H. Robbins: Wielkie opóźnienie („The Last of the Realists”, 1946)

[Ilustracja: słynna].

Jeśli ktoś wszakże, obojętne w jakim kraju, nie zna intelektualnych i literackich fundamentów cywilizacji, i nimi pogardza, blisko mu do stanu kompletnego barbarzyństwa, tak też pytać trzeba nie tylko o to, na ile rozumie, co to znaczyć być człowiekiem, ale na ile jest człowiekiem.

Dom Pierre-Celestine Lou Tseng-Tsiang OSB

Gilbert Chesterton zmarł, można by wręcz napisać, wydzielając woń świętości, 14 czerwca 1936 roku. Dobrze pamiętam, jak spytawszy George’a MacDonalda1 – musiało to być około roku 1935 – czy Staruszek napisze jeszcze książkę na pewien temat, który nam obu wydawał się istotny. „Nie”, odpowiedział, „Staruszek poszedł prosto do nieba”. Wciąż pisał jeszcze o sprawach bieżących, lecz serce jego i uwaga znajdowały się już gdzie indziej.

„Dał się przybić do swych myśli jak do krzyża”, powiedział ojciec Vincent [McNabb], który jak mało kto wiedział chyba, co mówi. Kilka razy, gdzieś między jednym dowcipem a drugim, z których był tak słynny, ojciec zajrzał mu głęboko w oczy, i nie dostrzegł w nich spojrzenia szczęśliwego człowieka. Nie tryskał humorem, i nie zawsze był w dobrym nastroju, choć tego właśnie wielu od niego oczekiwało.

Zawsze byłem przekonany, że nie umykał mu niemal żaden istotny element rzeczywistości, niezależnie, jak wyglądała i jak miała wyglądać. Wiedząc to wszystko – jak mógł być szczęśliwy? Zapewne zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, gdzie polityczna i gospodarcza ślepota prowadziły powoli jego ojczyznę, nie mówiąc już nawet o Lidze [Dystrybucjonistycznej] i czasopiśmie, które stworzył.

Spory, które miały podzielić Anglię od końca do końca, omal nie rozerwały ich na strzępy. Anglia nie mogła uniknąć tego losu, ponieważ naród musiał zdecydować w którą stronę chce iść. Natomiast sama natura tych sporów pozostawała w sprzeczności z dystrybucjonizmem, i sam akt decyzji prowadził do zniszczenia ruchu, choćby tylko ubocznie.

Pani Sheed [Masie Ward], technicznie mówiąc, słusznie napisała, że G.K.’s Weekly umarł wraz ze swym założycielem. Pismo ukazywało się jeszcze jakieś dwa lata, dopóki nie przekształciło się – pod redakcją mojego drogiego przyjaciela, Reginalda Jebba2, z którym nie bez bólu, lecz wielokrotnie musiałem się nie zgodzić – w The Weekly Review. Natomiast faktycznie, powiadam, pani Sheed ma rację, ponieważ od czasu śmierci Chestertona zamieniło się ono właściwie w organ politycznej prawicy, tym samym sprzeniewierzając się zasadom dystrubucjonizmu, odrzucającego ten idiotyczny podział ludzkości. Wciąż pamiętam szok, jakiego doznałem w lecie 1938, gdy wchodząc do redakcji ujrzałem na wszystkich oknach wielkie plakaty reklamujące Klub książki prawicowej.

Trzeba mi dać tutaj ogólny zarys tych wszystkich wydarzeń, które a długo zahamowały rozwój ruchu dystrybucjonistycznego.

Jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych rozdziałów, pierwsze ostrzeżenia pojawiły się już podczas słynnego lockoutu w przemyśle węglowym, w roku 1926, gdy należało dołożyć wszelkich starań, aby nie zajmować żadnego stanowiska w sprawach niedotyczących bezpośrednio programu ruchu. Za życia Staruszka, miało miejsce jeszcze ledwie jedno takie wydarzenie. W 1935, gdy Włochy przypuściły inwazję na Abisynię, spora grupa naprawdę szczerych dystrybucjonistów uważała, że G.K.’s Weekly nie publikuje wystarczająco jednoznacznych opinii negatywnych. Chesterton odpowiadał niechętnie, i mało zdecydowanie, twierdząc, że wie pewne rzeczy, które pozwoliłyby zobaczyć problem w innym świetle. Bez wątpienia chodziło o niezaprzeczalny fakt, że wszystkie działania Anglii, łącznie z sankcjami i operacjami floty morskiej, sterowane były przez grupę „złotych magnatów”, którzy prowadzili w Abisynii spore interesy i nie bardzo chcieli pogodzić się z perspektywą, że odtąd to Włochy będą korzystać z jej surowców, a nie oni. A jednak, choć istotnie fakt ten był niezaprzeczalny, trudno porównać go nawet do wskrzeszenia niegodnego imperializmu, z którym wszelkie cywilizowane narody – jak mniemano – zdążyły się już pożegnać. Ze względu na te wydarzenia, z Ligą i gazetą pożegnał się pan A.M. Currie3, ja zaś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to on miał w tej sprawie zupełną rację. Ilu jeszcze odpadło, nie sposób odgadnąć.

Naprawdę istotne podziały wszakże, zaczęły pojawiać się już po śmierci Staruszka, która niemal dokładnie zbiegła się w czasie z początkiem buntu Franco w Hiszpanii. Pamiętam, że przy pewnej okazji, Chesterton bronił wolności dystrybucjonistów słowami: „Prawdziwe to, choć i bolesne, że dystrybucjonista może pozostać całkowitym abstynentem”. W kwestii hiszpańskiej przynajmniej, zasada ta obowiązywała z pełną mocą. Hiszpańską wojnę domową każdy osądzić musiał we własnym sumieniu. Sprawa ta nie miała najmniejszego związku z dystrybucjonizmem, choć prawica zachowywała się tak, jak gdyby chodziło o być albo nie być całej cywilizacji, a Credo in Franconem na dniach włączone zostać miało do artykułów nicejskiego wyznania wiary.

Jak podszedłby do rzeczy sam Staruszek pozostaje w sferze domysłów. Na pewno jednak nie wpadłby w pułapkę bezkrytycznego uwielbienia dla generała Franco, które tak często cechowało jego nominalnych następców. Osobiście mniemam, że odzyskałby dawną formę docierając aż do sedna problemu; i że koncepcja, jakoby Hiszpanię katolicką ocalić mieli „mauretańscy piraci” z Afryki Północnej wywoływałaby u niego tylko salwy śmiechu. I śmiech ten, jakże ciepły, usunąłby raz na zawsze wszelkie złudzenia.

G.K.’s Weekly opowiedział się całkowicie i bez zastrzeżeń po stronie generała, i ta błędna decyzja poskutkowała głębokimi podziałami wśród jego czytelników.

Wiele periodyków, rzecz jasna, nie tylko że popierało Franco w czasie trwania konfliktu, ale i biło tę pianę jeszcze siedem lat później. Przyjemny skutek tego taki, że nikt już nie zwraca najmniejszej uwagi, co mówią one na temat innych problemów.

I znów, po raz kolejny muszę przytoczyć tutaj osobiste świadectwo. Senor Jose Antiono de Aguirre, de jure prezydent narodu baskijskiego, to człowiek nie tylko wielkiej odwagi, ale i wielkiej uczciwości. Samo to nie przesądza o prawdziwości jego opinii: ale na pewno zapewnia mu wiarygodność, gdy mówi o tym, co zna z pierwszej ręki. W roku 1945 opublikował książkę Wolność to ciało i krew. Dwukrotnie także próbowano, pierwszy raz w roku 1931, wyciągnąć z niego choć słowo poparcia dla antyrepublikańskiej rewolty.

Stwierdza także: „Kategorycznie mogę stwierdzić, że ofiary reżimu generała Franco są wielokrotnie liczniejsze, niż ofiary małej grupy pro-republikańskich oportunistów”.

Cytatem wszakże zapewne jeszcze bardziej istotnym, bo rozbijającym w puch wszelkie perory, jakoby prawica kierowała się bardziej wiarą religijną niż interesem politycznym, jest ten: „Do roku 1935 sprawy nie dało się rozwiązać. W tymże roku papież mianował monsignora Tedeschiniego (w tamtym czasie nuncjusza apostolskiego a Hiszpanii) kardynałem, i nadał przywilej przekazania mu kapelusza prezydentowi Republiki, Alcali Zamorze. Ceremonia odbyła się, z zachowaniem wszelkich honorów, w pałacu prezydenckim. Prawica odmówiła uczestnictwa, mając w głębokiej pogardzie szczere wysiłki monsignora Tedeschiniego dążące do skłonienia jej do współpracy z rządem republikańskim. Lewica odmówiła uczestnictwa ze względu na strach przed oskarżeniem o tendencje klerykalne”.

Prawica jest niezmiernie katolicka, jeśli Kościół tańczy ja mu zagra. Jeśli nie, przestaje być tak miło. Nie zapominajmy, że to duchowi spadkobiercy Karola V dokonali sacco di Roma w 1527, i że to Filip II wypowiedział w 1556 wojnę papiestwu. Tego wilka przynajmniej, natura naprawdę ciągnie do lasu.

Polityka Stolicy Apostolskiej była najzupełniej właściwa. W trakcie konfliktu, choćby najdelikatniejsze wyrazy wsparcia dla rządu Franco nigdy się nie pojawiły. Nie należy zapominać, że Kościół normalnie uznaje każdy rząd de facto uznawany za legalny. Jest tak zawsze, z oczywistych przyczyn, i tak też było w tym wypadku. Jedyny dokument, który uważa się (całkowicie błędnie) za dowód rzekomego papieskiego poparcia dla generała Franco to list polecający, który napisał dla nuncjusza delegowanego do nowego rządu po tym, jak rebelia odniosła zwycięstwo. Ukazuje on prawdziwe intencje ojca świętego mniej więcej w takim samym stopniu, jak wszystkie listy tego typu. Można opublikować je wszystkie – bez wątpienia ukaże się naszym oczom nie jeden, a stu zbawców cywilizacji. Niemniej ludzie rozumni wiedzą, czym one tak naprawdę są – zbiorkiem kurtuazyjnych formułek przedstawiających politykom nowego ambasadora, i niczym więcej.

Pan Belloc często zwykł mówić (i słusznie), że w sprawach europejskich „probierzem jest kwestia polska”.

W sprawach hiszpańskich, możemy z równą słusznością dodać, „probierzem jest kwestia baskijska”.

Gwoździem do trumny okazała się, pod koniec roku 1936, paskudna sprawa abdykacji Edwarda VIII.

To kolejny przypadek, w którym każdy powinien wydać osąd we własnym sumieniu. Dla dystrybucjonizmu, historia ta nie miała żadnego znaczenia. Kryzysy owe, jak powiedział to zgrabnie pewien mój przyjaciel, pozostawiły kraj w stanie „załamania emocjonalnego”.

Czytelnicy G.K.’s Weekly i działacze Ligi również się załamali. Gdy wybuchała wojna 1939-45, po dystrybucjonizmie nie było już śladu.

Przeł. Maciej Sobiech

1George MacDonald (?) – jeden z najbardziej wpływowych działaczy ruchu dystrybucjonistycznego, współpracownik Belloca, latynofil, zwolennik skrajnej prawicy, acz ze względów taktycznych (tropiciel bolszewickich jaczejek).

2Reginald Jebb (?-1977) – dystrybucjonista, dziennikarz, zięć Belloca. Redaktor naczelny The Weekly Review (tytułu, który zastąpił G.K.’s Weekly). Publicysta o proweniencji skrajnie prawicowej.

3(?) – dystrybucjonista, publicysta G.K.’s Weekly, zwolennik utworzenia Partii Dystrybucjonistycznej.

[Tekst jest fragmentem większej całości, którą można nabyć np. tutaj: https://www.amazon.com/Last-Realists-Distributist-Biography-Chesterton/dp/1932528016; zachęcam do lektury]

G.K. Chesterton: Nieporozumienie w sprawie reakcji ( „G.K.’s Weekly”, 15 III 1934)

[Ilustracja: papież Pius XI, potępiciel Akcji Francuskiej]

Oto oskarża się mnie o dyplomatyczne manewry, w sposób, który prawie że mi schlebia: pewien czytelnik pisze do mnie w liście, że nasze stanowisko w sprawie obecnej sytuacji austriackiej to jego zdaniem fasada, skrywająca jakiś mroczny sekret, którego nie chcę ujawnić. Ależ, przecież z chęcią bym go ujawnił! Jest on jednak najwyraźniej tak mroczny i dyplomatyczny, że mnie samemu jeszcze go nie ujawniono. Co myślę o Austrii jako kraju, podobnie jak o historycznej genezie jej obecnych trudności, wyjaśniłem, obawiam się, aż nazbyt drobiazgowo w trzech czy czterech artykułach, kilka miesięcy wcześniej. Jeśli do podobnie obszernego wyjaśnienia trzeba coś dodać, z chęcią dodam. Teraz pozostaje stwierdzić tyle, że istnieje coś takiego, jak austriacka tradycja – nie tylko w sensie mechanicznym czym liczbowym, ale prawdziwym; że, z historycznego punktu widzenia, popierać austriackich nazistów to popierać nie Austrię, ale sprusaczone Niemcy; austriackich komunistów zaś – również nie Austrię, ale rosyjski bolszewizm. Powody odrzucenia zarówno nazizmu jak i bolszewizmu przedstawiałem tutaj wystarczająco często, aby każdy mógł zrozumieć, że w porównaniu najbardziej przemawia do mnie opcja numer trzy. Pan Porter wszakże, zaczyna od aksjomatu znacznie prostszej natury.

„Wielu utrzymuje”, zauważa, kręcąc przy tym poważnie głową, „wielu utrzymuje, że Kościół Katolicki (Kościół, nie katolicy), nie cofnie się przed największą okrucieństwem, byle utrzymać władzę”. Cóż, wielu utrzymuje również wiele innych, podobnych rzeczy, choć może już nie tak wiele, jak niegdyś. Dawniej wielu uważało, na przykład, że to papiści wywołali wieli pożar Londynu; dziś zaś chodzi po tej ziemi całkiem sporo osób, wykazujących w kwestii „papistowskich spisków” podobny poziom wykształcenia. Wielu do dzisiaj wierzy, że katolicy dają swoim spowiednikom spory napiwek w zamian za rozgrzeszenie; po przyjęciu pieniędzy, ksiądz natomiast rzecz jasna ceremonialnie uchyla biretu. Wielu nieco mniej wyrafinowanych intelektualnie mieszkańców Środkowego Zachodu czy „czarnego pasa” Stanów Zjednoczonych Ameryki święcie wierzy, że Rycerze Kolumba uroczyście przysięgają kijem wybijać mózgi niemowląt wszystkich innych wyznań; i prosta wiara takich ludzi trwa niewzruszenie wobec najbardziej nawet oczywistych dowodów, świadczących przeciw. To ten sam lud wierny był swego czasu przekonany, że jeśli katolik kiedykolwiek zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, natychmiast przyleci do Ameryki w wielkim, białym samolocie papież, zamieszkać w Białym Domu. Nie sądzę, by można było powiedzieć, że w wypadku którejkolwiek z tych grup obiektywne poczucie faktów przeważało nad subiektywnym czuciem religijnym. Sądzę jednak, że wszystkie one bez wyjątku wykazują więcej rozsądku i zdrowia psychicznego, niż ci, którzy twierdzą, że Kościół Katolicki stoi za obecną falą reakcji w Europie. Jak by nie spojrzeć, ledwie niewielu Anglików, nawet najbardziej oświeconych, wpadło na pomysł, by ukryć się pod konfesjonałem i podsłuchiwać spowiedzi; i niewielu Amerykanów, nawet najbardziej przedsiębiorczych, zdecydowało się wstąpić w szeregi Rycerzy Kolumba. Wszyscy mamy jednak oczy i tymi oczami możemy dostrzec fakty wielkie dziś jak cała Europa – które to fakty jasno przeczą najnowszej wariacji na temat papistowskich spisków, jaką popełnił pan Porter.

Osłupiające jest zauważyć, jak ludzie mogą dostrzec najbardziej nawet oczywiste i oszałamiające fakty, niczego się z nich nie ucząc, ani nawet niczego nie widząc. Jeśli jest zaś coś oczywistego i oszałamiającego w nowoczesnym ruchu politycznym, jaki zaczął się wraz z powstaniem faszyzmu, to jest tym to, że pierwotnie był to ruch całkowicie sekularny, a momentami nawet wprost antyklerykalny. Co z tego wynika dla kogokolwiek, kto jest w stanie pojąć jakiekolwiek wynikanie, to zaś fakt nie takiej znów małej wagi: że zarówno pragnienie porządku i pragnienie wolności, tak jak pokusa anarchii i pokusa tyranii, to owoce natury: ludzkiego umysłu i serca takimi, jakimi one są; że pojawiały się one, raz za razem, gdy ludzkość tkwiła jeszcze całkowicie w pogaństwie, na długo, zanim komukolwiek śniło się coś takiego, jak Kościół Katolicki. Pod koniec wieku osiemnastego, gdy pan Porter mógłby znaleźć znacznie więcej ludi podzielających jego poglądy, niż obecnie, w wieku dziewiętnastym, gdy wciąż jego ideowych pobratymców dało się określać mianem „wielu”, rozwinęła się stopniowo legenda, wedle której świat naturalnie przechodzi od despotyzmu do demokracji. Z nią, powstała legenda druga: że Kościół opowiadał się zawsze, i zawsze będzie się opowiadał, po stronie despotów. Gdyby ci, którzy powielali takie legendy, mieli jakąkolwiek znajomość historii Kościoła, czy jakkolwiek obiektywną i merytoryczną znajomość historii świata, wiedzieliby, że ich generalizację z ledwością można naciągnąć tak, by obejmowała pięćdziesiąt lat z dowolnego okresu z przeszłości: Kościół, owszem, ze strony ludzkiej, jako mediator, nie raz opowiadał się po stronie despotów, podobnie jak wszelkich innych ludzi i rzeczy. Jednak nie w kwestii obrazoburstwa; nie w kwestii inwestytury; ani nie w kwestii nowych teorii despotyzmu, jakie narodziły się zaraz po Wielkiej Wojnie. Z najsławniejszą zaś i najbardziej światłą z nich, tą głoszoną przez Action Francaise, poszedł na otwarty i wściekły konflikt.

Nasi humanitaryści bez jasnych poglądów wciąż starający się dowieść, śmiejąc się w twarz faktom, że to papiści podpalili Londyn i że to papież, wbrew wszystkiemu, co powiedział i napisał, rozpętał obecną burzę plemiennego militaryzmu, zupełnie rozminęli się z istotą kwestii: z dokładnie tego samego powodu, który nie pozwala się podobnym ludziom czegokolwiek nauczyć; bo nauka ta, uderzyłaby w nich samych. Dogmat, który faktycznie zaniknął, iluzja, która rzeczywiście się rozwiała, to pogląd, stanowiący fundament ich wszystkich innych poglądów. Wyznawane przez cały wiek dziewiętnasty przekonanie, że ludzkość, wolna od jarzma Kościoła, i bez konieczności szukania pomocy u Boga, z własnej natury będzie coraz lepsza i bardziej liberalna. Prawda jest jednak taka, że ludzkość – z całą pewnością bez Kościoła, a do pewnego stopnia nawet i z nim, będzie zawsze taka, jaka była: błądząc w ciemności i rzucając się ze skrajności w skrajność; naprawiając to, co w starych ustrojach niesłuszne i po wieczność walcząc z pokusą zapomnienia o tym, co w nich sprawiedliwe; w nastroju rewolucyjnym przypadkowo atakując religię, nie potrzebując jednak żadnej jej pomocy w rozgrzewaniu nastrojów reakcyjnych. Reakcja następuje wtedy, gdy coś stanie się po ludzku po prostu nudne; demokracja zaś, skombinowana z industrializmem i parlamentarną korupcją, stała się nudna. Wskazawszy te podstawowe błędy w sferze idei, zajmę się następnie sferą faktów – z których wszakże niemal wszystkie również są błędami.

Tłm. Maciej Sobiech

H. Belloc: Polityczna teoria Rewolucji („Rewolucja Francuska”, 1911)

(Henry Singleton (1766–1839), „Zdobycie Bastylii”)

Teorię polityczną, mocą której dokonała się Rewolucja, wyśmiewano już – i szczególnie w tym kraju – jako lokalną, efemeryczną i błędną. Jest to teoria uniwersalna, wieczna i prawdziwa.

Można ją krótko sformułować jak następuje: że wspólnota polityczna roszcząca pretensje do suwerenności, do moralnego prawa obrony swojego istnienia wobec innych wspólnot politycznych, czerpie polityczny i doczesny autorytet swych praw nie od tych, którzy nią w danym czasie rządzą, nie od systemu sądownictwa nawet, ale z siebie samej.

Społeczność owa wszakże nie może działać z autorytetem, o ile nie posiada zdolności do inicjatywy zbiorowej; to znaczy, o ile masa jej jednostek składowych nie potrafi współdziałać celem znalezienia wyrazu dla powszechnych nastrojów, nie ma świadomości woli powszechnej, i nie wykazuje tej powszechnej jedności, która sprawia, że jako całość wspólnota owa rzeczywiście jest suwerenna.

Może być i tak, że zdolność do inicjatywy zbiorowej, i wiążącego się z nią wyrazu nastrojów zbiorowych, to rzecz niedostępna rodzajowi ludzkiemu. W takim wypadku coś takiego jak wspólnota suwerenna zwyczajnie nie może istnieć. W takim wypadku „patriotyzm”, „opinia publiczna”, „geniusz ludu” to pojęcia bez treści. Niemniej, rasa ludzka w każdym miejscu i w każdym czasie uznawała zgodnie, że takie pojęcia mają treść, i przekonanie że wspólnota ludzka może właśnie na tych zasadach żyć, kierować sobą i być sobą, pozostaje w zupełnej zgodności z ludzką naturą i ludzkim poczuciem dobra i zła; stanowi ono znacznie bardziej fundamentalny element tej natury niż powszechne wszystkim przypadłości, determinujące ludzkie życie, jak odżywianie, rodzenie i odpoczynek; więcej – znacznie bardziej fundamentalny, niż cokolwiek, co dotyczy ciała.

Niniejsza teoria moralności politycznej, choć w praktyce może degenerować się na nieskończoną ilość sposobów, stanowi punkt odniesienia dla każdego, kto twierdzi, że pojmuje życie państwowe jako kwestię sumienia obywateli. Na niej właśnie opiera się każdy protest przeciwko tyranii, i każde potępienie obcej agresji.

Ten, który w sercu swym pała płomiennym afektem do jakieś konkretnej maszynerii politycznej na rządzenie ludźmi, który uznaje, na przykład, sakramentalną funkcję monarchów dziedzicznych (jak w Rosji), organiczny charakter rodzimej oligarchii (jak w Anglii), mechaniczną instytucję wyborów większościowych, a nawet (w sytuacjach kryzysu) szaloną determinację, a zatem także prawo do szalonych i rozstrzygających działań, wielkich mas ludzkich, za rzecz kluczową dla zachowania bytu państwowego, zawsze – jeśli którekolwiek z tych narzędzi zawiedzie go i nie przyniesie skutków, których pragnął dla swego kraju – powróci ostatecznie do doktryny wspólnoty suwerennej. Będzie udowadniał, że choć jego ideały przepadły w wyborach, to prawdziwie narodowa tradycja i prawdziwie narodowy sentyment są po jego stronie. Jeżeli broni działań rodzimej oligarchii przed atakami trybunów ludu, czyni to zawsze argumentując (mniej lub bardziej otwarcie), że oligarchia ta lepiej wyraża ducha narodu, wspólnoty, niż sztucznie wytworzona opinia powszechna, z demagogami (jak będzie ich nazywał) w charakterze jej tub. Nawet jeśli będzie potępiał kogoś za to, że ten miał czelność skrytykować dziedzicznego monarchę lub ograniczyć jego prerogatywy, potępi go na podstawie przeświadczenia, że taki czyn to rzecz antynarodowa, antywspólnotowa; i, jednym słowem, nikt, kto twierdzi, że jest zdrowy na umyśle, nie może przeciwstawić się w sprawach doczesnych i politycznych ostatecznemu autorytetowi tego, co w powszechnym przekonaniu stanowi (choć jakże trudno to zdefiniować!) ogólne poczucie obywatelskie, z którego bierze się państwo.

Widząc te słowa, „doczesny” i „społeczny”, musi czytelnik przejść do następnego problemu; do tego, że nawet wspólnota suwerenna nie jest autorytetem najwyższym.

Każdy, kto rozważył naturę własną i swoich bliźnich musi przyznać, że najwyższym autorytetem w każdej sprawie jest Bóg. Albo, jeśli imię „Bóg” wygląda we współczesnej angielskiej książce zbyt nienaturalnie, możemy też użyć terminu, który dla wielu zajmuje obecnie jego miejsce (choć jest bardzo niedoskonały): „zmysł moralny”.

Tak też gdyby ktoś zebrał w jakimś miejscu społeczność złożoną z kilku rodzin, tak niemoralnych albo tak zdesperowanych, że, wbrew głosowi własnych sumień i z pełną świadomością, że to, co planują, jest czymś, co określamy mianem zła, jednogłośnie zdecydują się to jednak uczynić, ich porozumienie, choć z pewnością nie można udowodnić tego z żadnego autorytetu o charakterze doczesnym bądź politycznym, nie daje się usprawiedliwić. Obowiązuje tu bowiem jeszcze inny autorytet. Jeszcze łatwiej można by to dostrzec w wypadku, w którym z, powiedzmy, dwunastu rodzin siedem zdecydowałoby się (wiedząc, że to, co chcą zrobić, jest złem) uczynić jakieś zło, pięć zaś opowiedziało się po stronie dobra – a mimo tego uznano by ostatecznie, że siedem do pięciu to wystarczająca większość i wystarczający autorytet na usprawiedliwienie niegodziwości.

Należy wszakże zauważyć, że ten aksjomat obowiązuje wyłącznie w tych wypadkach, w których autorytet prawa moralnego (Boga, jak autor niniejszej książki, z całym szacunkiem do czytelników, wolałby to ujmować) jest uznawany, a mimo tego świadomie lekceważony. Jeśli owe dwanaście rodzin z pełną szczerością wierzy, że takie a takie działanie jest słuszne, wtedy – wprowadzając swoje założenia w czyn – nie tylko dysponują one pełnym autorytetem doczesnym i politycznym; ale i pod każdym względem absolutnym; i dalej, jeśli wobec jakichś podziałów większość z nich, być może nawet nie bezwzględna, a być może nawet wcale nie większość, tylko jakaś decydująca siła w ramach ich opinii publicznej – decydująca ze względu na determinację i wagę, a nie tylko liczby – ogłosi jakieś postępowanie za słuszne, w takim wypadku owa decydująca waga tej właśnie opinii nadaje temu postanowieniu autorytet nie tylko doczesny i polityczny, ale absolutny. Nie ma poza nią i ponad nią żadnej instancji, do której można by się odwołać.

Innymi słowy, można sprawiedliwie potępiać – i istotnie, zrobiono to już na tysiące sposobów – teorię, wedle której decyzja większości danej grupy z definicji musi być słuszna. Oczywistością, skoro już o tym mówimy, jest, iż jeśli jedna wspólnota suwerenna zdecyduje tak, a druga – również suwerenna – odwrotnie, to obie nie mogą mieć naraz słuszności. Wielu ludzi rozumnych protestowało również, i też nader sprawiedliwie, przeciw koncepcji, wedle której decyzja podjęta przez większość danej społeczności, a nawet (co tym bardziej imponujące) jednogłośnie, nie tylko może być zła, ale może także dotyczyć czegoś, o czym wspólnota owa nie ma prawa decydować, ponieważ – choć posiada niewątpliwie autorytet doczesny i polityczny – czyniąc tak sprzeciwia się najwyższemu autorytetowi, jakim jest w tym wypadku jej własna świadomość dobra i zła1. Można – i zupełnie słusznie się to czyni – protestować przeciw koncepcji, wedle której wspólnota suwerenna nie jest zdolna rozmyślnie uczynić czegoś złego; jest do tego zdolna w takim samym stopniu, jak każdy pojedynczy człowiek. Nie da się wszakże – i tego nikt zgoła nigdy ani nigdzie nie robi – zaprzeczyć, że kiedy wspólnota polityczna działa zgodnie z własnym sumieniem, jest absolutnie suwerenna: nie ma alternatywy dla podobnie oczywistej prawdy.

Przyjmijmy zatem, jako rzecz niewątpliwą, że w sprawach politycznych wspólnota ma ostatnie słowo – choćby tylko na podstawie faktu, że żadna instytucja wewnątrz tej wspólnoty nie potrafiłaby dowieść swojego prawa do przeciwstawienia się woli powszechnej, w sytuacji w której wola ta zdołałaby się wyrazić.

Wszystkie argumenty, jakie kieruje się przeciw temu podstawowemu aksjomatowi etyki politycznej okazują się, po bardziej szczegółowej analizie, oparte na błędzie myślowym. Tak też wielu powie: „Doktryna ta wymaga od mojego kraju zrzeczenia się zwierzchności nad tym a tym narodem, gdybym wszakże się na to zgodził, osłabię ojczyznę, której wszak jestem winien lojalność”. Doktryna niniejsza nie wymaga od niego popadania w podobne nonsensy. Wspólnota polityczna, do której należy, może z pełną swobodą bronić swego bezpieczeństwa – i z całą pewnością będzie bronić swego życia. Rzeczą uciskanych jest protestować i walczyć.

Podobnie, myśli się nieraz, że doktryny tej nie da się pogodzić z apatią i głupotą, jakie przejawiają ludzie w swoim działaniu zbiorowym w rzeczywistym świecie. Tak jednak nie jest. Apatia, głupota i wszystkie inne czynniki, które ograniczają możliwości stosowania tej doktryny, w żaden sposób nie dotykają jej właściwych racji, tak jak fakt, iż mowa wszystkich ludzi jest niedoskonała, w niczym nie przeszkadza zasadzie, że każdy człowiek ma moralne prawo do auto-ekspresji. Że człowiek niemy nie może mówić, lecz musi pisać, nie tylko nie obala, ale raczej dowodzi prawdy o tym, że mowa stanowi dla człowieka podstawowy środek wyrazu; i na tej samej zasadzie istnienie wspólnoty politycznej niezdolnej do wyrażenia woli powszechnej nie obala, lecz dowodzi prawdziwości ogólnej zasady, że podobny wyraz i wprowadzanie w czyn podobnych decyzji to rzecz normalna dla ludzkości. Sama osobliwość kontrastu między normalnym a nienormalnym pomaga nam podjąć decyzję, i kiedy napotykamy lud podbity i nieumiejący się z tym pogodzić, ale niepodejmujący walki o niepodległość, albo lud wolny od obcego ucisku ale całkowicie bezradny wobec perspektywy samostanowienia, osobliwość tego zjawiska potwierdza regułę.

Lecz nawet jeśli to wszystko jest prawdziwe, nasz polityczny aksjomat konfrontuje się nie tylko z prostym i wtórnym zaprzeczeniem, ale i prawdziwą krytyką; i istotnie, wszyscy ludzie z jakąkolwiek znajomością samych siebie i swoich bliźnich natychmiast dostrzegają, że, po pierwsze, psychologia działania zbiorowego różni się zasadniczo od psychologii działania indywidualnego, i, po drugie, że proporcjonalnie do liczebności, aktualnego stanu debaty publicznej, braku bliskich relacji i – ogólnie mówiąc – wewnętrznych tarć każdej dużej grupy, akcja zbiorowa wspólnoty politycznej, zbiorowa samorealizacja i egzekwowanie woli powszechnej, wszystko to staje się albo bardzo trudne albo wprost niemożliwe.

Nie należy sobie nad tym strzępić języka. Wszyscy rozumni ludzie zgodzą się co do tego, że proporcjonalnie do dystansu, liczebności i złożoności warunków, auto-ekspresja staje się stopniowo coraz trudniejsza. W narodach dużej energii i siły możemy spotkać się czasem z brutalnymi, konkretnymi i ponad wszelką wątpliwość rzeczywistymi eksplozjami woli powszechnej; to jednak bardzo rzadkie. W wypadku ludów bardziej apatycznych, możemy próbować odzwierciedlić w pewien sposób wolę powszechną przy pomocy pracującej bez przerwy maszynerii rządów deputacyjnych, która pozwala dużej wspólnocie, być może w stopniu mniejszym niż jakikolwiek inny ustrój, wyrazić siebie względnie zgodnie z prawdą. Możemy polegać na poczuciu narodowym arystokracji bądź króla. W każdym wypadku wszakże, zdajemy sobie sprawę, że znaczniejsze wspólnoty polityczne, gdy idzie o trwały zarząd nad całością ich interesu, mogą wyrażać siebie wyłącznie pośrednio i w sposób dalece niedoskonały. Nasze pragnienie, być może nader płomienne, by zawsze pozostawać w zgodzie z wolą powszechną musi realizować się albo przez dążność do ustanowienia luźnej federacji małych, samorządnych państw, albo przez zgodę na to, by rządem centralnym państw większych wstrząsały okazjonalne insurekcje, stanowiące brutalny wyraz nastrojów społecznych, i mogące dostosować relacje rządzący-rządzeni do nowych warunków.

Wszystko to prawda: lecz podobna krytyka leżącej u podstaw Rewolucji teorii moralności politycznej, teorii wspólnoty suwerennej, wcale jej nie przeczy. Unaocznia nam tylko, że czyste prawa nie działają w sprawach ludzkich w sposób nieskrępowany, i że w pewnych warunkach może być z tym trudniej, niż w innych; nie zapewnia to ani krztyny powagi jakiejkolwiek alternatywnej tezie*.

Tak przedstawia się ogólna teoria Rewolucji, której mistrzowska biegłość Jana Jakuba Rousseau w języku francuskim zapewniła nieprzemijający wyraz w owej małej książce, której styl i spójność logiczną przyrównać można do jakiegoś solidnego i precyzyjnego dokonania sztuki mechanicznej. Zatytułował ją Umowa społeczna, i stała się ona wyznaniem rewolucyjnej wiary. Lecz choć być może żaden inny człowiek nie wyraził najpierwszej prawdy moralności politycznej tak znakomicie, prawda owa jest tak stara, jak świat; da się ją wychwycić w płomiennej retoryce setek przywódców politycznych, i to ona właśnie stoi u podstaw, a przynajmniej przejawia się w niektórych elementach, praw niezliczonej ilości wolnych państw. W języku angielskim jej najszlachetniejszą manifestacją jest prawdopodobnie Deklaracja niepodległości. I choć dokument ów to rzecz od rozprawy Rousseau późniejsza i (dzięki geniuszowi Jeffersona) czerpiąca z jej dziedzictwa co do niektórych swych elementów, jego język, a tym bardziej działania tych, którzy go napisali i weń wierzyli, wystarczą by wytłumaczyć co mam na myśli angielskim czytelnikom.

Z tą ogólną teorią wiążą się, z jednej strony, pewne kluczowe zasady bez których byłaby ona kompletnie pozbawiona treści, z drugiej zespół pomniejszych rozstrzygnięć tyczących się wyłącznie problemu konkretnej maszynerii politycznej. Owe zasady to rzecz absolutnie podstawowa dla demokracji. Rozstrzygnięcia pomniejsze zaś, pomimo całą popularność, jaką cieszyły się w czasie Rewolucji i sankcję, jaką Rewolucja im zapewniła – więcej: mimo tego, że od czasów Rewolucji są one wszechobecne, w rzeczywistości nie mają z teorią Rewolucji zgoła żadnego związku.

Typem pierwszego z tych dwóch zbiorów jest doktryna równości ludzi; drugiego – czysto „funkcjonalna” maszyneria zwana „reprezentacją”.

Doktryna równości ludzi jest doktryną transcendentalną: „dogmatem”, jak nazywa się podobne doktryny na polu transcendentalnej religii. Nie odnosi się do żadnej fizycznej rzeczywistości, którą moglibyśmy zaobserwować, i z ledwością tylko można przybliżyć ją za pomocą metafor wziętych ze świata zmysłowego. Możemy podjąć próbę jej racjonalizacji mówiąc, że to, co jest wspólne wszystkim ludziom, jest również nie tyle ważniejsze, co raczej nieskończenie ważniejsze, niż przypadłości, którymi się różnią. Możemy porównać elementy natury ludzkiej do trójwymiaru, natury jednostkowej zaś – dwuwymiaru; możemy powiedzieć, że każdy element naszej natury jest częścią powszechnej natury ludzkiej, i że wszyscy jesteśmy w tych sprawach równi potencjalnie. Żadna z tych metafor nie dociera do istoty rzeczy; i tym bardziej, żadna z nich nie zadowoli tych, dla których dogmat ten może okazać się niezrozumiały.

Ci muszą dotrzeć do tej prawdy metodą negatywną. Jeśli ludzie nie są równi, żaden popis jurysprudencji, żaden akt sprawiedliwości, żaden poryw ludzkiego gniewu, żadne, najwznioślejsze nawet poczucie braterstwa, zwyczajnie nie ma znaczenia. Prawdziwość doktryny równości ludzi, jak wielu innych wielkich doktryn transcendentalnych, może być dowiedziona z potencjalnych skutków jej nieprawdziwości. Wiara w nią, to rzecz ludzka – i wierzą w nią wszystkie żywe społeczeństwa.

Z pewnością natomiast, nie jest ludzką rzeczą dowieść, że ludzie są równi – chyba że, jak powiedziałem, negatywnie; nie trzeba wszakże wcale przesadnie wygórowanej inteligencji aby stwierdzić, że bez doktryny powszechnej równości wszelkie pojęcie wolności politycznej oraz moralnego prawa każdej wspólnoty do samostanowienia po prostu znika. Wierzyć w tę doktrynę w sensie pozytywnym, wierzyć w nią płomiennie, i w imię tej religijnej wiary zwoływać krucjaty, było dla Francuzów czymś wybitnie charakterystycznym. Trzeba było właśnie by ten swoisty i dziedziczny zapał religijny Francuzów, którzy przez tak wiele stuleci element po elemencie poznawali i objaśniali naturę ludzką, pozwolił rozmiłować im się w tej definicji i czuć ją, by tak rzec, nie tyle w duszy, co w kościach. Stali się oni dla tej teorii żołnierzami, i ich kolosalny marsz przez całą Europę, który nie bez trafności porównać można do ich wielkich przygód z wieku dwunastego, czasu krucjat, nie był inspirowany żadnym elementem doktryny wolności politycznej tak silnie, jak właśnie tak sformułowaną doktryną równości.

Pogarda, jaką powszechnie odczuwano w tamtych dniach wobec tej dumy, jaka częstokroć wiąże się z rzeczami niewrodzonymi naturze ludzkiej (najwyraźniej i najbardziej absurdalnie z czysto przygodnymi różnicami majątkowymi) nigdy nie była potężniejsza; a namiętne poczucie sprawiedliwości, owoc fundamentalnego w życiu społecznym dogmatu równości ludzkiej, które podczas Rewolucji pchnęło Francję do działań szaleńca, pchnęło ją także do działań prawdziwie twórczych.

Ci, którzy pytają, jakim cudem grupa rządzących, zmuszona mierzyć się wewnętrznie z gwałtownym konfliktem politycznym, a zewnętrznie z wielką wojną powszechną, znalazła w ciągu dwudziestu lat czas aby opracować kodeksy prawne, determinujące ustrój współczesnej Europy, położyć podwaliny pod powszechną edukację, pod ściśle bezosobowy typ administracji, a nawet w szczegółach odmienić materialny kształt społeczeństwa – jednym słowem: stworzyć nowoczesną Europę, jaką znamy dzisiaj – muszą zadowolić się taką odpowiedzią: że ta republikańska energia miała za swój ogień i podnietę dokładnie tę wizję: niemal fizyczne poczucie równości wszystkich ludzi.

Owe pomniejsze rozstrzygnięcia, które wplotły się w demokratyczną praktykę podczas Rewolucji, które nie wchodzą w skład jej źródłowych zasad i które, gdyby rozważano je w abstrakcji, nie miałyby wpływu na jej istotę, to już inna – i znacznie mniej szlachetna – sprawa. Jako typ wybrałem sobie tutaj maszynerię deputacji, względnie tak zwanej „reprezentacji”.

System reprezentacji opracowano dla bardzo konkretnych celów pod wpływem Kościoła, szczególnie zakonów monastycznych (które go wynalazły) w czasach średniowiecza. Używano go jako skutecznej przeciwwagi dla francuskiej monarchii narodowej, skutecznej formy wyrazu woli narodowej w czasie kryzysu albo takim, w którym inicjatywa całego narodu była szczególnie pożądana.

W miarę trwania wieków średnich w Hiszpanii system ów stał się rzeczą bardzo narodową i bardzo lokalną, funkcjonującą różnie w zależności od miejsca. Nie jest zatem niespodzianką, że Hiszpania (na której terytorium miały miejsce pierwsze eksperymenty z reprezentacją) zachowała go do dziś, jako system popularny i wciąż żywy.

W Anglii reprezentacja, żywotna jak wszędzie indziej w wiekach średnich, pod ich koniec zwiędła i uległa zepsuciu, a w wieku siedemnastym przemieniła się w zwykłą fasadę dla rządów arystokratycznych.

We Francji, niemal dwa wieki przed Rewolucją system ów całkowicie zarzucono, wciąż trwało jednak po nim żywe wspomnienie; szczególnie wspomnienie wartości, jaką okazał w momentach krytycznych, w których niezbędna były konsultacje z całym społeczeństwem, i kiedy tylko inicjatywa zbiorowa całego ludu mogła ocalić państwo od zguby.

Nie ma się więc co dziwić, że Francuzi, w przededniu Rewolucji krzyczeli o odrodzenie reprezentacji, czy też – jak nazywano ten system we francuskim języku – „Stanów Generalnych”. Niemniej, nikt w Europie nie miał najmniejszego pojęcia, w jaki sposób system ten – jako zwykła machina polityczna – mógłby przysłużyć się demokracji i jej właściwym celom. W Anglii na przykład, demokracji nie było – a reprezentacja nawet w założeniach nie miała z nią nic wspólnego. Naród zapomniał demokrację całkowicie, podobnie jak religię i stare ideały wieków średnich.

W tych częściach chrześcijaństwa, w których starożytna, chrześcijańska instytucja parlamentu nie skurczyła się do stanu zwykłej maski rządów oligarchicznych czy jednego z obyczajów prowincji, przestano z niej w ogóle korzystać. Starożytna funkcja reprezentacji, w czasie, gdy była najżywsza i najmocniejsza, to znaczy: w średniowieczu, okazjonalnie kierowała polityką narodu w momentach kryzysowych, ale generalnie służyła do regulacji podatków. W 1789 roku nikt nie zdawał sobie sprawy, co tak naprawdę może się stać z demokratycznym parlamentem.

Istniał wtedy ledwie jeden znaczniejszy przykład demokratycznej reprezentacji: Stany Zjednoczone; niemniej, warunki amerykańskie były całkowicie różne od warunków europejskich. Nie istniał tam jeszcze żaden prawdziwy rząd centralny; nie było żadnej w ogóle centralnej instytucji odziedziczonej po czasach minionych, czy to korony, czy obyczaju, czy praw. Wielkość społeczeństwa, któremu amerykańska reprezentacja wtedy przewodziła, nie dawała się porównać do dwudziestu pięciu milionów francuskich poddanych. A nawet w takiej sytuacji, większość ważnych spraw w życiu Amerykanów regulował system zaawansowanej autonomii lokalnej; jako iż populacja Amerykanów była równie nieliczna, co rozproszona, a los jej najlepszej części zależał od niewolników. W Europie, powtarzam, tego eksperymentu nie próbowano przeprowadzić; i jednym z największych błędów rewolucjonistów we Francji było to, że – zmuszeni w krytycznym momencie Rewolucji do skorzystania z instytucji wyborów i reprezentacji – uznali nieustanną pracę tego typu maszynerii za rzecz świętą i normalną dla państwa demokratycznego.

Prawda – nie mogli przewidzieć współczesnego parlamentaryzmu. Nic nie mogłoby być bardziej obce ich koncepcji państwa, niż owa ohydna metoda polityczna, którą parlamentaryzm pomału zaczyna wprowadzać wszędzie.

Prawda – lud francuski w czasie wojen rewolucyjnych rozstał się z teorią parlamentarną bardzo szybko, i zdecydował, że rzeczą bliższą duchowi narodu jest uznać zwierzchność żołnierza (zważając, że niemal wszyscy Francuzi byli wtedy żołnierzami), i ucieleśnić wolę narodową w osobie dyktatora.

Lecz choć francuscy rewolucjoniści nie mogli przewiedzieć tego, co nazywamy dzisiaj „parlamentaryzmem”, i choć społeczeństwo, z którego się wywodzili, szybko pożegnało się z oligarchicznymi tendencjami własnego parlamentu kiedy wymagały tego warunki zmagań narodowych, naprawdę odnosili się oni do maszynerii reprezentacji i wyborów z niemal absurdalnym nabożeństwem.

Posunęli się do tego, że próbowali wkomponować ją także do zamierzonej reformy Kościoła; wprowadzali ją do wszystkich elementów systemu państwowego, od najważniejszych do najmniej istotnych. Przez moment bawili się tym złudzeniem nawet w jednej z najbardziej poważnych zabaw, w jakich ludzie mogą uczestniczyć – w kwestiach militarnych: pozwolili wyłaniać oficerów na drodze głosowania. Przyczyną tego był bardzo częsty błąd, bardziej wybaczalny w ich wypadku niż w naszym, polegający na pomyleniu woli indywidualnej z powszechną. Reprezentant (myśleli) mógł w pewien sposób pozostawać w stałym kontakcie ze swym elektoratem. Wydawało im się, że inicjatywa zbiorowa jest zawsze wystarczająco żywotna, niezależnie od wszelkich podziałów i podpodziałów, aby w każdym momencie wpływać na delegata, powozić nim jak zwierzęciem użytkowym, albo rozkazywać mu jakby był służącym.

I na próżno Rousseau, wielki interpretator teorii demokratycznej, mocą której Francja starała się działać, przestrzegał potomnych przed możliwymi skutkami wprowadzenia systemu reprezentatywnego: popadli w ten błąd, i wiele z ich dzieci wciąż nie potrafi się z niego wyzwolić.

Przenikliwy umysł Rousseau nie odkrył tak naprawdę nic innego od ogólnej prawdy, że ludzie pod władzą systemu reprezentatywnego są wolni wyłącznie wtedy, gdy ich reprezentanci nie obradują. Niemniej (jak to często bywa z intuicjami geniuszy) choć nie dostrzegał on wszystkich elementów tego zła, udało mu się trafić w samo sedno, i z tej kluczowej i sprawiedliwej zasady, którą opracował – że pod zwykłą władzą reprezentatywną ludzie nie mogą osiągnąć prawdziwej wolności – biorą się wszystkie nieszczęścia, jakie – jak już teraz wiemy – łączą się z tą formą rządów. Część tej prawdy stanowi także to, co w niezdarnym cokolwiek epigramie określone zostało mianem „wyniosłości wybranych”2. Jawne oczom widowisko, w którym współcześnie rządzone parlamentarnie narody wciągane są wbrew swojej woli w system ekonomiczny, który je obrzydza, ma swoje źródło w tej samej prawdzie; z tej samej prawdy pochodzi ewidentna i serdeczna pogarda, w jaką popadły wszędzie parlamentarne instytucje – a także inna jeszcze, pochodna temu wszystkiemu zaraza, mianowicie: to, że przedstawiciele stali się dziś bardziej służalczy od swego elektoratu, i że we wszystkich rządzonych parlamentarnie krajach depozytariuszami władzy pozostaje ledwie kilku niegodnych intrygantów, którzy wysługując się instytucjom finansowym sprawiają, że ostatecznie rządzi nami wszystkimi banda lichwiarzy. Rousseau, powiadam, najważniejszy prorok Rewolucji, przestrzegał Francuzów przed tym niebezpieczeństwem. To kapitalny przykład jego talentu – bo przecież demokratycznego eksperymentu jeszcze w jego czasach nie przeprowadzono. Lecz czymś znacznie większym jest ta jego osobista moc, dzięki której wybił ze złota demokracji monety z godłem, którego nigdy wcześniej nie widziano na świecie. Nie ma człowieka, który potrafiłby stworzyć samemu lud czy jego wiarę – Rousseau wszakże jak nikt wcześniej stał się głosem wiary swego ludu, i czymś wartym wysiłku, a wręcz niezbędnym, jest dla każdego, kto stara się zgłębić dzieje Rewolucji, przemyśleć na początku przemożny wpływ, jaki wywarł Rousseau na tych, którzy w latach 1789-94 zmienili kształt Europy.

Z jakiego powodu zdominował on całe te pięć lat – i w jak to możliwe, że jego dominacja z każdą chwilą stawała się coraz większa?

Wyjaśnienie siły wpływu Jana Jakuba Rousseau zasługuje na osobną dygresję, jako iż ledwie niewielu spośród posługujących się językiem angielskim postarało się zrozumieć jej naturę, w salach akademickich zaś, różni prowincjusze z pełną beztroską zajmowali się tym wielkim pisarzem tak, jak gdyby był od nich kimś zwyczajnie pośledniejszym.

Przeł. Maciej Sobiech

1 Starałem się jak najlepiej oddać niedbały tok tego akapitu [wszystkie przypisy „pod cyfrą” pochodzą od tłumacza – tłumacz].

* Nie musimy marnować czasu na tych, którzy gadają, że taka a taka forma rządu jest dobra ponieważ „działa”. Używanie podobnego języka świadczy o tym, że używającemu ewidentnie znudziło się myślenie. Bo co to znaczy „działać”, czyli dobrze funkcjonować, w jakiejkolwiek sferze? Osiągać właściwe tej sferze cele. Jaki jest cel istnienia państwa? Jeśli chodzi o dobrobyt materialny, to można dać sobie spokój z patriotyzmem, narodem, opinią publiczną i innymi rzeczami, które – jak bardzo dobrze wiemy – ludzie zawsze uważali i zawsze będą uważać za najważniejsze sprawy interesu publicznego. Jeśli zaś celem nie jest dobrobyt materialny, ale poczucie wolności politycznej i obywatelskie prawo reakcji na działania państwowe, mówić że jakaś instytucja „działa” choć pozornie sprzeciwia się demokracji to mówić tyle, że w takich a takich warunkach instytucja owa najpełniej realizuje demokratyczne cele. Innymi słowy, „obalanie” teorii demokratycznej przy pomocy przykładów „dobrze działających” instytucji niedemokratycznych jest zupełnie bez sensu. Wszelka instytucja publiczna „działa” na tyle, na ile udaje się jej zaspokoić fundamentalne pragnienie polityczne, które demokracja idealna – gdyby dało się ją ustanowić – zaspokoiłaby w sposób zupełny i ostateczny. [wszystkie przypisy „pod gwiazdką” pochodzą od Autora – tłumacz].

2 Aluzja do wiersza Walta Whitmana. Co ciekawe, GKC ten „epigram” bardzo się podobał.

G.K. Chesterton: Konserwatyzm i ortodoksja („Illustrated London News”, 06 VII 1935)

(Ilustracja: Hogarth: Marriage á la Mode: Scene 1. The Contract. ca. 1743)

Wiele, wiele lat temu zdarzyło mi się napisać książkę na temat ortodoksji. Nie chcę omawiać tutaj bynajmniej wszystkich kontrowersji, jakie wzbudziła. Niemniej słowo to, jako słowo, poręczny termin ze słownika języka angielskiego, narzędzie do pracy w wielkim angielskim warsztacie wyrazów, samo w sobie niepozbawione jest pewnych interesujących aspektów. Zacznijmy od tego, że użyłem go, ponieważ było to jedyne słowo, które przyszło mi do głowy, na oznaczenie czegoś, co czasem myli się dzisiaj z tradycją, a czasem z konserwatyzmem. Otóż, „ortodoksja” istotnie może oznaczać rzeczy stare i formalne – ale przede wszystkim prawdziwe, i to prawdziwe nie dlatego, że stare, czy tym bardziej, że formalne, ale prawdziwe – bo po prostu prawdziwe. Wczesnochrześcijański męczennik niewątpliwie uważał się za człowieka ortodoksyjnego, niemniej w oczywisty sposób to pogaństwo stanowiło formalny system religijny imperium. I człowiek ortodoksyjny zawsze uważać się będzie za człowieka ortodoksyjnego – nawet jeśli pogaństwo powróci i zaleje cały świat, pozując na nową i rewolucyjną siłę kultury. Niemniej, człowiek ortodoksyjny nie jest nietolerancyjny w stosunku do rzeczy nowych i rewolucyjnych samych w sobie, pamięta bowiem, że sam kiedyś służył nowości i rewolucji. Ale to popularne pomylenie ortodoksji z formalizmem wypacza wszelkie rodzaje debaty, nawet te, które nie mają nic wspólnego z religią. Nawet jeśli tradycja przekazuje nam prawdę, bez ustanku musimy uświadamiać sobie, że prawda to nie tradycja. Przede wszystkim, musimy strzec się pokusy zachowywania tradycji dla samych tradycji, bez względu na to, czy rzeczywiście są one prawdziwe. Nie wiem, czy jestem tradycjonalistą – wiem jednak na pewno, że nie jestem konserwatystą.

Bo konserwatysta to ktoś, kto utrwala rezultaty wszystkich możliwych buntów i rebelii. Więcej: podżega do buntów i rebelii, milcząco obiecując, że czegokolwiek dokonają, on już się tym zaopiekuje. Bez ustanku sprzeciwiając się zmianie, musi podążać za każdą zmianą i każdym podmuchem wichrów wojny. W ostatecznym rozrachunku jest zatem rewolucjonistą – ponieważ nigdy nie umie stać się kontrrewolucjonistą. Każde ostatnie rozstrzygnięcie sądu historii musi uważać za przesądzone; nawet jeśli według jego własnych przekonań rozstrzygnięcie to stanowiło akt egzekucji nie prawa, a bezprawia. Politycy angielscy dostarczają doskonałych przykładów tej wiecznej i cokolwiek osobliwej komedii. Kawalerowie ginęli walcząc za króla, ponieważ parlament odebrał mu tradycyjnie należne przywileje. Ich synowie gentlemani nie zajmują się niczym innym, jak tylko walką o to, by król nie odebrał swych tradycyjnych przywilejów parlamentowi. Kiedy zaś pewne pokolenie gentlemanów, z kolei, próbowało obronić, przynajmniej w ogólnym zarysie, tradycje szlacheckie przed atakiem nowych i barbarzyńskich roszczeń kupców i kapitalistów, barbarzyństwo zwyciężyło – i natychmiast stało się święte. I tak, ponieważ ojcowie nie zdołali obronić kraju przed kapitalizmem, synowie bronią go przed obaleniem kapitalizmu.

Przykro mi to bowiem mówić, ale w drugiej połowie wieku dziewiętnastego konserwatyści nie mieli do roboty właściwie nic poza właśnie obroną kapitalizmu. Skoro już o tym mówimy, zdrada ta dokonała się już u początku tamtego stulecia. Bo choć wielu, jak moglibyśmy powiedzieć, „torysów nieoficjalnych” zachowało coś ze starego rycerstwa jakobitów, torysi oficjalni, jak Pitt czy Peel1, myśleli w sposób tak merkantylny, jak manchesterscy radykałowie. Gdy zaś prawdziwy tradycjonalista William Cobbett rzucił hasło powrotu do prawdziwych tradycji starej Anglii, torysowski rząd wsadził go do więzienia jako niebezpiecznego radykała. A jednak, jak powiedziałem, nawet pojęcie tradycji nie jest dość dokładne, abyśmy mogli pożegnać się z ortodoksją; nawet ledwie społeczną czy polityczną ortodoksją. Tradycje mogą być prawdziwe, ale mogą być i zmyślone; i u Cobbetta zaiste często zaznacza się świadomość różnicy między lojalnością a legendą. Póki co chodzi mi tutaj wyłącznie o jedną rzecz: o paradoks, mocą którego konserwatysta, odrzucając wszystkie zmiany, tak naprawdę usprawiedliwia każdą zmianę.

Da się to wyrazić względnie jasno wyłącznie za pomocą przypowieści: załóżmy, że na forum pewnego miasta stoi piękna statua, pomnik cywilizacji; przedstawiająca jakąś osobę w tej kulturze czy kulcie ważną, jak król Wacław I Święty2 w Bohemii3, o którym wciąż słyszymy w Boże Narodzenie. Po pewnym czasie, Bohemusom nudzi się ich zwykła bohema, picie wina i wyśpiewywanie różnych pieśni czy kolęd ku chwale i pamięci dobrego króla. Z pozycji bohemskich przechodzą na bolszewickie i odtąd zaczynają głosić, że dobry król to sprzeczność terminologiczna. Albo być może wegetarianie powstają dysząc żądzą mordu, albo abstynenci z krwawym mieczem w dłoni. Tak czy inaczej, z tego lub innego powodu nowa frakcja fanatyków wszczyna rebelię i zaczyna szturmować statuę; prawdopodobnie odłupując jej nos, jak wielu gorliwych purytanów robiło statuom na katedrach gotyckich. Póki co, nie dzieje się nic dziwnego. Taka natura fanatyków, biegać i niszczyć różne rzeczy dookoła; i natura statuy stać spokojnie, i pozwalać się niszczyć. Naprawdę osobliwie zaczyna się robić później, gdy przechodzimy do reakcji senatorów, kapłanów i mędrców, mających, wedle powszechnego przekonania, reprezentować to, co w tradycji Bohemii naprawdę niezmienne.

Niezwykła historia owych szacownych gentlemanów przedstawia się tak: że zaczęli od obrony królewskiego nosa – by potem zachwycać się królewskim brakiem nosa. Najśmieszniejsze było, że gdy rewolucja ustała, te wykształcone persony wygłosiły serię wykładów, mających dowieść, że brak nosa to cecha narodów męskich i praktycznych; że nos to obecnie organ właściwie dla człowieka bezużyteczny, jak ślepa kiszka; że prawa ewolucji wzywają największych spośród nas, by zrzucili wreszcie jarzmo własnych nosów; i że beznosa statua na rynku miasta to najcenniejsza i najbardziej pożyteczna z politycznych instytucji wielkiego kraju Bohemii. W unikalnej atmosferze społecznej tego zakątka świata, nie da się powiedzieć, gdzie zatrzyma się moda na tę negację. Młode, piękne kobiety zaczynają podkreślać swoją urodę, spłaszczając sobie nosy, na podobnej zasadzie, jak dzisiaj wyrywają sobie brwi; bo nic najwyraźniej tak nie upiększa ludzkiego fizysu, jak bolesne, operacyjne okaleczenie jakiejś jego części. Następnie, wszyscy artyści i krytycy sztuki w kraju zaczynają tłumaczyć nam, że nos w sztuce to rzecz „fotograficzna”; że prawdziwa sztuka rzeźby nie ma wcale na celu niczego „reprezentować”; albo i, zamiast tego, a może i do tego, armia jajogłowych profesorów udowadnia na wyścigi, że król Wacław tak naprawdę nigdy nie miał nosa, jak William Davenant4; nie ma bowiem żadnych źródeł potwierdzających, że kichnął, gdy – jak wszyscy wiemy – śnieg tak głęboki wkoło był, a zimno tak okrutne5. Można by napisać naprawdę niezłą fantazję socjologiczną o tym, jak krytyka kultury, modne ploteczki i popularne dziennikarstwo zlały się z czasem w jeden refren na cześć tej nowej jakości – czy raczej braku jakości. Z intelektualnego punktu widzenia interesujące jest jednak dokładnie to, że ta kulturalna wirtuozeria wzięłaby się z pospolitego aktu wandalizmu. To ogólne nastawienie szybko nabrałoby cech formalizmu, a gdyby poczekać wystarczająco długo, zmieniłoby się w tradycję. I jeśli twierdzę, że nigdy nie stałoby się przez to ortodoksyjne, mam na myśli to właśnie, że nigdy nie odpowiadałoby ono pierwotnej prawdzie tej historii, czy nawet pierwotnemu zamysłowi artysty. Przeciwnie: ukrywałoby prawdę przy pomocy tysiąca pomysłowych i poręcznych wynalazków, które pozwoliłyby społeczeństwu pogodzić się z czasem ze stratą, niemniej nigdy nie zdołałyby udowodnić, że Wacław Święty faktycznie miał kiedykolwiek stracić nos. Ortodoksja to właśnie ta pierwotna zasada, rozumność rzeczy, dzięki którym można je osądzać niezależnie od nowych kaprysów czy starych uprzedzeń. Istnieje swego rodzaju wewnętrzna, intelektualna struktura rzeczywistości, do której da się dotrzeć we wszystkich epokach; „ortodoksja” zaś, wydała mi się najlepszym wyrazem na jej oddanie. Wtedy jeszcze wszakże, nie była ona jeszcze jedyną prześladowaną w społeczeństwie herezją.

Tłm. Maciej Sobiech

1 William, Młodszy (1759-1806). Był premierem w latach 1783-1804 i 1801 i 1804-06. Sam nazywał siebie albo „nowym torysem” albo „niezależnym wigiem”. Robert Peel (1788-1850) – brytyjski premier w latach 1834-35 i 1841-47, konserwatysta, ale i zwolennik doktryny wolnego handlu (w dość mylący sposób nazywanej dzisiaj „wolnym rynkiem”, cokolwiek to znaczy).

2 Wacław I Święty (907-929/935) – czeski książę z dynastii Przemyślidów, znany z pobożności. Zamordowany przez młodszego brata i jego popleczników.

3 Chesterton świadomie używał nazwy „Bohemia”, a nie „Czechy”.

4 William Davenant (1606-68) – angielski poeta i dramaturg. Chorował na syfilis, która to choroba pozbawiła go znacznej części nosa.

5 Aluzja do tradycyjnej kolędy angielskiej o Wacławie Świętym.