G.K. Chesterton: „Zobaczyć gildie” („Illustrated London News”, 06 XII 1924)

Z różnorakich pytań, jakie do mnie w związku z tą sprawą napływają, wnoszę, że wielu ludzi ma wątpliwości, co właściwie miałem na myśli, gdy napisałem, że kwestia gildii to kwestia ogólna – a nie szczegółowa. Otóż miałem na myśli to, że bywają ludzie mający na temat pewnych problemów wiedzę znacznie, ale to znacznie większą, niż ja, niezdolni jednak zrozumieć ich, o ile można tak powiedzieć, w samej ich problematyczności. A nie potrafią tego zrobić, ponieważ nie znają kontekstu – tła, na którym mocą kontrastu dany problem zaczyna się uwyraźniać. Krótko mówiąc: przypominają owego słynnego botanika, który nie umiał dostrzec lasu, bo patrzył na drzewa. Botanik tego typu będzie się chwalił, bardzo zresztą zrozumiale, że wie wszystko, co tylko można wiedzieć na temat tego czym różni się to drzewo od tamtego drzewa, albo dlaczego pewne pasożyty rosną tylko na jednych gatunkach drzew, a inne – na innych. Na próżno jednak prosilibyśmy go, aby na moment spojrzał na las jako na jedną rzecz – jedną całość, zaznaczającą się wyraźnie na tle leżącego dalej, skalistego szczytu. Jego odpowiedź brzmiałaby zapewne mniej więcej w ten sposób, że nie musi interesować się górami, bo nie jest geologiem. I istotnie, możliwe, że w lesie żyje mnóstwo pasożytów – możliwe, że system cechowy miał wiele wad i punktów degeneracji. Gdy mówimy jednak, jak nam się czasem zdarza, że jakiś las jest piękny, nie mamy na myśli wcale, że to gaj Elizjum, ogrody Hesperyd. I tak samo, gdy mówimy, że instytucja cechu była imponującym osiągnięciem, nie chodzi nam o to, że była ona w każdym wypadku chórem anielskim, armią bohaterów czy wspólnotą ludzi doskonale szczęśliwych. Ale tylko tyle, że była faktem – ważnym faktem historycznym o doniosłym znaczeniu dla współczesnej socjologii: bo stanowiącym przykład organizacji społecznej opartej na diametralnie innych zasadach, niż nasza. Jest to coś, co człowiek raz zrobił – a więc może zrobić to raz drugi, więcej: może zrobić to lepiej. Nie jest to ideał; bo w pewnym sensie to znacznie więcej, niż ideał. I jest to wreszcie niemożliwość – w tym sensie, że większość biznesmenów i rekinów finansjery uznałoby ją za niemożliwość – i trudno byłoby się nie zgodzić, gdyby nie taki mały szczegół, że już raz niemożliwość ta okazała się jak najbardziej możliwa do urzeczywistnienia.

Ludzie wieku dziewiętnastego nie mieli zielonego pojęcia, że między przedstawicielami jednego zawodu mogą istnieć związki równie realne, jak związki zawodowe. I mówiąc to, nie twierdzę, że z tego pomysłu szydzili, czy myśleli o nim z pogardą i drwiną (bo to byłoby jeszcze do przyjęcia) – ale że po prostu o nim nie myśleli, ani pozytywnie, ani negatywnie. Idea rynku jako czegoś innego, niż wielkiego pola bitwy toczonej przez bezustannie konkurujących kapitalistów, jawiła się im jako czysty nonsens. I trudno się nie zgodzić, że od tamtego czasu kapitalizm akcentował rolę konkurencji cokolwiek przesadnie. Z drugiej strony, trudno nie zgodzić się również, że kapitalistyczna konkurencja ustąpiła z czasem miejsca kapitalistycznej kooperacji, stanowiącej po prostu kapitalistyczny monopol. Ale chodzi dokładnie o to, że ta współczesna forma gospodarki kooperatywnej ma właśnie naturę kapitalistyczną – że to sojusz ofensywny wielkich sklepów, a nie sojusz obronny małych sklepikarzy. Tak czy inaczej: dla cywilizacji przemysłowej gildie były czymś równie fantastycznym, jak gargulce. Opierał się ten system w całości na egoizmie – niemniej wyszedłbym na ostatniego ślepca, gdybym udawał, że nie zawierał on w sobie także pewnych pierwiastków wartościowych i szlachetnych, tak jak ludzie wieku dziewiętnastego w ślepocie swojej odmawiali wszelkiej wartości wiekom średnim.

Aby pokazać, co mam na myśli, odłożę na moment na bok wszystkie owe „zabobony średniowiecza”, które rzekomo tak bardzo mi się podobają, i wezmę na warsztat jedno z niezaprzeczalnych „zwycięstw postępu”, które akurat na pewno bardzo mi się podoba. Zaczerpnę go przy tym z czasów kapitalistycznego industrializmu, z epoki wiktoriańskiej – i choć nie ukrywam bynajmniej, że boli mnie, że epoka wiktoriańska była kapitalistyczna, postaram się zachować sprawiedliwość oceny. Istnieje otóż pewna ciekawa opowieść o pewnym Francuzie (czy może to nie był Francuz? – w każdym razie obcokrajowcu), który odwiedził w swoim czasie Anglię wiktoriańską, potem zaś ktoś (najprawdopodobniej pan Podsnap [Postać z ostatniej powieści Dickensa pt. Our Mutual Friend, nadęty przedstawiciel bogatej klasy średniej i satyra na tzw. „Society” – tłumacz]) zapytał go, co było dla niego w naszym kraju najbardziej uderzające; co w ustach pana Podsnapa znaczyło, obawiam się, po prostu: „zachwycające”. Otóż Francuz ów rzekł w odpowiedzi, że tym, co naprawdę go zachwyciło, był napis, jaki dojrzał pewnego dnia na ścianie budynku wchodzącego w skład wielkiego kompleksu użyteczności publicznej – szpitala: „Sfinansowano ze składek dobrowolnych”. Historię tę opowiadano sobie w Anglii wieku dziewiętnastego z niekłamaną dumą; i trudno się też temu dziwić, przynajmniej z najbardziej oczywistej perspektywy. Czasy wiktoriańskie naprawdę znały podobne porywy filantropii. Może się nam to podobać albo nie podobać, ale najbezwstydniejszą bigoterią byłoby udawać, że tak nie było. Była ona czymś tak dobrowolnym, tak ochotniczym niemal, jak Siły Ochotnicze [Ochotnicze siły zbrojne formowane od 1859 roku w Anglii – Tłumacz] – i tak wiktoriańska, jak Siły Ochotnicze. Fakty, na ile nam coś mówią, mówią jasno i jawnie; a mówią tyle, że gada bzdury każdy, kto twierdzi, że „nie da się” polegać na ochotnikach, czy oprzeć jakiegokolwiek przedsięwzięcia na dobrowolnej inicjatywie.

Nie da się ukryć, że dałoby się wskazać wiele dziur w czysto optymistycznej czy patriotycznej interpretacji tego faktu; pozostałby on jednak faktem mimo to. Jakiś uczony, wielki erudyta, może natknąć się kiedyś w przyszłości podczas badań na cokolwiek osobliwy i niemal zupełnie zapomniany zapis charakteru relacji społecznych Anglii wieku XIX, pod dźwięcznie brzmiącym tytułem „Pickwick”, i poznać zawarte w nim świadectwo na temat tego, jak wyglądał ówczesny proces kształcenia kadr medycznych – świadectwo, po przeczytaniu którego nawet pacjent czekający w kolejce na rutynowe badania mógłby zaczął odczuwać pewien niepokój; może odzyskać dla świata wszystko to, co Dickens włożył w usta Boba Sawyera, Bena Allena i Jacka Hopkinsa – mrożące krew w żyłach ślady barbarzyńskiej epoki. Zresztą, nawet ściślej naukowe fakty i źródła potwierdzą nam ten stan rzeczy wystarczająco jednoznacznie. We wspomnieniach ludzi pracujących z ubogimi, na przykład, znaleźć możemy wprost niepoliczalną mnogość dowodów na to, że wśród ludzi z klas niższych lekarze budzili powszechną nieufność – a nawet strach. Następnie, badacz nasz mógłby rzucić okiem na listy darczyńców i bez trudu wykazać, że w wielu wypadkach datków nie wpłacano bynajmniej z osobistej cnotliwości – a częstokroć i nie z własnej woli. Mógłby słusznie zauważyć, że jakiś Sir Moses Muddleton, dajmy na to, był najbogatszym człowiekiem w Anglii – i rzucił ochłap tylko po to, aby nie nazywano go także najgorszym człowiekiem w Anglii. Albo że inny Sir Galahad Gamble nałogowo szukał poklasku. Dotrzeć do tajnego (acz znanego dobrze najlepszym spośród nas) raportu jednoznacznie wskazującego na to, że niejaki Lord Fitzblunderbuss był całe życie pod pantoflem małżonki i literalnie nic nie robił z własnej woli. Dostrzec, że nadzwyczajna hojność niejakiego pana Pidge’a stała się nieco jak gdyby mniej nadzwyczajna, gdy spełnił on swój cel życiowy i stał się Lordem Paragonem. Krótko mówiąc: w sensie idealnym znalazłby ogromną liczbę niedoskonałości tak funkcjonowania szpitala, jak i metody finansowania jego budowy. Tylko że rzeczony Francuz nie rozważał tej sytuacji w sensie idealnym – ale realnym. Fakt, na który zwrócił uwagę, naprawdę był faktem; że oto Anglicy postanowili sfinansować budowę gmachu ogromnie ważnej i kosztownej instytucji z datków dobrowolnych – i że im się udało. Jeśli przy okazji doświadczenie mówiło mu, że w społeczeństwach kontynentu podobne przedsięwzięcia udawały się wyłącznie dzięki pomocy państwa, to znalazł przesądzający dowód na to, że da się je realizować bez pomocy państwa. I gdyby ktokolwiek powiedział w jego obecności: „Szpitali nie da się budować w ramach inicjatywy społecznej”, jedyne, co Francuz ten musiałby zrobić, to przypomnieć sobie po prostu, że sam widział, że jeden taki przynajmniej już kiedyś zbudowano. I nie oznacza to wcale, że musieli od razu zbudować go aniołowie czy ludzie w stanie doskonałości, czy ktokolwiek w tym guście – ale tyle tylko, że ktoś go zbudował; i nie da się przykryć tego faktu czczą gadaniną.

Otóż to, co powiedzieliśmy tutaj na temat wiktoriańskiego szpitala równie dobrze powiedzieć moglibyśmy na temat innego jeszcze budynku, zwanego salą cechową, a właściwie (skoro już o tym mowa) także o zjawisku cechu jako takim. Ludzie, nawet ludzie wykształceni, bez trudu dostrzegą zaraz wszystkie wady tej starej instytucji. Ale wcale nie chodzi mi o to, żeby ich nie dostrzegali, czy żeby dostrzegali także jej zalety. Póki co, chcę od nich tylko tyle, by zaczęli dostrzegać – ją; po prostu. Pragnę, aby zobaczyli ją dokładnie tak, jak podróżujący po Anglii Francuz zobaczył wybudowany w inicjatywie społecznej szpital. Pragnę, by byli nareszcie w stanie dostrzec ogromny fakt społeczny, który mają przed oczami – podobnie jak nasz podróżny potrafił dostrzec ogromny budynek, który miał przed oczami; by potrafili popatrzeć na ten fakt jak na coś niezwykłego i nowego, coś, co burzy ich dotychczasowe wyobrażenia o świecie. Nie chcę przy tym, by system cechowy jawił im się jako perspektywa perfekcyjna – czy choćby przyjemna. Ale ledwie jako pewna realna możliwość, którą wielu już ogłosiło niemożliwością. Tak, by jeśli ktokolwiek w ich obecności powie: „Handel może opierać się wyłącznie na współczesnej zasadzie nieograniczonej konkurencji”, mogli odpowiedzieć: „Nieprawda, może opierać się na czymś diametralnie innym – niezależnie od tego, czy powinien, czy nie powinien”. Jeśli zaś: „Rozwój gospodarczy z konieczności prowadzi do takiego stanu społecznego, jaki nazywamy kapitalizmem”, po prostu: „Nie”. Ten czy inny gryzipiórek mógł udowodnić na papierze, że kupcy nigdy nie zdecydują się ograniczyć wzajemnej rywalizacji; podobnie jak w pierwszym wypadku – że bogaci nigdy nie odstąpią nikomu takiej części swojej fortuny, by dało się za to zbudować szpital; ale jak widziało się pewne rzeczy, to po prostu wie się lepiej. Oto właśnie co w racjonalnym sensie może oznaczać „być wykształconym”; podróżować po różnych epokach, niczym badacz średniowiecza – czy po różnych krajach, jak Francuz z naszej opowieści. Odkrycie istnienia pewnych instytucji, funkcjonujących na zupełnie innych zasadach, niż wydawało się nam, że powinny funkcjonować, ta moc obserwacji procesu działania czegoś, co w naszym dotychczasowym mniemaniu nie mogło działać – to właśnie to, czego nieodmiennie brakuje wszystkim tym, którzy wyśmiewają się z korporacjonistów jako z romantycznych pomyleńców. To w najściślejszym sensie tego słowa oświecenie – to poszerzenie horyzontów.

Tłm. Maciej Sobiech

G.K. Chesterton: O moim rzekomym mediewizmie (ILN 5 I 1929)

[Ilustracja: Jan de Bray (1627–1697), „Członkowie Gildii św. Łukasza w Haarlemie”, 1675]

Jest taka popularna praktyka polemiczna, polegająca na zastępowaniu szlachetnego słowa „pies” jakimś uczonym neologizmem, będącym w istocie synonimem „kota”. Ledwie chwila tej zabawy i pies może okazać się zupełnie dowolnym stworzeniem na ziemi: nietoperzem, na przykład, albo sową. Podobne fantazje logiczne to chleb powszedni historii polemiki. Najbardziej oczywistą wersją tego procesu, jak wszyscy wiemy, jest przykleić do kogoś jakąś etykietkę – a potem „dedukować” sobie jego poglądy właśnie z tej etykietki, nie zwracając uwagi na to, co sam delikwent ma do powiedzenia. Sam doświadczyłem tego, na miarę moich skromnych możliwości, wystarczająco często. Oto napisze ktoś: „Pan Chesterton jest ‘mediewistą’; dlatego też można go zrozumieć, nawet jakoś usprawiedliwić (przynajmniej z jego zacofanego punktu widzenia), gdy nawołuje do publicznego wyrywania Żydom zębów, palenia na stosach żywcem setek ludzi, czy poszukiwania kamienia filozoficznego”. Tylko że ja nigdy nie napisałem, jakobym był mediewistą; i mam, prawdę mówiąc, bardzo blade pojęcie, co ten termin właściwie mógłby oznaczać. Wiem jednak, do czego nawołuję – i na pewno nie do zapewnienia wszystkim Żydom Anglii bezpłatnego dostępu do usług stomatologicznych, choć istnieje faktycznie pewna opowiastka o tym, jak król Jan zrobił pewnemu Żydowi coś, co dzisiaj uznaje się za szczyt higieny i chce robić wszędzie i wszystkim. Ani, skoro już o tym mowa, do poszukiwania kamienia filozoficznego; choć być może nawoływałbym nieśmiało do poszukiwania (choć to poszukiwanie trudne i męczące) jakiejś filozofii. Prosta prawda na ten temat, w którą tak wielu trudno uwierzyć i którą tak wielu trudno najwyraźniej zrozumieć, jest rzecz jasna taka, że rozsądny człowiek nie wierzy w epoki, z całym pakietem wyznawanych w nich idei, dobrych czy złych – ale właśnie w idee, które przypadkowo mogły być popularne w jednej epoce i relatywnie niepopularne w innej. Nic jednak nie zdoła przekonać moich krytyków, że nie myślę o społeczeństwie w kategoriach czapek i tunik, szyszaków, serdaków, piór i płaszczy z kapturem. Nic, jak wszystko na to wskazuje, nie zdoła przekonać ich, że po prostu myślę.

Znakomitym przykładem praktycznym jest tutaj zjawisko gildii. Zacznijmy od tego, że to moderniści, a nie mediewiści, używają słowa „gildia” w sposób romantyczny, wręcz irracjonalny. Obecnie, wszystko może być „gildią”: grupa osób zajmujących się zbieraniem z podłogi skórek pomarańczy, na przykład, może ogłosić się Gildią Pokłośnic Promienistych; trupa wędrownych Kuglarzy, dająca występy w Margate czy Ramsgate [miasta w Kent, w Anglii – Tłumacz] – Gildią pod wezwaniem Gargantuicznej Gitary; czy wreszcie ruch promujący zakładanie kagańców kotom – Gildią Na Rzecz Równego Traktowania Wszystkich Naszych Czworonożnych Przyjaciół. Lecz ilekroć to nam, oskarżanym bez ustanku o swego rodzaju mediewistyczny mistycyzm, zdarzy się użyć tego słowa w zupełnie poważnej dyskusji na temat idei, z której wzięły się gildie – cóż: wszyscy wokół zachowują się tak, jak gdyby nigdy ani przez myśl im nie przeszło, że w ogóle stoi za tym wszystkim jakaś racjonalna idea. Tymczasem, istotnie, gildyzm to właśnie idea – i (w sensie ścisłym przynajmniej) ni mniej, ni więcej.

Idea, czyli pewna ekonomiczna i etyczna teoria na temat tego, jakie powinny być i w jaki sposób funkcjonować niektóre elementy struktury społecznej; niemająca (nawiasem) jakichkolwiek związków z „romantycznością”, zewnętrznym rytuałem czy dziwnym kolorowym strojem. Powiedzieć, że się wierzy w gildie to sąd jak każdy inny, dokładnie tak, jak gdyby powiedzieć, że wierzy się w trusty czy własność państwową, czy syndykalizm, czy w jakikolwiek inny, konkretny projekt rozwiązania pewnych problemów produkcji, wymiany, czy zatrudnienia. W mojej opinii, wielkim szczęściem średniowiecza był fakt, że zaczęło ono w pewnym momencie budować swoją gospodarkę na tej właśnie idei. Ale średniowiecze stanowiło także pod wieloma względami epokę bardzo nieszczęśliwą; czego dosadny przykład stanowi dokładnie to, że nie skończyły one budować swojej gospodarki na tej właśnie idei. Jeśli jednak komukolwiek wydaje się, że mówiąc o gildiach widzę oczyma wyobraźni bajkowy świat, w którym idealni rzemieślnicy wykonują z uśmiechem na ustach swoje arcydzieła, a szczęśliwi czeladnicy tańczą w kółeczku wokół słupa majowego, w międzyczasie racząc się domowym piwem, rozminął się ze mną w odległości mniej-więcej stu mil. Bo gildyzm naprawdę nie ma żadnych, najmniejszych związków z romantyczną tęsknotą za wyidealizowanym światem wieków średnich; żadnych, powiadam, nawet najmniejszych związków.

Teoria gospodarki cechowej, rzecz różna zasadniczo tak od socjalizmu, jak się go na ogół definiuje, jak i kapitalizmu jak się go na ogół urzeczywistnia, przedstawia się zaś po prostu jak następuje: ludzie pracujący w określonym zawodzie dalej pracują niezależnie – a pracując niezależnie od siebie, w takich czy innych wypadkach ze sobą konkurują. Niezależnie – a więc na własny rachunek, wykorzystując do tego własny kapitał i własne narzędzia, tak że w tym sensie zysk na rachunku jednego to strata na rachunkach całej reszty. Niemniej, wszyscy również zawierają ze sobą swego rodzaju umowę, zobowiązując się, na przykład, nie nakręcać tej rywalizacji ponad pewną ustaloną miarę czy nie stosować w niej środków uznanych za nieuczciwe. Innymi słowy: konkurencja istnieje, ale konkurencja rozmyślnie ograniczona; czy, jak kto woli, sztucznie ograniczona. Cel zaś tego ograniczenia jest banalnie prosty: by konkurencja pozostała konkurencją, a nie zmieniła się w kombinat. Konkurencja typu kapitalistycznego, nie-ograniczona z samej swej definicji, utrzymała się zaledwie niecałe sto lat, by potem ustąpić miejsca właśnie kombinatom. Słowa „kombinat” używam zaś tutaj zupełnie świadomie – dokładnie dlatego, że być może niektórym skojarzy się z „kombinacją”. Tak czy inaczej: prawdziwa historia tego zjawiska jest po prostu taka, że kiedy wszystkie sklepy mogą konkurować ze sobą wszędzie, o wszystko i na wszystkie sposoby, godziwe czy niegodziwe, jeden sklep zjada wszystkie inne. Czy, by to ująć lepiej i godniej, jeden człowiek zjada wszystkich innych. I bardzo często, co wynika z samej natury kapitalizmu, wygranymi w tej walce okazują się najgorsze sklepy – i najgorsi ludzie.

Teraz, gildyzm nie jest ani średniowieczny, ani współczesny – to abstrakcyjna zasada, z natury będąca poza czasem. A że tak to właśnie wygląda, najlepszy dowód stanowi fakt, że gildie istnieją – i to w zawodach, które wszyscy bardzo dobrze znamy. Lekarz, na przykład, najzwyklejszy lekarz pierwszego kontaktu, z którym większość z nas miała styczność i któremu wielu z nas zawdzięcza życie, to przypadkowo także znakomity przykład „brata” cechowego. Nie jest socjalistycznym urzędnikiem; nie jest sługą państwa; jest lśniącym przykładem prywatnej inicjatywy. To znaczy: przysługuje mu pełna własność lancetów i stetoskopu, którymi się posługuje; sam musi wykupić lub wynająć budynek na swoją przychodnię; i do pewnego stopnia – rywalizować z innymi, którzy należą do tego zawodu.

Nie wolno mu jednak posuwać się w tej rywalizacji do pewnych określonych czynów; na przykład: doprowadzić innego lekarza do bankructwa z wykorzystaniem przeróżnych sztuczek autopromocji czy autoreklamy; innymi słowy: musi zachować w stosunku do swoich kolegów po fachu minimum szacunku i troski. A musi to zrobić dokładnie dlatego, że jest członkiem gildii czy bractwa, istniejącego dla dobra całej profesji – i wszystkich jej przedstawicieli. Jasny i jawny cel takiej instytucji stanowi natomiast dokładnie stworzenie, w miarę możliwości, takich warunków, by wszyscy lekarze mogli pracować w spokoju i żaden nie mógł wypchnąć z rynku wszystkich pozostałych. Gdyby zaś pozwolić używać na tym rynku wszystkich istniejących metod reklamy i promocji, istnieje duże ryzyko, że dwudziestu uczciwych doktorów zostanie pożartych za jednym kłapnięciem przez jakiegoś niegodziwego szarlatana.

Wszyscy wiemy, że to właśnie stało się w dziennikarstwie, to właśnie stało się w handlu i całej masie innych zawodów. Warto również zauważyć, że strona odwrotna starej idei cechowej, przeciwwaga dla tego jej elementu, jakim jest ochrona niezależności drobnych właścicieli, mianowicie: idea, że każdy drobny właściciel musi udowodnić, że na tę niezależność zasługuje, obowiązuje dziś w medycynie tak samo, jak obowiązywała w średniowieczu w mniej-więcej wszystkich wypadkach. I często słyszy się przecież dzisiaj narzekania, że związki zawodowe nie dbają, inaczej niż cechy właśnie, o jakość pracy i standard wykonania.

Cóż – nie dbają, bo w warunkach współczesnych po prostu nie mogą, bo powstały jako odpowiedź na specyficzne problemy czasów, w których przyszło nam żyć. Fakt jednak pozostaje faktem, że gildie, nim roztoczyły nam danym rzemieślnikiem parasol swojej ochrony, sprawdzały wpierw poziom jego biegłości w zawodzie; i nietrudno zauważyć, że współczesna procedura awansów medycznych to tutaj ledwie prosta analogia. Każdemu może się ten system, rzecz jasna, w uzasadniony sposób nie podobać, podobnie jak mnie, tuszę, że w równie uzasadniony sposób, bardzo się podoba. Każdy może argumentować (nie bez racji zresztą), że rozwiązanie to ma swoje własne wady. I że, w jego opinii, tych wad jest więcej niż zalet. Nikt nie może jednak, ani zasadnie, ani racjonalnie, powiedzieć, że wszelkie argumenty na rzecz tego systemu to romantyczne bzdury o owym raju na ziemi, jakim rzekomo w moich oczach miałyby być wieki średnie. I powiem bez ogródek, że każdy, kto opowiada, że ta konkretna metoda społeczna, według prawideł której funkcjonuje dziś w Anglii niemal całą chirurgia, i która reguluje niemal cały postęp współczesnej teorii medycyny, to ledwie szalony sen o powrocie do używania herbów i zbroi płytowej, robi z siebie po prostu głupca; bo to dokładnie tak, jak gdyby powiedział, że uznać autorytet medyczny Sir Stanleya Hewetta czy Sir Thomasa Hordera [dwóch lekarzy z epoki – Tłumacz] może tylko ktoś, kto ubiera się w tunikę i biega po mieście wymachując proporcami średniowiecznych wojsk.

Tłm. Maciej Sobiech

G. K. Chesterton: Zabobon sukcesu („All Things Considered”, 1908)

[William Powell Frith (1819–1909), „Bogactwo i nędza”, 1888]

Pojawiła się niedawno w Anglii pewna szczególna zupełnie klasa książek i artykułów, które zupełnie prawdziwie i poważnie nazwać można najgłupszymi ze wszystkich, jakie tylko kiedykolwiek ludzkość z siebie wydała. To dzieła naraz bardziej szalone niż najbardziej szalone romanse rycerskie i nudniejsze niż najnudniejsze traktaty religijne. Co więcej, romanse rycerskie przynajmniej naprawdę mówiły o rycerzach; traktaty religijne o religii. Te produkty pióra, o których mówię zaś, są o niczym; bo o czymś, co nazywa się dzisiaj Sukcesem. Na każdym straganie z książkami, w każdym magazynie, można znaleźć tysiące porad na temat tego jak odnieść sukces. To książki o sukcesie we wszystkich dziedzinach; pisane przez ludzi, którzy nie potrafią nawet z sukcesem napisać książki. Zacznijmy od tego, że – rzecz jasna – nie ma czegoś takiego jak sukces. Albo, jak kto woli, nie ma niczego, co nie byłoby sukcesem. Sukces czegokolwiek oznacza po prostu tyle, że istnieje; sukces milionera polega na byciu milionerem, a osła na byciu osłem. Każdy żywy człowiek odniósł sukces w tym sensie przynajmniej , że żyje; dowolny trup – mógł z sukcesem popełnić samobójstwo. Niemniej, pomijając już błędy logiczne i filozoficzne kryjące się za tą frazą, możemy przyjąć, jak rzeczeni pisarze, że „sukces” oznacza po prostu zdobycie pieniędzy i pozycji w świecie. Otóż twórcy nasi twierdzą, że dzięki nim szary człowiek nauczy się odnosić sukcesy w swoim zawodzie, względnie w spekulacjach, którymi się akurat zajmuje – to znaczy: jeśli jest budowlańcem, będzie odnosił sukcesy jako budowlaniec; a jeśli maklerem – jako makler. Twierdzą, że dzięki ich radom właściciel warzywniaka zacznie ścigać się zawodowo na jachtach; dziesiątej kategorii dziennikarzyna zostanie parem; a niemiecki Żyd Anglosasem. To jasna i konkretna propozycja biznesowa, i naprawdę sądzę, że ci, którzy te książki kupują (a są tacy) mają pełne prawo – na pewno moralne – domagać się zwrotu pieniędzy. Nikt nie ośmieliłby się wydać książki o elektryczności, która nie mówiłaby nic o elektryczności; nikt nie opublikował artykułu z dziedziny botaniki, którego autor nie wiedziałby, czy rośliny rosną korzeniami w dół, czy w górę. A jednak, świat współczesny pełen jest książek na temat sukcesu, w których nie znajdzie się choćby zrębu względnie racjonalnej idei, i praktycznie ani krzty względnie zrozumiałej wypowiedzi.

Zupełną oczywistością jest, że w każdym względnie przyzwoitym zawodzie (takim jak murarstwo, na przykład, czy pisanie książek) sukces odnieść można tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, robiąc świetną robotę, po drugie – oszukując. Obydwa są zbyt proste, by trzeba było o nich pisać. Jeśli konkuruje się o medale w skoku wzwyż, albo trzeba skoczyć wyżej niż wszyscy, albo w jakiś sposób wmówić wszystkim, że tak się zrobiło. Jeśli chce się wygrywać w wista, trzeba grać dobrze w wista – albo znaczyć karty. Pewnie znajdzie się ktoś, kto chciałby poczytać książkę o skakaniu; nawet o grze w wista; a nawet o tym, jak oszukiwać w wista. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał czytać książek na temat sukcesu. I na pewno nie takich, których setki o ile nie tysiące porozrzucane są obecnie po naszym rynku księgarskim. Można lubić skoki wzwyż, i można lubić karty; ale na pewno nikt nigdy nie lubił, nie lubi i nie polubi nieskładnych zdań uświadamiających mu, że skakanie to skakanie, albo że w grach wygrywają zwycięzcy. Gdyby ci twórcy, na przykład, postanowili wypowiedzieć się na temat tego, jak odnieść sukces w skakaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Skoczek musi mieć jasny cel. Musi pragnąć skoczyć wyżej, niż wszyscy inni skoczkowie. Musi pozbyć się całkowicie miałkich sentymentów, współczucia i litości (uwaga! bo jakże łatwo zarazić się dzisiaj nimi od angielskich patriotów czy przeciwników drugiej wojny burskiej) i za wszelką cenę dać z siebie wszystko. Pamiętać musi, że konkurencja w skokach jest szczególnie ostra i bezwzględna, i że, jak to doskonale wykazał wielki Karol Darwin, SŁABI ODPADAJĄ”. Brzmiałoby to, powiadam, mniej więcej tak, i na pewno najlepszy efekt przyniosło gdyby czytać to ściszonym głosem (i czyniąc dramatyczne pauzy) bardzo młodemu człowiekowi, który właśnie miałby wykonać skok wzwyż. Albo załóżmy, że w trakcie swych intelektualnych wędrówek nasz filozof sukcesu zająłby się drugim z wymienionych przez nas przykładów, graniem w karty. Prawdopodobnie, pełnym śmiałości głosem zacząłby obwieszczać: „Jeśli gra się w karty, jak ognia unikać trzeba częstego ostatnio błędu (powszechnego zwłaszcza wśród zniewieściałych humanitarystów i ideologów wolnego handlu), polegającego na tym, że pozwalamy przeciwnikowi wygrać. Nie, nie, nie – trzeba zacisnąć pięści i zęby, i walczyć aż do zwycięstwa. Epoka idealizmu i przesądów dobiegła końca. Żyjemy w czasach nauki i zdrowego rozsądku, nauka zaś niezbicie udowodniła, że w każdej grze, w którą gra się we dwójkę, JEŚLI JEDNA STRONA PRZEGRA, DRUGA WYGRA”. Nie da się ukryć, fascynujące; wyznam wszakże (z pewnym wstydem), że gdybym sam chciał pograć w karty, prędzej już zaopatrzyłbym się w małą książeczkę wyjaśniającą zasady gry. Jeśli nie chodzi o reguły, chodzi wyłącznie o talent lub o nieuczciwość; i zasadniczo chciałbym wykazać się albo jednym, albo drugim, a czym faktycznie mógłbym – to już nie mnie rozstrzygać.

Przeglądając popularne magazyny angielskie, raz po raz natrafia się na przedziwnych i zabawnych ludzi. Na przykład, czytałem niedawno taki ciekawy artykuł – „Instynkt, który czyni bogatym”, okraszony na pierwszej stronie wielkim portretem Lorda Rotszylda. Otóż na mój rozum, w kwestii bogacenia się istnieją tylko metody, uczciwe lub nie uczciwe; a jedyny „instynkt”, który przychodzi mi w związku z nią do głowy, to ten, który stara, prymitywna teologia chrześcijańska określała mianem „chciwości”. To wszakże ledwie dygresja. Teraz chciałbym zacytować tutaj kilka fragmentów odnośnego dzieła, stanowiących doskonały przykład typowego poradnika „człowieka sukcesu”. Takie są praktyczne; i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co powinniśmy zacząć teraz robić – „Nazwisko ‘Vanderbilt’[1] stało się synonimem bogactwa, którego zdobycie umożliwia nam obecny system. ‘Cornelius’, pierwszy z rodziny, był również pierwszym wielkim magnatem handlowym Ameryki. Zaczynał jako syn ubogiego rolnika; skończył jako najbogatszy człowiek swoich czasów.”

„Miał instynkt bogacenia się. Umiał korzystać z okazji, robić dobry użytek z możliwości, jakie otworzyło przed człowiekiem zastosowanie w transporcie morskim silnika parowego, i narodziny transportu kolejowego w bogatych acz nierozwiniętych jeszcze Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził kolosalną fortunę”.

„Oczywiście, nie możemy pójść za przykładem tego monarchy transportu dosłownie krok w krok. Okazje, które mu się nadarzyły, nam się już nie nadarzają. Okoliczności się zmieniły. Ale mimo to, możemy, stosownie do warunków naszego czasu, stosować te same co on metody; możemy korzystać z tych okazji, które się przed nami otworzą, i dać sobie przynajmniej szansę na zbicie fortuny”.

Podobnie osobliwe sformułowania pozwalają nam przynajmniej bezbłędnie zorientować się, co tkwi u podstaw wszystkich tego typu książek i artykułów. Nie chodzi o biznes; nawet nie o pospolity cynizm. Tylko o mistycyzm; straszliwy i wstrętny mistycyzm mamony. Autor tych akapitów nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie Vanderbilt doszedł do swoich pieniędzy, albo jak ktoś inny mógłby do nich dojść. Istotnie, kończy swój wywód jakimś niejasnym zarysem planu; który nie ma jednak nic wspólnego z Vanderbiltem. Jedyne, czego ten człowiek pragnął, to popłaszczyć się trochę przed misterium milionera. Bo jeśli naprawdę coś czcimy, kochamy to nie za jasność, ale właśnie za tajemniczość. Radujemy się faktem, że nasz bóg jest niewidzialny. Tak też, na przykład, gdy młody chłopak zakocha się w jakiejś dziewczynie, szczególnie podoba mu się w niej to, że jest nieracjonalna. Lub też pobożny poeta, pisząc na cześć Stwórcy, szczególną przyjemność czerpie z wersów takich jak „Jakże tajemnie Bóg ziemię przebiega” [2]. Otóż autor przywoływanego tu artykułu najprawdopodobniej nigdy nie miał nic do czynienia z żadnym bogiem, ani (co wnoszę z ekstremalnej niepraktyczności jego przemyśleń) nigdy naprawdę nie zakochał się w kobiecie. Niemniej, do swego osobistego bożka – Vanderbilta – odnosi się w sposób nie mniej mistyczny. Odczuwa przedziwną rozkosz z faktu, że wielkie bóstwo coś przed nim ukrywa. I dusza jego wpada w swego rodzaju zachwycenie szarlatana, ekstazę fałszywych proroków, mogąc udawać, że oto uchyla przed masami rąbka tej tajemnicy, o której sam nie ma pojęcia.

Mówiąc o instynkcie, który czyni bogatym, ten sam autor zauważa:

„W dawniejszych epokach doskonale zdawano sobie sprawę z jego istnienia. Starożytni Grecy uwiecznili ów instynkt w opowieści o królu Midasie, w wizji ‘złotego dotyku’. Oto człowiek, który zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Jego życie to jeden wielki marsz ku fortunie. Ze wszystkiego, na co w życiu natrafił, wyprowadzał natychmiast ów szlachetny kruszec. ‘Głupia legenda’, śmiali się mędrkowie czasów wiktoriańskich. ‘Prawda’, mówimy dzisiaj. Bo przecież widzimy takich ludzi na własne oczy. Wszyscy znamy, osobiście lub tylko ze słyszenia, tych, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko dotkną. Sukces podąża za nimi krok w krok. Ich droga wiedzie w górę, w górę, na sam szczyt. Nie znają, nie mogą znać, smaku porażki”.

No cóż, Midas niestety mógł poznać smak porażki; i poznał smak porażki. Jego droga nie wiodła w górę, w górę, na sam szczyt. Umarł z głodu, ponieważ ilekroć dotykał herbatników czy kanapki z szynką, zamieniały się w złoto. I to jest właśnie morał tej historii, choć autor nasz zmuszony był go dyskretnie przemilczeć, publikując swe dzieło tak blisko portretu Lorda Rotszylda. Stare bajki ludzkości stanowią, istotnie, źródło niezgłębionej mądrości; i nie wolno ich cenzurować w hołdzie dla pana Vanderbilta. Nie wolno przedstawiać króla Midasa jako człowieka sukcesu; z tego prostego powodu, że to człowiek, który poniósł porażkę, i to niezmiernie dotkliwą. Do tego wyrosły mu ośle uszy. I, jak wszystkie znaczniejsze persony, bardzo starał się to ukryć. Jego fryzjer (o ile pamiętam), proszony był o zachowanie w tej sprawie najwyższej dyskrecji; i jegomość ten, zamiast stać się energicznym biznesmenem ze szkoły sukcesu i zacząć szantażować króla Midasa, poszedł za miasto i rozpowiedział o tym skandalu trzcinom wodnym, które miały w związku z tym chwilę dobrej zabawy. Powiada się, że szeptały o tym ze śmiechem, gdy wiatr je kołysał. Spoglądam z nabożnym szacunkiem na portret Lorda Rotszylda; z nabożnym szacunkiem czytam o wyczynach pana Vanderbilta. Wiem, że nie wszystko, czego się tknę, zamienia się w złoto; ale też nigdy nie chciałem, żeby tak było, bo oprócz złota lubię na świecie kilka innych rzeczy, takich jak młoda trawa, czy dobre wino. Wiem, że ci ludzie naprawdę, w pewnym sensie, odnieśli sukces; że udało im się kogoś pokonać; że są królami, których wcześniej świat nie widział; że kreują rynki, i potrafią utopić w morzu całe kontynenty. A jednak, zawsze miałem wrażenie, że przy całej swej pompie cały czas usiłują ukryć coś przed światem, jakiś mały, wstydliwy fakt z prywatnego życia, który ich męczy – i czasem wydaje mi się, że słyszę niesione wiatrem śmiech i szepty trzcin.

Tak czy inaczej, miejmy nadzieję że przynajmniej absurdalne książki na temat „sukcesu” przykryje kiedyś sprawiedliwie kurz pogardy i zapomnienia. Bo nie uczą sukcesu, tylko snobizmu; stanowią swego rodzaju mroczną poezję światowości. Purytanie bez końca piętnują książki, które „rozpłomieniają żądze”; cóż powiemy o tych, które rozpłomieniają gorsze namiętności chciwości i pychy? Sto lat temu mieliśmy ideał sumiennego ucznia; małym chłopczykom mówiło się, że jeśli będą dość ciężko pracować, wszyscy zostaną burmistrzami. Było to głupstwo, ale męskie głupstwo, i to niepozbawione ziarenka prawdy moralnej. W naszym społeczeństwie oszczędność nie pomoże ubogim się wzbogacić, ale na pewno może pomóc im nabrać szacunku do siebie. Dobrze wykonana praca nie zrobi z nikogo bogatego człowieka, ale być może chociaż dobrego pracownika. Moralność „sumiennego ucznia” była niska i trochę prymitywna, fakt – była wszakże przynajmniej moralnością. A co powiemy o ewangelii, którą przekazują teraz światu współcześni „sumienni uczniowie”; otwarcie głoszący nam już nie nową moralność – a niemoralność?

Tłm. Maciej Sobiech

1. Cornelius Vanderbilt (1794-1877) – amerykański potentat transportu morskiego i kolejowego, a także założyciel rodu.

2. Aluzja do słynnego wiersza Williama Cowpera (1731-1800), angielskiego poety, pt. „God moves in a mysterious way”.