G.K. Chesterton: Dom szczęśliwości (z serii „Trzciny na wietrze”), G.K.’s Weekly, 29 I 1927

[Eduardo Eugenio Zampighi (1859 – 1944), „Szczęśliwa rodzina”, źródło: https://www.flickr.com/photos/gandalfsgallery/23852823728%5D

Choć doświadczenie polemiczne mam niemałe, a zdobyłem je własną krwią i blizną, nie chciałbym bynajmniej toczyć moich dyskusji z panem Wellsem dosłownie aż do rozlewu krwi; czy choćby niepotrzebnego rozlewu śliny. Ostatni artykuł wszakże, który napisał dla Sunday Express, ten, w którym udowadnia, że człowiek nie istnieje jako zamknięty i skończony typ (a więc, na logikę, nie istnieje w ogóle), ma do siebie pewien interesujący aspekt, szczególnie sprzeczny z poglądami, jakie staramy się tutaj głosić. Chciałbym zatem poświęcić mu kilka słów. Znaczy, rozumie się samo przez się, że wizja człowieka jako zespołu zmiennych, jako istoty pozbawionej jakiejkolwiek stałej formy – jak chmura – kłóci się absolutnie z naszym pojęciem sprawiedliwości społecznej. Czy też, by ująć rzecz ściślej, z jakimkolwiek pojęciem sprawiedliwości społecznej w ogóle. Wszyscy ludzie świata pragną takiego społeczeństwa, które byłoby dla nich domem; które pasowałoby do nich tak dobrze, jak kapelusz na głowę. Moglibyśmy jednak przeprowadzić szczegółowe konsultacje z tysiącem kapeluszników, i przymierzyć tysiąc kapeluszy, i i tak wszystko to zdałoby się dokładnie na nic, gdyby głowa nie miała swojego określonego kształtu, tylko zmieniała się bez ustanku, jak smużka dymu z komina. Nie da się zbudować domu dla człowieka, który czasami tylko jest człowiekiem, czasami zaś mamutem, czasami wielorybem, w niektóre dni płotką, w inne zaś – ciernikiem. I oczywiste wydaje się, że z gadania o zmienności ludzkich potrzeb najbardziej ucieszą się ci, którzy nie chcą ich zaspokajać. Ktoś, kto chciałby karmić swoich służących posiekanym sianem na pewno będzie zachwycony, gdy dowie się, że służący rzeczeni teraz już nawet, właśnie w tym momencie, mogą ewoluować w stworzenia o gustach równie wegetariańskich, jak krowa. Ktoś inny natomiast, kto chciałby raczyć ich może padliną, również nie powinien upadać na duchu – bo przecież równie prawdopodobnie mogą ewoluować we wszystkożerców, w stworzenia tak sympatyczne, jak sępy czy kruki.

W tym momencie nie chodzi mi jednak o ten ogólny niekorzystny skutek, jaki przynosi ze sobą ewolucjonistyczna monomania. Bo nie zgadzamy się z panem Wellsem także w sposób bardziej szczególny – konkretnie z tym, co napisał na temat rodziny. Otóż napisał on, że jeden z dowodów na zmienność natury ludzkiej stanowi fakt, że człowiek stał się w naszej epoce mniej seksualny. Która to uwaga mogłaby wydać się cokolwiek dziwna każdemu, kto poświęcił choćby pięć minut spokojniejszego namysłu temu wszystkiemu, co dzieje się obecnie w życiu społecznym i literaturze. Szybko jednak okazuje się, że pan Wells nie miał wcale na myśli tego, co powiedział; tylko coś zupełnie innego. Otóż to (jak się wydaje), że człowiek stał się mniej rodzinny. Że wykazuje mniej stałości w relacjach międzypłciowych; i, z sobie tylko znanych przyczyn, że to ewidentne rozluźnienie obyczajów świadczy tak naprawdę o większej surowości obyczajów. Okazuje się zatem (według tej logiki), że Darby i Joan [przysłowiowe wyrażenie angielskie, oznaczające ciche i zgodne małżeństwo – tłumacz] to istoty ultraseksualne, Don Juan i Lothario [postać z dramatu The Fair Penitent autorstwa Nicholasa Rowe’a: libertyn i pożeracz serc niewieścich – tłumacz] zaś – aseksualne. Baucis i Filemon [starsze, proste małżeństwo z Metamorfoz Owidiusza, mityczny symbol wierności – tłumacz] to szokujący przykład rozpasania; ale Jupiter, dający sobie upust raz jako byk, kiedy indziej jako łabędź i jeszcze kiedyś jako złoty deszcz, to głęboki i nośny symbol owej surowej wzgardy, jaką istoty boskie przejawiają w stosunku do popędu płciowego. Odnoszę po prostu wrażenie, że pan Wells używa terminu „seksualność” w charakterze obelgi; co samo w sobie stanowi interesujący zabieg polegający na bronieniu pogańskiej filozofii poprzez grę na purytańskich skojarzeniach. Tak też oto, wysapując nam do ucha słowo „seks” w ten niedający się z niczym pomylić sposób, wychodzi z nowoczesnego materialisty stary jak świat manichejczyk.

Teraz, ogólna zasada, jaką my w tej kwestii wyznajemy, przedstawia się, jak następuje. Seksualność to instynkt, który to ma do siebie, że tworzy pewną instytucję; i jest ów instynkt rzeczą dobrą, nie złą, szlachetną, nie podłą, konstruktywną, a nie destruktywną, dokładnie dlatego, że tworzy tę instytucję. Instytucją, o której mówimy, jest rodzina; małe państwo czy republika, która, raz założona, przydaje życiu tysiące nowych aspektów, niemających żadnych związków z seksem. Rodzina to bowiem także jeszcze religia, sprawiedliwość, radość, rytuał, wychowanie, czy odpoczynek. Sprawy płciowe to zaledwie brama tego domu; a wiadomo przecież, że ludzie bardziej romantycznej i szerszej umysłowości uwielbiają podglądać innych przez bramę. Ale dom to znacznie więcej, niż brama. Istotnie, są ludzie, którzy lubią po prostu stać w bramie i wcale nie chcą korzystać z jej właściwej funkcji; którzy, według słów Swinburne’a, zupełnie dosłownie „bawią się u wejścia lekką grą miłostek”. Oczywiście: zazwyczaj u wejścia do domów innych ludzi (przecież nie swoich). Na tyle, na ile rozumiem jego artykuł, zdaniem pana Wellsa to nie oni właśnie zasługują na to, by przylepić im ową straszną etykietę, której imienia nie wolno wymawiać. Ale nawet oni nie są tak niemądrzy, by twierdzić, że dom składa się z samych drzwi, albo że drzwi to jedyna prawdziwa rzeczywistość, a wszystkie domy świata są czczą iluzją; albo że seksualność to jedyne spoiwo rodziny. Być może pan Wells również tego nie twierdzi – ale jeśli tak, to niech nie zdziwi się, jeśli ktoś bardziej skrupulatny nabierze w pewnym momencie wątpliwości co do tego, czy w ogóle twierdzi cokolwiek. Gdy relacje seksualne służą budowie relacji nie-seksualnych, autor nasz drży z przerażenia przed nieokiełznaną potęgą instynktu płciowego. Jeśli jednak przestają służyć czemukolwiek poza sobą, jeśli redukuje się je do bezpłodnego, mechanicznego powtarzania pewnych czynności z przypadkowymi ludźmi – to już wszystko w porządku i niepokój znika. I w tym wypadku również szybko orientujemy się, że oto spoglądają na nas ze zdobnego grobowca w Bizancjum szalone oczy manichejskiego filozofa. Tak czy inaczej, najkrócej (lub najdłużej) można wyrazić to w ten sposób: że seksualność może coś stworzyć albo wszystko zniszczyć. I panu Wellsowi znacznie bardziej podoba się ta druga opcja.

To zupełnie oczywisty fakt, na przykład, że zwolennik wolnej miłości to po prostu człowiek opętany absurdalną myślą, że da się mieć tysiąc miesiąców miodowych i ani jednego ślubu. Zabudowuje ulice długimi rzędami drzwi, nieprowadzących do żadnego domu. Jedyne, do czego dąży, to powtarzać po prostu w nieskończoność seksualną część programu, nie interesując się przy tym wcale jego częścią nie-seksualną – trudno byłoby więc powiedzieć o nim, że to on właśnie stanowi typ i przykład człowieka nareszcie wyzwolonego od obsesji na punkcie seksu. A jednak pan Wells mówi to, jak gdyby nigdy nic, na temat społeczeństwa w założeniach przynajmniej opierającego się dokładnie na tej zasadzie i żyjącego według ducha tej filozofii. Otóż z powodów tak etycznych, jak ekonomicznych, czujemy się w obowiązku powiedzieć coś zupełnie przeciwnego. Własność, to bowiem ledwie ekonomiczny aspekt tej dobrej i twórczej Siły, która zaczyna się od instynktu a kulminuje w instytucji. To po prostu fundament owego mocnego domu, do którego wchodzi się przez romantyzm i miłość. Musi być prywatna – bo rodzina koniecznie potrzebuje prywatności; bo potrzebuje pewnego stopnia niezależności, a wręcz samotności; nie da się zaś żyć samemu bez samostanowienia. I nawet nasz przeciwnik potwierdza ten naturalny związek domu i posiadania – z całego serca nienawidząc tak jednego, jak i drugiego.

Instytucja rodziny boryka się dziś niewątpliwie z wieloma problemami; walcząca o przetrwanie i niemal rozerwana na strzępy przez niepowstrzymaną ofensywę materializmu i kapitalizmu. Nie powiem, że „nie ma się najlepiej”; sądzę bowiem, że wszystkie ludzkie instytucje, jak sama ludzkość, nigdy nie mają się najlepiej. Nigdy nie potrafią sprostać wysokości Bożych zamysłów; i jedyna prawdziwa rodzina w historii to była Święta Rodzina. Więcej: uważam, że rodzina nie tyle nie ma się dziś najlepiej, co raczej ma się jak najgorzej; głównie dlatego, że jej wrogowie nie cofną się przed najgorszym, aby ją zniszczyć. Straciła zdrowe przywiązanie do własności; bo większość rodzin nie ma dziś prawie żadnej własności, a kilka największych czuje zbyt wielkie przywiązanie do własnej. Ożywiający ją od wewnątrz twórczy duch, który przez wieki znajdował wyraz w rozmaitości rzemiosł, zabaw, zwyczajów i wyjątkowym poczuciu godności, złamał się pod gigantycznym naporem świata zewnętrznego – jego bezczelnych banałów i tandetnych truizmów. Ponowne odkrycie jej prawdziwej natury będzie w obecnych warunkach przedsięwzięciem bardzo trudnym; odrodzenie jej – praktycznie niemożliwym. Jeżeli jednak nam się nie uda i rodzina zginie, wraz z nią zginie i wolność – i to zginie na wieki. Jedyne, co pozostanie, to odległe, mechaniczne reflektory państwa niewolniczego, których zimne światło, niczym promień śmierci, obejmie najodleglejsze rubieże istnienia i zdusi wszystko, co nosi w sobie iskrę życia.

Przeł. Maciej Sobiech

G. K. Chesterton: Zabobon sukcesu („All Things Considered”, 1908)

[William Powell Frith (1819–1909), „Bogactwo i nędza”, 1888]

Pojawiła się niedawno w Anglii pewna szczególna zupełnie klasa książek i artykułów, które zupełnie prawdziwie i poważnie nazwać można najgłupszymi ze wszystkich, jakie tylko kiedykolwiek ludzkość z siebie wydała. To dzieła naraz bardziej szalone niż najbardziej szalone romanse rycerskie i nudniejsze niż najnudniejsze traktaty religijne. Co więcej, romanse rycerskie przynajmniej naprawdę mówiły o rycerzach; traktaty religijne o religii. Te produkty pióra, o których mówię zaś, są o niczym; bo o czymś, co nazywa się dzisiaj Sukcesem. Na każdym straganie z książkami, w każdym magazynie, można znaleźć tysiące porad na temat tego jak odnieść sukces. To książki o sukcesie we wszystkich dziedzinach; pisane przez ludzi, którzy nie potrafią nawet z sukcesem napisać książki. Zacznijmy od tego, że – rzecz jasna – nie ma czegoś takiego jak sukces. Albo, jak kto woli, nie ma niczego, co nie byłoby sukcesem. Sukces czegokolwiek oznacza po prostu tyle, że istnieje; sukces milionera polega na byciu milionerem, a osła na byciu osłem. Każdy żywy człowiek odniósł sukces w tym sensie przynajmniej , że żyje; dowolny trup – mógł z sukcesem popełnić samobójstwo. Niemniej, pomijając już błędy logiczne i filozoficzne kryjące się za tą frazą, możemy przyjąć, jak rzeczeni pisarze, że „sukces” oznacza po prostu zdobycie pieniędzy i pozycji w świecie. Otóż twórcy nasi twierdzą, że dzięki nim szary człowiek nauczy się odnosić sukcesy w swoim zawodzie, względnie w spekulacjach, którymi się akurat zajmuje – to znaczy: jeśli jest budowlańcem, będzie odnosił sukcesy jako budowlaniec; a jeśli maklerem – jako makler. Twierdzą, że dzięki ich radom właściciel warzywniaka zacznie ścigać się zawodowo na jachtach; dziesiątej kategorii dziennikarzyna zostanie parem; a niemiecki Żyd Anglosasem. To jasna i konkretna propozycja biznesowa, i naprawdę sądzę, że ci, którzy te książki kupują (a są tacy) mają pełne prawo – na pewno moralne – domagać się zwrotu pieniędzy. Nikt nie ośmieliłby się wydać książki o elektryczności, która nie mówiłaby nic o elektryczności; nikt nie opublikował artykułu z dziedziny botaniki, którego autor nie wiedziałby, czy rośliny rosną korzeniami w dół, czy w górę. A jednak, świat współczesny pełen jest książek na temat sukcesu, w których nie znajdzie się choćby zrębu względnie racjonalnej idei, i praktycznie ani krzty względnie zrozumiałej wypowiedzi.

Zupełną oczywistością jest, że w każdym względnie przyzwoitym zawodzie (takim jak murarstwo, na przykład, czy pisanie książek) sukces odnieść można tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, robiąc świetną robotę, po drugie – oszukując. Obydwa są zbyt proste, by trzeba było o nich pisać. Jeśli konkuruje się o medale w skoku wzwyż, albo trzeba skoczyć wyżej niż wszyscy, albo w jakiś sposób wmówić wszystkim, że tak się zrobiło. Jeśli chce się wygrywać w wista, trzeba grać dobrze w wista – albo znaczyć karty. Pewnie znajdzie się ktoś, kto chciałby poczytać książkę o skakaniu; nawet o grze w wista; a nawet o tym, jak oszukiwać w wista. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał czytać książek na temat sukcesu. I na pewno nie takich, których setki o ile nie tysiące porozrzucane są obecnie po naszym rynku księgarskim. Można lubić skoki wzwyż, i można lubić karty; ale na pewno nikt nigdy nie lubił, nie lubi i nie polubi nieskładnych zdań uświadamiających mu, że skakanie to skakanie, albo że w grach wygrywają zwycięzcy. Gdyby ci twórcy, na przykład, postanowili wypowiedzieć się na temat tego, jak odnieść sukces w skakaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Skoczek musi mieć jasny cel. Musi pragnąć skoczyć wyżej, niż wszyscy inni skoczkowie. Musi pozbyć się całkowicie miałkich sentymentów, współczucia i litości (uwaga! bo jakże łatwo zarazić się dzisiaj nimi od angielskich patriotów czy przeciwników drugiej wojny burskiej) i za wszelką cenę dać z siebie wszystko. Pamiętać musi, że konkurencja w skokach jest szczególnie ostra i bezwzględna, i że, jak to doskonale wykazał wielki Karol Darwin, SŁABI ODPADAJĄ”. Brzmiałoby to, powiadam, mniej więcej tak, i na pewno najlepszy efekt przyniosło gdyby czytać to ściszonym głosem (i czyniąc dramatyczne pauzy) bardzo młodemu człowiekowi, który właśnie miałby wykonać skok wzwyż. Albo załóżmy, że w trakcie swych intelektualnych wędrówek nasz filozof sukcesu zająłby się drugim z wymienionych przez nas przykładów, graniem w karty. Prawdopodobnie, pełnym śmiałości głosem zacząłby obwieszczać: „Jeśli gra się w karty, jak ognia unikać trzeba częstego ostatnio błędu (powszechnego zwłaszcza wśród zniewieściałych humanitarystów i ideologów wolnego handlu), polegającego na tym, że pozwalamy przeciwnikowi wygrać. Nie, nie, nie – trzeba zacisnąć pięści i zęby, i walczyć aż do zwycięstwa. Epoka idealizmu i przesądów dobiegła końca. Żyjemy w czasach nauki i zdrowego rozsądku, nauka zaś niezbicie udowodniła, że w każdej grze, w którą gra się we dwójkę, JEŚLI JEDNA STRONA PRZEGRA, DRUGA WYGRA”. Nie da się ukryć, fascynujące; wyznam wszakże (z pewnym wstydem), że gdybym sam chciał pograć w karty, prędzej już zaopatrzyłbym się w małą książeczkę wyjaśniającą zasady gry. Jeśli nie chodzi o reguły, chodzi wyłącznie o talent lub o nieuczciwość; i zasadniczo chciałbym wykazać się albo jednym, albo drugim, a czym faktycznie mógłbym – to już nie mnie rozstrzygać.

Przeglądając popularne magazyny angielskie, raz po raz natrafia się na przedziwnych i zabawnych ludzi. Na przykład, czytałem niedawno taki ciekawy artykuł – „Instynkt, który czyni bogatym”, okraszony na pierwszej stronie wielkim portretem Lorda Rotszylda. Otóż na mój rozum, w kwestii bogacenia się istnieją tylko metody, uczciwe lub nie uczciwe; a jedyny „instynkt”, który przychodzi mi w związku z nią do głowy, to ten, który stara, prymitywna teologia chrześcijańska określała mianem „chciwości”. To wszakże ledwie dygresja. Teraz chciałbym zacytować tutaj kilka fragmentów odnośnego dzieła, stanowiących doskonały przykład typowego poradnika „człowieka sukcesu”. Takie są praktyczne; i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co powinniśmy zacząć teraz robić – „Nazwisko ‘Vanderbilt’[1] stało się synonimem bogactwa, którego zdobycie umożliwia nam obecny system. ‘Cornelius’, pierwszy z rodziny, był również pierwszym wielkim magnatem handlowym Ameryki. Zaczynał jako syn ubogiego rolnika; skończył jako najbogatszy człowiek swoich czasów.”

„Miał instynkt bogacenia się. Umiał korzystać z okazji, robić dobry użytek z możliwości, jakie otworzyło przed człowiekiem zastosowanie w transporcie morskim silnika parowego, i narodziny transportu kolejowego w bogatych acz nierozwiniętych jeszcze Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził kolosalną fortunę”.

„Oczywiście, nie możemy pójść za przykładem tego monarchy transportu dosłownie krok w krok. Okazje, które mu się nadarzyły, nam się już nie nadarzają. Okoliczności się zmieniły. Ale mimo to, możemy, stosownie do warunków naszego czasu, stosować te same co on metody; możemy korzystać z tych okazji, które się przed nami otworzą, i dać sobie przynajmniej szansę na zbicie fortuny”.

Podobnie osobliwe sformułowania pozwalają nam przynajmniej bezbłędnie zorientować się, co tkwi u podstaw wszystkich tego typu książek i artykułów. Nie chodzi o biznes; nawet nie o pospolity cynizm. Tylko o mistycyzm; straszliwy i wstrętny mistycyzm mamony. Autor tych akapitów nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie Vanderbilt doszedł do swoich pieniędzy, albo jak ktoś inny mógłby do nich dojść. Istotnie, kończy swój wywód jakimś niejasnym zarysem planu; który nie ma jednak nic wspólnego z Vanderbiltem. Jedyne, czego ten człowiek pragnął, to popłaszczyć się trochę przed misterium milionera. Bo jeśli naprawdę coś czcimy, kochamy to nie za jasność, ale właśnie za tajemniczość. Radujemy się faktem, że nasz bóg jest niewidzialny. Tak też, na przykład, gdy młody chłopak zakocha się w jakiejś dziewczynie, szczególnie podoba mu się w niej to, że jest nieracjonalna. Lub też pobożny poeta, pisząc na cześć Stwórcy, szczególną przyjemność czerpie z wersów takich jak „Jakże tajemnie Bóg ziemię przebiega” [2]. Otóż autor przywoływanego tu artykułu najprawdopodobniej nigdy nie miał nic do czynienia z żadnym bogiem, ani (co wnoszę z ekstremalnej niepraktyczności jego przemyśleń) nigdy naprawdę nie zakochał się w kobiecie. Niemniej, do swego osobistego bożka – Vanderbilta – odnosi się w sposób nie mniej mistyczny. Odczuwa przedziwną rozkosz z faktu, że wielkie bóstwo coś przed nim ukrywa. I dusza jego wpada w swego rodzaju zachwycenie szarlatana, ekstazę fałszywych proroków, mogąc udawać, że oto uchyla przed masami rąbka tej tajemnicy, o której sam nie ma pojęcia.

Mówiąc o instynkcie, który czyni bogatym, ten sam autor zauważa:

„W dawniejszych epokach doskonale zdawano sobie sprawę z jego istnienia. Starożytni Grecy uwiecznili ów instynkt w opowieści o królu Midasie, w wizji ‘złotego dotyku’. Oto człowiek, który zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Jego życie to jeden wielki marsz ku fortunie. Ze wszystkiego, na co w życiu natrafił, wyprowadzał natychmiast ów szlachetny kruszec. ‘Głupia legenda’, śmiali się mędrkowie czasów wiktoriańskich. ‘Prawda’, mówimy dzisiaj. Bo przecież widzimy takich ludzi na własne oczy. Wszyscy znamy, osobiście lub tylko ze słyszenia, tych, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko dotkną. Sukces podąża za nimi krok w krok. Ich droga wiedzie w górę, w górę, na sam szczyt. Nie znają, nie mogą znać, smaku porażki”.

No cóż, Midas niestety mógł poznać smak porażki; i poznał smak porażki. Jego droga nie wiodła w górę, w górę, na sam szczyt. Umarł z głodu, ponieważ ilekroć dotykał herbatników czy kanapki z szynką, zamieniały się w złoto. I to jest właśnie morał tej historii, choć autor nasz zmuszony był go dyskretnie przemilczeć, publikując swe dzieło tak blisko portretu Lorda Rotszylda. Stare bajki ludzkości stanowią, istotnie, źródło niezgłębionej mądrości; i nie wolno ich cenzurować w hołdzie dla pana Vanderbilta. Nie wolno przedstawiać króla Midasa jako człowieka sukcesu; z tego prostego powodu, że to człowiek, który poniósł porażkę, i to niezmiernie dotkliwą. Do tego wyrosły mu ośle uszy. I, jak wszystkie znaczniejsze persony, bardzo starał się to ukryć. Jego fryzjer (o ile pamiętam), proszony był o zachowanie w tej sprawie najwyższej dyskrecji; i jegomość ten, zamiast stać się energicznym biznesmenem ze szkoły sukcesu i zacząć szantażować króla Midasa, poszedł za miasto i rozpowiedział o tym skandalu trzcinom wodnym, które miały w związku z tym chwilę dobrej zabawy. Powiada się, że szeptały o tym ze śmiechem, gdy wiatr je kołysał. Spoglądam z nabożnym szacunkiem na portret Lorda Rotszylda; z nabożnym szacunkiem czytam o wyczynach pana Vanderbilta. Wiem, że nie wszystko, czego się tknę, zamienia się w złoto; ale też nigdy nie chciałem, żeby tak było, bo oprócz złota lubię na świecie kilka innych rzeczy, takich jak młoda trawa, czy dobre wino. Wiem, że ci ludzie naprawdę, w pewnym sensie, odnieśli sukces; że udało im się kogoś pokonać; że są królami, których wcześniej świat nie widział; że kreują rynki, i potrafią utopić w morzu całe kontynenty. A jednak, zawsze miałem wrażenie, że przy całej swej pompie cały czas usiłują ukryć coś przed światem, jakiś mały, wstydliwy fakt z prywatnego życia, który ich męczy – i czasem wydaje mi się, że słyszę niesione wiatrem śmiech i szepty trzcin.

Tak czy inaczej, miejmy nadzieję że przynajmniej absurdalne książki na temat „sukcesu” przykryje kiedyś sprawiedliwie kurz pogardy i zapomnienia. Bo nie uczą sukcesu, tylko snobizmu; stanowią swego rodzaju mroczną poezję światowości. Purytanie bez końca piętnują książki, które „rozpłomieniają żądze”; cóż powiemy o tych, które rozpłomieniają gorsze namiętności chciwości i pychy? Sto lat temu mieliśmy ideał sumiennego ucznia; małym chłopczykom mówiło się, że jeśli będą dość ciężko pracować, wszyscy zostaną burmistrzami. Było to głupstwo, ale męskie głupstwo, i to niepozbawione ziarenka prawdy moralnej. W naszym społeczeństwie oszczędność nie pomoże ubogim się wzbogacić, ale na pewno może pomóc im nabrać szacunku do siebie. Dobrze wykonana praca nie zrobi z nikogo bogatego człowieka, ale być może chociaż dobrego pracownika. Moralność „sumiennego ucznia” była niska i trochę prymitywna, fakt – była wszakże przynajmniej moralnością. A co powiemy o ewangelii, którą przekazują teraz światu współcześni „sumienni uczniowie”; otwarcie głoszący nam już nie nową moralność – a niemoralność?

Tłm. Maciej Sobiech

1. Cornelius Vanderbilt (1794-1877) – amerykański potentat transportu morskiego i kolejowego, a także założyciel rodu.

2. Aluzja do słynnego wiersza Williama Cowpera (1731-1800), angielskiego poety, pt. „God moves in a mysterious way”.