów Larkina4 i Connolloya5, w tym sensie, że sprzeciwiałem się ś.p. panu Murphyemu6; ciekawa to jednak rzecz, że nawet taki pan Murphy był człowiekiem zupełnie innym od Lorda Kogoś-tam, zarządzającego obecnie jednym z komercyjnych kombinatów Anglii. Zdecydowanie bardziej przypominał jednego z patologicznych książąt wieku piętnastego, pełnych zimnego gniewu i niepozbawionych jakiejś perwersyjnej pobożności. Wszakże już pierwszych kilka słów, które usłyszałem w Irlandii na jego temat, jak ulał pasowało do owej niezmierzonej i niejasnej rzeczywistości, od której starałem się rozpocząć opis moich wrażeń z podróży. Określiłem ją mianem kwestii rodzinnej, lecz obejmuje ona także wiele spraw pokrewnych, choćby: te, które odnoszą się do starych przyjaźni, nie wspominając nawet o starych nieprzyjaźniach. Trafniej można ją nazwać realizmem co do własnych początków. Pierwszą rzeczą, którą ktoś powiedział mi na temat pana Murphyego, była historia jego dawno zapomnianej młodości, czy może raczej – młodości, która w Anglii dawno zostałaby już zapomniana. Tyczyła się ona przyjaciół z jego chudszych lat, z którymi wyprawił się przeciwko komuś na coś w rodzaju mniej lub bardziej sentymentalnej vendetty. Przypuśćmy teraz, że przy każdej rozmowie o sklepach Harrod’s słyszelibyśmy historię młodzieńczych marzeń pana Harroda7. Przypuśćmy, że na najmniejszą wzmiankę o kolejowych rozkładach jazdy „Bradshaw”8 całe towarzystwo natychmiast zaczynałoby snuć niezliczone opowieści na temat młodzieńczych sporów i miłości pana Bradshawa, a może nawet – pani Bradshaw. Tak właśnie przedstawia się atmosfera, łatwiejsza do wyczucia, niż do opisania, w którą wpada podróżnik na Zielonej Wyspie. Angielskie dziennikarstwo i plotki nader często dokładnie opisują teraźniejszość i trafnie prorokują o przyszłości, rzadko jednak mówią cokolwiek o czasach, które minęły; et pour cause. Odzywają się zawsze, gdy jakiś magnat finansowy dokądś akurat zmierza: na przykład do Izby Lordów, do Monte Carlo, w konsekwencji, oczywiście: do nieba; mówią one jednak tak mało, jak to tylko możliwe, skąd ów magnat pochodzi. W Irlandii człowiek niesie swój dom rodzinny na plecach, jak ślimak; a duch jego ojca podąża za nim jak cień. Wszystkie dobre i złe rzeczy, które dało się powiedzieć o Murphym, dotyczyły także Murphy’ich. Jest taka miejscowa anegdota, według której, w bardzo dawnych już czasach, pewien poseł do irlandzkiego parlamentu, zorientowawszy się, że w loży dla kobiet siedzi akurat siostra jego oponenta, poczynił do tego faktu nader taktowną aluzję, wyrażając życzenie, by gniew Boga spadł na cały ten przeklęty ród, „od bezzębnej, starej jędzy, uśmiechającej się głupio z loży, po wyblakłego tchórza, trzęsącego się na podłodze”. Opowieść tę przywołuje się zazwyczaj jako dowód trudnej do pojęcia głębi irlandzkich podziałów politycznych; równie zdecydowanie wskazuje ona jednak także na jedność irlandzkich rodzin.

Skoro już przy tym jesteśmy, to jeden z epizodów wielkiego Strajku Dublińskiego, owego pożaru, którego resztki w czasie mojej wizyty tliły się jeszcze tu i ówdzie, stanowi nader dobrą ilustrację powracającej raz po raz jak bumerang kwestii mocy, jaką w Irlandii ma rzeczywistość rodzinna. Jak niektórzy mogą pamiętać, kilkoro angielskich socjalistów, działając ze szlachetnego współczucia dla głodujących w trakcie strajku ludzi, zaproponowało, aby ich dzieci przetransportować do Anglii i porządnie nakarmić. Dla mnie osobiście bardziej naturalną metodą postępowania byłoby dać jedzenie lub pieniądze rodzicom. Jednak nasze kółko filantropów, będąc angielskim i będąc socjalistycznym, prawdopodobnie kierowało się zaufaniem wobec tego, co zwykło nazywać się organizacją i brakiem zaufania wobec tego, co zwykło nazywać się jałmużną. Uważa się, że jałmużna uzależnia człowieka od innych; gdy tymczasem, w porównaniu z upiornym hołdownictwem, w które zazwyczaj wpędza go zorganizowana instytucja, ona właśnie naprawdę go wyzwala. Jałmużna przynosi własność, a zatem – wolność. Ewidentnie bardziej służy się sprawie emancypacji, dając żebrakowi szylinga i zostawiając go w spokoju, niż wysyłając za nim w pościg urzędnika, żeby wydał owego szylinga w jego imieniu. Tak czy siak, nasi socjaliści z pełnym spokojem ducha przygotowali wszystko do deportacji ubogich szkrabów – i, ku swojemu najgłębszemu zaskoczeniu, zderzyli się z rozgrzaną do czerwoności rzeczywistością irlandzkiej religii. Księża i wierzące rodziny zorganizowały zaciekłą agitację przeciwko tej inicjatywie, argumentując, że na heretyckiej obczyźnie ich dzieci stracą wiarę. Nie zadowoliły ich wygłaszane szczerze przez część organizatorów zapewnienia, że kwestie religijne w ogóle nie będą poruszane; i, z punktu widzenia czystej logiki, sądzę, że słusznie. Ludzie, którzy wygłaszają podobne zapewnienia nigdy nie przemyśleli, czym tak naprawdę jest religia. Mają nieprawdopodobne zupełnie pojęcie, że religia jest tematem. Że to coś na kształt rzodkiewki – rzecz, o której podczas konkretnej konwersacji z konkretnym człowiekiem, którego sam dźwięk słowa „rzodkiewka” może przyprawić o konwulsje furii lub agonii, można zwyczajnie nie wspominać. Tymczasem religia to po prostu świat, w którym się żyje. W praktyce socjalista z Liverpoolu nie byłby nawet w stanie wiedzieć, kiedy w rozmowie z dzieckiem urodzonym w Louth porusza, lub nie porusza, kwestii religijnych. Gdybym przypadkiem (co jest na szczęście bardzo mało prawdopodobne) otrzymał prawo do opieki nad dzieckiem z ludu Parsów9, nie mógłbym mieć bladego pojęcia kiedy i w jaki sposób w rozmowie z nim odnoszę się do zaratustrianizmu. Niemniej, zdrowy rozsądek (i znajomość tego, na czym polega spójna filozofia) kazałby mi sądzić, że przypuszczalnie odnoszę się do niego średnio co minutę. Nie wspominam tutaj wszakże o tym, aby zaangażować się w jakąkolwiek szczegółową dysputę, ale tylko po to, aby po raz kolejny unaocznić fakt, że ściśle rodzinny porządek irlandzkiego społeczeństwa zawsze opowie się przeciwko jakiemukolwiek innemu porządkowi. Stare relacje o przeprowadzanych w tym kraju wysiedleniach, podczas których całe rodziny barykadowały się w domach, a matki wylewały na oblegających je wrogów garnki wrzątku, mają w sobie coś z przypowieści; bo każdy urzędnik, który zadrze z Irlandczykami, niewątpliwie będzie musiał uwijać się jak w ukropie. Nie da się rozdzielić matek i dzieci w tej dziwnej ziemi; jedyne, co nam pozostaje, to wrócić do naszych starych, sprawdzonych historycznie metod, i wszystkich sprawiedliwie zmasakrować.

Do zilustrowania centralnego punktu tego zagadnienia, wystarczy wszakże drobny incydent, który wszedł w skromny zakres moich osobistych doświadczeń; chodzi tu o poczucie, że nawet proletariacki protest ma wiejskie zaplecze. Dowodzący zaś słuszności tego poczucia przykład nie stanowi wcale o klęsce ideologii Irlandzkiej Partii Pracy, wręcz przeciwnie – raczej o jej sukcesie, na ile przyjacielską i nieformalną rozmowę można sklasyfikować jako jakiś poważniejszy sukces. Wszystko zaczęło się od czegoś w rodzaju posiadającego raczej luźną strukturę wewnętrzną wykładu na temat literatury, który wygłosiłem w Teatrze Dublińskim. Przywołam tutaj w skrócie zaledwie dwa wydarzenia, z których oba wydają się ukazywać coś niesłychanie wprost lokalnego i narodowego. Pierwsze z nich wiąże się tylko z tytułem tegoż wykładu, który brzmiał „Poezja i własność prywatna”. Otóż pewien wykształcony, angielski gentleman, którego wystąpienie przypadkowo poprzedziło moje, sprawiając wrażenie człowieka, który w podobnych żartach widzi potencjalną przyczynę własnej śmierci, odniósł się doń w następujący sposób: „Cóż,” powiedział, „nie pozostaje mi nic innego jak przestać głowić się nad tym, co właściwie chce pan osiągnąć, wmawiając ludziom, że wiersze mają cokolwiek wspólnego z własnością prywatną”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, postawienie tak blisko siebie dwóch wyrazów na „p” wydało się temu człowiekowi czczą zabawą w aliterację, czymś w stylu wyrażeń: „papugi i Paddington” albo „poligamia i pierniki”; jeżeli, oczywiście, nie uznał tego za zwykłe zestawienie przeciwieństw, jak to jest w wypadku „papieża i protestantów” albo „patriotyzmu i polityków.” Tego samego dnia jeszcze, pewien Irlandczyk, o podobnym do owego Anglika statusie społecznym, zwrócił się do mnie z beztroską słowami: „Widziałem, o czym będzie pan mówił jutro. Socjalistom to się chyba nie spodoba”, czy jakoś w tym rodzaju. Z połączenia tych dwóch terminów wydedukował on w sekundzie całą treść – nie wykładu przecież, który, jeżeli dotyczył czegokolwiek, to dotyczył literatury – ale filozofii, która stała u podstaw tego wykładu; a której zasady ów ociężały słoń, nazywany przez p. Bernarda Shawa „Chester-Bellokiem” w niemałych bólach stara się wytłumaczyć angielskiemu społeczeństwu, nadając jej przy tym stylistycznie wątpliwą nazwę „dystrybucjonizmu”. Jak powiedział kiedyś pan Hugo Law10, odnosząc się do naszego standardowego obyczaju przeciwstawiania patriotyzmu imperializmowi: „Co jest paradoksem w Anglii, w Irlandii jest truizmem”. Sam w sobie jednak, mój monolog zajmował się wyłącznie świadectwem, które literatura daje swoistej godności, naturalnie łączącej się z poczuciem posiadania czegoś na własność, które nie jest przy tym na pewno ani wulgarną rozrzutnością, ani równie wulgarną chciwością. Jeden z członków francuskiej grupy „Plejada”11 na przykład, pamięta dachówki swojego domu tak dokładnie, że mógłby je policzyć; z drugiej strony, pan William Butler Yeats w swojej wizji jak najściślejszej i jak najbardziej nieodpowiedzialnej samotności, z całą pieczołowitością zaznacza, iż wie dokładnie, ile grządek fasoli daje dziewięć12. W teatrze znajdowali się przedstawiciele wszystkich możliwych opcji politycznych, od najdzikszych fenian, po najbardziej konwencjonalnych unionistów, wszyscy oni jednak słuchali moich uwag z takim nastawieniem, z jakim spokojnie mogliby słuchać równie niekompetentnych prezentacji dotyczących małp lub gór na księżycu. Ani razu nie odniosłem się w tym konkretnym wykładzie do polityki, a na pewno nie do polityki partyjnej; mówiłem wyłącznie o roli tradycji w sztuce, a czasem, jeśli się zagalopowałem, także w abstrakcyjnej etyce. Tymczasem moje słowa spowodowały taki oto zabawny wypadek (dla którego w ogóle wspominam o tej sprawie); otóż, kiedy skończyłem, pewien rosły, rubaszny, grubo ciosany i tryskający zdrowiem mężczyzna, typ raczej prawniczy i, z tego, co mi wiadomo, dobrze znany irlandzki sędzia, był tak miły, że zdecydował się publicznie mi podziękować. A najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że podczas gdy ja, zdeklarowany radykał, jawnie sympatyzujący z legendą rewolucji, wygłosiłem tylko bardzo stonowane uwagi na temat kilku pomniejszych poetów do nader spokojnej, o ile nie otwarcie znudzonej, publiczności, pan sędzia, będący prawdziwym filarem zamkniętej twierdzy i konserwatystą, poświęconym całkowicie wprowadzaniu ładu i porządku, z jak największą energią i pogodą ducha przystąpił do wszczynania zamieszek. Sypał złośliwościami pod adresem fenian i wzywał ich do otwartej konfrontacji; jako pierwszy chyba człowiek na świecie szukał guza, w zupełnie dosłownym tych słów znaczeniu; wychwalał Anglię pod niebiosa; nie Ententę, lecz Anglię; Anglię wspaniałą, Anglię prześwietną (wszystko to z najbardziej typowym, irlandzkim akcentem), Anglię sprawiedliwą, mądrą, miłosierną i tak dalej, dodając do tego pienia na cześć pewnej konkretnej rzeczy, która nie była nawet flagą jego własnego państwa i wiązała się z tematem wykładu w takim stopniu, mniej więcej, jak Wielki Mur Chiński. Nie muszę chyba mówić, że za krótką chwilę cały teatr napełnił się rykiem protestu i gwałtownej polemiki; o co zresztą dokładnie, jak sądzę, mu chodziło. To był naprawdę szalenie miły starszy pan; i bardzo go polubiłem. Niemniej posiadał on pewną interesującą cechę, która nie jest bez znaczenia dla kwestii jego narodowości. Ten typ człowieka występuje w Anglii bardzo licznie; znam i lubię masę takich ludzi. Często ma stopień majora; rzadziej tytuł lorda; czasem jest sędzią; okazjonalnie: biskupem. Nieodmiennie zajmuje się wygłaszaniem najbardziej nonsensownych bzdur współczesnej reakcji – zazwyczaj trzęsąc się apoplektycznie nad kieliszkiem dobrego porto; czasami – nie mogąc złapać tchu z przejęcia – na oficjalnym spotkaniu politycznym. Ale dokładnie tym, na co żaden angielski gentleman nigdy by się nie ośmielił, a czego ów gentleman z Irlandii zupełnie otwarcie się dopuścił, jest uskutecznianie scen na jakimś apolitycznym spotkaniu; zwłaszcza, gdyby jedynym jego zadaniem było wygłosić kilka słów oficjalnego podziękowania dla obcokrajowca, mówiącego o Itace i Innisfree. Angielski konserwatysta zaś, byłby na pewno mniej skłonny porwać się na coś podobnego, niż angielski radykał. Na tej samej zasadzie, na której w odpowiednim kontekście staje się konwencjonalnie polityczny, w tym konkretnym kontekście stałby się konwencjonalnie apolityczny. Wygłosić zbyt poważną przemowę na zwyczajnym spotkaniu towarzyskim byłoby dla niego czymś nie do pomyślenia, podobnie jak noszenie stroju porannego wśród ludzi w strojach wieczorowych. I jeśliby szukał na podobnym spotkaniu czegokolwiek, to na pewno nie guza, jak to się stało w wypadku naszego irlandzkiego przedstawiciela majestatu prawa. Sędzia ów nauczył mnie bezbłędnie, że Irlandczyk nigdy nie jest tak bardzo irlandzki, jak wtedy, kiedy jest Anglikiem. Nie różnił się niczym od tych kilku fenian, którzy zdołali go w końcu przekrzyczeć; i na pewno byłby rad, gdyby dowiedział się, że pomógł mi zarówno głębiej zrozumieć jego ziomków, jak i poczuć do nich jeszcze większą sympatię.

Zboczyłem trochę z tematu poświęcając czas tej błahostce, ponieważ sądzę, że warto zwrócić uwagę na tę prominentną i prowokacyjną cechę całej irlandzkiej opinii publicznej; właściwie jednak przywołałem tutaj ową małą dysputę wyłącznie ze względu na to, że pozwala ona lepiej zrozumieć inne, podobne wydarzenie. Miałem bowiem jeszcze okazję rozmawiać na temat poezji i własności prywatnej z panem Williamem Yeatsem w dublińskim ArtClubie; i znów, korci mnie, aby oddać się tutaj opisywaniu obiektywnie nieistotnych, dla mnie jednak nader interesujących faktów. Cały czas bowiem towarzyszy mi przykra świadomość, że udaje mi się poruszyć o jakieś tysiąc kwestii mniej, niż bym sobie tego życzył – niemniej selekcja, którą stosuję, nie jest nieprzemyślana, ani tym bardziej niewdzięczna. Były i będą jeszcze szkice znacznie lepsze niż moje, mające za swój przedmiot to niezwykle fascynujące towarzystwo, jakie stanowi naprawdę inteligentna inteligencja. Mógłbym napisać znacznie więcej, nie tylko o tych, których mam zaszczyt uważać za moich przyjaciół, na przykład Katarzynie Tynan13 albo Stefanie Gwynnie14, ale także o tych, z którymi moje spotkania były zdecydowanie za krótkie; o prawdziwie elfiej energii pana Jakuba Stephensa15; o towarzyskiej wielkości dra Gogartyego16, który przypominał nieco literacką legendę z XVIII wieku; a także o unikalnym uniwersalizmie słynnego Æ, łączącym w sobie coś z osobowości Williama Morrisa z bardziej transcendentalną wersją uduchowionej gościnności Walta Whitmana. Nie jest jednak celem tego pobieżnego szkicu mówić Irlandczykom o tym, o czym i tak już wiedzą – ale raczej uświadomić Anglikom kilka obszernych i prostych problemów, o których nie mają pojęcia. W roli kwestii naczelnej występuje tutaj Partia Pracy; o innych rzeczach zaś wspomniałem tylko dlatego, że przypadkowo doprowadziły mnie one do pierwszego spotkania z tą ogromną siłą. Które, nawiasem mówiąc, w równym stopniu dowodzi słuszności moich tez – obróciło się bowiem w swoisty żart ze mnie samego.

Przy okazji wspomnianego wcześniej wydarzenia, nadzwyczajnie wprost porywającego wieczoru w dublińskim ArtClubie, pan Yeats poprosił mnie, aby otworzył debatę w Teatrze Abbey, broniąc przy tym własności od bardziej politycznej strony tego zagadnienia. Moim oponentem został jeden z najsprawniejszych przywódców politycznych z Liberty Hall, słynnej twierdzy Irlandzkiej Partii Pracy w Dublinie, pan Johnson, Anglik, podobnie jak ja, ale cieszący się wśród miejscowego proletariatu zasłużoną popularnością. Wygłosił on prawdziwie godną podziwu przemowę, której nie przyniosę absolutnie żadnej ujmy, jeśli powiem, że moim zdaniem osobista popularność jej autora odegrała w niej rolę chyba nawet większą, niż jego osobista elokwencja. Moja argumentacja ograniczyła się do wskazania szczególnej funkcji drobnej własności prywatnej jako broni osobistej każdej wojowniczej demokracji; opierała się zaś na tezie, że żaden walczący z niesprawiedliwością obywatel nie mógłby owej własności niczym zupełnie zastąpić, jako że każda bezosobowa władza, niezależnie od tego, jak demokratyczna byłaby w teorii, w praktyce musi okazać się biurokracją. Stwierdziłem, konstruując niefrasobliwą metaforę, że oddanie własności pod jurysdykcję jakichkolwiek urzędników, nawet urzędników cechowych, byłoby czymś podobnym do zostawienia w szatni, oprócz laski czy kapelusza, także własnych nóg. Problem w tym, że człowiek może potrzebować swoich nóg w dosłownie każdej chwili, po to choćby, aby wypłacić komuś kopniaka, czy też po to, aby z kimś zatańczyć; podczas gdy w takiej sytuacji proces odzyskiwania ich może być opóźniony przez każdy najmniejszy szczegół, na przykład zgubienie biletu czy też to, że dany urzędnik przypadkowo będzie musiał uciekać przed policją. A zatem w realiach społecznego kryzysu, takiego jak strajk, ludzie powinni być gotowi działać bez pośrednictwa urzędników, którzy mogą ich ograniczyć lub zdradzić; potem natomiast zapytałem, czy nie jest przypadkiem tak, że o wiele więcej strajków miałoby szansę zakończyć się sukcesem, gdyby ich uczestnicy dysponowali choćby małymi ogródkami warzywnymi, które pomogłyby im się utrzymać. Mój adwersarz odparł, że zawsze opowiadał się za podobną rezerwą proletariackiej własności, z tym że wolałby, żeby była ona komunalna, a nie prywatna; co mnie z kolei wydało się powrotem do punktu wyjścia; bo wszystko, co komunalne, musi być zarządzane przez urzędy, jeśli ma nie popaść w zupełny chaos. Pamiętam wciąż dwa śmieszne wypadki, które swój komizm zyskały poniekąd moim kosztem; po pierwsze, jak się zdaje wprawiłem ludzi w niejakie rozbawienie, ostrząc ołówek wielkim nożem hiszpańskim, który bardzo cenię, jak to się czasem zdarza, ponieważ stanowi on prezent od pewnego irlandzkiego księdza, mojego osobistego przyjaciela, i może z tego względu urosnąć do rangi broni symbolicznej, czegoś w rodzaju miecza do walki duchowej. Czy publiczność uznała, że zamierzam, w ramach przygotowania ilustracji do własnej metafory, odciąć sobie przy jego pomocy nogi, czy też, że wobec braku odpowiedzi na argumenty pana Johnsona rozważam możliwość poderżnięcia mu gardła, niestety nie wiem. Drugą rzeczą jest znakomita riposta mojego rozmówcy, który, po tym jak powiedział coś o marnowaniu własności na kupno karabinów, przerwał moją kontrę, że żadnej porządnej rewolucji nie da się przeprowadzić bez broni, żartobliwie wołając: „Zdrada!” Jak mu później powiedziałem, trudno jest wyobrazić sobie scenę na wyższym poziomie artystycznym od tej, w której Anglik, przysłany celem pozyskania nowych żołnierzy dla Armii Brytyjskiej, zostałby aresztowany i przekazany wymiarowi sprawiedliwości (lub, jak kto woli, niesprawiedliwości) przez pacyfistę z Liberty Hall. Przez całą debatę jednak świadomy byłem, jak wspomniałem, pewnego zbiorowego uczucia poparcia dla samej osobowości mojego przeciwnika; ujawniającego się na przykład w owacji, którą otrzymał, zanim w ogóle zaczął mówić albo kaskadach braw, nagradzających wszystkie jego dygresje lub aluzje, które nie zawsze mogłem zrozumieć. Gdy nasze zmagania dobiegły końca, pewien dystyngowany unionista z południa zwrócił się do mnie słowami: „Oczywiście, Johnson odniósł tutaj niedawno potężny sukces. Liberty Hall dokonała czegoś, co nie udało się jeszcze od początku całego ruchu związków zawodowych – naprawdę udało mu się założyć związek zawodowy rolników. Wiem, ponieważ musiałem z nimi negocjować. Wie pan chyba również, że w Anglii powołania podobnego związku zawsze było praktycznie nie do zrobienia”. Istotnie, wiedziałem bardzo dobrze; i wiedziałem także, dlaczego w Irlandii udało się to zrobić. Dokładnie z tego względu, o którym mówiłem cały wieczór: ponieważ irlandzki proletariat ma za sobą tradycję irlandzkiego chłopstwa. W swoich rodzinach, o ile nie w swoich sercach, ludzie ci zdołali przechować pamięć osobistej miłości do ziemi. I ciekawą ironią losu wydał mi się fakt, że nawet moja porażka wynikała z prawdziwości moich własnych poglądów; a także, że prawdziwości tej dowiodła popularność opcji przeciwnej. Rolniczy cech wziął się z ożywczego powiewu wolności, który wdarł się do ciemnego miasta z odległych pól; i z prawdy, że nawet toczące się po zboczu kamienie proletaryzmu dopiero niedawno wyrwano z samych korzeni tutejszych gór.

W Irlandii nawet industrializm nie jest industrialny. O to właśnie mi chodzi, kiedy mówię, że Irlandzka Partia Pracy to wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego właśnie istnienie jej nie przeczy mojej wcześniejszej tezie, że kapitalistyczny kryzys dotyczy angielskiej strony drogi. Irlandzcy pracownicy rolni potrafią zorganizować się w cech, ponieważ pragną zostać gospodarzami. Widzą problem biednych i bogatych w kategoriach, które są stare jak świat; w kategoriach Achaba i Nabota. W społeczności rolniczej niewielką różnicę robi to, czy Achab przywłaszczy sobie winnicę prywatnie, jako Achab, czy oficjalnie, jako król Izraela. Na dłuższą metę, i nawet w innym typie społeczeństwa, równie niewielkie znaczenie będzie mieć, czy Nabot otrzyma w zamian pracę i pensję, dzięki czemu będzie mógł na tej winnicy zostać – czy też prawo głosu, dzięki któremu będzie mógł na nią, podobno, w pewien sposób wpływać. Bo to, czego chce, to po prostu winnica. I nie w duchu samo-usprawiedliwiającego się cynizmu czy też wulgarnej wymówki, że „biznes to biznes”, ale w mocy gromu, jakby z jakiejś ukrytej siedziby królów, wychodzi z owej winnicy jakiś straszny głos; głos tego typu ludzkiego z każdej epoki i każdego narodu: „Niech mi Bóg miłościw będzie, żebym ci nie dał dziedzictwa ojców moich!”17

1Odwołanie do bitwy nad kanałem Saint-Quentin w północnej Francji, która odbyła się 28 września, 1918 roku i zakończyła zwycięstwem Ententy. Sukces ten miał stać się bardzo ważnym krokiem w przełamywaniu niemieckich pozycji na tzw. Linii Zygfryda i – w ostatecznym rozrachunku – walnie przyczynić się do rozstrzygnięcia wojny na korzyść Państw Sprzymierzonych.

2Powstanie, które wybuchło w Dublinie 24 kwietnia 1916 roku, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Uczestnicy proklamowali powstanie wolnej Republiki Irlandii, jednak wobec braku poparcia miejscowej ludności i ogromnej przewagi Brytyjczyków, którzy w walce z nimi wykorzystywali ogień artyleryjski, po sześciu dniach walki złożyli broń. Powstanie owo kosztowało życie ok. 500 ludzi.

3Prawdopodobnie aluzja do popularnej zabawy matematycznej: Pomyśl jakąś liczbę. Pomnóż przez dwa. Dodaj sześć. Podziel przez dwa. Odejmij wartość, którą pomyślałeś na początku. Wynik wynosi – trzy.

4Jakub Larkin (1875-1947) – jeden z założycieli powstałej w 1912 r. Irlandzkiej Partii Pracy i współorganizator największego strajku w historii Zielonej Wyspy (1913), omawianego tutaj przez Chestertona, którego uczestnicy nie dostawali wypłaty przez 7 miesięcy. W późniejszym okresie życia nawrócił się na katolicyzm. Mszy pogrzebowej w jego intencji przewodniczył arcybiskup Dublina.

5Jakub Connolloy (1868-1916) – również jeden za współzałożycieli IPP, marksista, zginął w Powstaniu Wielkanocnym. Przed śmiercią przyjął sakramenty Kościoła.

6William Marcin Murphy (1844-1919) – irlandzki potentat finansowy, polityk i pierwszy w historii tego kraju „baron prasowy,” prezes Dublin United Tramway Company. Ze względu na swoją postawę podczas strajku w 1913 r. przezywany w kręgach robotniczych „William Murder Murphy.”

7Henryk Karol Harrod (1799-1885) – angielski biznesmen, kupiec, założyciel słynnego „Harrodsa”.

8Tytuł wydawanych od czasów p. Jerzego Bradshawa (1801-1853), angielskiego kartografa i wydawcy, przewodników turystycznych i kolejowych rozkładów jazdy. Rzecz warta uwagi dla miłośników tej formy transportu lub, po prostu, historii turystyki.

9Grupa etniczna wywodząca się od starożytnych Persów, wyznająca zaratustrianizm, dzisiaj zamieszkująca przede wszystkim Bombaj.

10Hugon Aleksander Law (1872-1943) – irlandzki nacjonalista, poseł do parlamentu, prawnik i literat.

11Grupa poetów francuskich, działających w XVI wieku, pamiętana z popularyzacji języka francuskiego w literaturze. Zwróćmy uwagę, tak nawiasem mówiąc, że odniesienie to stanowi jeszcze jeden dowód na to, że Chesterton istotnie, wbrew krążącym o nim plotkom, z językiem Montaigne’a radził sobie bardzo dobrze.

12Aluzja do wiersza „The Lake Isle of Innisfree”. „How many a something makes nine” to takie angielskie powiedzenie.

13Katarzyna Tynan (1861-1931) – irlandzka poetka i powieściopisarka.

14Stefan Lucjusz Gwynn (1864-1950) – irlandzki dziennikarz, prozaik i poeta, a także poseł do parlamentu, reprezentujący protestancki odłam nacjonalizmu Zielonej Wyspy. Walczył w wojsku brytyjskim podczas I WŚ.

15Jakub Stephens (1824-1901) – irlandzki polityk, jeden z założycieli Sinn Fein.

16Oliwer Gogarty (1878-1957) – irlandzki lekarz, sportowiec, pisarz i polityk.

173 Krl 21, 3; wg tłumaczenia ks. Wujka.

G.K. Chesterton: Krótka historia republikanizmu („The Ressurection of Rome”, 1930)

[Ilustracja: Claude Lorrain (1604/1605–1682), Capriccio z ruinami forum rzymskiego]

[Tekst jest na dzisiejsze czasy wysoce kontrowersyjny; pamiętajmy jednak, że były to czasy, gdy Duce był popularny nie tylko wśród radykalnie prawicowych dziennikarzy i nikt nie wiedział dokładnie, w którą stronę pójdzie jego dyktatura. W wypadku Chestertona wszakże, należy pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Otóż środowisko tworzące tak GK’s Weekly jak Ligę Dystrybucjonistyczną było od początku bardzo zróżnicowane i działali w nim zarówno ludzie poglądów radykalnie demokratycznych, jak Maurice Reckitt, jak i zwolennicy daleko posuniętej reakcji, którym z czasem zaczął przewodzić Belloc. Dla nich, Rzym Mussoliniego był niemalże trąbą zwiastującą przyjście mesjasza (nie bez przyczyny mówiło się o nich jako o „latynofilach”). Zaczęły się tarcia i wewnętrzne konflikty. GKC, pragnący utrzymać i tak wątły wpływ dystrybucjonizmu na społeczeństwo angielskie, wił się jak piskorz i, nieraz kosztem włożenia dzioba w kubeł, heroicznie łagodził spory i utrzymywał jedność (choć jego kontakty z panem B., na przykład, stawały się i tak coraz mniej sielankowe). Pochwalne uwagi o Duce, o którym potem, wraz z powstaniem Osi, zaczął wypowiadać się bardziej jednoznacznie negatywnie, należy interpretować, jak mi się wydaje (a skądinąd coś o sprawie wiem) w tym kontekście. Nie zmienia to faktu, że wszystkie one stanowią po prostu sprytny manewr polegający na wykazaniu, że jeśli Mussolini coś robi dobrze, to dlatego, że jest bliski starym, osiemnastowiecznym demokratom. Inna rzecz, czy tak naprawdę było, czy Chesterton podchodził do sprawy ciut zbyt optymistycznie, niemniej widać chyba wyraźnie, co jest tutaj, po pierwsze, ideałem, do którego się wraca, a po drugie: że Gilbert próbował przekonać do czegoś nie tylko swoich kolegów anarchosyndykalistów, ale także i latynofilów, licząc, być może, na pewne opamiętanie. Pomijając, że nawet tutaj jednak po łyżce miodku przychodzi i łyżka dziegciu. – M.S.]

Zanim przejdę do najbardziej choćby ogólnikowej próby opisu ruchu faszystowskiego (która nieuważnemu czytelnikowi może wydać się próbą jego obrony), sądzę, że dobrze będzie, jeśli zaznaczę, iż szczerze wątpię, czy u zarania włoskiego konfliktu wewnętrznego opowiedziałbym się po stronie faszystów. Partią, z którą sympatyzowałbym w sposób naturalny, byłaby ta nazywana Partią Ludową [chodzi o włoskich Popolari, radykalnych katolickich agrarystów księdza Sturzo (1871-1959) — tłumacz] — partia katolickich demokratów. Słyszałem pod jej adresem wiele głosów krytycznych, wychodzących z ust nieraz bardzo rozsądnych krytyków; i jedyne, co mogę na ten temat powiedzieć, to że dumą napawa mnie fakt, iż katolickich demokratów krytykuje się zazwyczaj za to, że byli za bardzo demokratyczni. Pamiętam szczególnie rozmowę, jaką odbyłem z pewnym mym włoskim przyjacielem, umiarkowanym i krytycznym zwolennikiem rządu Mussoliniego, który z całą pewnością nie atakowałby ludowców za to, że szukali poparcia wśród ludu. Powiedział mi w mocnych słowach, że Popolari to po prostu bolszewia ubrana na biało, zamiast na czerwono; że to komunizm udający katolicyzm. Może i to nieco z mojej strony perwersyjne, tym niemniej tym, co poczułem słysząc te słowa, była głęboka duma; duma, jaką napawała mnie działalność partii, do której nie miałem szczęścia należeć. Jeśli ta krytyka była fałszywa, stanowiła po prostu kolejny z niezliczonej ilości sprzecznych zarzutów, z jakimi katolicy muszą radzić sobie każdego dnia; gdy nazywają nas niewolnikami, jeśli dochowujemy lojalności królowi, a rewolucjonistami, gdy trzymamy z ludem. Jeśli zaś prawdziwa, sama w sobie wystarczy, aby wyprostować całkiem sporo innych rzeczy. Kiedy zatem znów usłyszymy, jak ktoś nazwie katolicyzm opium dla ludu albo oskarży kler o trzymanie mas w poddaństwie wobec klas posiadających mocą oszustwa bądź swoistej społecznej hipnozy, nie zapomnimy, że oto w straszliwej godzinie próby i podziału katolickich księży oskarżono o przesadny antykapitalizm; i jedyną rzeczą, jakiej okazali się winni (jeśli faktycznie czegokolwiek) było to, że nie potrafili powściągnąć swego gniewu na ucisk ubogich. Jeśli faktycznie, to właśnie stanowiło przyczynę porażki Partii Ludowej, była to najbardziej chwalebna i godna chrześcijan porażka w historii; porażka z gatunku tych, które w dłuższej perspektywie mogą zamienić się w tryumf. Na ten moment, poniesiono klęskę; i wielu rozsądnych ludzi uznało ją — nie bez bólu — za mniejsze zło. Ale niech na zawsze pamiętane będzie, że włoskich ludowców nie zatrzymały władze kościelne, choć wielu czekało tylko tego dnia, w którym się to stało; ale bardzo nowoczesne, racjonalne, ba! — racjonalistyczne, władze świeckie; nie Kościół, ale Państwo, działające samo, mocą własnego autorytetu. Partia księdza okazała się zbyt rewolucjonistyczna dla partii syndykalisty. I, prawdę mówiąc, wydaje się, że trochę taka była, na dobre czy na złe; i wiele z tego, co stało się podczas strajków i akcji agrarnych, jak się zdaje nawet mojego przyjaciela, Conrada Noela [(1869-1942), anglikański duchowny, sympatyzujący z ruchem socjalistycznym — tłumacz], wymachującego czerwoną flagą z wieży swego kościoła w Thaxted, wprawiłoby w osłupienie. Do tego dołożę tutaj jeszcze od siebie ledwie jedną uwagę, bo nie mogę myśleć o klęsce Partii Ludowej inaczej jak z ogromnym szacunkiem — i dojmującym uczuciem bólu. Ale w mojej prywatnej opinii, przyczyną, dla której Popolari przegrali z faszystami — którzy podzielali wiele z ich ideałów sprawiedliwości społecznej — było to, iż nie dość mocno akcentowali element patriotyczny. W pewnym sensie, każdy katolik musi być internacjonalistą; ale biada mu, jeśli nie będzie przy tym także i nacjonalistą. Prosta próba wepchnięcia pospolitego internacjonalizmu w gardła katolickich narodów zawsze kończy się brutalną i szybką reakcją; tak stało się wtedy, kiedy angielscy socjaliści usiłowali uczynić to podczas strajku dublińskiego, i tak też stanie się jeszcze nie jeden raz, jeśli kosmopolityczna dyplomacja Europy nie przestanie próbować uśpić wiecznej czujności Polski. Bo katolicy w samych swoich kościach czują, że ludzie są obywatelami ojczyzny, a nie tylko świata; i że ognisko domowe to rzecz tak samo święta, jak ołtarz. Tak czy inaczej, to właśnie owa jedna wątpliwość, którą żywiłbym, być może, co do Partii Ludowej, kiedy ta jeszcze istniała; co do faszystów, miałbym ich znacznie więcej; i, jako żywo, tyle właśnie ich mam.

[…]

Co do mnie, to zawsze określałem się jako liberał, choć zawsze wolałem także termin „radykał”, ponieważ daje on pewność, że nie wyjdzie się w towarzystwie na człowieka szacownego. W sumie nie miałbym też nic przeciwko „republikaninowi” – może za wyjątkiem Ameryki, gdzie słowo to również przywodzi na myśl obrzydliwe skojarzenia z szacownością. Pod pojęciem republikanizmu rozumiem jednakże coś, co mało ma wspólnego z istnieniem bądź nieistnieniem tego, co nazywa się we współczesnym świecie monarchią konstytucyjną. Mnie chodzi po prostu o to, co miał na myśli św. Tomasz z Akwinu, gdy pisał, że celem jest zamienić państwo w tłum wolnych ludzi; obywateli – równych wobec prawa, stanowiącego symbol ich równej godności. I sądzę, że ten polityczny ideał może czasami realizować się w warunkach monarchii – choć już nie arystokracji. Tłum, który jest jednością osób, może wybrać sobie króla, który jest jedną osobą – i który potrafi dzięki temu wyrażać nie tylko jedność, ale poniekąd także i równość, wszystkich tych, którymi rządzi. Ale to zupełnie co innego, wydaje mi się, niż idea, wedle której obywatele z definicji powinni dzielić się na dwie osobne kategorie, na przykład: panów i niewolników. I gdy nazywałem się w różnych dyskusjach na temat polityki angielskiej liberałem czy radykałem, miałem na myśli dokładnie to: że sprzeciwiam się duchowi oligarchii, królującemu w naszym społeczeństwie; wielkim latyfundystom, blokującym odbudowę drobnych gospodarstw; wielkim pracodawcom, z łatwością dominującym i podporządkowującym sobie pracowników; wielkim sklepom, pożerającym małe sklepy – i tak dalej. Czy termin „liberalizm” miał takie właśnie znaczenie w ustach wielu innych liberałów, i czy jakichkolwiek innych liberałów, tego nie wiem; i doświadczam ostatnio w związku z tym melancholii wątpienia. Wiem jednak, że wojna demokracji z oligarchią, jak ją opisuję, naprawdę ma znaczenie – czy raczej: miałaby, gdyby ktoś zdecydował się ją wypowiedzieć. Bo przechodząc od liberalnej teorii do praktyki liberałów, zaczynamy zauważać w tym zakresie pewne interesujące fakty; fakty, których liberałowie zauważać nie chcą.

Otóż ruch republikański, mówię tu o republikanizmie takim, jaki narodził się pod koniec wieku osiemnastego i znalazł kontynuację w radykalnych i liberalnych ruchach następnego stulecia, dotknięty został straszną chorobą; i nie chce nawet iść do doktora. Taki jest właśnie naczelny problem ze współczesnym rządem przedstawicielskim; nikt nie chce przyznać, że cokolwiek jest nie tak. Wszystkie prośby ludzi względnie mu życzliwych, francuskich nacjonalistów i bonapartystów, irlandzkich fenian, angielskich czartystów najprzeróżniejszych rodzajów, aby zadbał wreszcie o siebie i pojechał do szpitala, były konsekwentnie ignorowane; aż wreszcie przyszli faszyści włoscy, którzy go z furią pobili, a potem zamknęli w zakładzie dla umysłowo chorych. Największe i najważniejsze wydarzenia w historii Europy nigdy nie przebijają się do gazet i z rzadka tylko (zapewne) do oficjalnych raportów; i istotnie, mało znajdzie się w transkrypcjach debat parlamentarnych wzmianek o owym wielkim zjawisku dziejowym dziejowym, jakim był Upadek Parlamentów. A jednak, upadek ten był czymś równie realnym, jak Wielka Wojna czy Rewolucja Francuska; pytanie zostaje otwarte, czy lokalizując przyczyny choroby, zdołamy znaleźć także na nią jakieś lekarstwo.

Ideał republikański nie tyle zginął, co raczej – jak wiele podobnych rzeczy – popełnił samobójstwo; intelektualnie po prostu poderżnął sobie gardło, to znaczy: sam sobie zaprzeczył. W tym wszakże wypadku, sprzeczność ta osiągnęła wymiary doprawdy niespotykane. Jest to szczególnie prawdziwe w kontekście interesującej nas tutaj faszystowskiej reakcji, i da się streścić w dwóch zdaniach. Na początku, republika oznaczała po prostu rzecz publiczną. By na końcu zmienić się w tajne stowarzyszenie. Prawdopodobnie najmniej publiczną formę ustrojową. System, w którym instytucje publiczne, podlegające publicznej kontroli, znaczą mniej, niż prywatne kółka, których nie kontroluje i nie może kontrolować nikt z zewnątrz; czasem dlatego, że nikt nie wierzy w ich istnienie – i zawsze dlatego, że mało kto wierzy, że naprawdę robią to, co robią. Błędem jest mniemać, że to swoiste odwrócenie idei republikańskiej to kwestia czysto zewnętrzna, gra słów i form. Pierwsi republikanie na serio pragnęli, by ich rządy były tak publiczne, jak to tylko możliwe. Najlepsi mężowie Rewolucji Francuskiej naprawdę byli ludźmi forum i rynku; ludźmi pędzącymi swój żywot pod otwartym niebem; ludźmi na kształt statui niemalże mieszkającymi na ulicach. Jefferson i inni amerykańscy demokraci naprawdę nie tyle chcieli mieć dach nad głową – co szklany dach nad głową; dach domu ze szkła, w którym prezydent mógłby regularnie doświadczać owego największego politycznego zaszczytu, jakim jest zostać obrzuconym przez tłum kamieniami. Dziś został nam z tego demokratycznego żaru co najwyżej żar-gon, podobnie jak po wielu zresztą dobrych rzeczach; i w powszechnym przekonaniu, obowiązkiem kulturalnego człowieka jest się z niego wyśmiewać. A jednak, w tej sprawie przynajmniej pozostaję jeffersonistą – i wolę starą Amerykę od nowej. Starą definicję popularnego charakteru władzy od nowej definicji popularnego charakteru władzy. Dawniej rząd był popularny, gdy ludzie znali wszystkie najgorsze fakty z życia swoich rządzących i elit. Dzisiaj jest popularny, gdy ludzie znają to, co w życiu ich rządzących i elit najlepsze, to znaczy: to, co bogaci sami zechcą objawić.

Tak czy inaczej, tak właśnie przedstawia się ów raj popularności, jak wyobrażali go sobie pierwsi idealiści republikanizmu. Z wejściem na scenę tajnej organizacji zaś, odgrywającej w tym dramacie rolę węża, zaczął się upadek. Zdaję sobie sprawę, że według niektórych współczesnych manichejczyków to wąż stworzył wszystko, łącznie z ogrodem; czy też, innymi słowy, że to tajne stowarzyszenia wymyśliły demokrację. Uważam to twierdzenie za czysty nonsens, mija się ono bowiem kompletnie z faktycznym wydźwiękiem demokratycznych ideałów. Jestem demokratą całe moje życie; i nigdy nie należałem do żadnego tajnego stowarzyszenia. Jakkolwiek jednak układać się mogą niskie przepychanki o date i detale, wyższa prawda o sprawie jest taka, że oto tysiące naprawdę uwierzyło, że budują powszechne braterstwo ludzkości; potem zaś, cała władza przeszła w ręce ekskluzywnego bractwa konspiratorów. Rola odgrywana przez masonerię w polityce każdego europejskiego państwa zawsze była rzeczą doskonale znaną każdemu człowiekowi, mającemu styczność z polityczną praktyką; a jednak, nigdy nie rozmawiano o niej w parlamentach; na pewno zaś: nigdy nie rozmawiali o niej parlamentaryści jako o potencjalnym zagrożeniu dla parlamentaryzmu. Nie musimy tutaj omawiać wszystkich nonsensów, które obie strony powiedziały dotąd na temat wolnomularzy. Fakty są bardzo proste. Po pierwsze: nigdy nie byli to żadni „mularze”; po drugie: nigdy nie byli wolni; i w najważniejszych kwestiach nie wolno im było nawet powiedzieć, że tacy nie są.

Był jednak w starym ideale republikańskim jeszcze jeden element, w naszych czasach spektakularnie i skutecznie zrównany z ziemią. Mianowicie: atak na luksus jako największego wroga wolności. Bez wątpienia wywoła to istny napad śmiechu wśród współczesnych parlamentarzystów powiedzieć im, że pierwsi i najlepsi spośród jakobinów naprawdę wyznawali ideał dobrowolnego ubóstwa, zupełnie jak franciszkanie. A jednak tak było. Dowód na uczciwość danego polityka miał stanowić fakt, że godził się on żyć skromnie; i miało to wiele wspólnego z tym, co niektórzy obecnie nazywają „prostym życiem” – oni zaś nazywali republikańską prostotą. Niewielu ledwie zdaje sobie sprawę z tego, że Napoleon okrył się chwałą nie tylko na drodze zwycięstw militarnych, ale również dlatego, że cieszył się opinią człowieka prostych potrzeb, który zawsze sam płacił swoje rachunki. Nie muszę chyba próbować opisać tutaj jak monstrualnie zmieniło się to w czasach obecnych; gdy wielu liberałów liberalizuje przede wszystkim własne nawyki życiowe. Luksus stał się niemal drugim imieniem polityki; nie ma innej dziedziny życia, w którym pieniądz równie naturalnie szybko przepuszczano by na równie szybkie przyjemności. Jak pisał poeta:

Zepsucie, co się pasło przywilejem panów,

zepsucie niecnych kobiet, brydża i szampanów,

starte. I Demokracji złoty wiek się zbliża:

demokratycznych kobiet, szampana i brydża.1

Nie jestem w tych sprawach purytański; nie mam nic przeciwko, jeśli polityk chodzi do tawerny czy lubi wypić sobie kufelek piwa. Uważam jednak, że polityka zawodowa naprawdę zafascynowała się plutokratyczną orgią w stopniu stanowiącym całkowite zaprzeczenie jej pierwotnych ideałów. To właśnie nieokiełznany, niebotyczny, nieprzyzwoity luksus stanowi przyczynę trzech-czwartych politycznej zarazy, która toczy obecnie debatę parlamentarną. I jeśli kiedyś w przyszłości po raz kolejny usłyszymy, jak ten lub ów wyśmiewa się z poczciwego Robespierre’a czy innego pretensjonalnego skądinąd republikanina, jako z sentymentalnego prostaka, któremu wymyśliło się, że republika opiera się na cnocie, i że nie może przetrwać bez prostego i wytrwałego zaangażowania naprawdę cnotliwych ludzi – popatrzmy na to, co nastąpiło później i złóżmy biedakowi hołd; przyznając chociażby, że nie pomylił się tak wiele.

Teraz, nie udając bynajmniej, że Mussolini jest idealnym republikaninem i nie przecząc, że jest srogim reakcjonistą, uważam, że to niemało interesujące, że istotnie sprzeciwił się on dwóm współczesnym republikańskim grzechom w imię dwóch starych republikańskich cnót. Powrócił do pierwotnego przeświadczenia, że życie publiczne powinno być publiczne; i uświadomił to wszystkim z ogromnie dramatycznym gestem, niszcząc tajne organizacje, jak gdyby były jaskinią wężów. I podchodzi równie poważnie, mógłbym rzec: równie nabożnie, do kwestii cnót obywatelskich, jak sam Robespierre. To znaczy (dla tych, którzy nie przepadają za klasyczną terminologią): czuje równie wyraźnie zależność życia społecznego od owej stoickiej i męskiej moralności, którą niektórzy nazywają dzisiaj moralnością negatywną. Wielu młodych ludzi w fazie produkcji prawdopodobnie by się z niego śmiało, Jefferson wszakże rozumiałby go doskonale. Tak też wydaje mi się czymś więcej, iż zbiegiem okoliczności, że to wielki faszysta właśnie ocalił dwa zatracone i lekceważone ideały dawno zmarłych przyjaciół wolności. Liberałowie wieku dziewiętnastego nie muszą się z nim koniecznie we wszystkim zgadzać; wystarczy, jeśli się zawstydzą. I chętnie będę wstydził się z nimi, jestem przecież jednym z nich. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić wąskim kółkom z tajemnymi pozdrowieniami i rytuałami skompromitować idealnej przejrzystości naszej republiki. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić, aby spekulacyjne skarby, łupy finansowego piractwa, fortuny wykręcane z powietrza, z całą towarzyszącą im wulgarnością i wypaczeniem, kiedykolwiek zaczęły odgrywać jakąkolwiek rolę w procesie wyboru tych, których słusznie nazwać można herosami demokracji. Żaden republikanin nie powinien nigdy zgodzić się na istnienie tajnych organizacji. Nigdy nie powinien przejść do porządku dziennego nad niejawnym finansowaniem partii politycznych. Każdy prawdziwy radykał powinien z całych sił wołać przeciw trójgłowej hydrze niegospodarności, niesłowności i niejawności; i jeśli chcą mieć do kogokolwiek pretensje, to niech mają je do siebie, gdy nagle pojawił się ktoś inny, który ściął jej głowy.

Niemniej, to hipokryzja w kwestii tajnych stowarzyszeń zadała śmiertelny cios sprawie liberalnej w Europie. Teraz, na sposób lepszy lub gorszy, zwalcza je faszyści. Ale to liberałowie powinni byli je zwalczyć. To republikanie, i po tysiąckroć oni, powinni byli stawić im czoła. Stanowią one, z całej swej istoty, dokładne przeciwieństwo republiki. To właśnie ta tajność, i to tajność samej tajności, to milczenie o samym milczeniu, przygotowało grunt pod – jeśli nie słuszny, to na pewno zrozumiały – brutalny i bezwzględny poryw reakcji. Zbrojna mniejszość terroryzująca inne mniejszości nie gra fair w tę grę, którą nazywamy demokracją. Ależ oczywiście; ale tajne postanowienia podejmowane wbrew wynikom głosowań, to równie jawne zaprzeczenie reguł tej gry. I nie dziw, jeśli po osiemdziesięciu latach bezustannego oszustwa, innym znudzi się w nią grać. Ba, znudziła się ona nawet Anglikom; którzy nigdy nie grali w nią dość intensywnie, by się choć względnie zmęczyć. Stąd też, na przykład, masoneria jest w Anglii bardzo potulna; bo w kraju, w którym nikt nie bierze polityki na poważnie, tajnej polityki również nie bierze się na poważnie. Wystarczy wszakże wybrać się na krótki rejs do Irlandii, aby przekonać się, że wszystkie loże są pomarańczowe i równie antykatolickie, jak Wielki Wschód. Co jednak poczułaby większość Anglików w kwestii prostych faktów polityki zagranicznej, gdyby tylko kiedykolwiek pozwolono jej się o nich dowiedzieć? Wspomnijmy tylko jeden z takich faktów; załóżmy, że nagle okazałoby się, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Racjonalistycznych było w stanie zablokować nominację dowolnego angielskiego oficera na dowódcę pułku czy regimentu, gdyby okazało się, w trakcie weryfikacji, że ma on zwyczaj regularnie uczestniczyć w porannej Mszy świętej w swojej parafii, którą odprawia się o godzinie jedenastej. Załóżmy, że nikt nie otrzymywałby awansów oficerskich, poza ateistami i agnostykami; i istniały dokumenty, potwierdzające dyskryminację wszystkich religijnie praktykujących szeregowców. Tak oto przedstawia się sytuacja w armii francuskiej, zarządzanej przez masoński rząd. Jeśli to jest demokracja, to uwaga, bo pęknę ze śmiechu. Jeśli wolność, to pęknę szybciej. Jeśli liberalizm, jako liberał zaczynam się poważnie niepokoić.

Stwierdzam niniejszym, że to nie jest tak, że faszyzm nie ma wad, ale że liberalizm stracił prawo, aby faszystów za nie atakować. Nie chodzi jednak o to, by liberalizm oczyścił się na tyle, by móc atakować faszystów. Ale o to, że zawsze powinien był pozostać dostatecznie czysty, by atakować korupcję, konspirację, a przede wszystkim plutokrację; i, z różnych praktycznych powodów, nigdy tego nie zrobił. Gdyby republikański ideał dochował wierności sam sobie, nigdy nie zaistniałaby potrzeba zorganizowania przeciw niemu jakiejkolwiek faszystowskiej reakcji; ani promocji dyktatury jako alternatywy dla demokracji. Ja w każdym razie na pewno sto razy wolałbym, aby oczyszczenia naszej plutokratycznej polityki dokonali radykałowie i republikanie. Tylko że oni nigdy nie chcieli go dokonać.

Dusze nie umierają od grzechu, ale od zatwardziałości w grzechu. Ludzkie instytucje, wszystkie co do jednej uczynione na obraz i podobieństwo ludzkiej duszy, podobnie: niszczeją nie dlatego, że zgrzeszyły, ale dlatego, że nie podjęły pokuty. To stara historia, przerobiona doskonale przez stare tyranie; jak wtedy, gdy mówiło się, że Burbonowie niczego się nie uczą i niczego nie zapominają. W tym samym procesie, w jakim ideały Rewolucji Francuskiej obaliły francuską monarchię, one same zostały dzisiaj obalone. Ale nie dlatego, że liberalni politycy robili rzeczy, za które nie ma przebaczenia, bynajmniej; ale dlatego, że nigdy nie poprosili o przebaczenie – ani nawet o pozwolenie! Nie dlatego, że dusze ich były tak czarne, jak je malowano; ale że nigdy nie były tak białe, jak je wybielano; i pracowicie je wybielano. Problem z parlamentaryzmem polega na tym, że nikt nie dostrzega, że jest jakiś problem z parlamentaryzmem. Na pewno nie parlamentarzyści. Takie nastawienie w każdym wypadku w historii prowokowało bunt; we Włoszech wieku dwudziestego, buntownicy stworzyli rząd.

Powiedziawszy to wszystko trzeba powiedzieć jeszcze to, że jeśli stwierdzę, że nie podoba mi się reakcjonistyczna postawa Mussoliniego, zgodzi się ze mną natychmiast z tysiąc osób; ale ja nie zgodzę się z żadną z nich. Bo mówiąc „reakcja” można mieć na myśli coś, czym Mussolini na pewno nie był i nie jest; albo coś, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Co do pierwszego, wielu ludzi twierdzi na przykład, że Mussolini to torys; co stanowi prostą odwrotność prawdy – szczególnie jeśli opowiadają to torysi. Duce nie jest torysem ani w połowie tak bardzo, jak na przykład ja; ani nie w połowie takim reakcjonistą, jak bym sobie tego życzył. Uważam, że zbyt wielką nadzieję pokłada w nowości: w nauce, w maszynerii, w eksperymencie. Z drugiej strony, w tym sensie, w którym jest on nie torysem, a podświadomie przynajmniej tradycjonalistą, uważam, że po prostu ma rację. Jeśli reakcjonizmem jest wierzyć, że godność ludzka to sprawa większa od swego rodzaju humanitarystycznej bezczelności, że obywatele, którzy nie chcą bronić własnej ojczyzny nie są godni nią rządzić, że kobiety powinno się szanować jako matki, a nie klaskać im, kiedy wspinają się w górę zwinnie jak małpy, że pobożność i szacunek dla zmarłych powinny stanowić, jak stanowiły dla pogan, wieczystą religię żywych – jeśli, powiadam, to wszystko reakcja, to ja również jestem reakcjonistą i cieszę się, że Mussolini jest reakcjonistą. A jednak, żałuję niezmiernie, że naprawdę jest reakcjonistą; i w mojej opinii, ten przesadny reakcjonizm to jego fundamentalny błąd.

[…]

Tłm. Maciej Sobiech

1GKC cytuje tutaj chyba, żeby było śmieszniej, siebie.

G.K. Chesterton: „Zobaczyć gildie” („Illustrated London News”, 06 XII 1924)

Z różnorakich pytań, jakie do mnie w związku z tą sprawą napływają, wnoszę, że wielu ludzi ma wątpliwości, co właściwie miałem na myśli, gdy napisałem, że kwestia gildii to kwestia ogólna – a nie szczegółowa. Otóż miałem na myśli to, że bywają ludzie mający na temat pewnych problemów wiedzę znacznie, ale to znacznie większą, niż ja, niezdolni jednak zrozumieć ich, o ile można tak powiedzieć, w samej ich problematyczności. A nie potrafią tego zrobić, ponieważ nie znają kontekstu – tła, na którym mocą kontrastu dany problem zaczyna się uwyraźniać. Krótko mówiąc: przypominają owego słynnego botanika, który nie umiał dostrzec lasu, bo patrzył na drzewa. Botanik tego typu będzie się chwalił, bardzo zresztą zrozumiale, że wie wszystko, co tylko można wiedzieć na temat tego czym różni się to drzewo od tamtego drzewa, albo dlaczego pewne pasożyty rosną tylko na jednych gatunkach drzew, a inne – na innych. Na próżno jednak prosilibyśmy go, aby na moment spojrzał na las jako na jedną rzecz – jedną całość, zaznaczającą się wyraźnie na tle leżącego dalej, skalistego szczytu. Jego odpowiedź brzmiałaby zapewne mniej więcej w ten sposób, że nie musi interesować się górami, bo nie jest geologiem. I istotnie, możliwe, że w lesie żyje mnóstwo pasożytów – możliwe, że system cechowy miał wiele wad i punktów degeneracji. Gdy mówimy jednak, jak nam się czasem zdarza, że jakiś las jest piękny, nie mamy na myśli wcale, że to gaj Elizjum, ogrody Hesperyd. I tak samo, gdy mówimy, że instytucja cechu była imponującym osiągnięciem, nie chodzi nam o to, że była ona w każdym wypadku chórem anielskim, armią bohaterów czy wspólnotą ludzi doskonale szczęśliwych. Ale tylko tyle, że była faktem – ważnym faktem historycznym o doniosłym znaczeniu dla współczesnej socjologii: bo stanowiącym przykład organizacji społecznej opartej na diametralnie innych zasadach, niż nasza. Jest to coś, co człowiek raz zrobił – a więc może zrobić to raz drugi, więcej: może zrobić to lepiej. Nie jest to ideał; bo w pewnym sensie to znacznie więcej, niż ideał. I jest to wreszcie niemożliwość – w tym sensie, że większość biznesmenów i rekinów finansjery uznałoby ją za niemożliwość – i trudno byłoby się nie zgodzić, gdyby nie taki mały szczegół, że już raz niemożliwość ta okazała się jak najbardziej możliwa do urzeczywistnienia.

Ludzie wieku dziewiętnastego nie mieli zielonego pojęcia, że między przedstawicielami jednego zawodu mogą istnieć związki równie realne, jak związki zawodowe. I mówiąc to, nie twierdzę, że z tego pomysłu szydzili, czy myśleli o nim z pogardą i drwiną (bo to byłoby jeszcze do przyjęcia) – ale że po prostu o nim nie myśleli, ani pozytywnie, ani negatywnie. Idea rynku jako czegoś innego, niż wielkiego pola bitwy toczonej przez bezustannie konkurujących kapitalistów, jawiła się im jako czysty nonsens. I trudno się nie zgodzić, że od tamtego czasu kapitalizm akcentował rolę konkurencji cokolwiek przesadnie. Z drugiej strony, trudno nie zgodzić się również, że kapitalistyczna konkurencja ustąpiła z czasem miejsca kapitalistycznej kooperacji, stanowiącej po prostu kapitalistyczny monopol. Ale chodzi dokładnie o to, że ta współczesna forma gospodarki kooperatywnej ma właśnie naturę kapitalistyczną – że to sojusz ofensywny wielkich sklepów, a nie sojusz obronny małych sklepikarzy. Tak czy inaczej: dla cywilizacji przemysłowej gildie były czymś równie fantastycznym, jak gargulce. Opierał się ten system w całości na egoizmie – niemniej wyszedłbym na ostatniego ślepca, gdybym udawał, że nie zawierał on w sobie także pewnych pierwiastków wartościowych i szlachetnych, tak jak ludzie wieku dziewiętnastego w ślepocie swojej odmawiali wszelkiej wartości wiekom średnim.

Aby pokazać, co mam na myśli, odłożę na moment na bok wszystkie owe „zabobony średniowiecza”, które rzekomo tak bardzo mi się podobają, i wezmę na warsztat jedno z niezaprzeczalnych „zwycięstw postępu”, które akurat na pewno bardzo mi się podoba. Zaczerpnę go przy tym z czasów kapitalistycznego industrializmu, z epoki wiktoriańskiej – i choć nie ukrywam bynajmniej, że boli mnie, że epoka wiktoriańska była kapitalistyczna, postaram się zachować sprawiedliwość oceny. Istnieje otóż pewna ciekawa opowieść o pewnym Francuzie (czy może to nie był Francuz? – w każdym razie obcokrajowcu), który odwiedził w swoim czasie Anglię wiktoriańską, potem zaś ktoś (najprawdopodobniej pan Podsnap [Postać z ostatniej powieści Dickensa pt. Our Mutual Friend, nadęty przedstawiciel bogatej klasy średniej i satyra na tzw. „Society” – tłumacz]) zapytał go, co było dla niego w naszym kraju najbardziej uderzające; co w ustach pana Podsnapa znaczyło, obawiam się, po prostu: „zachwycające”. Otóż Francuz ów rzekł w odpowiedzi, że tym, co naprawdę go zachwyciło, był napis, jaki dojrzał pewnego dnia na ścianie budynku wchodzącego w skład wielkiego kompleksu użyteczności publicznej – szpitala: „Sfinansowano ze składek dobrowolnych”. Historię tę opowiadano sobie w Anglii wieku dziewiętnastego z niekłamaną dumą; i trudno się też temu dziwić, przynajmniej z najbardziej oczywistej perspektywy. Czasy wiktoriańskie naprawdę znały podobne porywy filantropii. Może się nam to podobać albo nie podobać, ale najbezwstydniejszą bigoterią byłoby udawać, że tak nie było. Była ona czymś tak dobrowolnym, tak ochotniczym niemal, jak Siły Ochotnicze [Ochotnicze siły zbrojne formowane od 1859 roku w Anglii – Tłumacz] – i tak wiktoriańska, jak Siły Ochotnicze. Fakty, na ile nam coś mówią, mówią jasno i jawnie; a mówią tyle, że gada bzdury każdy, kto twierdzi, że „nie da się” polegać na ochotnikach, czy oprzeć jakiegokolwiek przedsięwzięcia na dobrowolnej inicjatywie.

Nie da się ukryć, że dałoby się wskazać wiele dziur w czysto optymistycznej czy patriotycznej interpretacji tego faktu; pozostałby on jednak faktem mimo to. Jakiś uczony, wielki erudyta, może natknąć się kiedyś w przyszłości podczas badań na cokolwiek osobliwy i niemal zupełnie zapomniany zapis charakteru relacji społecznych Anglii wieku XIX, pod dźwięcznie brzmiącym tytułem „Pickwick”, i poznać zawarte w nim świadectwo na temat tego, jak wyglądał ówczesny proces kształcenia kadr medycznych – świadectwo, po przeczytaniu którego nawet pacjent czekający w kolejce na rutynowe badania mógłby zaczął odczuwać pewien niepokój; może odzyskać dla świata wszystko to, co Dickens włożył w usta Boba Sawyera, Bena Allena i Jacka Hopkinsa – mrożące krew w żyłach ślady barbarzyńskiej epoki. Zresztą, nawet ściślej naukowe fakty i źródła potwierdzą nam ten stan rzeczy wystarczająco jednoznacznie. We wspomnieniach ludzi pracujących z ubogimi, na przykład, znaleźć możemy wprost niepoliczalną mnogość dowodów na to, że wśród ludzi z klas niższych lekarze budzili powszechną nieufność – a nawet strach. Następnie, badacz nasz mógłby rzucić okiem na listy darczyńców i bez trudu wykazać, że w wielu wypadkach datków nie wpłacano bynajmniej z osobistej cnotliwości – a częstokroć i nie z własnej woli. Mógłby słusznie zauważyć, że jakiś Sir Moses Muddleton, dajmy na to, był najbogatszym człowiekiem w Anglii – i rzucił ochłap tylko po to, aby nie nazywano go także najgorszym człowiekiem w Anglii. Albo że inny Sir Galahad Gamble nałogowo szukał poklasku. Dotrzeć do tajnego (acz znanego dobrze najlepszym spośród nas) raportu jednoznacznie wskazującego na to, że niejaki Lord Fitzblunderbuss był całe życie pod pantoflem małżonki i literalnie nic nie robił z własnej woli. Dostrzec, że nadzwyczajna hojność niejakiego pana Pidge’a stała się nieco jak gdyby mniej nadzwyczajna, gdy spełnił on swój cel życiowy i stał się Lordem Paragonem. Krótko mówiąc: w sensie idealnym znalazłby ogromną liczbę niedoskonałości tak funkcjonowania szpitala, jak i metody finansowania jego budowy. Tylko że rzeczony Francuz nie rozważał tej sytuacji w sensie idealnym – ale realnym. Fakt, na który zwrócił uwagę, naprawdę był faktem; że oto Anglicy postanowili sfinansować budowę gmachu ogromnie ważnej i kosztownej instytucji z datków dobrowolnych – i że im się udało. Jeśli przy okazji doświadczenie mówiło mu, że w społeczeństwach kontynentu podobne przedsięwzięcia udawały się wyłącznie dzięki pomocy państwa, to znalazł przesądzający dowód na to, że da się je realizować bez pomocy państwa. I gdyby ktokolwiek powiedział w jego obecności: „Szpitali nie da się budować w ramach inicjatywy społecznej”, jedyne, co Francuz ten musiałby zrobić, to przypomnieć sobie po prostu, że sam widział, że jeden taki przynajmniej już kiedyś zbudowano. I nie oznacza to wcale, że musieli od razu zbudować go aniołowie czy ludzie w stanie doskonałości, czy ktokolwiek w tym guście – ale tyle tylko, że ktoś go zbudował; i nie da się przykryć tego faktu czczą gadaniną.

Otóż to, co powiedzieliśmy tutaj na temat wiktoriańskiego szpitala równie dobrze powiedzieć moglibyśmy na temat innego jeszcze budynku, zwanego salą cechową, a właściwie (skoro już o tym mowa) także o zjawisku cechu jako takim. Ludzie, nawet ludzie wykształceni, bez trudu dostrzegą zaraz wszystkie wady tej starej instytucji. Ale wcale nie chodzi mi o to, żeby ich nie dostrzegali, czy żeby dostrzegali także jej zalety. Póki co, chcę od nich tylko tyle, by zaczęli dostrzegać – ją; po prostu. Pragnę, aby zobaczyli ją dokładnie tak, jak podróżujący po Anglii Francuz zobaczył wybudowany w inicjatywie społecznej szpital. Pragnę, by byli nareszcie w stanie dostrzec ogromny fakt społeczny, który mają przed oczami – podobnie jak nasz podróżny potrafił dostrzec ogromny budynek, który miał przed oczami; by potrafili popatrzeć na ten fakt jak na coś niezwykłego i nowego, coś, co burzy ich dotychczasowe wyobrażenia o świecie. Nie chcę przy tym, by system cechowy jawił im się jako perspektywa perfekcyjna – czy choćby przyjemna. Ale ledwie jako pewna realna możliwość, którą wielu już ogłosiło niemożliwością. Tak, by jeśli ktokolwiek w ich obecności powie: „Handel może opierać się wyłącznie na współczesnej zasadzie nieograniczonej konkurencji”, mogli odpowiedzieć: „Nieprawda, może opierać się na czymś diametralnie innym – niezależnie od tego, czy powinien, czy nie powinien”. Jeśli zaś: „Rozwój gospodarczy z konieczności prowadzi do takiego stanu społecznego, jaki nazywamy kapitalizmem”, po prostu: „Nie”. Ten czy inny gryzipiórek mógł udowodnić na papierze, że kupcy nigdy nie zdecydują się ograniczyć wzajemnej rywalizacji; podobnie jak w pierwszym wypadku – że bogaci nigdy nie odstąpią nikomu takiej części swojej fortuny, by dało się za to zbudować szpital; ale jak widziało się pewne rzeczy, to po prostu wie się lepiej. Oto właśnie co w racjonalnym sensie może oznaczać „być wykształconym”; podróżować po różnych epokach, niczym badacz średniowiecza – czy po różnych krajach, jak Francuz z naszej opowieści. Odkrycie istnienia pewnych instytucji, funkcjonujących na zupełnie innych zasadach, niż wydawało się nam, że powinny funkcjonować, ta moc obserwacji procesu działania czegoś, co w naszym dotychczasowym mniemaniu nie mogło działać – to właśnie to, czego nieodmiennie brakuje wszystkim tym, którzy wyśmiewają się z korporacjonistów jako z romantycznych pomyleńców. To w najściślejszym sensie tego słowa oświecenie – to poszerzenie horyzontów.

Tłm. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: Dlaczego nie jestem socjalistą („The New Age”, 4 I 1908)

[Ilustracja: Philip James de Loutherbourg (1740–1812), „Coalbrookdale w nocy”, 1801]

[Tekst jest elementem dłuższej polemiki, jaka odbyła się na łamach The New Age na przełomie roku 1907 i 1908, i w której uczestniczyli Chesterton i Belloc po jednej, a Shaw i Wells po drugiej stronie. Żeby było śmieszniej, to Shaw i Wells przejawiali nastawienie znacznie bardziej koncyliacyjne. Belloc wszakże, w swoim stylu, zdecydował się nie odpowiadać w duchu (mówiąc ze Steinerowska) Positivitaet, tylko ruszył na bezbożników z mieczem w dłoni, a Chesterton – niczym wierny giermek – choć starał się to nieco moderować temperaturę sporu, podążył za nim. Z tego też powodu – o ile mogę sobie pozwolić (a mogę) na taką osobistą opinię – tekst nie należy do najlepszych w dorobku GKC, tym niemniej na pewno warto go znać, aby zrozumieć zarówno mocne, jak i słabe strony propozycji dystrybucjonistycznej. – Tłumacz]

Poproszono mnie niedawno, abym wyjaśnił krótko, jak to jest, że ktoś, kto nie tylko gorąco wierzy w demokrację, ale żywi także autentyczną cześć i szacunek dla tradycji rewolucyjnej, może nie utożsamiać się z tym, co zazwyczaj nazywa się u nas ruchem socjalistycznym. Jeśli mam to zrobić, muszę wpierw poczynić dwie uwagi wstępne. Pierwsza to truizm; druga – cokolwiek rozwlekły wtręt osobisty. Tym niemniej – i jednej, i drugiej musimy poświęcić trochę czasu, zanim przejdziemy do rozważenia w ścisłym sensie tego słowa teorii, bez wątpienia najważniejszych rzeczy na świecie.

Truizm, który chcę tutaj przywołać, jest taki sam, jak ten, do którego odwołał się w swym artykule dla niniejszej gazety pan Hilaire Belloc, a sprowadza się do następującego stwierdzenia: że każdy normalny człowiek brzydzi się systemem przemysłowym. Nie podoba mi się obecny stosunek bogactwa i nędzy – z tego prostego powodu, że nie jestem diabłem w ludzkiej skórze. Bo, zaiste, podobać by się on mógł tylko Szatanom i Belzebubom. Druga sprawa ma jednak, jak powiedziałem, naturę osobistą, i z tej przyczyny należy poświęcić jej trochę więcej miejsca; wydaje mi się wszakże, iż zrozumienie jej ułatwi analizę problemu. Zanim przejdę do treści idei kolektywistycznej, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat jej ogólnych implikacji oraz atmosfery, w jakiej się ją zazwyczaj promuje. Krótko mówiąc: zanim powiem cokolwiek o socjalizmie, chciałbym powiedzieć coś o socjalistach.

Przyznam się, że dla mnie teoria ma znacznie większe znaczenie, niż praktyka. Lub, jak kto woli” znacznie ważniejsze jest dla mnie to, co się mówi, niż to, co się robi; to pierwsze przynosi bowiem zazwyczaj trwalsze skutki i stąd też wywiera większy wpływ na rzeczywistość. Nie umiem wyobrazić sobie gorszej zmiany społecznej, niż ta, którą promuje obecnie kilku zblazowanych snobów, jak to się mówi: „zwiększenia wymiaru praktycznego w debacie publicznej”. Dobór argumentów pokazuje, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni. Dopóki nie usłyszeliśmy uzasadnienia jakiegoś projektu politycznego, nie wiemy właściwie, czego w istocie dotyczy. Tak na przykład, jeśli ktoś mówi mi: „Proszę spróbować tej pysznej, bezalkoholowej alternatywy dla piwa”, może i robi mi się trochę niedobrze, ale w sensie fundamentalnym wciąż się waham. Jeśli dorzuci jednak: „Dalej, smacznego, pana żona wyglądałaby pięknie w żałobie” – oto mam już dość informacji, aby podjąć decyzję. Albo – inny przykład – wyobraźmy sobie, że jakiś kupiec, składając Brytyjskiej Marynarce Wojennej ofertę zakupu nowych dział okrętowych, zakończyłby swoje reklamiarskie popisy słowami: „No bo przecież ostatecznie nieważne, czy Francuzi wygrają następną wojnę”. Znów: właśnie dzięki tej końcowej uwadze dowiedziałem się czegoś, co pozwala mi zdecydować o dalszym toku działania – o tym, choćby, czy nie załadować delikwenta do jednego z dział, którymi handluje, i nie wystrzelić gdzieś hen!, daleko ode mnie, o ile rzecz jasna mam takie możliwości. Krótko mówiąc: tym, co pchnęłoby mnie do działania byłyby w tym wypadku nie praktyczne projekty działań bezpośrednich, ale dodatkowa, przypadkowa właściwie aluzja do teoretycznej podstawy, na której się opierają. Uwagi marginalne pomogły mi rozstrzygnąć w życiu wiele dylematów.

Idąc dalej – tym, co chcę powiedzieć na początku jest, iż socjalistyczny idealizm sam w sobie już bardzo mi się nie podoba. Gdy słucham tego, co socjaliści mówią na temat przyszłego szczęścia ludzkości, robię się bardzo nie-szczęśliwy. Bo owo przyszłe szczęście ludzkości w niczym, przynajmniej według mnie, nie przypomina teraźniejszego szczęścia ludzkości, czy też jednego choćby szczęśliwszego dnia, jaki przeżyłem. Oczywiście, wielu socjalistów ma na ten temat podobne odczucia i odpowiedzą mi na ten zarzut w ten sposób, że problem ten to kwestia uboczna, pozbawiona związku z właściwą treścią socjalistycznych ideałów. Chodzi mi jednak dokładnie o to, że dla mnie podobnie sugestywne szczegóły mają bardzo duże znaczenie, gdy przychodzi do podejmowania decyzji. Wezmę jeden przykład, aby wytłumaczyć, co mam na myśli. We wszystkich socjalistycznych utopiach, przyjemność z życia, czy przynajmniej altruistyczna przyjemność z życia, zasadza się przede wszystkim na radości z dzielenia, czy dzielenia się – tak jak dzielimy ze sobą wspólny park miejski, czy się musztardą w hotelowej restauracji. To, powiadam, najpowszechniejszy chyba sentyment wśród socjalistów. Socjalizm praktyczny ma naturę kolektywistyczną. Ale socjalizm idealistyczny to wciąż po prostu komunizm. Otóż, trzeba przyznać, że z dzielenia się można niemałą przyjemność. Nie jest to wszakże jedyna, ani (moim zdaniem przynajmniej) największa przyjemność życia. Ja, na przykład, znacznie bardziej wolę przyjemność, jaką czerpać możemy z dawania i brania. Dawanie zaś, to nie to samo, co dzielenie się – ba!, w pewnym sensie możemy nawet powiedzieć, że to wręcz przeciwieństwo dzielenia się. Dzielenie się bowiem, zakłada brak własności, a na pewno własności indywidualnej. Dzielić się można tylko tym, co przynajmniej w jakimś sensie wspólne. Ale dać coś komuś możemy tylko wtedy, kiedy to najpierw mamy. I gdyby nawet w jakimś nieprzewidzianym, powszechnym paroksyzmie hojności wszyscy Anglicy zaczęli wymieniać się kapeluszami, cała operacja i tak opierałaby się na indywidualnej własności kapeluszy.

Gdy zaś mówię, że wolałbym społeczeństwo funkcjonujące na zasadzie nieustannej wymiany kapeluszy od jakiejkolwiek socjalistycznej utopii, o której zdarzyło mi się przeczytać, to robię to zupełnie poważnie. To i tak znacznie lepszy projekt, niż dzielenie kapelusza z trójką innych mężczyzn. Pamiętaj, czytelniku, że nie rozmawiamy w tej chwili o problemie współczesnym i jego możliwym rozwiązaniu, ale o ideale – o tym, co chcielibyśmy mieć, gdybyśmy mogli mieć wszystko, co tylko byśmy chcieli. I gdybym ja przynajmniej stał się poetą opisującym utopię, czarodziejem z magiczną różdżką w dłoni, bogiem tworzącym jakąś własną planetę – otóż ja przynajmniej na pewno uczyniłbym mój mały świat światem dawania i brania. Nie chcę, aby panowie James i Brown mieli wspólne pudełko na cygara; to nie jest mój ideał; nawet nie bardzo odległy ideał; po prostu tego nie chcę – i już. Bo mój ideał jest taki, aby każdego dnia, pan Jones, w mistycznym i boskim niemal geście hojności obdarowywał cygarem pana Browna; pan Brown zaś, w równie mistycznym i boskim geście wdzięczności, rewanżował się tym samym. Uważam bowiem, że zamiast jednego, „założycielskiego” aktu solidarności społecznej, o którym wszyscy by ostatecznie zapomnieli, powinna trwać w społeczeństwie bezustanna gra przysług, energetyczna wymiana coraz to nowych aktów solidarności, stanowiąca swoisty krwiobieg życia wspólnego. Muszę powiedzieć, że choć przeczytałem w życiu tony, czy może raczej: kilometry kwadratowe, socjalistycznych artykułów, niekiedy świetnie napisanych, to nigdy nie trafiłem w nich na jakiekolwiek znaki świadomości czy zrozumienia owego twórczego altruizmu dawania. Na przykład: spośród wszystkich obrazów braterskiej uczty równych towarzyszy, których pełne są socjalistyczne książki, nie przypominam sobie ani jednego, który mówiłby cokolwiek na temat gościnności, owej mistycznej różnicy, jaka zachodzi między gościem a gospodarzem, jednym domem, a drugim. Nikt nie otwiera nikomu drzwi, które wyciosał jeszcze jego ojciec; nikt nie chwali się, jak pięknie obrodziły gruszki w jego rodzinnym ogrodzie. Prawda, mieszkańcy utopii mniej nonkonformistycznej proweniencji [„Nonkonformizm” to w Anglii określenie zbiorcze bardziej radykalnych ruchów protestanckich nieuznających zwierzchności Kościoła Anglikańskiego – Tłumacz.] wykazują czasem nieco zrozumienia dla prastarej i głęboko ludzkiej tradycji produkcji i spożycia napojów wyskokowych; nie chodzi tutaj jednak o piwo, ale o rzecz jeszcze poważniejszą – o to, aby dało się je postawić czasem przyjacielowi.

Pamiętaj, proszę, drogi Czytelniku, jaki cel ma ten przydługi już nieco mój wywód. Nie twierdzę, że nie zdarzałyby się w państwie kolektywistycznym gesty gościnności. Ale tylko, że brakuje ich w literackich wizjach tego państwa, że przeczą one – jak moglibyśmy rzecz – kolektywistycznemu instynktowi. Nie twierdzę, że nie zdarzałyby się w socjalizmie. Ale tylko, że rzadko kiedy można o nich usłyszeć od socjalistów. I wiem, co usłyszę za moment w odpowiedzi: „Ależ, nie ma w socjalizmie niczego, co sprzeciwiałoby się ideałowi osobistej gościnności!”. Z tego też właśnie względu wyjaśniłem na początku, że mniejszą wagę przykłada do projektów politycznych jako takich, niż do ducha, w jakim się je opracowuje. Wielkie rewolucje rzadko kiedy stanowią konsekwentne urzeczywistnienie idei, z których wzięły one swój początek – ale niemal zawsze ucieleśnia się podczas nich towarzyszący owym ideom impuls emocjonalny, swoiste poczucie i wizja życia. Ciągle mówi się dzisiaj o „jałowości” ideałów. Ale ideały niemal nigdy nie są jałowe – choćby z tego powodu, że pozwalają odzyskać energię ducha. Biznesplany są jałowe. Tak też Wielka Rewolucja nie przyniosła we Francji urzeczywistnienia żadnego z owych szczegółowych projektów, które inspirowały jej uczestników; przyniosła jednak dużo więcej. Bo to ona tchnęła w ojczyznę Woltera demokratycznego ducha wieku osiemnastego, z jego chłodnym rozsądkiem, mieszczańską godnością, względną równością bardzo prywatnych majątków i minimum dobrych manier. Na tej samej zasadzie, zwycięstwo socjalizmu nie przyniesie ze sobą najprawdopodobniej wiernej realizacji socjalistycznych programów – ale na pewno doprowadzi do urzeczywistnienia stojącej za nimi, idealnej wizji. I moim zdaniem, jeżeli, drodzy socjaliści, zapominacie o pewnych może i drobnych, ale jakże ważnych z ludzkiego punktu widzenia potrzebach nawet wtedy, gdy piszecie bajki dla dorosłych, to tym bardziej nie będziecie pamiętać o nich, gdy zacznie się prawdziwa, rewolucyjna robota. Krótko mówiąc: w waszych książkach brakuje czegoś bardzo ważnego dla normalnego człowieka. Jak mam wierzyć, że nie będzie brakować tego w waszej republice?

Jeśli zaś o mnie chodzi, to wyznaję w tej kwestii pewien stary, zapomniany pogląd, nieznany zarówno socjalistom i anarchistom, jak konserwatystom i liberałom.

Oto bowiem – ja wierzę w masy, w zwykłych, szarych ludzi. I bynajmniej nie w, jak to się teraz mówi, ich „potencjał”; ale w nich, po prostu – w ich twarze, obyczaje, ich wspaniałą mowę. Złapani w potrzask nieludzkiej maszynerii przemysłu, wystawieni na haniebne ekonomiczne okrucieństwo, otoczeni brzydotą i skazani na samotność nieznaną dotąd rodzajowi ludzkiemu, ogłupieni przez wąską i prowincjonalną religię albo jeszcze węższy i bardziej prowincjonalny ateizm, pozostają nasi ubodzy ciągle najzdrowszą, najpogodniejszą i najsolidniejszą częścią angielskiej wspólnoty. Czy popierają oni socjalizm w wąskim sensie pewnej propozycji politycznej – trudno orzec. Głosują, owszem, czasami na socjalistów, tak jak głosowali i będą głosować na torysów i liberałów – z tego powodu, że pewnych rzeczy chcą, a innych nie chcą. Jedno wszakże wiem na pewno – to, mianowicie, że ideałem socjalizmu, jego sentymentem, czy wręcz „zapachem”, zwyczajnie się brzydzą. Żadna inna klasa społeczna nie trwa równie wiernie przy wszystkich owych urządzeniach i uczuciach, które stanowią proste przeciwieństwo socjalistycznego ducha: domowej prywatności, prawa do wychowania własnych dzieci i pilnowania własnego nosa. Spoglądam oto przez okno mego domu na spokojną, ciemną taflę Battersea, i rodzi się w mojej duszy przekonanie graniczące z pewnością, że mógłbym, w tym momencie, niemalże od reki, sporządzić krótką listę czy katalog wartości i maksym moralnych, uznawanych przez większość mężczyzn i kobiet, zamieszkujących nasza angielską ziemię jak okiem sięgnąć. Na przykład, że dom Anglika to twierdza, do której wstęp może mieć tylko wąskie grono wybranych; albo że małżeństwo to prawdziwa unia dwojga ludzi, wobec powagi której zazdrość i pragnienie zemsty stają się afektami moralnie przynajmniej usprawiedliwionymi; że wegetarianizm i przeciwstawianie praw zwierząt prawom człowieka to idiotyczna fanaberia snobów; że – z drugiej strony – oszczędzać na własny pogrzeb to nie fanaberia, ale wyraz starożytnego szacunku do zmarłych; że dając prezenty przyjaciołom i dzieciom, powinniśmy dawać im to, co lubią, a nie to, co dla nich dobre; że nie ma niczego nielogicznego w tym, by najpierw wściekać się na nauczycielkę, że ta potraktowała naszego ukochanego Tomcia linijką, a potem samemu rzucać w niego patelniami. Ubodzy, powiadam, wierzą w te wszystkie rzeczy; tylko oni w nie wierzą; i mają w każdym wypadku i na wieki wieków absolutną rację. Bo te właśnie przekonania, to prastare zdrowie i siła ludzkości; to dziesięć przykazań człowieka.

Otóż pragnę w tym momencie zauważyć, że jeśli – drodzy socjaliści – spróbujecie narzucić tym ludziom swoje socjalistyczne rozwiązania, w sensie moralnym będzie to akt tyranii, dokładnie taki, jak Manchesterska rewolucja przemysłowa. Prości ludzie nie wierzą ani w socjalizm, ani w Manchesteryzm; są na to zbyt normalni. Ale choć normalni, są oni także zagubieni, powolni, oszołomieni sytuacją i nienawykli (niestety!) do realiów wojny domowej. Indywidualizm narzuciła im garstka wędrownych handlarzy; socjalizm narzuci im garstka artystów, profesorów z Oksfordu i hrabianek z misją. Czy schowa się ten humbug, podobnie jak wszystkie oligarchiczne humbugi historii najnowszej, za ową barwną fasada, jaką są „demokratyczne wybory”, w tej chwili mnie nie interesuje. Chodzi mi tylko o to, że choć demokracja angielska nie przepada (delikatnie mówiąc) za waszą ulubioną, socjalistyczną filozofią, może chwilowo pogodzić się z jej implementacją, tak jak pogodziła się na implementację wielu już innych i z dokładnie tego samego powodu – braku woli walki.

Myśląc w ten sposób, nie da się być socjalistą. Dlatego też nim nie jestem. Nie – oczy me zwracam na coś zgoła innego, na uśpionego giganta, który – istotnie – może się nigdy nie obudzić; jeżeli jednak kiedyś się obudzi, zmiażdży socjalizm jednym swym ramieniem, a obszarnictwo drugim. Obszarnictwo – nie dlatego, że opiera się ono na prawie własności, ale właśnie, że przeczy temu prawu. Bo to wbrew prawu własności, by całe ulicy i skwery Londynu należały do hrabiego Westminsteru, podobnie jak przeczyłoby to idei małżeństwa, by zgromadził on w osobistym haremie wszystkie zamieszkujące Londyn kobiety. Jeżeli kiedykolwiek angielscy ubodzy zdecydują się przeciwstawić temu złu, zrobią to nie celem uspołecznienia własności, ale dystrybucji własności – przede wszystkim własności prywatnej; prawdopodobnie, posuną się w tej walce za daleko; ale to naturalne, jeśli walczy się o coś, co stanowi humor i poezję naszego własnego życia. Bo Rewolucja – ich Rewolucja – dokona się w imię tego, co kochają – i co ja kocham: specyficznie angielskiego poczucia przytulności, instynktu święta i celebracji, różnicy między godnością kobiety a godnością mężczyzny, odpowiedzialności każdego za swe własne życie i swój własny dom. Rewolucja socjalistyczna – wasza rewolucja – dokona się zaś w imię wszystkiego, czego oni nienawidzą, i czego ja nienawidzę z nimi: gadaniny o „nieuniknionym”, umiłowania statystyk, materialistycznej teorii historii, socjologicznych banałów oraz rozwrzeszczanej głupoty eugeniki. Wiem, co odpowiecie; wiem, że wiele ryzykuję. Być może, że wielka demokracja Anglii nie obudzi się nigdy. Być może Anglicy, jeśli tylko zapewnić im stałe dostawy piwa, zgodzą się nawet i na eugenikę. W tym momencie wystarczy, że powiem, iż najzwyczajniej w świecie w to nie wierzę. Nie wierzę, by ubodzy, mając w tak ewidentny sposób rację nigdy nie zdecydowali się bronić jej przed ofensywą snobów z waszej czy mojej partii. Tak czy inaczej, oto moja odpowiedź. Nie jestem socjalistą z tego samego powodu, dla którego nie jestem torysem – ponieważ nie straciłem wiary w demokrację.

Przeł. Maciej Sobiech