G.K. Chesterton: W sprawie muzeum ateistycznego („Za i przeciw”, 1935)

[Ilustracja: przykład jednego z radzieckich „muzeów ateistycznych”, źródło: https://www.atlasobscura.com/articles/soviet-antireligious-museums-of-atheism

Być może, że to kwestia jakiejś nieuleczalnej czy nieprzyzwoitej wręcz niepowagi bądź frywolności mojego usposobienia, ale większość informacji na temat bolszewików, szczególnie te, których dostarczają nam sami bolszewicy, zwyczajnie przyprawia mnie o śmiech. Wiem, że niektórzy właściciele koncernów prasowych (czy generalnie tego typu przywódcy narodu) uważają, że jedyne, co powinny one z nami robić, to przyprawiać o drżenie. Nie mam jednak takiego zupełnego przekonania co do wartości drżenia jako realnej siły bojowej; nie słyszałem, by drżenie poskromiło kiedykolwiek jakąkolwiek głupotę, słyszałem wszakże o kilku wypadkach, w których udało się ją poskromić śmiechem. Z pewnością, jest w tej kwestii bardzo wiele elementów, które nie są śmieszne, jak świadczą o tym różne antybolszewickie argumenty wielu bardzo odpowiedzialnych pisarzy. A jednak, niczego poza czystym, czerstwym, radosnym śmiechem nie ma przynajmniej w probolszewickich argumentach samych bolszewików. I tak też, na przykład, kiedy słyszę, że rosyjscy ateiści zrównali z ziemią jakiś rosyjski kościół, w naturalny sposób mnie to niepokoi. Kiedy słyszę wszakże, iż przerobili go oni na coś, co można by nazwać Muzeum Przeciwników Pana Boga – wtedy na moment wszelkie inne nastroje rozpływają się w niewinnej i niezmąconej wesołości.

Na tyle, na ile umiem się w tym zorientować, Przeciwnicy Pana Boga wyposażają swoje muzeum w ten sposób, że łapią w ręce najróżniejsze ułomki i relikwie najróżniejszego typu religii – czy tego, co uważają akurat za religię – wsadzają je do szklanych gablotek i przyczepiają etykietki. Słyszałem, że w takim układzie zabalsamowane ciało jakiegoś świętego, powiedzmy, trzymać się będzie naprzeciwko Eskimosa, zahibernowanego niegdyś z jakiś przyczyn, znanych bądź nieznanych. Byłaby tam najzwyklejsza egipska mumia i kości jakiegoś nieokreślonej tożsamości hinduskiego mnicha, i co jeszcze innego; i tak dalej. I kiedy przenikliwa, błyskotliwa i bystra inteligencja Nowego Pokolenia odkryje, że można umieścić relikwie koptyjskiego pustelnika w tym samym pokoju z fetyszem z Polinezji, natychmiast wyprowadzi z tego jedyną logiczną konkluzję, że kosmos nie ma żadnego projektu. Kiedy zaś ów przepotężny intelekt posiłuje się już kilka następnych godzin z faktem, że szklana gablotka z relikwiarzem bardzo przypomina druga gablotkę z ju-ju1, nareszcie stanie się dlań niezbicie i niepodważalnie oczywiste, że nie ma Boga. W jaki sposób jakakolwiek istota ludzka mogłaby w ogóle pomyśleć, że jakakolwiek inna istota ludzka mogłaby kierować się w podejmowaniu ważnych intelektualnych decyzji wrażeniami wyniesionymi z podobnie idiotycznego chaosu, żywcem z pokazu figur woskowych pani Jarley2 – najzwyczajniej w świecie nie potrafię zrozumieć; jako przedstawiciel naprawdę bardzo starej gwardii demokratycznych idealistów wolę wszakże wierzyć, że ludzie są sobie równi przynajmniej w fakcie posiadania ludzkiego rozumu. Lecz, trzeba przyznać, istnieje jeszcze jeden sens, w którym podobne rzeczy można brać na poważnie. Istotnie, wynika zeń jasny morał przeciw naszej cywilizacji – czasami znacznie lepiej uzasadniony, niż morał przeciwko naszym przeciwnikom.

Najgorszą cechą bolszewickich bredni jest to, że nie są one wyłącznie bolszewickie. Istotnie, wszystkie ich najgorsze elementy zostały przez bolszewików zapożyczone z tego rodzaju ekonomicznego i biologicznego materializmu, jaki istniał na zachodzie Europy na długo przed tym, zanim zamienili go oni w nieokiełznaną i spóźnioną rebelię na jej wschodnim krańcu. I tak, choć komunistów można nazwać szalonymi z bardzo wielu powodów, to, za czym naprawdę szaleją, to po prostu maszyna; czyli dokładnie ten sam przedmiot, za którym szaleli także nasi właśni dziadkowie i pradziadkowie w czasach Szkoły Manchesterskiej. O nas nie można już dzisiaj powiedzieć, żebyśmy za nim szaleli, ani nawet przepadali. Można powiedzieć o nas tylko tyle, że w tej kwestii już przepadliśmy. Moskwa wszakże opiera swój radykalny komunizm na dokładnie takiej samej, durnej wierze w mechaniczne działanie i martwą materię, na jakiej swój radykalny indywidualizm opierali w przeszłości nasi ojcowie. I na tej samej zasadzie, na której maszyneria ich fabryk zazwyczaj jest pożyczona, ich materializm jest ledwie zapożyczeniem. To po prostu stary materializm wieku dziewiętnastego w możliwie najbardziej zatęchłej i zastarzałej wersji. Jego zastarzałość staje się aż nadto widoczna w owym starym, nonsensownym pojęciu, jakoby dało się zdyskredytować wysokie religie, zestawiając je z niskimi. Jego zatęchłość zaś, cuchnie wprost od samych drzwi Muzeum Przeciwników Pana Boga.

Załóżmy, że wziąłbym sobie za cel zniweczyć sztukę malarską – i uznał, że najlepszym środkiem do tego celu będzie otwarcie galerii, w której dobre obrazy będą wisiały naprzeciw słabych. Załóżmy, że byłbym muzułmaninem i ikonoklastą, pałającym fanatycznym pożądaniem zniszczenia wszystkich istniejących rzeź i płaskorzeźb. I załóżmy, ze dokonałbym tego otwierając muzeum, w którym postawiłbym Wenus z Milo naprzeciw woskowej niewiasty z niskiej klasy zakładu fryzjerskiego. Załóżmy, że postawiłbym Madonnę Michała Anioła w jednej sali z jakiś polinezyjskim idolem – w zasadzie niewiele różniącym się od zwykłego kamienia. Czy dowodziłoby tego czegokolwiek przeciw instytucji rzeźby? I dlaczego miałoby dowodzić czegokolwiek przeciw religii? Czy pełen zapału i wykształcony, młody komunista chodziłby ponuro po mojej galerii dedukując, że należy wyleczyć ludzi z ich zbyt lekkomyślnego nawyku rzeźbienia wspaniałych greckich posągów, jako iż może wybić się z niego na niepodległość obyczaj tworzenia woskowych popiersi na wystawy sklepowe? Czy ów refleksyjny młody człowiek naprawdę wnioskowałby, że istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że ktoś mógłby zacząć od czegoś podobnie prostego i płytkiego, jak rzeźby Michała Anioła – a doszedł po czasie do robienia amorficznych, maleńkich fetyszów dla kanibali? Czy też ośmielimy się może mieć nadzieję, że oto zaświta mu owa cokolwiek podstawowa i przejrzysta myśl, że większość rzeczy na świecie ma formę lepszą i gorszą; i że nie da się zakwestionować całego segmentu ludzkiej kultury pokazując, że ludzie kulturalni mają w niej czasami większe osiągnięcia, niż niekulturalni, i że nawet wtedy, gdy dwóch ludzi ma dokładnie ten sam cel (co nie zawsze się zdarza) z mało wartościowych rezultatów jednej strony nie można wnosić, że rezultaty osiągnięta przez drugą stronę również są bezwartościowe? A jednak, czuję się w obowiązku powiedzieć to, co już zresztą powiedziałem wcześniej: że ten ewidentny błąd nie jest wynalazkiem bolszewików – przejęli go oni ledwie od dziewiętnastowiecznych materialistów, wespół z masą innych, pochodzących z drugiej ręki dóbr i trzeciorzędnych teorii.

Do tego trzeba nam dodać tysiące innych rzeczy, o których antykwaryczni ateiści nigdy prawdopodobnie nawet nie słyszeli. Istnieje nieskończony ciąg komplikacji wiarygodnych i bardzo współczesnych badań, które przecięły w pół stare proste linie racjonalistycznej teorii o pochodzeniu religii. Istnieje ciągle powiększający się zbiór dowodów, dotyczących samych dzikusów – że jednak nie są oni wcale tak dzicy, jak się ich dotąd malowało; dowody na umyślność uproszczeń i dobrowolność konwencji w sztuce religijnej. Istnieje to, co wielu staromodnych ludzi nazwałoby interesującym podobieństwem, jakie zachodzi między najwyższymi formami sztuki współczesnej a fetyszami Polinezji. Istnieje cała dziedzina kultów demonicznych i wypadków, w których dane idole nie miały być piękne – ale rozmyślnie brzydkie. Istnieje wzrastające wciąż zrozumienie szorstkości i surowości niektórych szkół rzeźbiarstwa. Nade wszystko, istnieje wciąż intensyfikujące się zainteresowanie wyższymi religiami, rozważanymi co do ich inherentnej i intelektualnej wartości, a nie tak, jak rozważało je dotąd powierzchowne pokolenie, mające je za zwykłe przesądy. Wszystko to, to rezultat prawdziwych badań naukowych, udokumentowanych w prawdziwych muzeach, z prawdziwymi klasyfikacjami i odpowiedzialnie przypisanymi etykietami. I sprzeciwia się to bezpośrednio wszystkiemu temu, co chciałaby stworzyć zapóźniona, rosyjska sekta, a co Amerykanie określiliby zapewne mianem „Muzeum za Trzy Grosze” – rzeczy o autorytecie dorównującym fotoplasytkonowi. Doskonale rozumiem, dlaczego bolszewicy zachowali instytucje cenzury; na wypadek, gdyby biedni wieśniacy, spoglądający w fotoplastykon celem przekonania się, że w środku nie ma Boga, zechcieli spojrzeć na zewnątrz – i przekonać się, co naprawdę dzieje się na świecie.

Przeł. Maciej Sobiech

1Określenie ukute przez kolonizatorów na rodzime kulty afrykańskie.

2Aluzja do Magazynu osobliwości Dickensa.

G.K. Chesterton: Dom szczęśliwości (z serii „Trzciny na wietrze”), G.K.’s Weekly, 29 I 1927

[Eduardo Eugenio Zampighi (1859 – 1944), „Szczęśliwa rodzina”, źródło: https://www.flickr.com/photos/gandalfsgallery/23852823728%5D

Choć doświadczenie polemiczne mam niemałe, a zdobyłem je własną krwią i blizną, nie chciałbym bynajmniej toczyć moich dyskusji z panem Wellsem dosłownie aż do rozlewu krwi; czy choćby niepotrzebnego rozlewu śliny. Ostatni artykuł wszakże, który napisał dla Sunday Express, ten, w którym udowadnia, że człowiek nie istnieje jako zamknięty i skończony typ (a więc, na logikę, nie istnieje w ogóle), ma do siebie pewien interesujący aspekt, szczególnie sprzeczny z poglądami, jakie staramy się tutaj głosić. Chciałbym zatem poświęcić mu kilka słów. Znaczy, rozumie się samo przez się, że wizja człowieka jako zespołu zmiennych, jako istoty pozbawionej jakiejkolwiek stałej formy – jak chmura – kłóci się absolutnie z naszym pojęciem sprawiedliwości społecznej. Czy też, by ująć rzecz ściślej, z jakimkolwiek pojęciem sprawiedliwości społecznej w ogóle. Wszyscy ludzie świata pragną takiego społeczeństwa, które byłoby dla nich domem; które pasowałoby do nich tak dobrze, jak kapelusz na głowę. Moglibyśmy jednak przeprowadzić szczegółowe konsultacje z tysiącem kapeluszników, i przymierzyć tysiąc kapeluszy, i i tak wszystko to zdałoby się dokładnie na nic, gdyby głowa nie miała swojego określonego kształtu, tylko zmieniała się bez ustanku, jak smużka dymu z komina. Nie da się zbudować domu dla człowieka, który czasami tylko jest człowiekiem, czasami zaś mamutem, czasami wielorybem, w niektóre dni płotką, w inne zaś – ciernikiem. I oczywiste wydaje się, że z gadania o zmienności ludzkich potrzeb najbardziej ucieszą się ci, którzy nie chcą ich zaspokajać. Ktoś, kto chciałby karmić swoich służących posiekanym sianem na pewno będzie zachwycony, gdy dowie się, że służący rzeczeni teraz już nawet, właśnie w tym momencie, mogą ewoluować w stworzenia o gustach równie wegetariańskich, jak krowa. Ktoś inny natomiast, kto chciałby raczyć ich może padliną, również nie powinien upadać na duchu – bo przecież równie prawdopodobnie mogą ewoluować we wszystkożerców, w stworzenia tak sympatyczne, jak sępy czy kruki.

W tym momencie nie chodzi mi jednak o ten ogólny niekorzystny skutek, jaki przynosi ze sobą ewolucjonistyczna monomania. Bo nie zgadzamy się z panem Wellsem także w sposób bardziej szczególny – konkretnie z tym, co napisał na temat rodziny. Otóż napisał on, że jeden z dowodów na zmienność natury ludzkiej stanowi fakt, że człowiek stał się w naszej epoce mniej seksualny. Która to uwaga mogłaby wydać się cokolwiek dziwna każdemu, kto poświęcił choćby pięć minut spokojniejszego namysłu temu wszystkiemu, co dzieje się obecnie w życiu społecznym i literaturze. Szybko jednak okazuje się, że pan Wells nie miał wcale na myśli tego, co powiedział; tylko coś zupełnie innego. Otóż to (jak się wydaje), że człowiek stał się mniej rodzinny. Że wykazuje mniej stałości w relacjach międzypłciowych; i, z sobie tylko znanych przyczyn, że to ewidentne rozluźnienie obyczajów świadczy tak naprawdę o większej surowości obyczajów. Okazuje się zatem (według tej logiki), że Darby i Joan [przysłowiowe wyrażenie angielskie, oznaczające ciche i zgodne małżeństwo – tłumacz] to istoty ultraseksualne, Don Juan i Lothario [postać z dramatu The Fair Penitent autorstwa Nicholasa Rowe’a: libertyn i pożeracz serc niewieścich – tłumacz] zaś – aseksualne. Baucis i Filemon [starsze, proste małżeństwo z Metamorfoz Owidiusza, mityczny symbol wierności – tłumacz] to szokujący przykład rozpasania; ale Jupiter, dający sobie upust raz jako byk, kiedy indziej jako łabędź i jeszcze kiedyś jako złoty deszcz, to głęboki i nośny symbol owej surowej wzgardy, jaką istoty boskie przejawiają w stosunku do popędu płciowego. Odnoszę po prostu wrażenie, że pan Wells używa terminu „seksualność” w charakterze obelgi; co samo w sobie stanowi interesujący zabieg polegający na bronieniu pogańskiej filozofii poprzez grę na purytańskich skojarzeniach. Tak też oto, wysapując nam do ucha słowo „seks” w ten niedający się z niczym pomylić sposób, wychodzi z nowoczesnego materialisty stary jak świat manichejczyk.

Teraz, ogólna zasada, jaką my w tej kwestii wyznajemy, przedstawia się, jak następuje. Seksualność to instynkt, który to ma do siebie, że tworzy pewną instytucję; i jest ów instynkt rzeczą dobrą, nie złą, szlachetną, nie podłą, konstruktywną, a nie destruktywną, dokładnie dlatego, że tworzy tę instytucję. Instytucją, o której mówimy, jest rodzina; małe państwo czy republika, która, raz założona, przydaje życiu tysiące nowych aspektów, niemających żadnych związków z seksem. Rodzina to bowiem także jeszcze religia, sprawiedliwość, radość, rytuał, wychowanie, czy odpoczynek. Sprawy płciowe to zaledwie brama tego domu; a wiadomo przecież, że ludzie bardziej romantycznej i szerszej umysłowości uwielbiają podglądać innych przez bramę. Ale dom to znacznie więcej, niż brama. Istotnie, są ludzie, którzy lubią po prostu stać w bramie i wcale nie chcą korzystać z jej właściwej funkcji; którzy, według słów Swinburne’a, zupełnie dosłownie „bawią się u wejścia lekką grą miłostek”. Oczywiście: zazwyczaj u wejścia do domów innych ludzi (przecież nie swoich). Na tyle, na ile rozumiem jego artykuł, zdaniem pana Wellsa to nie oni właśnie zasługują na to, by przylepić im ową straszną etykietę, której imienia nie wolno wymawiać. Ale nawet oni nie są tak niemądrzy, by twierdzić, że dom składa się z samych drzwi, albo że drzwi to jedyna prawdziwa rzeczywistość, a wszystkie domy świata są czczą iluzją; albo że seksualność to jedyne spoiwo rodziny. Być może pan Wells również tego nie twierdzi – ale jeśli tak, to niech nie zdziwi się, jeśli ktoś bardziej skrupulatny nabierze w pewnym momencie wątpliwości co do tego, czy w ogóle twierdzi cokolwiek. Gdy relacje seksualne służą budowie relacji nie-seksualnych, autor nasz drży z przerażenia przed nieokiełznaną potęgą instynktu płciowego. Jeśli jednak przestają służyć czemukolwiek poza sobą, jeśli redukuje się je do bezpłodnego, mechanicznego powtarzania pewnych czynności z przypadkowymi ludźmi – to już wszystko w porządku i niepokój znika. I w tym wypadku również szybko orientujemy się, że oto spoglądają na nas ze zdobnego grobowca w Bizancjum szalone oczy manichejskiego filozofa. Tak czy inaczej, najkrócej (lub najdłużej) można wyrazić to w ten sposób: że seksualność może coś stworzyć albo wszystko zniszczyć. I panu Wellsowi znacznie bardziej podoba się ta druga opcja.

To zupełnie oczywisty fakt, na przykład, że zwolennik wolnej miłości to po prostu człowiek opętany absurdalną myślą, że da się mieć tysiąc miesiąców miodowych i ani jednego ślubu. Zabudowuje ulice długimi rzędami drzwi, nieprowadzących do żadnego domu. Jedyne, do czego dąży, to powtarzać po prostu w nieskończoność seksualną część programu, nie interesując się przy tym wcale jego częścią nie-seksualną – trudno byłoby więc powiedzieć o nim, że to on właśnie stanowi typ i przykład człowieka nareszcie wyzwolonego od obsesji na punkcie seksu. A jednak pan Wells mówi to, jak gdyby nigdy nic, na temat społeczeństwa w założeniach przynajmniej opierającego się dokładnie na tej zasadzie i żyjącego według ducha tej filozofii. Otóż z powodów tak etycznych, jak ekonomicznych, czujemy się w obowiązku powiedzieć coś zupełnie przeciwnego. Własność, to bowiem ledwie ekonomiczny aspekt tej dobrej i twórczej Siły, która zaczyna się od instynktu a kulminuje w instytucji. To po prostu fundament owego mocnego domu, do którego wchodzi się przez romantyzm i miłość. Musi być prywatna – bo rodzina koniecznie potrzebuje prywatności; bo potrzebuje pewnego stopnia niezależności, a wręcz samotności; nie da się zaś żyć samemu bez samostanowienia. I nawet nasz przeciwnik potwierdza ten naturalny związek domu i posiadania – z całego serca nienawidząc tak jednego, jak i drugiego.

Instytucja rodziny boryka się dziś niewątpliwie z wieloma problemami; walcząca o przetrwanie i niemal rozerwana na strzępy przez niepowstrzymaną ofensywę materializmu i kapitalizmu. Nie powiem, że „nie ma się najlepiej”; sądzę bowiem, że wszystkie ludzkie instytucje, jak sama ludzkość, nigdy nie mają się najlepiej. Nigdy nie potrafią sprostać wysokości Bożych zamysłów; i jedyna prawdziwa rodzina w historii to była Święta Rodzina. Więcej: uważam, że rodzina nie tyle nie ma się dziś najlepiej, co raczej ma się jak najgorzej; głównie dlatego, że jej wrogowie nie cofną się przed najgorszym, aby ją zniszczyć. Straciła zdrowe przywiązanie do własności; bo większość rodzin nie ma dziś prawie żadnej własności, a kilka największych czuje zbyt wielkie przywiązanie do własnej. Ożywiający ją od wewnątrz twórczy duch, który przez wieki znajdował wyraz w rozmaitości rzemiosł, zabaw, zwyczajów i wyjątkowym poczuciu godności, złamał się pod gigantycznym naporem świata zewnętrznego – jego bezczelnych banałów i tandetnych truizmów. Ponowne odkrycie jej prawdziwej natury będzie w obecnych warunkach przedsięwzięciem bardzo trudnym; odrodzenie jej – praktycznie niemożliwym. Jeżeli jednak nam się nie uda i rodzina zginie, wraz z nią zginie i wolność – i to zginie na wieki. Jedyne, co pozostanie, to odległe, mechaniczne reflektory państwa niewolniczego, których zimne światło, niczym promień śmierci, obejmie najodleglejsze rubieże istnienia i zdusi wszystko, co nosi w sobie iskrę życia.

Przeł. Maciej Sobiech